Zarządca odcinka autostrady A4 wchodzi na rynek nieruchomości. Zaczyna od budowy w centrum Katowic [DEPESZA]

0

Nawet 700 mieszkań znajdzie się w budynku, który zamierza zrealizować spółka Stalexport Autostrady w centrum Katowic. Firma w przyszłym roku przestaje zarządzać trasą A4 Katowice–Kraków. W projekcie nowej strategii na lata 2026–2030 deklaruje, że w dalszym ciągu będzie działać w obszarze infrastruktury transportowej, ale chce mocniej postawić na inwestycje w nieruchomości mieszkaniowe lub wielofunkcyjne.

Nowoczesny budynek, który ma powstać w centrum Katowic, ma mieć powierzchnię netto inwestycji około 50–55 tys. mkw. W ramach koncepcji, którą przygotował architekt Tomasz Konior, znajdą się także tereny zielone i plac miejski. Pracownia Konior Studio odpowiadała w przeszłości m.in. za realizację siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (NOSPR) w Katowicach.

– Mamy jasną wizję – chcemy być inwestorem z długoterminową perspektywą. Chcemy zarządzać zdywersyfikowanym portfelem inwestycji w szeroko rozumianą infrastrukturę transportową i budownictwo – mówi Andrzej Kaczmarek, prezes spółki Stalexport Autostrady SA. – W pierwszym kwartale 2026 roku planowane jest utworzenie specjalnej spółki celowej zajmującej się projektami deweloperskimi w zakresie nieruchomości mieszkalnych i komercyjnych.

Obecnie Grupa Kapitałowa Stalexport Autostrady koncentruje się na eksploatacji płatnego odcinka autostrady A4 Katowice–Kraków. Koncesja na ten projekt wygasa 15 marca 2027 roku. Po niemal trzech dekadach funkcjonowania w modelu partnerstwa publiczno-prywatnego spółka przygotowuje się do nowego etapu działalności.

– W ostatnich miesiącach poświęciliśmy dużo czasu na analizę i ocenę tego, gdzie jako organizacja możemy tworzyć największą wartość. Wnioski były jednoznaczne: żeby skutecznie konkurować i rozwijać się w długim terminie, musimy zaproponować rynkowi nowy, bardziej zdywersyfikowany model działania. Przygotowaliśmy propozycję strategii na lata 2026–2030 z perspektywą do roku 2035. To nie jest lista przypadkowych projektów ani zmiana narracji. To zestaw konkretnych i realnych propozycji, które porządkują nasze priorytety i wyznaczają jasny kierunek na najbliższe lata – zapowiada Andrzej Kaczmarek.

Projekt nowej strategii pod hasłem „Droga do nowych inwestycji!” zakłada rozwój w trzech kluczowych kierunkach. Oprócz mocniejszego akcentu stawianego na inwestycje w nieruchomości mieszkaniowe lub wielofunkcyjne spółka chce nadal zarządzać infrastrukturą transportową, nieograniczającą się tylko do projektów autostradowych. Zapowiada wykorzystanie posiadanych kompetencji związanych z budową, utrzymaniem i modernizacją w przypadku takich projektów jak nowe drogi, parkingi czy lotniska.

Sprzyja temu szereg czynników rynkowych, w tym w szczególności sytuacja geopolityczna i budżetowa państwa, która otwiera możliwości dla nowych projektów infrastrukturalnych w Polsce. Perspektywiczne są m.in. plany rozbudowy infrastruktury podwójnego zastosowania, tj. dla celów cywilnych i wojskowych (dual-use), i jej dostosowanie do standardów NATO. W ramach tych działań planowane jest m.in. zapewnienie przepustowości korytarzy wojskowych wzdłuż osi zachód–wschód w europejskiej sieci TEN-T. Unijny program Military Mobility zakłada uruchomienie programu infrastrukturalnych inwestycji prywatnych, które zwiększą możliwości transportowe na potrzeby wojsk.

– Nasz docelowy profil działalności w roku 2030 składa się z portfela projektów w infrastrukturę publiczną i nieruchomości. STX posiada doświadczenie i kompetencje umożliwiające mu udział w rozwoju infrastruktury w ramach potrzeb strony publicznej – wspierając realizację projektów dual-use czy wpisujących się w zapotrzebowanie Military Mobility. Dodatkowo rozpoczynamy nasze działania w obszarze technologicznym, ponieważ to bezpośrednio wzmacnia jakość naszych rozwiązań i długoterminową stabilność firmy – zapowiada Andrzej Kaczmarek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zarzadca-odcinka,p1648981828

Europosłowie chcą regulacji zarządzania algorytmicznego w miejscu pracy. Ważne decyzje mają być podejmowane przez człowieka

0

Europosłowie zaapelowali do Komisji Europejskiej o przygotowanie przepisów, które uregulują sposób wykorzystania zarządzania algorytmicznego w przedsiębiorstwach. Podkreślają, że decydujący głos w ważnych sprawach dotyczących pracowników powinni mieć ludzie. Chodzi m.in. o decyzje w sprawie przedłużenia lub nieprzedłużenia umowy o pracę czy zmiany wynagrodzenia.

Parlament Europejski w grudniu 2025 roku przyjął raport polskiego europosła Andrzeja Buły na temat cyfryzacji, sztucznej inteligencji oraz zarządzania algorytmicznego (algorithmic management, AM) w miejscu pracy. Posłowie domagają się w nim przyjęcia nowych środków ochrony przed zarządzaniem algorytmicznym w miejscu pracy. Raport to odpowiedź na zmiany dotykające europejski rynek pracy. Jak wynika z grudniowego badania OECD dotyczącego wdrażania przez firmy narzędzi zarządzania algorytmicznego, średni wskaźnik adaptacji dla europejskich badanych krajów, tj. Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii, wyniósł 79 proc.

Zarządzanie algorytmiczne to mechanizmy, które pojawiają się w miejscu pracy w kontekście nadzoru, kontroli, kreowania pewnych sytuacji, do których pracownicy nie są przygotowani. Chcieliśmy w tym raporcie złapać balans pomiędzy bardzo ważną rolą pracodawcy w prowadzeniu firmy, w walce o konkurencyjny rynek czy efektywność swojej produkcji, a z drugiej strony pokazać stronę społeczną, czyli pracowników jako partnerów do tego, aby korzystać z nowoczesnych technologii – mówi agencji Newseria Andrzej Buła, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej. – Bardzo zależało mi na tym, żeby w tym raporcie i jedenastu rekomendacjach pokazać relacje pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, że pojawia się tam algorytm, który powinien być pod nadzorem człowieka. Jednocześnie chcemy też pokazać, żeby przedsiębiorcy nie byli narażeni na żadne sankcje, nie było dodatkowej sprawozdawczości, żeby po prostu przedsiębiorca miał cały czas wolność prowadzenia działalności gospodarczej.

Najważniejsza rekomendacja, która znalazła się w przyjętym raporcie, dotyczy ludzkiego nadzoru. Zgodnie z nią żadne istotne decyzje dotyczące pracowników nie powinny być podejmowane przez algorytmy bez nadzoru człowieka. Europosłowie zaznaczają, że pracownik powinien mieć prawo do żądania wyjaśnień odnośnie do decyzji podejmowanych lub wspieranych przez zarządzanie algorytmiczne. W przypadku gdy stwierdzi, że jego prawa zostały naruszone, dany system AM może zostać zmodyfikowany lub nawet wycofany.

– Chcielibyśmy, aby każdy pracownik w miejscu pracy, gdzie pracodawca zdecyduje się wprowadzić nowoczesne narzędzia technologiczne, był niezwłocznie przeszkolony, poinformowany, aby na to znalazły się pieniądze, szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw – mówi europoseł KO.

