Strona główna Blog Strona 5

Dezinformacja jednym z największych zagrożeń dla demokracji w UE. Komisja proponuje nowe narzędzia do walki z tym zjawiskiem

0

Prawie połowa Europejczyków uważa, że najważniejszym wyzwaniem dla demokracji w UE jest rosnąca nieufność do instytucji i procesów demokratycznych. 42 proc. wskazało na zagraniczną ingerencję i dezinformację – wynika ze specjalnego badania Eurobarometru. Coraz agresywniejsze kampanie dezinformacyjne polaryzujące społeczeństwa i próby ingerowania w procesy wyborcze skłoniły Komisję Europejską do przygotowania nowej strategii walki z tymi zjawiskami. Europejska Tarcza Demokracji ma m.in. pomóc zbudować odporność Europejczyków na dezinformację.

– Znajdujemy się w sytuacji zagrożeń wielowymiarowych. To nie są tylko bezpośrednie ataki, które dotyczą już niestety także i polskiego terytorium, bo mieliśmy przypadki ataków dronowych, ale bardzo często towarzyszą tym działaniom akty dezinformacyjne na coraz większą skalę. Ta dezinformacja niestety jest skuteczna, podważa wiarę Polaków, Europejczyków w demokrację – mówi agencji Newseria Katarzyna Smyk, dyrektorka Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, podczas debaty „Czy Europejska Tarcza Demokracji nas ochroni?”, zorganizowanej przez Biuro Parlamentu Europejskiego w Polsce oraz Przedstawicielstwo KE.

Przedstawiciele Komisji Europejskiej podkreślają, że demokracja w UE jest atakowana. Liczne kampanie, w tym również prowadzone przez Rosję, są projektowane specjalnie w taki sposób, by polaryzować społeczeństwa w państwach członkowskich i podważać zaufanie do instytucji unijnych i rządowych. Specjalne badanie Eurobarometru z maja br. („Ochrona i promowanie demokracji”) wskazało, że Europejczycy dostrzegają te zagrożenia dla demokracji w Unii. 49 proc. badanych ocenia, że najpoważniejszym wyzwaniem jest rosnąca nieufność społeczeństwa wobec instytucji i procesów demokratycznych. 42 proc. wskazało na zagraniczną ingerencję, manipulację i dezinformację, również w kontekście wyborów.

To właśnie w odpowiedzi na te wyzwania Komisja Europejska przedstawiła Europejską Tarczę Demokracji – pakiet propozycji mających usprawnić walkę z dezinformacją. Dokument zakłada działanie w trzech głównych obszarach: zabezpieczenie integralności przestrzeni informacyjnej, wzmocnienie instytucji, uczciwych i wolnych wyborów oraz wolnych i niezależnych mediów oraz zwiększenie odporności społecznej i zaangażowania obywateli. Ważnym narzędziem Europejskiej Tarczy Demokracji ma być nowe Europejskie Centrum ds. Odporności Demokratycznej, które zgromadzi wiedzę fachową i zasoby UE oraz państw członkowskich w celu zwiększenia odporności demokratycznej.

– Staramy się wspierać państwa członkowskie, bo szanujemy ich kompetencje w tym zakresie, na przykład poprzez tworzenie obserwatorium, centrum badania dezinformacji i koordynacji działań, wymiany informacji pomiędzy państwami członkowskimi, aby lepiej to zjawisko rozumieć. Odwołujemy się też do aktu o usługach cyfrowych – wskazuje Katarzyna Smyk.

Akt o usługach cyfrowych (DSA), na który powołuje się Komisja Europejska, nakłada na największe platformy internetowe obowiązek ograniczania rozpowszechniania treści manipulacyjnych, przejrzystości algorytmów oraz raportowania ryzyk systemowych. KE podkreśla, że to właśnie platformy społecznościowe pozostają kluczowym kanałem rozprzestrzeniania dezinformacji, dlatego zaproponowana tarcza ma wzmocnić egzekwowanie DSA. Pakiet uzupełniają: akt o sztucznej inteligencji, który nakazuje oznaczanie treści generowanych przez sztuczną inteligencję, w tym deepfake’ów, oraz rozporządzenie w sprawie reklamy politycznej, które ma ułatwić obywatelom rozpoznawanie przekazów o charakterze politycznym.

Badanie Eurobarometru „Social Media Survey 2025” wskazuje, że 66 proc. Europejczyków ocenia, że w ostatnich siedmiu dniach przed ankietą mieli do czynienia z dezinformacją. Mniej więcej jedna trzecia respondentów nie jest pewna, czy potrafiłaby ją rozpoznać. To dlatego KE zapowiada wdrożenie środków mających na celu wspieranie umiejętności korzystania z mediów i kompetencji cyfrowych dla wszystkich grup wiekowych.

– Wzmocnienie demokracji w Europie wymaga bardzo wielu działań zarówno na poziomie państw członkowskich, jak i na poziomie Unii Europejskiej. Mówimy np. o edukacji obywatelskiej, ponieważ Europejczycy, a młodzi ludzie w szczególności, powinni rozumieć, na czym polega demokracja, jaki jest sens wyborów, jakie kompetencje mają poszczególne organy, aby rozumieć mechanizmy demokratyczne – tłumaczy dyrektorka Przedstawicielstwa KE w Polsce.

Komisja zamierza również wspierać zaangażowanie obywateli w życie demokratyczne za pomocą narzędzi partycypacyjnych i konsultacyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem społeczności lokalnych i młodzieży. Komplementarna z Europejską Tarczą Demokracji w tym obszarze jest przedstawiona 12 listopada strategia UE na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Zakłada ona m.in. utworzenie do 2026 roku nowej platformy społeczeństwa obywatelskiego, która ma ułatwić dialog na temat ochrony i propagowania wartości Unii. Komisja planuje także utworzenie internetowego centrum wiedzy na temat społeczeństwa obywatelskiego oraz znaczne zwiększenie wsparcia finansowego dla organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

– Kolejny obszar to wspieranie niezależnych mediów, bo to oznacza wspieranie niezależnej informacji, myślenie krytyczne, czyli umiejętność rozróżniania przez ludzi tego, co jest prawdą, a co nie. To także działania związane ze współpracą międzynarodową, współpracą państw członkowskich, aby łączyć siły, wspólnie identyfikować zagrożenia i na nie odpowiadać – podkreśla Katarzyna Smyk.

Dostęp do rzetelnych informacji, umiejętność krytycznego myślenia i świadome korzystanie z mediów są – jak podkreśla Komisja Europejska – podstawą odporności demokratycznej. W niektórych regionach UE zanik lokalnych redakcji stworzył tzw. pustynie informacyjne, co zwiększa podatność mieszkańców na manipulację i dezinformację. Tarcza zakłada wspieranie mediów lokalnych i niezależnych redakcji, które mierzą się dziś z presją ekonomiczną i zanikaniem lokalnej infrastruktury informacyjnej. Zwiększone wsparcie finansowe zostanie zapewnione w ramach nowego programu na rzecz odporności mediów, który połączy obecne wsparcie z programami finansowania zaproponowanymi w nowych wieloletnich ramach finansowych.

Europejska Tarcza Demokracji zakłada również powstanie niezależnej europejskiej sieci kontrolerów informacji, która ma zwiększyć możliwości weryfikacji informacji we wszystkich językach urzędowych Unii. Europejskie Obserwatorium Mediów Cyfrowych ma opracować nowe niezależne zdolności w zakresie monitorowania i analizy sytuacji w odniesieniu do wyborów lub różnego typu kryzysów.

Próby ingerowania z zewnątrz w przebieg wyborów stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, obejmując zarówno cyberataki, jak i kampanie dezinformacyjne. Tegoroczny Eurobarometr wskazuje, że 79 proc. Europejczyków obawia się, że wyborcy będą podejmować decyzje na podstawie dezinformacji. 70 proc. boi się, że inne kraje wpłyną na wybory w ich państwie, a 67 proc. – że dojdzie do manipulowania ich wynikami. Dlatego też działania tarczy mają wzmacniać bezpieczeństwo infrastruktury wyborczej, przejrzystość debaty publicznej i odporność na manipulacje w okresach kampanii. Komisja zapowiedziała m.in., że przedstawi wytyczne dotyczące odpowiedzialnego wykorzystywania sztucznej inteligencji w procesach wyborczych.

– Wybory to święto demokracji i uniemożliwienie wpływania na nie, w szczególności przez państwa trzecie, to jest absolutny priorytet, bo wybory muszą być wolne. Ochrona procesów wyborczych jest zadaniem państw członkowskich, ale Unia Europejska też chce je wspierać – podkreśla dyrektorka Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dezinformacja-jednym-z,p912545872

Europejska branża chemiczna przegrywa konkurencję z Chinami. W instytucjach UE trwają prace nad planem wsparcia

0

W instytucjach unijnych trwają prace nad uproszczeniami dla branży chemicznej i planem wsparcia jej konkurencyjności, zwłaszcza w relacjach z Chinami. Komisja Europejska w lipcu przedstawiła projekt tego typu działań i deregulacji. Niedawno Parlament Europejski przyjął pakiet „Jedna substancja, jedna ocena”, który ma z kolei usprawnić ocenę bezpieczeństwa chemicznego substancji i wzmocnić bazę wiedzy na ich temat. Jednym z założeń zmian jest wzmocnienie innowacyjności sektora.

– Jesteśmy dzisiaj takim miejscem na świecie, gdzie chemikalia są sprawdzane w bardzo drobiazgowy sposób. Nigdzie na świecie nie są tak sprawdzane. Chodzi o klimat i o to, żeby produkcja chemii odbywała się w jak najbardziej transparentny sposób, żeby nie zatruwać środowiska – mówi agencji Newseria Dariusz Joński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej. – Natomiast z drugiej strony to nie może powodować wydłużania procesu produkcji i sprzedaży, więc apelujemy o uproszczenie tych procedur i wykorzystanie danych, które są zbierane, żeby ona była jeszcze bardziej konkurencyjna.

Na mocy nowych przepisów ma nastąpić zacieśnienie współpracy i konsolidacja prac naukowych i technicznych dotyczących chemikaliów w ramach czterech agencji unijnych. Wiedza uzyskana w wyniku ocen na podstawie jednego aktu prawnego (na przykład na temat produktów biobójczych) może zostać ponownie wykorzystana w odniesieniu do innego (np. w zabawkach). Jak podkreśliła Komisja Europejska, obywatele, przedsiębiorstwa i organy skorzystają z uproszczonego i przejrzystego dostępu do informacji dotyczących chemikaliów i większej pewności ocen.

Przepisy zakładają również powstanie wspólnej platformy danych na temat zagrożeń związanych z chemikaliami, ich właściwości fizykochemicznych, obecności w środowisku, emisji, zastosowań i zrównoważonego rozwoju. Systematycznie mają być także gromadzone dane o poziomach substancji chemicznych wykrywanych m.in. w próbkach krwi czy mleka matki. Do tego dochodzi również obowiązek zgłaszania badań nad substancjami chemicznymi. 

Pakiet legislacyjny został zatwierdzony przez Radę Unii Europejskiej 13 listopada br. i wejdzie w życie po 20 dniach od publikacji w Dzienniku Urzędowym UE. Wspólna platforma danych ma powstać w ciągu kolejnych trzech lat.

Przyjęta regulacja OSOA (One Substance One Assessment) to część szerszej inicjatywy „Chemicals Strategy for Sustainability”, czyli strategii na rzecz zrównoważonego rozwoju w dziedzinie chemikaliów z 2020 roku. Ma ona nie tylko poprawić ochronę obywateli i środowiska, ale również pobudzić innowacyjność w tym sektorze gospodarki. Tym bardziej że zgodnie z przytaczanymi w strategii danymi do 2030 roku światowa produkcja chemikaliów podwoi się względem 2018 roku. To sprawia, że unijne przepisy dotyczące chemikaliów będą zyskiwać na znaczeniu.

W lipcu br. Komisja Europejska przedstawiła długo wyczekiwany przez branżę chemiczną European Chemicals Industry Action Plan, czyli plan działania na rzecz europejskiego przemysłu chemicznego, oraz pakiet Omnibus VI upraszczający przepisy dotyczące chemikaliów. Ma to być odpowiedź na pogarszającą się sytuację konkurencyjną sektora. Europejski przemysł chemiczny jest drugim co do wielkości rynkiem chemikaliów na świecie. W 2023 roku był wart ponad 850 mld euro: kraje UE wygenerowały 655 mld euro obrotów, podczas gdy reszta Starego Kontynentu – 207 mld euro. Liderem globalnego rynku były Chiny ze sprzedażą chemikaliów na poziomie 2,237 bln euro – wynika z raportu Deloitte’a „Przyszłość europejskiego przemysłu chemicznego: pozytywne perspektywy”. Udział Europy w globalnym rynku od dekady utrzymuje się na poziomie 13–14 proc., a w 2008 roku był on dwukrotnie wyższy.

– Mówiąc wprost, tę branżę trzeba uprościć i dodatkowo w nią zainwestować, tak jak to zrobiły m.in. Chiny – podkreśla Dariusz Joński. – Dwadzieścia lat temu europejska branża chemiczna była silniejsza od chińskiej mniej więcej w proporcjach 3:1. Dzisiaj to europejska goni Chiny, między innymi z uwagi na zbyt duże biurokratyczne obostrzenia, a z drugiej strony z uwagi na ceny prądu, bo bez prądu tej branży nie ma. To są dwie rzeczy, którymi musimy się zająć.

Cefic (Europejska Rada Przemysłu Chemicznego) w raporcie „Chemical Trends Report Q2 2025” wskazuje, że konkurencyjność europejskiego sektora chemicznego utrzymuje się znacznie poniżej średniej z lat 2014–2019. Wynika to ze słabnącego popytu i niekonkurencyjnych cen energii. Jest to szczególnie istotne w przypadku produktów surowcowych i petrochemicznych, gdzie Chiny mają przewagę konkurencyjną dzięki produkcji na dużą skalę i niskim kosztom produkcji.

Cefic podaje, że między styczniem a czerwcem br. produkcja w przemyśle chemicznym w krajach członkowskich UE spadła o 2,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Chiny natomiast odnotowały 8-proc. wzrost. Pozostają one najważniejszym źródłem importu chemikaliów do państw członkowskich (17,1 mld euro).

Cieszę się, że na sali plenarnej PE usłyszeliśmy między innymi o ochronie kilku gałęzi przemysłu, uproszczeniu i przyjęciu na 2026 rok programu wsparcia przedsiębiorstw, między innymi kluczowych sektorów, wśród których jest chemia. Na dobrą sprawę bez przemysłu chemicznego nie ma żadnego innego przemysłu, ani motoryzacyjnego, ani ceramicznego, ani metalowego. To jest fundament europejskiej gospodarki – mówi Dariusz Joński.

W zaproponowanym przez KE planie na rzecz przemysłu chemicznego postawiono nacisk na modernizację sektora, ze szczególnym uwzględnieniem wsparcia dla transformacji energetycznej i dekarbonizacji, tworzenia rynku dla zielonych produktów i innowacji oraz uproszczenia ram regulacyjnych, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa substancji. Komisja ma niezwłocznie wdrożyć plan działania na rzecz przystępnej cenowo energii poprzez stosowanie ulg podatkowych i obniżek taryf sieciowych. Planowana jest także aktualizacja wytycznych dotyczących rekompensat kosztów pośrednich w systemie EU ETS w branży. Jednym z założeń planu jest również utworzenie Sojuszu na rzecz Krytycznych Chemikaliów.

Z kolei w ramach pakietu Omnibus VI dla branży chemicznej zaproponowano m.in. zmiany w zakresie etykietowania substancji chemicznych, zgód na stosowanie określonych substancji w produktach kosmetycznych czy rejestracji produktów nawozowych. Wdrożenie proponowanych środków ma pozwolić branży zaoszczędzić co najmniej 363 mln euro rocznie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejska-branza,p1767210598

Do 2029 roku łącznie 32 śmigłowce AW149 zasilą polską armię. Od teraz są produkowane w Polsce

0

W PZL-Świdnik znajduje się pełna linia produkcyjna śmigłowca AW149. Tu też integrowane są wszystkie systemy i podsystemy, w tym uzbrojenia, oraz odbywają się loty testowe. Pierwsza maszyna w całości wyprodukowana w świdnickich zakładach w ubiegłym tygodniu zasiliła flotę 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Nowym Glinniku. Obecnie brygada posiada 11 śmigłowców AW149, do końca 2029 roku przybędzie ich jeszcze 21. Eksperci podkreślają, że krajowa produkcja pozwoli utrzymać ciągłą zdolność operacyjną na wypadek m.in. konfliktów zbrojnych. PZL-Świdnik stanowi znaczące zaplecze techniczne polskiego wojska w domenie śmigłowcowej. 

– PZL-Świdnik właśnie dostarczył pierwszy śmigłowiec AW149 zbudowany w polskich zakładach. W tym celu rozwinięte zostały nowe kompetencje, aby już po 20 miesiącach od daty podpisania kontraktu utworzyć ciągi technologiczne, które pozwalają na budowę całego kompletnego śmigłowca, wraz z jego testowaniem i próbami w locie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Bartosz Mateusz Śliwa, prezes PZL-Świdnik.

Wielozadaniowe śmigłowce AW149 służą do realizacji zadań z obszaru m.in. wsparcia pola walki (Combat Air Support), ratowania i ewakuacji poszkodowanych z pola walki (CASEVAC – Casualty Evacuation), działań desantowo-szturmowych, jak również transportu żołnierzy, towarów i zaopatrzenia. Śmigłowce dostarczane polskim Siłom Zbrojnym ponadto są wyposażone w systemy obserwacyjne, uzbrojenie strzeleckie, jak również pociski rakietowe – kierowane i niekierowane. Śmigłowiec można szybko rekonfigurować, dostosowując go do wymagań różnych zadań i warunków operacyjnych.

– Jeśli chodzi o nowe zdolności, jakie wprowadza AW149 do brygady, można na ten temat bardzo dużo mówić. Po pierwsze, to jest wsparcie ogniowe. Ten śmigłowiec, oprócz tego, że dostarcza żołnierzy na pole walki w sposób bezpieczny, pokonując pewne wyzwania, które stawia przed nami przeciwnik, jest w stanie w trakcie walki tych żołnierzy wspierać. Śmigłowiec ma na wyposażeniu pociski przeciwpancerne, pociski niekierowane i kierowane, karabin wielkokalibrowy oraz broń pokładową. Patrząc z perspektywy żołnierza lądowego, na przykład batalionu kawalerii powietrznej, nie będzie on sam na polu walki. Będzie miał nad głową takiego „anioła stróża”, który będzie go cały czas wspierał – mówi gen. bryg. Tomasz Białas, dowódca 25. Brygady Kawalerii Powietrznej, do której trafił pierwszy wyprodukowany w całości w Polsce AW149.

Polskie, wielozadaniowe AW149 to śmigłowce najnowszej generacji; zostały uzbrojone w pociski przeciwpancerne AGM-114R2 Hellfire, rakiety kierowane laserowo 70 mm oraz niekierowane tego samego kalibru, jak również gun pod 12,7 mm. Do tego dochodzą pokładowe karabiny maszynowe 7,62 mm po obu stronach kadłuba śmigłowca.