Europosłowie rekomendują, aby pracownicy otrzymywali jasne informacje o tym, w jaki sposób systemy AM wpływają na warunki pracy, zwłaszcza gdy są one wykorzystywane do podejmowania zautomatyzowanych decyzji. Informacje powinny obejmować zakres gromadzonych i przetwarzanych danych, a także sposób sprawowania nadzoru przez człowieka. Ponadto podkreślają, że pracownicy powinni mieć możliwość udziału w konsultacjach w sytuacji, gdy systemy AM służą do podejmowania decyzji dotyczących wynagrodzeń, ocen, przydziału zadań czy czasu pracy. Stosowanie systemów musi uwzględniać dobrostan pracowników i nie może zagrażać ich bezpieczeństwu ani zdrowiu fizycznemu czy psychicznemu.

– Przeznaczyliśmy ten raport i rekomendacje dla 32 mln firm w Europie i 200 mln obywateli Unii Europejskiej pracujących na wspólnym rynku pracy – tłumaczy Andrzej Buła. – Tworzymy pewne ramy organizacyjne, w przyszłości może prawne, dla konkretnych grup ludzi. Po to jesteśmy w Parlamencie Europejskim. Chodzi o to, żebyśmy potrafili dostrzec, że coś jest wyzwaniem, dla niektórych pewnym problemem, ale żeby cały czas nowe technologie były dla nas wielką szansą. Absolutnie nie jestem ich przeciwnikiem, wręcz przeciwnie, ale chodzi o wymiar społeczny, żebyśmy wszyscy byli zaproszeni do uczestnictwa.

W dokumencie zaznaczono, że zarządzanie algorytmiczne może pozytywnie wpływać na zwiększenie efektywności, redukcję kosztów, służyć lepszej organizacji pracy czy też wspierać innowacyjne modele biznesowe.

– Udało mi się doprowadzić do tego, że przedsiębiorca nie jest szykanowany, zmuszany do dodatkowej sprawozdawczości, że to on bierze pełną odpowiedzialność za funkcjonowanie firmy i wyniki finansowe. Często ze strony Lewicy pojawia się postulat, aby to związki zawodowe decydowały o wielu aspektach w firmie. To przedsiębiorca płaci podatki, utrzymuje rodziny, przygotowuje wynagrodzenia, więc dla mnie na pierwszym miejscu jest przedsiębiorca – wyjaśnia Andrzej Buła. – Jednak przedsiębiorca nie zafunkcjonuje, nie będzie się rozwijał, jeżeli nie będzie miał dobrze przygotowanej kadry. Jeżeli więc po drugiej stronie pojawiają się fundusze i prawo do szkoleń, informacji, przejrzystości, do tego, że to człowiek nadzoruje drugiego człowieka, oczywiście poprzez różne mechanizmy, to jest to dla mnie najważniejsze.

Jak dodaje, Europa może łączyć konkurencyjność z odpowiedzialnością społeczną i tym samym wspierać innowacyjne przedsiębiorstwa bez rezygnowania z wysokich standardów i ochrony pracowników, o ile zostaną przyjęte odpowiednie rozwiązania.

Na poziomie Unii Europejskiej istnieją już przepisy dotyczące sztucznej inteligencji i ochrony danych, w tym AI Act i GDPR. Z kolei kwestie dotyczące wykorzystania sztucznej inteligencji w miejscu pracy zostały zawarte w dyrektywie w sprawie pracy za pośrednictwem platform internetowych.

Jesteśmy w trakcie wdrażania tych przepisów i AI Act, ale tam wszędzie mówi się o bezpiecznej i godnej zaufania technologii. Tutaj jest pracodawca, pracownik i jest najważniejsza umowa społeczna. Chodzi o to, żeby ta umowa też podlegała pewnym zmianom, bo otoczenie wokół nas się zmienia. Dlatego uważam, i pracodawcy, i pracownicy mogą się czuć wygrani. Jedni mają prawo do nowoczesnych technologii, żeby była lepsza efektywność funkcjonowania firm, drudzy mają prawo do tego, żeby wiedzieć, jakie są te technologie – podkreśla poseł sprawozdawca.

Po przyjęciu sprawozdania Komisja Europejska ma trzy miesiące na odpowiedź na wniosek PE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europoslowie-chca,p372778569

Największa od 20 lat reforma unijnego prawa farmaceutycznego na ostatniej prostej. Ma zwiększyć innowacyjność i dostępność leków

0

W grudniu 2025 roku Parlament Europejski wraz z Radą UE i Komisją Europejską doszły do porozumienia w sprawie rewizji pakietu farmaceutycznego. To oznacza, że największa od dwóch dekad reforma tego obszaru jest coraz bliżej wdrożenia. Nowe przepisy mają działać na rzecz innowacji i konkurencyjności rynku, jak również na korzyść pacjentów, którzy mają mieć większy dostęp do terapii.

Pakiet farmaceutyczny to pierwsza duża nowelizacja unijnych przepisów farmaceutycznych od 2004 roku, której projekt Komisja Europejska po raz pierwszy opublikowała w kwietniu 2023 roku. W okresie polskiej prezydencji 4 czerwca 2025 roku Rada UE uzgodniła swoje stanowisko negocjacyjne, a 11 grudnia wspólnie z Parlamentem instytucje te osiągnęły porozumienie co do tego, jak mają ostatecznie wyglądać nowe przepisy.

Mamy już zakończony trilog, czyli czekamy tylko na potwierdzenie formalne największej od 20 lat reformy rynku leków. Jedno określenie, które spaja te przepisy, to: większa dostępność. Z jednej strony chcemy dawać impulsy dla leków innowacyjnych, branży badawczej i firm, które wynajdują nowe leki, bo żeby leki były dostępne, muszą zostać najpierw wynalezione, a z tym się często wiąże olbrzymi koszt liczony w miliardach euro. Z drugiej strony, żeby lek był dostępny, to musi być nas na niego stać – nas jako pacjentów czy nas jako państwa członkowskie, które refundują część tych leków przez budżet – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Adam Jarubas, poseł do Parlamentu Europejskiego z PSL, przewodniczący Komisji Zdrowia Publicznego w PE (SANT).

Jednym z najważniejszych elementów osiągniętego porozumienia jest uzgodnienie ośmioletniego okresu wyłączności danych pochodzących z badań przedklinicznych i klinicznych dla firm wprowadzających lek na rynek. Po upływie tego okresu inne firmy mogą je wykorzystywać do produkcji leków generycznych. W określonych warunkach będzie możliwe wydłużenie tego okresu, a maksymalny łączny czas ochrony wynosi 11 lat.

– Największy spór dotyczył okresu wyłączności ochrony danych i ochrony rynkowej. Z jednej strony to jest to, na czym bardzo zależało branży innowacyjnej, czyli Big Pharmie. Z drugiej strony mamy perspektywę pacjentów i producentów leków generycznych, bo pamiętajmy, że w okresie, kiedy kończy się ta ochrona, leki tanieją od 30 do nawet 90 proc. – tłumaczy dr Adam Jarubas. – Udało się przyjąć zbalansowane rozwiązanie. Podstawowy okres ochrony danych to jest osiem lat. Może on być wydłużony dla producentów leków pod warunkiem spełnienia określonych dodatkowych wymagań. To jest chociażby kwestia odpowiedzi na tak zwane niezaspokojone potrzeby medyczne, czyli nowe wskazania terapeutyczne, podjęcie dodatkowych badań czy procedury oceny technologii medycznych HTA. To są bardzo szczegółowe rozwiązania.

Wśród wyjątków znalazła się m.in. sytuacja, w której spółka uzyska autoryzację na jedno lub więcej nowych wskazań terapeutycznych przynoszących istotne korzyści kliniczne w porównaniu z istniejącymi terapiami.