Drugi główny aspekt to – nazwijmy to – zdolności do budowania pewnej sieciocentryczności. W tej chwili wiedza o przeciwniku jest kluczowa na polu walki. Ten śmigłowiec przez to, że jest wpięty w system wsparcia dowodzenia, taką wiedzę dostarcza zarówno pilotom, jak i żołnierzom lądowym – podkreśla gen. bryg. Tomasz Białas.

Polskie śmigłowce mają systemy łączności wielu rodzajów i do różnych zastosowań, w tym kryptograficzne. Wyposażone są w taktyczny datalink służący do wymiany danych. Systemy te gwarantują sieciocentryczność, bezpieczną komunikację i wymianę danych.

Kluczowe wyposażenie śmigłowca daje zdolności rażenia wrogich środków opancerzonych, czyli krótko mówiąc, pociski przeciwpancerne, natomiast bardzo ważne od początku było również wyposażenie, które dotyczy środków telekomunikacyjnych i systemów wsparcia dowodzenia. I to na tym śmigłowcu się znajduje – podkreśla dowódca 25. Brygady Kawalerii Powietrznej.

Należący do włoskiej Grupy Leonardo PZL-Świdnik w lipcu 2022 roku podpisał z Ministerstwem Obrony Narodowej umowę na dostawy śmigłowców AW149 dla Sił Zbrojnych RP, opiewającą na 8,25 mld zł brutto. Na jej mocy spółka ma do 2029 roku dostarczyć 32 maszyny. Dziesięć wyprodukowanych we Włoszech i jedna z polskich zakładów w Świdniku już trafiły do wojska. Przed końcem tego roku do 7. Dywizjonu Lotniczego 25. Brygady Kawalerii Powietrznej PZL-Świdnik dostarczy kolejne trzy, co będzie stanowić flotę 14 śmigłowców. Kolejne będą przekazywane zgodnie z harmonogramem dostaw i teraz będą powstawać w Polsce dzięki nowej linii produkcyjnej. 

– Stworzyliśmy wiele nowych miejsc pracy, zatrudniliśmy nowych pracowników, których wysłaliśmy na wielomiesięczne szkolenia do zakładu Leonardo w Vergiate we Włoszech. Nie możemy zapominać o współpracujących z nami 500 dostawcach. Oni również czerpią z nowoczesnych technologii, jakie PZL-Świdnik posiada, wzmacniając i rozwijając polski przemysł – podkreśla Bartosz M. Śliwa.

– Produkcja krajowa daje nam pewność, że jeżeli doszłoby do jakiegoś konfliktu zbrojnego – oby nie, to jesteśmy pewni, że sprzęt będzie odtwarzany w zakładach w kraju, będzie dostarczany nowy i przywracany na pole walki, nikogo nie będziemy musieli się prosić za granicą o to, żeby nam własny sprzęt usprawnił. Ważne jest to, że mamy tutaj zakład produkcyjny – dodaje gen. bryg. Tomasz Białas. – Moi technicy są w ciągłym kontakcie z technikami z zakładu produkcyjnego, żeby z jednej strony utrzymywać wysoką sprawność śmigłowców, wysoką gotowość do działania, a z drugiej strony bez zakłóceń przekazywany jest też feedback z użytkowania tego śmigłowca na temat tego, co można by zmienić i co wprowadzić w kolejnych wersjach. Ta komunikacja jest bezcenna.

– Rozwój PZL-Świdnik wyobrażałbym sobie dwukierunkowo. Przede wszystkim widzę dalszy rozwój platformy AW149 w obszarach nie tylko stricte militarnych, ale także w obszarach operacji SAR (poszukiwawczo-ratowniczych) oraz w transporcie VIP. Natomiast wersja cywilna śmigłowca AW149, która się nazywa AW189, oprócz tych dwóch typów operacji może również wykonywać operacje medyczne (EMS) czy operacje offshore – podkreśla Bartosz M. Śliwa.

AW189 jest wykorzystywany przez m.in. Wielką Brytanię czy Norwegię na Morzu Północnym właśnie do operacji offshore.

– Na Bałtyku realizowane są inwestycje związane z rozwojem energii wiatrowej, jest rozwijany też jachting. Dlatego to byłby wielki obszar, dla którego rozwijana byłaby dalsza produkcja śmigłowców, które później służyłyby na Morzu Bałtyckim – dodaje prezes świdnickiej spółki.

PZL-Świdnik oferuje polskiemu wojsku także śmigłowiec szkolno-bojowy AW109 TrekkerM, który mógłby zostać wykorzystany do celów szkoleniowych w polskiej armii.

– To drugi możliwy kierunek rozwoju. Jest to śmigłowiec, do którego kabinę bazową i wszystkie komponenty płatowca produkujemy już w PZL-Świdnik, a gdyby Wojsko Polskie zdecydowało się na zakup tego śmigłowca dla Szkoły Orląt w Dęblinie, możemy szybko utworzyć pełne zdolności produkcyjne w PZL-Świdnik. Te zdolności byłyby tożsame ze zdolnościami, jakie posiadamy dzisiaj na śmigłowce Sokół. Śmigłowiec AW109 TrekkerM byłby od A do Z całkowicie produkowany w Polsce – mówi Bartosz M. Śliwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/do-2029-roku-lacznie-32,p917357455

Pierwszy śmigłowiec AW149 wyprodukowany w Polsce trafił do wojska. To element szerszej strategii budowania kompetencji krajowego przemysłu obronnego

0

– Stworzenie bazy produkcyjnej, serwisowej i naprawczej w Polsce przygotowuje nas na ewentualne zaburzenia w łańcuchach dostaw – powiedział wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podczas przekazania armii pierwszego śmigłowca AW149 wyprodukowanego w całości w zakładach PZL-Świdnik. Jak podkreślił, to powinna być nieodłączna część wyboru dostawców w ramach działań na rzecz modernizacji wojska. Zdaniem wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka, jeśli sprzęt jest nowoczesny i spełnia wymogi Sił Zbrojnych, powinien być dostarczany przez polski przemysł obronny albo przynajmniej z udziałem polskiej produkcji.

 W zmieniającej się rzeczywistości, w świecie, w którym zaburzenie łańcucha dostaw powoduje, że stajemy się niewydolni nie tylko ekonomicznie, gospodarczo, ale i społecznie, stworzenie bazy produkcyjnej, serwisowej, naprawczej w Polsce jest pełną niezależnością od trudnych sytuacji związanych z zaburzeniami łańcucha dostaw. Wybór producentów w różnych działaniach modernizacji, transformacji wojska, w zakupach nowego sprzętu zawsze powinien zawierać element niezależności – podkreślił podczas spotkania z dziennikarzami Władysław Kosiniak-Kamysz.

Taki komponent zawiera również kontrakt o wartości 8,25 mld zł brutto, podpisany w lipcu 2022 roku przez Ministerstwo Obrony Narodowej (MON) z PZL-Świdnik, który jest częścią włoskiej Grupy Leonardo. Kontrakt obejmuje dostawy 32 wielozadaniowych śmigłowców AW149 wraz z pakietem logistycznym, szkoleniowo-symulatorowym oraz uruchomieniem kompletnej linii produkcji i montażu w Świdniku.

Wicepremier i szef MON podkreśla, że kluczowa w zamówieniach sprzętu zbrojeniowego jest współpraca przemysłowa i transfer technologii. Podobne rozwiązania zastosowano w programie Orka, którego rozstrzygnięcie ogłoszono w tym tygodniu. Polska kupi trzy okręty A26 od Szwecji, z pełnym transferem technologii i udziałem polskich stoczni.

– W programie Orka wybraliśmy naszych partnerów ze Szwecji z transferem technologii do Polski – pełna naprawa, pełny serwis, również koprodukcja polskich i szwedzkich stoczni. To było dla nas bardzo ważne. Tak samo AW149: 32 maszyny zamówione, 10 wyprodukowanych we Włoszech, ale już kolejne 22 wyprodukowane w PZL-Świdnik w kooperacji polsko-włoskiej – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz podczas wydarzenia w 7. Dywizjonie Lotniczym 25. Brygady Kawalerii Powietrznej, gdzie odbyło się przekazanie pierwszego wyprodukowanego w całości w Polsce śmigłowca AW149. – Mamy więc różnych partnerów ze Szwecji, z Włoch, Korei, ze Stanów Zjednoczonych, z Francji, Wielkiej Brytanii, Norwegii i bardzo dużo w polskim przemyśle.

Do końca roku wojsko ma dysponować 14 śmigłowcami AW149, w tym również tymi wyprodukowanymi całkowicie w Polsce. Dzięki nowej linii produkcyjnej do 2029 roku kolejne 21 maszyn ze Świdnika zasili szeregi armii. AW149 są przygotowane do realizacji zadań z obszaru wsparcia pola walki (Combat Air Support), ratowania i ewakuacji poszkodowanych z pola walki (CASEVAC – Casualty Evacuation), działań desantowo-szturmowych (Fast Roping, FRIES, SPIES) oraz transportu towarów i zaopatrzenia. Jak podkreśla MON, zamówione śmigłowce, w konfiguracji odpowiadającej potrzebom Sił Zbrojnych RP, są wyposażone w wiele różnych specjalistycznych systemów, które w zależności od wariantu wykorzystania śmigłowca mogą być instalowane w kabinie lub na zewnętrznych punktach podwieszeń.

– PZL-Świdnik, polski przemysł, jest w pełni gotowy na dalszy rozwój, wspieranie polskiej armii, czy to rozwijając projekt AW149, czy rozwijając inne platformy śmigłowcowe, które znalazłyby się w polu zainteresowania polskiej armii – powiedział podczas uroczystości Bartosz M. Śliwa, prezes zarządu PZL-Świdnik.