Bardzo ważny jest tzw. wyjątek Bolara. Chodzi o to, żeby w momencie, kiedy ustaje ochrona danych czy ochrona rynkowa, lek był od razu dostępny w sprzedaży czy produkcji generycznej. Zapisaliśmy więc, że zanim ten czas ochrony upłynie, przyszli producenci będą mogli już prowadzić badania i wstępne procedury rejestracyjne dla tego leku. To się sprowadza do tego, że tańszy lek będzie mógł być wcześniej dostępny dla pacjentów – wyjaśnia przewodniczący komisji SANT w PE.

Jak podkreśla, regulacja ma też wyrównać dostępność leków na różnych rynkach.

– Obecnie jest taka sytuacja, że niektóre leki są w Europie Zachodniej, na większych, bogatszych rynkach dostępne dwa–trzy lata wcześniej. Producenci leków nie byli zobowiązani do tego, żeby zaoferować swoje produkty na mniejszych rynkach. Teraz będzie to wymuszone przez regulację. W momencie kiedy preparat będzie zarejestrowany, to pod sankcją nawet utraty wyłączności rynkowej w niektórych państwach producenci będą zachęcani do tego, żeby zaoferować te leki również w takich krajach jak Polska, Rumunia czy Bułgaria – wyjaśnia dr Adam Jarubas.

Reforma zapowiada również uproszczenie wewnętrznych procedur w Europejskiej Agencji Leków (EMA). Dzięki niemu wnioski o pozwolenie na dopuszczenie leków do obrotu mają być szybciej rozpatrywane. Ponadto mają być składane w formie elektronicznej, a pozwolenie domyślnie wydawane na czas nieograniczony. Wszystko po to, aby uniknąć niepotrzebnych obciążeń administracyjnych. 

Dodatkowym elementem, który też uchwaliliśmy w Parlamencie Europejskim na komisji SANT, jest Akt o lekach krytycznych. Te dwa dokumenty będą nową konstytucją lekową. Te przepisy się uzupełniają i doprowadzą do tego, że te leki będą wcześniej dostępne dla naszych pacjentów – podkreśla europoseł z PSL.

15 grudnia 2025 roku komisja SANT przyjęła stanowisko w sprawie Aktu o lekach krytycznych (Critical medicines act), który ma się przyczynić do zmniejszenia zależności Unii Europejskiej od państw trzecich w zakresie dostępu do leków. Europosłowie chcą zmiany procedur zamówień publicznych, by były możliwe m.in. wspólne zamówienia ze strony co najmniej trzech państw członkowskich UE lub takie, w których uczestniczy Komisja i co najmniej pięć państw członkowskich Unii. Dzięki temu ma się zwiększyć podaż leków, zwłaszcza tych na rzadkie choroby, ale też środków przeciwdrobnoustrojowych oraz innych innowacyjnych, kosztownych lub specjalistycznych metod leczenia.

W dokumencie mowa również o utworzeniu unijnego mechanizmu koordynacji krajowych zapasów i zapasów awaryjnych leków krytycznych. Europosłowie domagają się, aby Komisja Europejska w przypadku niedoboru lub zakłócenia dostaw kluczowego produktu leczniczego miała prawo decydować o jego redystrybucji z jednego krajowego zapasu do drugiego lub kilku innych krajów.

Polski sektor biotechnologiczny i farmaceutyczny może bardzo skorzystać na obu regulacjach, stąd blisko konsultowaliśmy się w czasie prac nad pakietem i aktem o lekach krytycznych z branżą innowacyjną oraz generyczną. Zwłaszcza branża generyczna jest bardzo zadowolona z tych przepisów, bo to może być mocny impuls dla odtwarzania produkcji, która wyprowadziła się z Europy, przyciągania jej w niektórych kategoriach. Polska ma bardzo silny potencjał w niektórych rodzajach insuliny, więc firmy u nas mogą na tym skorzystać – ocenia europoseł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/najwieksza-od-20-lat,p1684199854

Walka z dezinformacją zależy od platform cyfrowych. Potrzebna modyfikacja algorytmów

0

66 proc. użytkowników mediów społecznościowych w Unii Europejskiej przyznaje, że aktywnie szuka w nich informacji o bieżących wydarzeniach społecznych i politycznych – wynika z badania Eurobarometru „Social Media Survey” przeprowadzonego w czerwcu 2025 roku. Jednocześnie podobny odsetek obywateli UE zetknął się z dezinformacją i fałszywymi wiadomościami w ciągu siedmiu dni przed badaniem. Eksperci alarmują, że do walki z dezinformacją trzeba w większym stopniu włączyć platformy cyfrowe i powinno się to wiązać z modyfikacją algorytmów.

Musimy rozmontować mechanizmy po stronie technologii, które sprzyjają dezinformacji. Nie możemy traktować jej jak wypadku przy pracy, tylko spójrzmy na fakty. Dezinformacja jest świetnym biznesem dla wielkich platform i jej popularność wynika z zasady działania algorytmów, jak również z tego, jak działa system reklamowy. Oba te systemy – rekomendacji algorytmicznych i reklam – musimy zmodyfikować, naprawić w taki sposób, żeby treści rzetelne, jakościowe były dla ludzi widoczne, a nie te dezinformujące – mówi agencji Newseria Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon.

Jak wynika z badania „Postawy Polaków wobec cyberbezpieczeństwa 2025”, przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Warszawskiego Instytutu Bankowości (WIB), 32 proc. ankietowanych wskazało dezinformację i fake newsy jako największe zagrożenie w przestrzeni cyfrowej. Badani deklarują, że wiedzą, jak się bronić przed tymi zjawiskami. 38 proc. twierdzi, że nie traktuje informacji prezentowanych w mediach społecznościowych jako głównego źródła wiedzy. 31 proc. weryfikuje je w różnych źródłach, ale tylko 17 proc. zgłasza lub blokuje treści o wątpliwym pochodzeniu.

Raport WIB wskazuje, że 43 proc. Polaków twierdzi, że sprawdza wiarygodność informacji w przestrzeni cyfrowej, przy czym 17 proc. z nich weryfikuje je kilkoma różnymi metodami, a 26 proc. tylko w jeden sposób. 45 proc. badanych przyznaje, że robi to nieregularnie i w zależności od źródła.

Platformy cyfrowe argumentują, że już wprowadzają mechanizmy ograniczania dezinformacji, jednak zdaniem ekspertów są one niewystarczające.

Mamy już od dwóch lat obowiązujący akt o usługach cyfrowych. W tych ramach Unia Europejska ma wiele mechanizmów i może naciskać platformy, żeby korygowały swoje algorytmy. Ma art. 34 i 35 DSA, który pozwala na określanie środków zaradczych, które powinny być wdrażane przez platformy – przypomina Katarzyna Szymielewicz.

Przepisy w ramach aktu o usługach cyfrowych (DSA) obowiązują od 17 lutego 2024 roku i muszą przestrzegać ich wszyscy dostawcy usług pośrednich, w tym serwisy społecznościowe, platformy handlu elektronicznego czy hostingodawcy. Celami ich wprowadzenia są m.in.: walka z nielegalnymi treściami w internecie, przeciwdziałanie zagrożeniom społecznym oraz zapewnienie większej przejrzystości korzystania z platform społecznościowych.

Nie chodzi tylko o kary. Chodzi o to, żeby współdziałać z platformami albo zmuszać je, kiedy trzeba, do zmiany logiki działania algorytmów na taką, która służy ludziom, demokracji i społeczeństwu. Nie ma to nic wspólnego z moderacją treści, której słusznie można się obawiać, że jeżeli pojawia się ktoś, kto decyduje o tym, co jest prawdą, a co jest fałszem i moderuje treści, to zaczynamy mówić o cenzurze. Ja takiego podejścia nie proponuję. Proponuję modyfikację algorytmu dla wszystkich w taki sposób, żebyśmy zaczęli ze sobą rozmawiać jako społeczeństwo i jako politycy, a nie oglądać biernie podbijane treści niskiej jakości, które czynią szkodę debacie publicznej – podkreśla prezeska Fundacji Panoptykon.