– Nasze największe zapotrzebowanie dotyczy śmigłowców szkoleniowych i dużych śmigłowców transportowych. O tym mówią wojskowi, więc te potrzeby też będziemy chcieli monitorować. Najpierw wybierać dobrych dostawców i realizować kontrakty – podkreśla Władysław Kosiniak-Kamysz.

Produkcja w Polsce pozwala na szybsze reagowanie na potrzeby operacyjne armii i dostosowywanie maszyn do nowych wymagań.

– Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że jeżeli możemy, to powinniśmy realizować zakupy uzbrojenia w polskim przemyśle obronnym. A jeżeli bezpośrednio w firmach polskich nie jest to możliwe, to przynajmniej w przemyśle, gdzie jest udział albo polskiej produkcji, albo polskiego kapitału – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Bosak, wicemarszałek Sejmu, poseł Konfederacji, który brał udział w wydarzeniu w jednostce. – Za mną stoi śmigłowiec, który został w całości wyprodukowany w Polsce. Firma niestety nie jest własnością polskiego kapitału, ale współczesne warunki życia gospodarczego w wielu sprawach wymuszają kooperację międzynarodową. Jeżeli ta kooperacja jest oparta na podziale pracy także w Polsce, jest rozwijana myśl techniczna, jest produkcja, jesteśmy wpięci w globalne łańcuchy dostaw, to nic, tylko się z tego cieszyć.

Jak dodaje, należy zabiegać o to, żeby taką produkcję utrzymać w kraju. Priorytetem jest jednak dochowanie starań o to, żeby spełnione były wszystkie wymagania Sił Zbrojnych. Zdaniem polityka w procesie dalszej modernizacji armii potrzebne jest długookresowe planowanie zakupów, czego do tej pory brakowało.

 Jeżeli da się na wiele lat do przodu, a w wojsku jest to możliwe, określić, co się chce kupić, w jakiej ilości i jakie będą wymagania techniczne, wówczas każdej firmie – niezależnie, czy krajowej, czy zagranicznej – łatwiej jest dostosować swoją ofertę i moce produkcyjne pod tego rodzaju zamówienie. Kiedy się tego nie robi, finalnie podnosi się koszty tego, co się kupuje, dlatego że improwizowanie czy skokowe zwiększanie mocy produkcyjnych zawsze kosztuje więcej niż zaplanowanie czegoś na spokojnie, na wiele lat do przodu – ocenia Krzysztof Bosak.

Kwestia zakupów wojskowych może teraz przyspieszyć wraz z uruchomieniem unijnego programu SAFE, który ma wzmocnić europejski przemysł i przyspieszyć inwestycje państw członkowskich w kluczowe zdolności obronne. Polska ma być największym beneficjentem tego instrumentu finansowego. Rząd wystąpił o możliwość skorzystania z prawie 44 mld euro z puli 150 mld euro, deklarując wykorzystanie środków na około 140 projektów w obszarach takich jak obrona powietrzna i przeciwdronowa, cyberbezpieczeństwo, mobilność wojskowa czy infrastruktura krytyczna. Według MON nawet 89 proc. wydatków z SAFE przeznaczonych na uzbrojenie dla Wojska Polskiego może zostać zainwestowanych w krajowy przemysł zbrojeniowy i tu realizowanych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pierwszy-smiglowiec,p878497207

Pełne wykorzystanie potencjału AI może zwiększyć PKB Polski o 8 proc. do 2030 roku. Jedną z barier luka kompetencyjna u małych i średnich przedsiębiorców

0

Ponad 84 proc. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców z badanej grupy przyznaje, że ma co najmniej znaczne braki kompetencyjne w zakresie sztucznej inteligencji, z czego 46,3 proc. uważa je za krytyczne – wynika z ankiet przeprowadzonych na potrzeby raportu „Mapa kompetencji AI w Polsce” Polskiego Funduszu Rozwoju i Google Cloud Polska. MŚP często nie zdają sobie sprawy z tego, jak mogą wykorzystać narzędzia AI i jakie może im to przynieść korzyści. Wśród innych barier rozwoju tej technologii w biznesie wymieniane są m.in. ograniczenia budżetowe firm, brak odpowiedniej strategii cyfrowej czy też niechęć do zmian. 

W raporcie braliśmy pod uwagę segment małych i średnich przedsiębiorstw. Jego wyniki były dosyć smutne. Mało firm korzysta ze sztucznej inteligencji, natomiast jeśli zaczęłyby to robić, to wzrosłyby potencjał i produktywność polskiej gospodarki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Magda Gajownik de Vries z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Z przytaczanych w raporcie danych Implement Consulting Group & Google wynika, że pełne wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji może zwiększyć PKB Polski nawet o 8 proc. w dłuższej perspektywie. Wdrożenie tych narzędzi w małych i średnich przedsiębiorstwach jest o tyle kluczowe, że ten sektor firm odpowiada za niemal dwie trzecie PKB kraju i zatrudnienie ok. 7 mln osób.

Ankieta przeprowadzona wśród 95 przedstawicieli MŚP wskazuje na poważną skalę problemów kompetencyjnych w obszarze AI. Wskazało na nią 84,2 proc. badanej grupy. Jedynie 9,5 proc. respondentów z sektora MŚP nie dostrzega problemu z brakiem kompetencji AI w swoich organizacjach

Na podstawie różnych raportów rynkowych eksperci PFR i Google Cloud Polska przygotowali listę czynników hamujących wdrażanie AI w MŚP. Luka kompetencyjna jest jednym z nich. Przedsiębiorcy wskazują na niedobór pracowników z odpowiednimi umiejętnościami, problemy z rekrutacją i utrzymaniem specjalistów IT oraz na brak czasu i środków na szkolenia.

– Widzimy lukę kompetencyjną dotyczącą rozpoznania potencjału sztucznej inteligencji na poziomie motywacji i chęci spróbowania nowych technologii. Widzimy, że jeśli przedsiębiorca w firmie ma procesy, które działają, zazwyczaj nie jest chętny, żeby eksplorować nowe obszary wykorzystania technologii. To jedna z głównych barier – podkreśla Magda Gajownik de Vries.

MŚP wskazują również na bariery finansowe, czyli wysokie koszty wdrożenia technologii AI, często nieproporcjonalne do postrzeganych korzyści, bariery biurokratyczne i regulacyjne, ale także organizacyjne i kulturowe, czyli niski poziom zaufania do technologii oraz opór przed zmianą. Brakuje w nich zwykle konkretnej wizji i planu na wdrożenie rozwiązań AI.

Obawy dotyczące cyberbezpieczeństwa to także jedna z wymienianych przez firmy barier. Podkreślają one także trudności w dostępie do danych lub ich niską jakość.

Firmy często nie mają przygotowanych danych, żeby zacząć swoją przygodę z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Nie potrafią jeszcze analizować danych w spółkach, żeby wykorzystywać je na potrzeby projektów i prowadzonych prac codziennych – mówi ekspertka PFR.

Barierami są również niedostateczna liczba tzw. success stories, czyli dobrych przykładów rynkowych wdrożeń, a także ograniczony dostęp do wiarygodnych informacji o rozwiązaniach z zakresu sztucznej inteligencji

Badanie ankietowe w raporcie sugeruje jednak, że część firm z sektora MŚP eksperymentuje z rozwiązaniami AI, w tym narzędziami konwersacyjnymi takimi jak np. ChatGPT, Claude czy też Gemini. Są one ogólnodostępne i proste w obsłudze, dlatego stanowią dla nich naturalny punkt wejścia do świata sztucznej inteligencji. Wykorzystują je głównie do tworzenia treści reklamowych, analizy danych biznesowych, obsługi klienta czy też jako wsparcie procesów HR i automatyzacji zadań administracyjnych.

– W wywiadach podczas tworzenia raportu zauważyliśmy, że przedsiębiorcy, a zazwyczaj ich pracownicy, korzystają z AI. Widzieliśmy, że najczęściej pełnią funkcje „ogarniaczy” w firmie: muszą załatwić wiele spraw, przygotować prezentacje, umówić spotkanie. Takie osoby wspomagają się sztuczną inteligencją – uważa Magda Gajownik de Vries. – Natomiast zauważyliśmy też, że wiele osób robi to z własnych kont prywatnych, zaburzając tutaj wszelkie aspekty cyberbezpieczeństwa, co wymaga jak najbardziej zaadresowania i podniesienia świadomości w sektorze przedsiębiorstw wykorzystania sztucznej inteligencji.

Jak podkreśla, korzystanie w ten sposób z narzędzi AI może spowodować, że do sieci trafią poufne informacje dotyczące przedsiębiorstwa lub dane wrażliwe jego klientów, co może mieć poważne konsekwencje dla firmy.

– Warto też mieć świadomość praw autorskich tworzonych z wykorzystaniem narzędzi. To jest wiedza i kompetencje, które na poziomie podstawowym powinni posiadać pracownicy – wskazuje ekspertka z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Z punktu widzenia MŚP istnieje potrzeba systemowego podejścia do budowania kompetencji AI, które uwzględni specyfikę i ograniczone zasoby tego sektora. Badani przedstawiciele firm jako kluczowe działania wspierające rozwój kompetencji AI wskazują rozszerzenie oferty szkoleń praktycznych, wzmocnienie współpracy z uczelniami i instytutami badawczymi oraz ułatwienie dostępu do materiałów edukacyjnych. Postulują również wprowadzenie programów mentoringowych i coachingowych, włączenie tematyki AI do programów nauczania oraz prowadzenie kampanii informacyjnych skierowanych do biznesu.