Podobne zmiany, jak ocenia ekspertka, powinny dotyczyć treści generowanych przez sztuczną inteligencję.

– Coraz taniej jest produkować treści syntetyczne, sztuczne, które udają coś, czym nie są. Jest to potężny problem dla mediów, ale też jest pokusa, żeby tworzyć taki content, a nie treści dziennikarskie – mówi Katarzyna Szymielewicz. – Takie treści powinny być, zgodnie z regulacją o sztucznej inteligencji, oznaczane przez twórców jako syntetyczne, sztuczne, wykreowane. Platformy mogłyby na podstawie takich oznaczeń traktować je jako gorsze, które nie powinny być podbijane na równi z treściami wysokiej jakości, z treściami autentycznymi. Jest to kolejne rozwiązanie technologiczne, na które czekam i które wspiera Unię Europejską w Europejskiej Tarczy Demokracji.

Z badania „Sztuczna inteligencja w mediach” zrealizowanego na zlecenie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wynika, że ponad 92 proc. ankietowanych wie, że dziennikarze w telewizji, radiu czy internetowych portalach informacyjnych wykorzystują AI. Chociaż odbiorcy dostrzegają jej liczne zalety, to podchodzą z dużą dozą ostrożności do tej technologii w mediach. Dwie trzecie obawia się manipulacji opinią publiczną za pomocą treści tworzonych przez algorytmy, a prawie 45 proc. uważa, że może to wpłynąć na wzrost ryzyka dezinformacji. Blisko 80 proc. respondentów jest zdania, że wykorzystywanie AI może się przyczynić do zmniejszenia rzetelności i prawdziwości przekazu w mediach. Jednocześnie prawie 96 proc. odbiorców oczekuje, żeby materiały tworzone z wykorzystaniem sztucznej inteligencji były wyraźnie oznaczone.

Musimy wystąpić razem przeciwko traktowaniu nas jak ludzi, którzy nie zasługują na autentyczne, jakościowe treści. Sprzeciwiamy się temu. Im więcej ludzi taki głos z siebie wydaje, również nie klikając w takie treści, tym szybciej osiągniemy ten cel – ocenia ekspertka. – To, jak dzisiaj działają platformy społecznościowe, jest bardzo niszczące dla społeczności, dialogu i pośrednio również dla procesów demokratycznych, ponieważ one nas polaryzują, wciągają w bańki informacyjne, sprawiają, że coraz bardziej pasywnie przeglądamy treści, nie angażując się w dyskusję. Jeżeli angażujemy się w dyskusję, to jest ona pełna hejtu, sensacji, silnych emocji. W ten sposób nie zbudujemy konsensusu, a konsensus w demokracji jest podstawą jakiejkolwiek decyzji i wyjścia z impasu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/walka-z-dezinformacja,p892840893

Konkurencja z Chin dużym wyzwaniem dla europejskiej branży motoryzacyjnej. Podobnie jak cele w zakresie czystej mobilności

0

Nadregulacja, ambitna ścieżka dążenia do zeroemisyjności i wysokie koszty energii – to jedne z kluczowych czynników wpływających dziś na konkurencyjność branży motoryzacyjnej w Europie. Przy dużej presji ze strony konkurentów z Chin, którzy zdobywają coraz większy udział w rynku, oraz zmieniających się trendach społecznych oznacza to poważne wyzwania, od których zależeć będzie przyszłość jednego z najważniejszych sektorów dla europejskiej gospodarki.

Dla branży motoryzacyjnej bardzo dużym wyzwaniem jest obecność chińskich firm w Europie – mówi agencji Newseria Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Musimy poradzić sobie nie tylko z wyzwaniami dotyczącymi np. przechodzenia na zeroemisyjność, kłopotów związanych z wojną w Ukrainie czy amerykańskimi cłami, ale też z bardzo silną chińską konkurencją, nie tylko w obszarze aut elektrycznych, ale też samochodów hybrydowych, hybryd plug-in czy samochodów z silnikiem benzynowym. To jest kluczowe dla przetrwania branży motoryzacyjnej. Dzisiaj słowo „konkurencyjność” w kontekście branży motoryzacyjnej i w kontekście Polski odmieniamy przez wszystkie możliwe przypadki.

Jak podaje Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar, powołując się na dane z Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, na przestrzeni pierwszych 11 miesięcy 2025 roku producenci z Chin sprzedali w Polsce 39 340 aut osobowych. Tylko w samym listopadzie przybyło ich 5105, czyli o 3,5 proc. mniej niż w październiku, ale o 3477 więcej niż rok wcześniej. To daje ok. 10-proc. udział w rynku.

Z raportu PZPM i jego partnerów „Branża motoryzacyjna 2025/2026” wynika, że w 2025 roku udział chińskich firm wynosi ponad 4 proc. w unijnych rejestracjach. Również w segmencie modeli elektrycznych udział tych marek znacząco rośnie. Wśród zarejestrowanych chińskich modeli przeważająca część to pojazdy hybrydowe i hybrydy plug-in, a ich niskie ceny pozwalają im skutecznie wygrywać konkurencję. Celem chińskich producentów, jak wskazują autorzy raportu, jest zdobycie za kilka lat 15-proc. udziału w europejskim rynku.

– Branża motoryzacyjna w Polsce i w Europie potrzebuje przede wszystkim dobrej legislacji, bo jest nadregulowana. Ponad 100 różnych aktów prawnych na poziomie europejskim, nie licząc krajowych, reguluje jej działanie. Po drugie, potrzebujemy dobrych przepisów, które pozwolą nam przechodzić na zeroemisyjność w taki sposób, żebyśmy byli konkurencyjni. Po trzecie, potrzebujemy uregulowań na przykład w zakresie energii, potrzebujemy taniej, zielonej i łatwo dostępnej energii, żebyśmy mogli nie tylko przetrwać, ale też się rozwijać – uważa Jakub Faryś.

16 grudnia 2025 roku Komisja Europejska zaprezentowała założenia tzw. pakietu motoryzacyjnego, który ma wspierać sektor w dekarbonizacji przy jednoczesnym wzmacnianiu jego konkurencyjności. Główne propozycje obejmują m.in. zapowiedź zmian w podejściu do norm emisji CO2 dla samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych, co ma pomóc producentom w osiągnięciu celów wyznaczonych na 2035 rok, czy zapowiedź inicjatyw zmierzających do zmniejszenia obciążeń administracyjnych, obniżenia kosztów i wprowadzenia nowej kategorii „małych i przystępnych cenowo samochodów”.

W ocenie Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego pakiet to pierwszy pozytywny krok w kierunku stworzenia bardziej pragmatycznej i elastycznej ścieżki, która umożliwi powiązanie dekarbonizacji nowych pojazdów z celami konkurencyjności. Jednak dalsza transformacja sektora może wymagać bardziej zdecydowanych działań.

Branża europejska, a tym samym polska, jest w momencie wielkiego wyzwania i jeżeli mu nie podołamy, jeżeli okażemy się niekonkurencyjni, niestety możemy się liczyć z tym, że będziemy mieli zwolnienia, a producenci będą przenosili swoją produkcję na inne kontynenty, na przykład do Afryki. Utrzymanie konkurencyjności europejskiej, i tym samym polskiej branży motoryzacyjnej, jest więc absolutnie kluczową rzeczą i największym wyzwaniem – podkreśla prezes PZPM.

Jak wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA), od stycznia do listopada 2025 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Unii Europejskiej wzrosła o 1,4 proc. rok do roku. Mimo dodatniej dynamiki całkowite wolumeny sprzedaży pozostają wyraźnie niższe niż przed pandemią COVID-19.

– Jeżeli popatrzymy na dane rejestracyjne, to od kilku lat w Europie rejestrowanych jest około 10 mln samochodów, czyli co najmniej 2–3 mln mniej niż  jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. Oznacza to duże wyzwanie dla branży motoryzacyjnej, bo niewyprodukowanie rocznie na przykład 1,5 mln samochodów oznacza, że ileś osób straci pracę – mówi Jakub Faryś.

Według danych ACEA, przytaczanych w raporcie „Branża motoryzacyjna 2025/2026”, w motoryzacyjnych fabrykach w Europie pracuje bezpośrednio 2,5 mln osób, zaś w całym otoczeniu sektora zatrudnionych jest łącznie blisko 14 mln pracowników. Jak podkreśla Komisja Europejska, od wielu lat ma on kluczowe znaczenie dla siły przemysłowej Europy i stanowi siłę napędową innowacji technologicznych. 

Dzisiaj mamy bardzo silną presję na to, żeby samochody nie wjeżdżały do centrów miast, żebyśmy przesiadali się na transport publiczny. Wreszcie fundamentalna zmiana jest taka, że jeszcze 30 czy 40 lat temu posiadanie samochodu było pewnym dowodem sukcesu życiowego. Dziś samochód bardzo często traktowany jest, szczególnie przez młodych ludzi, jako coś, co nie jest niezbędne do życia albo po prostu jako narzędzie. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: Europa się starzeje, coraz mniej samochodów jest potrzebnych. To wszystko jest wyzwaniem dla branży motoryzacyjnej – mówi prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Nie da się zatrzymać pewnych trendów społecznych. Liczba samochodów będzie się zmniejszała, natomiast bardzo ważne jest to, żebyśmy przede wszystkim kupowali samochody coraz przyjaźniejsze środowisku, ale też żebyśmy zapewnili branży motoryzacyjnej ważne miejsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/konkurencja-z-chin-duzym,p1073740380

Większość dzieci bez nadzoru w sieci. Jedna trzecia rodziców monitoruje ich aktywność online

0

Średni wiek dziecka w momencie założenia pierwszego konta w mediach społecznościowych wynosi 11 lat, chociaż zgodnie z obowiązującymi regulaminami platform powinno to być 13 lat – wynika z badań Centralnego Ośrodka Informatyki. Wskazują one także, że w 40 proc. domów nie ma żadnych zasad korzystania z internetu przez dzieci. Tylko jedna trzecia nastolatków przyznaje, że rodzice monitorują ich aktywność w sieci. To pokazuje, że w świecie cyfrowym dzieci często są same, choć – jak podkreślają – liczą na przewodnictwo rodziców.

– Przeprowadziliśmy badania grupy dzieci i młodzieży oraz osób dorosłych, które żyją w jednej rodzinie, dotyczące kompetencji cyfrowych, świadomości higieny cyfrowej oraz tego, jak się poruszać w świecie usług cyfrowych. Najbardziej nas zaskoczyło, że dzieci i młodzież oczekują, że ich rodzice, opiekunowie będą przewodnikami w świecie cyfrowym i będą wprowadzać ich w arkana korzystania z usług cyfrowych. Natomiast rodzice i opiekunowie nie do końca w to wierzą – mówi agencji Newseria Radosław Maćkiewicz, dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki (COI), który odpowiada za rozwój aplikacji mObywatel i mObywatel Junior.

Badanie przeprowadzone przez COI w ramach inicjatywy Cyfrowe Mosty wskazuje, że 84 proc. badanych w wieku 10–16 lat podkreśla, że ma zaufanie do rodziców i opiekunów jako źródeł informacji na temat internetu i aplikacji. To znacznie większy odsetek niż w przypadku influencerów czy sztucznej inteligencji. 71 proc. dzieci postrzega rodziców jako swoich cyfrowych przewodników, którzy uczą ich odpowiedzialnego i bezpiecznego korzystania z nowych technologii. Jednocześnie odsetek rodziców, którzy widzą siebie w tej roli, wynosi 55 proc. Część z pozostałej grupy dorosłych przyznaje, że potrzebowałaby do tego wiedzy, szkoleń i praktycznego doświadczenia. Co piąty z nich chciałby w przyszłości stać się takim wsparciem dla swojego dziecka. Dla porównania liczy na to ponad połowa badanych dzieci.

– Dziś mniej niż połowa rodziców aktywnie weryfikuje aktywność dziecka w sieci, natomiast też nie wiemy, gdyż to jest deklaratywne, w jaki sposób to robią. Prowadzi nas to do konkluzji, że jednak dzieci poruszają się w świecie online’owym bez większego nadzoru osób dorosłych. To jest bardzo istotny element, na który powinniśmy zwrócić uwagę – podkreśla Radosław Maćkiewicz.

Centralny Ośrodek Informatyki wskazuje, że średni wiek dziecka w momencie założenia pierwszego konta w mediach społecznościowych wynosi 11 lat. Przed 13. rokiem życia zakłada je 74 proc. dzieci – wbrew zasadom określonym w regulaminach (nie dotyczy wersji Kids), a przed dziewiątym rokiem życia – 18 proc.

6 proc. dzieci przyznaje, że rodzice w ogóle nie rozmawiają z nimi o świecie online, a w 40 proc. domów nie obowiązują żadne zasady dotyczące korzystania z internetu. Jeżeli jakieś się pojawiają, najczęściej dotyczą czasu spędzanego przed ekranem lub dozwolonych pór łączenia (42 proc.) oraz zakazu korzystania z urządzeń podczas posiłków. W 41 proc. rodzin, które wprowadziły jakąś formę kontroli, jest nią rozmowa z dzieckiem o jego aktywności i doświadczeniach w sieci. Jednocześnie co trzeci rodzic przyznaje, że sam monitoruje aktywność swojego dziecka w internecie, a 28 proc. – że stosuje programy do kontroli rodzicielskiej.

Raport COI wskazuje, że zaangażowanie rodziców w cyfrowy świat ich dzieci przynosi efekty. Młodzi ludzie, którzy mogą liczyć na wsparcie opiekunów, spędzają w sieci mniej czasu. Chętniej też dzielą się informacjami o zagrożeniach, z którymi się zetknęli, czy innych negatywnych doświadczeniach.

– Rodzice i opiekunowie mogą być przewodnikami w świecie cyfrowym dla dzieci i młodzieży. Aby to się stało, powinni podnosić swoje podstawowe kompetencje cyfrowe, aby poczuli się pewniej i mogli zasilić młodych informacjami na temat bezpiecznego i odpowiedzialnego poruszania się w sieci. Dzięki badaniom doszliśmy do wniosków, w jaki sposób przygotować dorosłych do odpowiedzialnego przekazywania wiedzy i bycia przewodnikiem, ale też osobą, która sama da przykład, w jaki sposób korzystać z nowych technologii – mówi dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki.

Takie są też cele programu edukacyjnego Cyfrowe Mosty przygotowanego przez ośrodek. We współpracy z partnerami (Fundacją Dbam o Mój Z@sięg, Ministerstwem Cyfryzacji i Rzecznikiem Praw Dziecka) dostarcza rodzicom, opiekunom i nauczycielom wiedzę i praktyczny know-how, ale też różne narzędzia do wdrożenia w domach i szkołach: materiały edukacyjne, rozmowy z ekspertami czy wskazówki do rozmowy z dziećmi i przygotowywania wspólnie z nimi zasad funkcjonowania online.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wiekszosc-dzieci-bez,p50182957

Zużyte opony w Polsce wciąż częściej są oddawane do spalania niż recyklingu. Dodatkowo z systemu „znika” ponad 2 mln opon rocznie

0

System obiegu opon w gospodarce, zgodnie z przepisami, obejmuje 75 proc. masy opon wprowadzonych na rynek. Pozostała jedna czwarta „gubi się”, ponieważ nikt nie odpowiada za ich zagospodarowanie. To powoduje, że nie są one poddawane ani odzyskowi energetycznemu, ani recyklingowi, a często po prostu trafiają do lasów. Eksperci podkreślają potrzebę zmiany obowiązujących od 2007 roku limitów odzysku i recyklingu, które mogłyby zwiększyć osiągane wyniki w tym zakresie. Większy udział recyklingu oznacza nie tylko korzyści środowiskowe, lecz także możliwość wykorzystania pozostałości jako surowca.