Z raportu wynika, że kwestie przywództwa są bardzo istotne w firmach. To właśnie osoba zarządzająca, kierująca firmą musi mieć świadomość, jakie korzyści może przynieść sztuczna inteligencja i jej zastosowanie – mówi Magda Gajownik de Vries. – Polski Fundusz Rozwoju aktywnie działa na rzecz przedsiębiorców, prowadząc działania edukacyjne i doradcze w zakresie ich transformacji cyfrowej i podnoszenia kompetencji w zakresie AI. Przedsiębiorcy mogą korzystać z darmowych kursów online, chociażby takich jak podstawy AI, i uczestniczyć w warsztatach, gdzie poznają narzędzia sztucznej inteligencji, ich praktyczne wykorzystanie. Są także warsztaty z przywództwa związanego z wdrożeniem sztucznej inteligencji. To wszystko jest oferowane podczas warsztatów AI dla liderek i dla liderów – wymienia ekspertka.

Jak wynika z danych Eurostatu, 13,48 proc. firm w Unii Europejskiej zatrudniających co najmniej 10 pracowników wykorzystywało w 2024 roku przynajmniej jedno narzędzie sztucznej inteligencji. W zestawieniu widać duże różnice w implementacji AI w różnej wielkości firmach. Odsetek dużych przedsiębiorstw korzystających z tej technologii przekraczał 41 proc. W przypadku średnich firm było to prawie 21 proc., a wśród małych  – 11,2 proc.

Ogólny odsetek jest o 5,45 pp. wyższy w porównaniu do 2023 roku. Liderem unijnego zestawienia jest Dania, w której 27,58 proc. firm wykorzystywało sztuczną inteligencję. Na drugim miejscu znalazła się Szwecja (25,09 proc.), a na trzecim – Belgia (24,71 proc.). Polska została sklasyfikowana na przedostatnim miejscu z wynikiem 5,9 proc. (przed Rumunią), co i tak oznacza wzrost w stosunku do 2023 roku, kiedy było to 3,67 proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pelne-wykorzystanie,p1453413609

Polskie innowacyjne firmy otrzymają dofinansowanie. Wartość programu Innovate Poland może sięgnąć nawet kilkunastu miliardów złotych

0

Najbardziej perspektywiczne i innowacyjne firmy zyskają nowe źródło finansowania. Zainaugurowany właśnie program Innovate Poland to pierwsza w Polsce inicjatywa na taką skalę, która łączy kapitał publiczny – Polski Fundusz Rozwoju (PFR), Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) i Europejski Fundusz Inwestycyjny (EFI) – z kapitałem prywatnym, reprezentowanym na starcie przez PZU jako pierwszego partnera komercyjnego. Na początek na ten cel trafią 4 mld zł, ale docelowa wartość finansowania może sięgnąć nawet kilkunastu miliardów złotych.

Polska to dziś 20. największa gospodarka świata, ale rząd patrzy przede wszystkim na trwałe podstawy przyszłego wzrostu. Potrzebujemy więcej innowacyjnych spółek w Polsce i efektywnych mechanizmów ich finansowania – od fazy samego pomysłu aż do etapu ekspansji zagranicznej. Dlatego Innovate Poland, dlatego niezbędny jest kapitał rozwojowy, który będzie efektywnie finansował polskie spółki – podkreśla minister finansów i gospodarki Andrzej Domański w rozmowie z agencją informacyjną Newseria

Budżet pierwszej fazy programu to 4 mld zł, które mają zostać zainwestowane – poprzez fundusze private equity (PE), venture capital (VC) i private debt (PD) – w około 250 innowacyjnych przedsiębiorstw na różnych etapach rozwoju: od wczesnych start-upów po spółki o ugruntowanej pozycji na rynku, ale potrzebujące finansowania na dalszy rozwój i ekspansję. W następnych fazach kwoty zainwestowane w kolejne perspektywiczne biznesy mogą sięgnąć nawet kilkunastu miliardów złotych – dzięki mobilizacji dodatkowego kapitału prywatnego i dołączaniu kolejnych inwestorów do Innovate Poland.

Koncepcja Innovate Poland nawiązuje do francuskiego „planu Tibiego”, który w ostatnich latach znacząco wzmocnił finansowanie innowacyjnych firm technologicznych we Francji. Polski program jest jednak dostosowany do lokalnych realiów rynku kapitałowego oraz roli instytucji rozwojowych w gospodarce. – Innovate Poland to inwestycja w przyszłość polskiej gospodarki – w jej siłę, odporność i zdolność do konkurowania na globalnych rynkach – podkreśla Andrzej Domański, zaznaczając, że zadaniem państwa jest tworzenie warunków, w których kapitał, talent i technologia mogą się rozwijać szybciej niż dotychczas.

Model programu zakłada dwie ścieżki: zarządzany przez PFR Ventures fundusz funduszy Innovate PL, który będzie dokonywał nowych inwestycji w fundusze PE/VC/PD (dysponując na początek 2,4 mld zł), oraz zarządzany przez EFI Future Tech Poland, który zwiększy skalę dokonanych już wcześniej inwestycji w fundusze VC (1,5 mld zł). Fundusze PE/VC/PD, które otrzymają finansowanie w ramach Innovate Poland, mają z kolei lokować środki w najbardziej perspektywiczne, innowacyjne krajowe spółki z różnych sektorów – od nowych technologii, przez rozwiązania dla przemysłu, po innowacje usługowe.

Istotnym elementem projektu jest Akredytacja Innovate PL FoF – nowy standard jakości dla funduszy, który ma zwiększyć wiarygodność zarządzających i przejrzystość rynku oraz ograniczyć ryzyko po stronie inwestorów. Dla funduszy oznacza to łatwiejszy dostęp do kapitału, dla inwestorów większe bezpieczeństwo i czytelne kryteria inwestycyjne, a dla rynku spójniejszy ekosystem finansowania innowacji.

W ten sposób od fazy samego pomysłu start-upy i młode, innowacyjne firmy będą miały dostęp do kapitału, który pozwoli im przeskalować działalność, a w dalszej perspektywie może nawet dołączyć do grona tzw. jednorożców, czyli firm wycenianych na co najmniej miliard dolarów.

PZU, największy polski ubezpieczyciel, jest pierwszym komercyjnym inwestorem w fundusz funduszy Innovate PL. Jak tłumaczy Bogdan Benczak, p.o. prezes PZU, zaangażowanie to ma kilka wymiarów – biznesowy, strategiczny i rozwojowy.

Po pierwsze, zawsze szukamy okazji do dobrego biznesu, a jesteśmy przekonani, że inwestycja w ramach programu Innovate Poland przyniesie nam atrakcyjne stopy zwrotu – zaznacza. – Po drugie, aktywnie wspieramy i wcielamy w życie ideę local content, czyli wzmacniania krajowego kapitału i przedsiębiorców w obrocie gospodarczym. Możliwość poszerzenia naszego portfela inwestycyjnego o polskie fundusze pivate equity, venture capital czy private debt, które następnie zainwestują w polskie innowacyjne firmy, doskonale się w to wpisuje – dodaje.

Bogdan Benczak podkreśla też, że inwestycja w Innovate PL FoF jest zgodna ze strategią Grupy PZU, wskazującą jako jeden z celów wspieranie innowacyjnych firm, których rozwiązania następnie mogą zostać wykorzystane w działalności grupy. Ubezpieczyciel już od kilku lat bardzo intensywnie współpracuje z młodymi firmami technologicznymi w ramach swojego autorskiego programu PZU Ready for Startups.

Dotąd w ramach partnerskiej współpracy ze startupami  Polski i świata przeanalizowaliśmy ponad 8 tys. ich pomysłów, 80 skierowaliśmy do fazy pilotażu, a 50 zakończyło się wdrożeniem rozwiązania do naszego biznesu. Teraz, dzięki Innovate Poland, będziemy też inwestorem w innowacyjnych przedsięwzięciach i jestem przekonany, że znajdziemy synergię między tymi dwoma naszymi zaangażowaniami – mówi p.o. prezes PZU.

Twórcy programu podkreślają, że Innovate Poland ma nie tylko dostarczać kapitału, lecz także budować nowy ekosystem współpracy między sektorem publicznym i prywatnym, a także podnosić kompetencje inwestorów instytucjonalnych i prywatnych w obszarze finansowania innowacji. Dzięki wspólnym standardom i transparentnym zasadom do programu mają dołączać nowe grupy inwestorów, np. fundusze emerytalne, pozostali ubezpieczyciele, fundusze inwestycyjne, którzy będą mogli się angażować w innowacyjne spółki w sposób uporządkowany i bardziej przewidywalny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-innowacyjne-firmy,p281801230

Rolnicy coraz częściej tracą plony przez ekstremalne zjawiska pogodowe. Dobrowolne ubezpieczenia majątkowe zyskują na znaczeniu

0

Ekstremalne zjawiska pogodowe coraz mocniej uderzają w rolnictwo. Choć wichury, nawalne opady i przymrozki powodują milionowe straty w uprawach i infrastrukturze, wielu rolników decyduje się tylko na obowiązkowe ubezpieczenia, które zapewniają ochronę, ale w ograniczonym – ustalonym w przepisach – zakresie. Eksperci podkreślają, że rosnąca liczba szkód wymaga jednak nowego podejścia do zarządzania ryzykiem, w czym pomocne mogą być dobrowolne ubezpieczenia majątku, plonów i zwierząt gospodarskich. Coraz większego znaczenia nabierają rozszerzenia w formule „all risk”.