Zużyte opony trafiają do recyklingu surowcowego, ale również do odzysku energetycznego, a część z nich niestety również do środowiska. Zgodnie z przepisami niezmienionymi od 18 lat obowiązkowy poziom recyklingu w Polsce wynosi tylko 15 proc. Łącznie recykling oraz odzysk energetyczny to zgodnie z ustawą 75 proc., natomiast co się dzieje z pozostałymi 25 proc., trudno powiedzieć – mówi agencji Newseria Andrzej Kubik, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Recyklerów Opon.

Jak wynika z raportu PSRO „Historia, która kołem się toczy (2025)”, Polska zajmuje w Unii Europejskiej ostatnie miejsce pod względem poziomu recyklingu i odzysku opon oraz liczby niezagospodarowanych opon. Mamy jedne z najmniej wymagających przepisów wśród państw członkowskich.

– Recykling z tego wszystkiego stanowi od około 15 proc. do 30 proc., w zależności od rodzaju opon. Pewne rodzaje opon w ogóle nie podlegają obowiązkowi recyklingu. To tzw. opony masywne, które nie zostały uwzględnione przez jakiekolwiek ustawodawstwo, w związku z tym ich producenci nie muszą się martwić rozszerzoną odpowiedzialnością producenta. Podobnie zresztą nie muszą się tym martwić prywatni importerzy pojazdów, ponieważ opony, które wjeżdżają z każdym samochodem do Polski, nie są w żaden sposób ewidencjonowane – podkreśla Andrzej Kubik.

Te dwa strumienie opon, które nie są objęte systemem rozszerzonej odpowiedzialności producenta, to w sumie kilka milionów sztuk. Choć nie są one ewidencjonowane, to po zużyciu wymagają jednak zagospodarowania.

– Aby poprawić istniejącą i absolutnie niezadowalającą sytuację, potrzebujemy przede wszystkim zmian legislacyjnych. Jest to konieczne, żeby rozszerzona odpowiedzialność producenta zadziałała w pełnym wymiarze, wówczas będziemy mieli zarówno wyższe poziomy recyklingu, jak i mniej zanieczyszczonych lasów – mówi wiceprezes PSRO.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez stowarzyszenie wśród ok. 100 samorządów i nadleśnictw, w latach 2019–2024 (do marca) na dzikich wysypiskach na terenie 64 podmiotów (które wiedziały o istnieniu wysypisk) porzucono ponad tysiąc ton opon. Daje to średniorocznie ok. 250 t (ok. 25 tys. sztuk) w środowisku. Natomiast w latach 2024–2025 nielegalnie składowano 840,63 t (84 630 szt.) zużytych opon – to dane zebrane z 69 jednostek, które posiadały o nich informacje.

– Do środowiska opony trafiają w wyniku pewnych zaniedbań legislacyjnych, które doprowadziły do tego, że gospodarka komunalna nie jest zainteresowana odbiorem tych opon, ponieważ nie przewidują tego budżety zakładów. W zależności od orzeczeń sądu opona raz jest odpadem komunalnym, a raz nim nie jest. W związku z tym zbiórka opon nie stanowi dla zakładów komunalnych realizacji ich obowiązku recyklingu – podkreśla Andrzej Kubik.

Jak zaznacza, branża od 2021 roku zabiega o zmianę obowiązującego prawa. W 2025 roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska przeprowadziło prekonsultacje nowych przepisów. Jak poinformowało w październiku, w przypadku wszystkich opon pneumatycznych widzi zasadność podniesienia poziomów do 95 proc. dla odzysku i 50 proc. dla recyklingu. Zapowiedziano także rozszerzenie obowiązku na opony pełne, gdyż możliwości ich stosowania i udział w rynku wzrastają, co przekłada się na wzrost powstałych z nich odpadów. Rozważane przez MKiŚ limity odzysku i recyklingu to odpowiednio 80 proc. i 40 proc. W ślad za zmianami minimalnych poziomów resort zapowiada także dostosowanie stawek opłaty produktowej za nieosiągnięcie tych poziomów.  

Oczywiście my jako recyklerzy jesteśmy w stanie przetworzyć 100 proc. opon wprowadzanych na krajowy rynek, natomiast te 90 proc. już nas w zupełności satysfakcjonuje, zwłaszcza że podzielimy się tutaj mniej więcej pół na pół z cementowniami, które będą dokonywać odzysku energetycznego – mówi ekspert.

Jak wynika z raportu PSRO, około 8,5 mln (ponad 85 tys. t) opon w Polsce każdego roku jest spalanych w piecach cementowych. Jeśli zostałyby przekazane do recyklingu mechanicznego, można by było zaoszczędzić dodatkowo ok. 60 tys. t ekwiwalentu CO2. Analiza śladu środowiskowego w całym cyklu życia, na którą powołano się w raporcie, wykazała, że ślad węglowy recyklingu mechanicznego opon jest od czterech do pięciu razy niższy w porównaniu do spalania. Mechanizmy rynkowe powodują jednak, że bardziej opłaca się przekazać opony do odzysku energetycznego.

– Recykling surowcowy, czyli odzysk surowców wtórnych ze zużytych opon, to proces mimo wszystko bardzo pracochłonny i energochłonny. Producenci są zobligowani w ramach rozszerzonej odpowiedzialności producenta do dokonywania dopłat do tego typu procesu. Wolą więc oddać opony np. cementowni, gdzie dostają za nie pieniądze, tak jak za paliwo alternatywne. Opony mają bardzo wysoką wartość energetyczną, ponad 30 gigadżuli na tonę, w związku z czym bardziej opłaca się od strony ekonomicznej skierować je do spalania niż do recyklingu – wyjaśnia Andrzej Kubik.

Roczne możliwości recyklingu opon w firmach zrzeszonych w PSRO szacuje się na ponad 400 tys. t. Oznacza to, że można w nich zagospodarować blisko 100 proc. opon wprowadzanych rocznie na polski rynek. Zgodnie z danymi pozyskanymi dla PSRO z resortu klimatu w 2024 roku było ich 405 tys. t. W zestawieniach nie ujęto jednak opon sprowadzonych z zagranicy wraz z autami używanymi osób fizycznych.

– Łącznie zakładów zajmujących się mechanicznym recyklingiem opon mamy ponad 10 w całym kraju. Ich potencjał jest w tej chwili wykorzystywany w zaledwie połowie. I nie są to tylko opony pozyskiwane z krajowego rynku. Są to również opony, które jako recyklerzy importujemy z krajów ościennych, czyli z krajów bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii, również z krajów Europy Zachodniej, czyli Niemiec, Belgii, Holandii, a nawet Francji – podkreśla wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Recyklerów Opon.

Zużyte opony mogą być źródłem wielu cennych surowców wtórnych. W efekcie recyklingu mechanicznego powstają trzy frakcje materiałowe: granulat gumowy (około 70 proc.), drut stalowy (około 15 proc.) oraz kord tekstylny (około 15 proc.).

– Frakcja stalowa trafia po prostu do hut jako złom stalowy, natomiast granulat gumowy, czyli największa frakcja, ma szereg rozmaitych aplikacji, między innymi asfalty modyfikowane gumą, cała infrastruktura drogowa, nawierzchnie sportowe, produkty, galanteria. Tych aplikacji jest sporo – tłumaczy Andrzej Kubik.

W hodowli zwierząt maty wykonane z granulatu gumowego zapewniają odpowiednią amortyzację i izolację termiczną. Znajduje on zastosowanie także w produkcji wykładzin przemysłowych, podkładek antywibracyjnych oraz różnych wyrobów technicznych. Kord tekstylny może zostać wykorzystany jako paliwo alternatywne w procesach przemysłowych, co pozwala na bardziej zrównoważony odzysk energii.

PSRO informuje, że w Polsce powstały już pierwsze nawierzchnie wybudowane z wykorzystaniem recyklatów z opon. Takie rozwiązanie z jednej strony poprawia wytrzymałość i trwałość dróg, a z drugiej zwiększa przyczepność, obniża poziom hałasu i skraca drogę hamowania pojazdów.

Konsekwencje pozostawienia sytuacji na obecnym poziomie, czyli niezmiennym od 18 lat, mogą być dramatyczne zarówno dla gospodarki, jak i dla środowiska. Opony są cennym źródłem surowców wtórnych, których wartość można liczyć w miliardach złotych, i jeżeli będą one nam uciekać, czy to z dymem, czy też zanieczyszczając środowisko, doprowadzimy do wyraźnych strat w ekonomii państwa – tłumaczy wiceprezes PSRO.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zuzyte-opony-w-polsce,p717589254

Giełdowy rynek Catalyst nabiera rozpędu. Emitenci i inwestorzy indywidualni coraz śmielej sięgają po obligacje

0

Rynek Catalyst, na którym notowane są obligacje korporacyjne, komunalne i skarbowe, wchodzi w kolejny etap przyspieszenia. Z danych Giełdy Papierów Wartościowych wynika, że pod koniec 2025 roku było na nim notowanych blisko 800 serii instrumentów dłużnych o łącznej wartości ponad 1,5 bln zł, licząc razem z listami zastawnymi.

– Widzimy, że w ostatnich latach rynek Catalyst nabiera rozpędu, jeśli chodzi o liczbę debiutantów oraz wprowadzanych serii obligacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Mikołajczyk, dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego na Giełdzie Papierów Wartościowych. – W ostatnich dwóch–trzech latach faktycznie obserwowany jest istotny boom na tym rynku, co wynika z dużych napływów do funduszy dłużnych i potrzeb finansowych przedsiębiorców.

Catalyst wystartował w 2009 roku jako pierwszy w Polsce zorganizowany rynek instrumentów dłużnych. Umożliwia obrót obligacjami korporacyjnymi, komunalnymi oraz skarbowymi na rynku wtórnym, w ramach kilku segmentów prowadzonych przez GPW i BondSpot. Na Catalyst w 2024 roku wartość nowych emisji obligacji korporacyjnych wprowadzonych do obrotu przekroczyła 15 mld zł, co oznacza wzrost o ok. 77 proc. w ciągu dwóch lat. Obecnie pod względem liczby serii dominują spółki deweloperskie i z sektora wierzytelności, jednak jeśli spojrzeć na wartość emisji, rośnie rola największych spółek notowanych w kluczowych indeksach GPW.

 Obserwujemy coraz większe zainteresowanie emisją obligacji wśród spółek z kluczowych indeksów giełdowych – relacjonuje Izabela Mikołajczyk. – Liczymy, że kolejny rok również będzie dobry dla tego rynku. Cały czas mamy rekordowe napływy do funduszy dłużnych, co powinno wspierać stronę popytową. Widzimy duży potencjał rozwoju tego rynku: obligacje korporacyjne stanowią ciągle niewielki udział w finansowaniu dłużnym przedsiębiorstw – w stosunku do PKB w 2023 roku było to zaledwie 2 proc. wobec średniej dla UE wynoszącej 35 proc., a obligacje stanowią atrakcyjną alternatywę dla finansowania bankowego i dają szansę na dywersyfikację źródeł finansowania.

Napływy do funduszy dłużnych rzeczywiście są imponujące. Po bardzo dobrym 2023 roku, kiedy do funduszy inwestycyjnych popłynęło łącznie ok. 23 mld zł, z czego istotna część trafiła do strategii obligacyjnych, rok 2024 przyniósł kolejny rekord – saldo sprzedaży jednostek TFI przekroczyło 42 mld zł, a największym beneficjentem były fundusze obligacji krótkoterminowych.

Kolejnym czynnikiem wspierającym rynek Catalyst jest otoczenie stóp procentowych. Wraz ze spadkiem kosztu pieniądza finansowanie obligacyjne stało się dla wielu firm atrakcyjną alternatywą dla kredytu bankowego. Tylko w tym roku Rada Polityki Pieniężnej obniżała stopniowo stopy procentowe o łącznie 175 punktów bazowych. W przypadku stopy referencyjnej oznacza to spadek z 5,75 proc. do 4,00 proc.

– Wobec spadku stóp procentowych rynek obligacyjny staje się rynkiem korzystnym z perspektywy emitentów pod kątem emisji obligacji w stosunku do finansowania kredytowego, bankowego. Mamy to odzwierciedlone w ostatnich emisjach reprezentowanych przez spółki bluechipowe, które uplasowały miliardowe emisje przy atrakcyjnych poziomach marż – zaznacza dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego GPW.

Jak dodaje, trend ten może się utrzymać, a sam Catalyst powinien stopniowo zyskiwać na zróżnicowaniu sektorowym. Dla emitentów obligacje są sposobem na zmniejszenie zależności od banków oraz lepsze dopasowanie źródeł finansowania do potrzeb biznesu.

 Finansowanie obligacyjne jest elastycznym narzędziem, zapewniającym odpowiednią dywersyfikację i dopasowanie warunków finansowania do potrzeb emitentów – ocenia Izabela Mikołajczyk. – W ostatnim czasie obserwowaliśmy emisje obligacji dużych emitentów, o wysokim standingu finansowym, które  były plasowane przy atrakcyjnych poziomach marż.

Giełda Papierów Wartościowych aktywnie wspiera rozwój rynku długu. Dla spółek zainteresowanych emisją obligacji przygotowała m.in. moduł poświęcony Catalyst w ramach programu edukacyjnego IPO Academy, który pokazuje krok po kroku, jak pozyskać finansowanie na rynku kapitałowym. GPW rozszerzyła po raz pierwszy w historii program wsparcia pokrycia analitycznego (PWPA) o obszar finansowania obligacyjnego. W ramach PWPA wybrane firmy inwestycyjne przygotowują biuletyny kwartalne na temat rynku Catalyst finansowane przez GPW, a ich celem jest zwiększenie dostępności analiz dla średnich i mniej płynnych spółek oraz zwiększenie świadomości inwestorów na temat rynku notowanych obligacji.

Dodatkowym wsparciem dla rozwoju rynku długu w Polsce mogą być zmiany regulacyjne wprowadzane przez tzw. Listing Act – unijny pakiet reform służących zwiększeniu atrakcyjności europejskich rynków kapitałowych i uproszczeniu procedur emisyjnych. Rozporządzenie weszło w życie 4 grudnia 2024 roku. Reforma upraszcza m.in. zasady dotyczące prospektów emisyjnych, wprowadza nowe wyłączenia z obowiązku prospektowego dla mniejszych ofert oraz ma obniżyć koszty wejścia na rynek publiczny dla emitentów, w tym z segmentu MŚP.

Obecny boom na Catalyst nie byłby możliwy bez rosnącej aktywności inwestorów indywidualnych. Po okresie bardzo niskich stóp procentowych, a następnie zawirowań inflacyjnych obligacje – zwłaszcza krótkoterminowe – stały się realną alternatywą dla lokat bankowych.