– Huragany czy silne wiatry w naszej długości i szerokości geograficznej występują coraz częściej, szczególnie w okresie późnego lata i jesieni. Dotykają szczególnie rolników, ponieważ jednocześnie wyrządzają szkody w infrastrukturze gospodarczej i w uprawach. W infrastrukturze gospodarczej to szkody budynków mieszkalnych, linii energetycznych czy sprzętu rolniczego. W uprawach szkody mogą sięgać nawet do kilkuset tysięcy złotych, a nawet milionów, szczególnie że takie zjawiska jak huragan czy silny wiatr nie zatrzymują się tylko na jednej miejscowości, a obejmują zwykle bardzo duże regiony – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Rafał Czerski, regionalny dyrektor sprzedaży AGRO Ubezpieczeń w Lubelskiem.

Według danych Copernicus Climate Change Service i World Meteorological Organization ekstremalne zjawiska pogodowe stanowią coraz większe zagrożenie dla Europy. Rok 2024 był najcieplejszym w historii Europy. W Polsce tegoroczne lato pod względem opadów IMGW-PIB ocenia jako przeciętne – obszarowa suma opadów była na poziomie 211,1 mm, co stanowiło 94,7 proc. normy z lat 1991–2020. Jednak lokalne gwałtowne wichury i burze, które np. na początku czerwca przeszły przez Dolny Śląsk, a pod koniec lipca przez województwa opolskie, śląskie, świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie czy lubelskie, powodowały ogromne szkody w uprawach. Coraz częściej są to zjawiska o charakterze punktowym, niewpisujące się w sztywne definicje huraganu, co utrudnia dochodzenie odszkodowań.

– Najczęściej na szkody związane z huraganem czy silnym wiatrem narażone są takie elementy jak dachy, poszycia, drzwi i okna, czyli elementy, które przyjmują pierwszą siłę wiatru. Zakres ubezpieczenia podstawowego obejmuje ryzyka nazwane, które mają jasną definicję – żeby był huragan, jego prędkość musi przekroczyć 24 m/s. Kiedy rozmawiamy już o dużo niższej prędkości, np. 16 m/s, wtedy takie szkody mogą być likwidowane, ale tylko w rozszerzeniu ubezpieczenia – wskazuje Rafał Czerski.

Ekspert AGRO Ubezpieczeń podkreśla, że to właśnie ta różnica w definicjach często decyduje o tym, czy rolnik otrzyma odszkodowanie. Dodatkowo kupując polisę, rolnicy zapominają o wielu elementach infrastruktury rolniczej, jak np. instalacje fotowoltaiczne, pompy ciepła, silosy, altany, budowle rolnicze, suszarnie. Kompleksowa ochrona wymaga rozszerzenia o formułę „all risk”, która zabezpiecza przed wszystkimi ryzykami poza wyraźnie wyłączonymi w OWU.

Zgodnie z obowiązującym prawem każdy rolnik musi posiadać ubezpieczenie OC, które chroni przed skutkami finansowymi szkód spowodowanych w związku z posiadaniem przez rolnika gospodarstwa rolnego. Ubezpieczenie budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych (np. powodzi, gradu, uderzenia pioruna) jest również obowiązkowe i stanowi podstawową ochronę przed skutkami zdarzeń losowych. Obowiązek zawarcia umowy ubezpieczenia dotyczy budynków o powierzchni powyżej 20 mkw., a nowe budynki należy ubezpieczyć z dniem pokrycia ich dachem. Rolnicy, którzy uzyskali płatności bezpośrednie, mają obowiązek ubezpieczenia upraw od przynajmniej jednego ryzyka wystąpienia szkód spowodowanych przez powódź, suszę, grad, ujemne skutki przezimowania lub przymrozki wiosenne. Ubezpieczenie musi objąć co najmniej 50 proc. powierzchni upraw rolnych.

Obowiązkowe ubezpieczenie obejmuje jednak tylko podstawowy zakres ochrony, a dane branżowe wskazują, że wielu rolników nie sięga po rozszerzone, dobrowolne formy zabezpieczenia finansowego, mimo że to właśnie one pozwalają objąć ochroną np. maszyny czy instalacje energetyczne. Eksperci zauważają wzrost zainteresowania rozszerzonym zakresem ubezpieczeń, szczególnie po kolejnych sezonach burzowych. Liczba zawieranych umów ubezpieczenia upraw i majątku rolniczego w ostatnich latach rośnie, choć wciąż znaczna część gospodarstw ogranicza się do polis obowiązkowych.

 Współcześnie ubezpieczenia obowiązkowe stają się niewystarczające, ponieważ nie pokrywają wszystkich potrzeb rolnika w kontekście zarówno ochrony majątku, jak i upraw. Ryzyka pogodowe są tak różnorodne w dzisiejszych czasach i wyrządzają tak wiele szkód, że rolnik, aby mieć dobrze ubezpieczony majątek, infrastrukturę gospodarczą, maszyny, ale również uprawy, musi sięgać do jak największych i jak najszerszych rozwiązań ubezpieczeniowych – podkreśla regionalny dyrektor sprzedaży AGRO Ubezpieczeń w Lubelskiem.

 Obowiązkowe ubezpieczenie rolnika jest w swoim zakresie podstawowym ubezpieczeniem, najczęściej od ognia i wyładowań atmosferycznych, natomiast my zachęcamy – i posiadamy takie produkty – do ubezpieczenia dodatkowego. Wtedy w zakresie ubezpieczenia jest właściwie wszystko, i to we wszystkich ewentualnych zdarzeniach i katastrofach chroni rolnika – dodaje Marek Szczepanik, członek zarządu AGRO Ubezpieczeń.

Z danych MRiRW wynika, że w 2024 roku zawarto ponad 209 tys. umów ubezpieczenia upraw rolnych o łącznej sumie ubezpieczenia 32 mld zł. Powierzchnia ubezpieczonych upraw wyniosła ponad 3,8 mln ha. W pierwszej połowie br. liczba nowych polis przekroczyła 144 tys., a powierzchnia ubezpieczonych upraw wyniosła ponad 2,3 mln ha. Na 2025 rok minister rolnictwa podpisał umowy o dopłaty do ubezpieczeń na kwotę 920 mln zł z dziewięcioma zakładami ubezpieczeń, w tym m.in. AGRO Ubezpieczenia.

 Dużym problemem przy ubezpieczeniu majątków rolników ma ich nieaktualna wycena wartości. O ile przy zawieraniu polisy jest to korzystne dla rolnika, bo im niższa wycena majątku, tym niższa składka ubezpieczeniowa, o tyle jeśli wydarzy się nieszczęście i trzeba likwidować szkodę, rolnik chciałby, żeby w całości towarzystwo ubezpieczeniowe pokryło koszty odbudowy czy odnowienia majątku. To może być trudne, jeśli suma ubezpieczenia była o wiele niższa niż rzeczywista wartość majątku – wskazuje Marek Szczepanik.

Wielu rolników nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku szkód całkowitych różnica między realną wartością majątku a sumą ubezpieczenia może oznaczać poważne straty finansowe. Dlatego eksperci zwracają uwagę, że aktualizacja wartości majątku oraz zakup rozszerzonego pakietu ochrony są kluczowe dla uzyskania pełnego odszkodowania.

– Dobrze ubezpieczony majątek rolny to nie tylko posiadanie polisy, lecz przede wszystkim jej dopasowanie do potrzeb i sytuacji. W chwili kiedy wystąpi szkoda, rolnik nie będzie musiał pokrywać strat z własnej kieszeni. Polisa powinna być adekwatna do zagrożeń, które mogą wystąpić w gospodarstwie rolnym, a składka powinna być rozsądna i dopasowana proporcjonalnie do wartości majątku – zaznacza Monika Duzdowska, doradca klienta w Poczta Polska Finanse.

Przy wyborze polisy należy dokładnie przeanalizować strukturę majątku, kierunek produkcji i lokalizację gospodarstwa. Inne ryzyka występują w gospodarstwach położonych na terenach zalewowych, inne na obszarach górzystych czy przy lasach, gdzie może wystąpić ryzyko przeniesienia pożaru, albo mogą powstać szkody związane z występowaniem dzikich zwierząt.

– Jeśli w gospodarstwie występują zwierzęta gospodarskie, to warto określić ich rodzaj i wartość, jeśli jest to gospodarstwo prowadzące produkcję roślinną, warto zabezpieczyć je przed ryzykami występującymi w zapasach, materiałach – mówi Marek Szczepanik.

 Koszty ubezpieczenia majątku rolnego są bardzo zróżnicowane, zależne przede wszystkim od tego, jakie są składniki majątku rolnika, od sumy ubezpieczenia, ochrony, którą rolnik wybierze, jak również od towarzystwa ubezpieczeniowego. Koszt ubezpieczenia wynosi od kilkuset złotych do kilku tysięcy złotych, niemniej roczny koszt nie jest adekwatny do tego, jakie mogą być straty w gospodarstwie rolnym. Mogą one doprowadzić do zachwiania płynności finansowej, zerwania ciągłości produkcji rolnej albo do utraty dochodu, a nawet doprowadzić do bankructwa – podkreśla Monika Duzdowska.

Ekspertka dodaje, że warto wybierać polisy z dodatkowymi usługami assistance, np. holowaniem maszyn w razie awarii, pomocą techniczną czy IT. Ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, zwłaszcza w branży o tak wysokim poziomie ryzyka jak rolnictwo, staje się dziś standardem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rolnicy-coraz-czesciej,p207219329

UE przyspiesza budowę własnego łańcucha dostaw surowców krytycznych. Dziś niektóre z nich w całości są uzależnione od Chin

0

Chiny w październiku zapowiedziały wprowadzenie kolejnych ograniczeń w eksporcie metali ziem rzadkich, obejmując licencjami nie tylko eksporterów, lecz także zagraniczne firmy wykorzystujące chińskie surowce lub technologie na nich oparte. Po niedawnym spotkaniu przywódców Państwa Środka i USA zapowiedziano tymczasowe zawieszenie tych restrykcji, które ma obowiązywać także odbiorców z Unii Europejskiej. Polscy politycy podkreślają, że tego typu decyzje Chin to dla Unii poważny sygnał ostrzegawczy, który powinien skłonić wspólnotę do przyspieszenia prac nad alternatywnymi źródłami dostaw. Kraje członkowskie są bowiem w dużej mierze zależne od dostaw surowców krytycznych z tego kraju.

– Chiny są hegemonem, mają decydujący udział w eksporcie surowców krytycznych, tych, które są konieczne dla tworzenia rozwiązań wysokiej technologii. Jeżeli Chiny mówią o tym, że będą ograniczać swój eksport, to jest to oczywiście dla nas groźne. Pokazuje, że Chiny, podobnie jak Rosja, wykorzystują surowce do osiągania swoich celów geopolitycznych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Michał Kobosko, poseł do Parlamentu Europejskiego z Polski 2050, Renew Europe.

9 października Chiny po raz kolejny wprowadziły restrykcje w eksporcie metali ziem rzadkich. Tym razem chodziło o regulacje nakładające na zagraniczne firmy obowiązek wnioskowania o licencje na dalszy obrót produktami zawierającymi chińskie surowce lub technologie ich przetwarzania. Jak wskazuje Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, nowe ograniczenia obejmowały m.in. holm, erb, iterb i tul – pierwiastki kluczowe dla produkcji magnesów neodymowych, turbin wiatrowych, baterii litowych oraz systemów naprowadzania. Pekin uzasadnił ten krok koniecznością ochrony bezpieczeństwa narodowego i racjonalnego wykorzystania zasobów, ale w praktyce zwiększa kontrolę nad globalnymi łańcuchami dostaw.

Zarówno UE, jak i USA negocjują z Chinami złagodzenie restrykcji. Z doniesień medialnych wynika, że zawieszenie uzgodnione na niedawnym spotkaniu przywódcy Chin Xi Jinpinga z prezydentem USA Donaldem Trumpem ma mieć zastosowanie również do innych krajów, w tym UE. Eksperci wskazują jednak, że tego typu kroki ze strony Pekinu to poważny sygnał ostrzegawczy dla państw członkowskich UE. Według raportu Fundacji SET Chiny są dziś największym dostawcą 34 z 51 kluczowych surowców. Zapewniają m.in. 97 proc. magnezu i 100 proc. ciężkich pierwiastków ziem rzadkich. Tak silna zależność stanowi realne ryzyko dla europejskiej gospodarki i bezpieczeństwa państw członkowskich. Jednocześnie robimy za mało, by budować strategiczną autonomię surowcową. Średni czas uzyskania pozwoleń na nowe inwestycje wydobywcze w UE to nawet 10 lat, podczas gdy w Kanadzie czy Australii są to zaledwie dwa–trzy lata.

– My jako Europa w tej sytuacji musimy zrobić dużo więcej niż do tej pory, by, po pierwsze, wydobywać i produkować surowce oraz wykorzystywać w recyklingu te surowce, które już mamy. Po drugie, żeby rozmawiać z takimi krajami jak Kanada czy Australia, które mają u siebie te surowce dziś dostarczane głównie przez Chiny. Musimy szukać bezpiecznych i zarazem strategicznie istotnych dla nas źródeł importowania tych technologii – przekonuje Michał Kobosko.

Skalę wyzwania pokazują dane Europejskiego Banku Centralnego, który w swojej analizie z czerwca br. podkreślił, że strefa euro jest narażona na ryzyko zakłóceń w łańcuchach dostaw związanych z chińskim eksportem pierwiastków ziem rzadkich zarówno w przypadku bezpośredniego importu z Chin, jak i pośrednich dostaw z państw trzecich. Nawet jeśli produkty zawierające te pierwiastki trafiają do Europy z innych krajów, ich dostawcy także w dużym stopniu zależą od chińskich zakładów przetwórczych. EBC wskazał, że Chiny dostarczają ok. 70 proc. pierwiastków ziem rzadkich do strefy euro, zajmują też centralną pozycję w rafinacji innych kluczowych surowców, takich jak lit i kobalt.

– Europa musi się w tej sprawie zjednoczyć i bardzo blisko współpracować, bo od momentu, kiedy Donald Trump jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, mamy nową geopolityczną sytuację. Od rozpoczęcia wojny celnej z Unią Europejską, Chinami, Indiami mamy całkowicie nową sytuację makroekonomiczną i Europa się musi w tym szybko odnaleźć. Jesteśmy silniejsi, bo też nie jesteśmy sami jako Polska, tylko współpracujemy, więc w tym miejscu synergia musi zadziałać – podkreśla Dariusz Joński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej.

W ocenie Fundacji SET brak realnego wsparcia dla inwestycji w wydobycie, przetwarzanie i recykling w UE grozi przegraną w globalnym wyścigu o surowce. To z kolei może oznaczać poważne problemy dla gospodarek i rozwoju technologicznego państw członkowskich, ale również zagrożenie dla ich bezpieczeństwa.

Unia Europejska stara się ograniczyć tę zależność poprzez realizację strategii z Critical Raw Materials Act (CRMA). Regulacje przewidują, że do 2030 roku UE powinna wydobywać co najmniej 10 proc. swojego rocznego zapotrzebowania na surowce strategiczne, przetwarzać wewnątrz Wspólnoty 40 proc. tego zapotrzebowania i pozyskiwać z recyklingu 25 proc. niezbędnych surowców. Regulacja wprowadza też zasadę, że żadne państwo trzecie nie może odpowiadać za więcej niż 65 proc. dostaw danego surowca. Światowe Forum Ekonomiczne wskazuje, że do realizacji tych celów potrzebne jest usprawnienie procesu zatwierdzania projektów strategicznych, doprecyzowanie regulacji i zmobilizowanie współpracy sektora publicznego i prywatnego.

– Z jednej strony to jest rynek pierwotny, czyli wydobycie, przerabianie, ale z drugiej strony to jest masa surowców, które już są w urządzeniach, które używamy i które po prostu trzeba na dużo większą niż obecnie skalę recyklingować – tłumaczy Michał Kobosko. – W Polsce mamy silne firmy zajmujące się recyklingiem metali i bardzo dobrze, że Unia chce wspierać takie przedsięwzięcia.

Według raportu European Raw Materials Alliance i EIT RawMaterials „Rare Earth Magnets and Motors: A European Call for Action” dziś w Unii Europejskiej mniej niż 1 proc. pierwiastków ziem rzadkich jest efektywnie odzyskiwany. Tymczasem materiały te, zwłaszcza wykorzystywane w magnesach trwałych zawierających m.in. neodym, prazeodym, dysproz czy terb, są kluczowym komponentem nowoczesnych technologii, takich jak silniki elektryczne i turbiny wiatrowe. Jak zwróciło niedawno uwagę Światowe Forum Ekonomiczne, niedobory pierwiastków ziem rzadkich mogą spowolnić produkcję półprzewodników, rozwój sztucznej inteligencji czy instalację elektrowni wiatrowych. Tym samym strategiczne polityki UE, czyli m.in. zielona i cyfrowa transformacja, zależą od łańcuchów dostaw, nad którymi nie ma dziś kontroli.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ue-przyspiesza-budowe,p187882221

Rekordowe ocieplenie i najwyższe stężenia CO2 w historii. Przed COP30 w Brazylii rośnie presja, by globalne deklaracje zamieniły się w działania

0

Według opublikowanego przed COP30 raportu Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) rok 2025 ma szansę być drugim lub trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Poprzedni rok został oficjalnie uznany za rekordowo ciepły, a stężenie gazów cieplarnianych osiągnęło najwyższe wartości. Rośnie presja, by na rozpoczynającym się szczycie klimatycznym Organizacji Narodów Zjednoczonych COP30 w brazylijskim Belém deklaracje przełożyły się na konkretne działania.

– Przed szczytami klimatycznymi jest publikowanych wiele raportów, na przykład raport WMO odnośnie do zmian klimatu. One stanowią pewną sumę wiedzy naukowej i pełną mobilizację dla środowiska politycznego, żeby zająć się tym tematem – mówi agencji Newseria Marcin Popkiewicz, fizyk i redaktor portalu Nauka o Klimacie.

Według raportu WMO „State of the Global Climate Update”, opublikowanego na początku listopada br., klimat osiągnął punkt, w którym wszystkie kluczowe wskaźniki wysyłają alarmujące sygnały. Trend ocieplenia się utrzymuje i 2025 rok ma szansę być drugim lub trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Średnia temperatura przy powierzchni Ziemi w okresie styczeń–sierpień 2025 roku była o ok. 1,42°C wyższa od średniej sprzed epoki przemysłowej. W ubiegłym roku wzrost wyniósł 1,55°C i był to najcieplejszy rok w 175-letnim okresie obserwacji. Raport wskazuje także, że stężenie gazów cieplarnianych oraz zawartość ciepła w oceanach, które osiągnęły rekordowe poziomy w 2024 roku, w tym roku nadal rosły. Naukowcy WMO podkreślają, że mimo to ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5°C do końca stulecia jest możliwe, a jednocześnie konieczne.

– Te wszystkie głosy nauki, które przypominają, dlaczego to jest ważne i pilne, pozwalają jednak na pewien postęp. To nie tylko jest kwestia tego, że dochodzi do przełomu na szczycie klimatycznym, ale też jest to pewien drogowskaz dla biznesu, co należy robić dla regulacji np. w Unii Europejskiej czy w Chinach, które prowadzą w stronę efektywnej gospodarki, opartej na czystych źródłach energii – mówi ekspert.

Według statystyk Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA) świat w ubiegłym roku dodał 585 GW energii odnawialnej – co stanowiło ponad 92 proc. wszystkich nowych mocy – zwiększając globalny potencjał do 4448 GW. Oznacza to rekordowy roczny wzrost na poziomie 15,1 proc., przy czym energia słoneczna i wiatrowa stanowią niemal całą nową moc. Choć liczby robią wrażenie, nie wystarczą, by osiągnąć zakładany cel potrojenia mocy wytwórczych OZE do 2030 roku. Wyliczenia IRENA wskazują, że roczny przyrost musi być na poziomie 16,6 proc. Dlatego negocjacje klimatyczne skupiają się na wspólnej odpowiedzialności i globalnym działaniu.

– COP30, negocjacje klimatyczne są jakąś platformą współpracy międzynarodowej, kiedy w imię długoterminowego dobra wspólnego narody świata umawiają się na pewne działania, chociaż mogą być dla nich niewygodne. To trochę tak, jakbyśmy mieszkali razem nad jeziorem, do którego ja zrzucam ścieki, ty zrzucasz ścieki i Kowalski zrzuca ścieki. Zrzucamy tych ścieków coraz więcej, a nasze jezioro zamienia się w śmierdzące bajoro. Tylko czemu ja mam budować oczyszczalnię, skoro 200 gospodarstw domowych zrzuca ścieki do jeziora, tak jak 200 krajów na świecie zanieczyszcza atmosferę? Jak ja się ograniczę, to ja ponoszę koszty, a 199 źródeł ścieków nadal jest. Spotykamy się więc razem, żeby stwierdzić, że wszyscy budujemy tę oczyszczalnię, zmieniamy nasze gospodarstwa, żeby tych ścieków nie zrzucać do jeziora, czyli nie emitować dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych do atmosfery – tłumaczy redaktor portalu Nauka o Klimacie.

W przededniu COP30 Simon Stiell, sekretarz wykonawczy ONZ ds. zmian klimatu, podkreślił na swoim LinkedInie, że konferencja klimatyczna powinna osiągnąć trzy cele: wysłać jasny sygnał, że kraje są w pełni zaangażowane we współpracę klimatyczną, co oznacza uzgodnienia we wszystkich kluczowych kwestiach, przyspieszyć implementację działań we wszystkich sektorach gospodarki oraz połączyć działania na rzecz klimatu z korzystnym wpływem na życie ludzi, w postaci np. mniejszego zanieczyszczenia czy tańszej i bezpiecznej energii.

– Wiatr i słońce stały się najtańszymi źródłami energii na świecie, więc tempo wzrostu energii, którą produkujemy z tych bezemisyjnych źródeł, jest większe niż tempo wzrostu zapotrzebowania na energię na świecie. To oznacza, że paliwa kopalne osiągają swój szczyt wykorzystania i w kolejnych latach – w miarę jak będziemy oddawać coraz więcej czystych, tanich źródeł energii – udział paliw kopalnych i emisje z tym związane będą maleć. Swoją drogą te technologie rozwijają się m.in. dlatego, że są szczyty klimatyczne i narody świata deklarują i podejmują pewne działania, żeby emisje redukować, pojawiają się firmy, które mówią: dostarczymy bezemisyjne i docelowo tańsze źródła energii i będziemy je sprzedawać – wskazuje Marcin Popkiewicz. 

Według IRENA udział OZE w całkowitym potencjale wytwórczym przekroczył 46 proc., co potwierdza, że transformacja energetyczna przyspiesza, choć wciąż zbyt wolno, by osiągnąć cele na 2030 rok.

– Świat obiera kierunek na odchodzenie od paliw kopalnych nie tylko ze względów klimatycznych, ale też bezpieczeństwa energetycznego i geopolitycznego, więc my rozwijamy produkcję fotowoltaiki, baterii, samochodów elektrycznych i nie dość, że chronimy klimat, to jeszcze wzmacniamy naszą gospodarkę, poprawiamy bezpieczeństwo energetyczne – podkreśla ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowe-ocieplenie-i,p211397176

Europejska sieć światłowodowa szybko się rozbudowuje. Stopień wykorzystania łączy jest jednak niski

0

Coraz więcej Europejczyków ma dostęp do internetu światłowodowego, choć tempo inwestycji w ostatnich dwóch latach nieco spadło. Prywatni inwestorzy przekierowali część środków na centra danych, wciąż jednak są zainteresowani finansowaniem światłowodów. Problemem jest stosunkowo niewielki stopień wykorzystania nowoczesnej infrastruktury przez użytkowników. Średnia dla 39 krajów Europy to 53 proc. – wynika z badań FTTH Council Europe.

– Prywatne inwestycje w sieć światłowodową osiągnęły szczyt w 2022 i 2023 roku. Od tamtego czasu obserwujemy ich niewielki spadek. Wynika to z wyższych stóp procentowych oraz faktu, że część inwestycji skierowano na centra danych. Mimo wszystko nadal podchodzimy do tematu z bardzo dużą dozą optymizmu. Widzimy, że jeśli pojawia się dobre uzasadnienie biznesowe, to apetyt inwestorów na finansowanie infrastruktury światłowodowej nadal jest duży. Jest więc spora szansa na to, że przyciągniemy wystarczającą ilość prywatnych funduszy, aby dokończyć pracę i doprowadzić do pełnego pokrycia Europy siecią światłowodową – mówi agencji Newseria Vincent Garnier, dyrektor generalny FTTH Council Europe.

Według raportu FTTH Council Europe „European FTTH/B Market Panorama 2025” we wrześniu 2024 roku sieć FTTH (Fiber to the Home) / FTTB (Fiber to the Building) docierała do 269 mln gospodarstw domowych w 39 państwach europejskich, czyli 74,6 proc. To wzrost o ok. 5 pp. w porównaniu z wrześniem 2023 roku. Jednocześnie wskaźnik faktycznego wykorzystania łączy („take-up rate”) wyniósł ok. 53 proc., co pokazuje, że dostępność infrastruktury nadal wyprzedza tempo jej komercyjnego wykorzystania – szczególnie w Europie Zachodniej.

 Są kraje, w których budowa sieci światłowodowej poszła względnie dobrze, ale trudności pojawiają się w zakresie podłączenia do sieci domów i faktycznego uruchomienia usług. Aby to mogło się udać, potrzebne są bardzo silne ramy polityki publicznej, które skutecznie zachęcą wszystkich do przejścia na światłowód. Musimy mieć jasny plan wyłączenia infrastruktury miedzianej i system zachęt wspierających migrację abonentów na sieci światłowodowe – podkreśla Vincent Garnier.

Według raportu „Copper Switch-Off Tracker” FTTH Council, opracowanego we współpracy z Cullen International, Portugalia, Hiszpania i Szwecja znajdują się na czele procesu przechodzenia Europy z tradycyjnych sieci miedzianych na szerokopasmową infrastrukturę światłowodową, podczas gdy Niemcy, Grecja i Czechy zamykają ranking.

Polska znajduje się w grupie krajów „w fazie przejściowej”, czyli nie ma jeszcze daty pełnego wyłączenia sieci miedzianych, ale stopniowo ogranicza inwestycje w nie i aktywnie rozwija infrastrukturę światłowodową. Z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej wynika, że w 2024 roku zasięg sieci światłowodowych obejmował 78 proc. gospodarstw domowych. Pomimo rozwoju sieci i realizacji projektów w ramach programów unijnych nadal 22 proc. gospodarstw domowych w Polsce pozostawało poza zasięgiem światłowodu. Istnieją tzw. białe plamy – tereny, gdzie budowa infrastruktury światłowodowej jest nieopłacalna bez wsparcia publicznego.

 W Polsce 80 proc. gospodarstw domowych ma dostęp do sieci szerokopasmowej i to jest bardzo dobra europejska średnia. Oczywiście chcielibyśmy więcej i szybciej, ale musimy sobie zdawać sprawę z tego, że pozostały te najtrudniejsze adresy, najtrudniejsze tereny, tam gdzie dotarcie z siecią jest najbardziej kosztowne i najtrudniejsze. To zajmie jeszcze trochę czasu, ale mam nadzieję, że niedługo osiągniemy dużo lepsze wyniki – mówi Wojciech Dziomdziora, główny prawnik Nexery.

Ekspert przypomina, że wiele z propozycji deregulacyjnych, które miały ułatwić budowę sieci, nie zostało dotąd wdrożonych. Branża postuluje m.in. ułatwienia w dostępie do nieruchomości, obowiązek budowy kanałów technologicznych przy inwestycjach drogowych i energetycznych oraz aktualizację Narodowego Planu Szerokopasmowego, który ostatni raz był aktualizowany w 2020 roku.

 Największym wyzwaniem jest sprzedaż usług, to, żeby ludzie korzystali z naszych sieci. W Polsce wykorzystanie sieci światłowodowych jest cały czas na niskim poziomie, to jest 35 do 40 proc. Prawda jest taka, że ceny usług telekomunikacyjnych, szczególnie komórkowych, są bardzo niskie, co powoduje, że ludzie nie mają powodów, żeby korzystać ze światłowodów – wskazuje Wojciech Dziomdziora.

Jak ocenia przedstawiciel Nexery, konieczne są kampanie informacyjne zachęcające użytkowników do migracji z sieci miedzianych. W Polsce jednak takich działań dotąd brakuje. 

 Polski rząd, polski podatnik, Unia Europejska wydali miliardy euro na budowę sieci szerokopasmowej i paradoksalnie nie wydali złamanego eurocenta, złamanego grosza na promocję technologii światłowodowej. Zdecydowanie tego typu akcje edukacyjne, informacyjne z udziałem prywatnych przedsiębiorców i administracji publicznej są bardzo potrzebne – dodaje główny prawnik Nexery.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejska-siec,p308792211