 Inwestorzy indywidualni interesują się rynkiem obligacyjnym. Widzimy to w statystykach tego rynku, gdzie cały czas mamy rekordowe poziomy emisji obligacji skierowanych do inwestorów detalicznych. Potwierdzają to poziomy redukcji zapisów, definiowane przez poziom nadsubskrypcji – tłumaczy dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego na GPW. – W ostatnich latach poziom popytu był średnio dwa razy wyższy niż podaż oferowanych akcji. Widzimy to też w rosnących średnich wielkościach zapisu na daną obligację i przede wszystkim w napływie do samych funduszy dłużnych, które są rekordowe – w ostatnim roku wzrosły one o ponad 130 proc. w stosunku do poprzedniego roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gieldowy-rynek-catalyst,p523883912

Komisja Europejska walczy z kryzysem dostępności mieszkań. Zapowiada wsparcie dla miliardowych inwestycji w mieszkalnictwo

0

W ostatnich 12 latach ceny mieszkań w Unii Europejskiej wzrosły średnio o nieco ponad 60 proc., a czynsze – o prawie 30 proc. Dostęp do przystępnych cenowo mieszkań dla Europejczyków staje się coraz trudniejszy, a Dan Jørgensen, europejski komisarz ds. energii i mieszkalnictwa, mówi już otwarcie o kryzysie i stanie wyjątkowym. To dlatego Komisja Europejska przygotowała plan działań, po raz pierwszy obejmujący ten rynek na poziomie wspólnotowym.

Wielu mieszkańców Europy, widząc, jak bardzo brakuje mieszkań, chciałoby, aby to było trochę centralistycznie sterowane, przez Komisję Europejską czy Parlament Europejski. Z drugiej strony my jesteśmy w obszarze wolnego rynku, gdzie popyt i podaż kształtują ceny. Rzeczywiście mieszkania są dziś często niedostępne dla młodego pokolenia, dla ludzi uboższych – mówi agencji Newseria Elżbieta Łukacijewska, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, z frakcji Europejska Partia Ludowa.

Plan przygotowany przez Komisję Europejską to odpowiedź na rosnące koszty zakupu, ale też wynajmu nieruchomości w całej Europie, szczególnie w dużych miastach. Dodatkowym problemem jest poważny niedobór nieruchomości.

Ceny mieszkań są nieprzyzwoicie wysokie. Każde dofinansowanie dla tych, którzy mieszkania budują, wcale nie czyni tych mieszkań tańszymi. Popyt przewyższa podaż na rynku i dlatego deweloperzy często kształtują ceny z kosmosu. Gdy popatrzymy na młode rodziny i młodych ludzi, mieszkanie dla nich jest absolutnie niedostępne, więc powinna się zmienić polityka, ale w stosunku do tych, którzy budują, a nie w stosunku do tych, którzy kupują. Także gdy popatrzymy na osiedla, chociażby w Polsce, brakuje tam często przestrzeni zielonej, dróg i całej infrastruktury, które czynią to osiedle dostępne i nowoczesne, ale też przyjazne rodzinie – uważa Elżbieta Łukacijewska.

Jak wynika z raportu „To my. Polacy o nieruchomościach. IV kwartał 2025” serwisu Nieruchomosci-online.pl, ośmiu na 10 badanych jest zdania, że obecne ceny nieruchomości są wysokie lub bardzo wysokie. 71 proc. uważa, że obecnie niewiele osób z ich otoczenia może pozwolić sobie na zakup mieszkania lub domu.

– Jest jakaś cena, którą ludzie powinni płacić za metr kwadratowy, bo te ceny urastają do tragicznych wysokości i chyba nikt nie umie powiedzieć dlaczego. Może mniej zarobku dla tych, którzy budują, więcej szans dla tych, którzy chcieliby kupić, ale mam świadomość, że nie jest to łatwy temat, bo nie mamy gospodarki nakazowo-rozdzielczej, nie mamy gospodarki socjalnej. To rynek kształtuje ceny, ale pewne propozycje legislacyjne na pewno mogłyby spowodować, że ten obszar będzie przyjaźniejszy konsumentowi i trochę tańszy – przyznaje europosłanka KO.

Przedstawiony 16 grudnia „Europejski plan na rzecz przystępnych cenowo mieszkań” zakłada przede wszystkim zwiększanie podaży przystępnych cenowo mieszkań, które jednocześnie będą zrównoważone i wysokiej jakości. Zaproponowano w nim środki na rzecz wydajniejszego i bardziej innowacyjnego sektora budownictwa i renowacji, które rozwiążą problem niedopasowania podaży mieszkań do popytu w ramach europejskiej strategii na rzecz budownictwa mieszkaniowego. Plan zakłada zwiększenie podaży mieszkań dzięki nowym budynkom i renowacjom, a co się z tym wiąże – także zmniejszenie obciążeń administracyjnych, wspieranie innowacji w sektorze budowlanym, działania na rzecz poprawy efektywności energetycznej budynków, a tym samym niższych rachunków, mobilizację inwestycji publicznych i prywatnych.

Przedstawione szacunki mówią o konieczności budowania ponad 2 mln mieszkań rocznie, aby zaspokoić obecny popyt. To o ok. 650 tys. więcej, niż jest budowanych obecnie. Komisja Europejska ocenia, że realizacja tych dodatkowych inwestycji będzie wymagać 153 mld euro rocznie.

Ta dyskusja i głosowanie kwestii mieszkaniowej w Parlamencie Europejskim rodzi od razu oczekiwania, zwłaszcza samorządów, że będzie specjalna linia finansowa, która będzie wspierała samorządy i miasta finansowo w budowie tańszych mieszkań. Nie jest to łatwe, natomiast ja się bardzo cieszę, że Komisja Europejska dostrzega problem mieszkaniowy w Europie i że zakłada różne cele, ile więcej powinno się budować mieszkań, jakie są potrzebne uproszczenia w zamówieniach publicznych i wsparcie dla państw członkowskich – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Komisja Europejska zmobilizowała ponad 43 mld euro na budownictwo mieszkaniowe w perspektywie finansowej 2021–2027. W latach 2026 i 2027 planuje dodatkowo przeznaczyć na ten cel 10 mld euro. KE zapowiedziała, że opracowuje nową ogólnoeuropejską platformę inwestycyjną we współpracy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, krajowymi i regionalnymi bankami prorozwojowymi oraz innymi międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Do 2029 roku 375 mld euro ma zostać zmobilizowane przez partnerskie instytucje finansowe.

 W sytuacji, którą mamy, trudno oczekiwać, że powstanie dodatkowy fundusz, ale dyskusja w Parlamencie Europejskim daje nadzieję, że zwłaszcza tam, gdzie powstaje budownictwo socjalne, powinny iść za tym specjalne fundusze. Cały czas pracujemy nad nową perspektywą finansową i zobaczymy, co ostatecznie tam się znajdzie, ale problem jest duży i to w każdym kraju członkowskim – mówi posłanka do PE.

Jak podaje Komisja Europejska, tylko około 6–7 proc. wszystkich mieszkań w UE to lokale socjalne. Zaproponowany plan zakłada zmianę unijnych zasad pomocy państwa, które mają ułatwić finansowe wspieranie zasobów przystępnych cenowo mieszkań, w tym socjalnych.

Samorząd może cały czas budować mieszkania socjalne, ważne, żeby miał dostęp do dobrych linii kredytowych i tanich obszarów. Być może to, co jest w zasobach spółek Skarbu Państwa i w różnych instytucjach, mogłoby być przekazane dla gminy z przeznaczeniem na cele mieszkaniowe, aby nie musiała kupować ziemi. Pewnie specjaliści musieliby się wypowiedzieć na ten temat, ja nie jestem specjalistką, więc tutaj nie chcę wymyślać, ale na pewno jest wiele rozwiązań, które w różnych krajach funkcjonują i fajnie im się przyjrzeć – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Plan koncentruje się także na rozwiązaniu problemu najmu krótkoterminowego na obszarach znajdujących się w trudnej sytuacji mieszkaniowej. Z danych KE wynika, że w latach 2019–2024 nastąpił prawie 70-proc. wzrost czynszów krótkoterminowych.  

– To dobry pomysł, aby ograniczyć możliwość wynajmowania w dużych skupiskach mieszkaniowych mieszkań, które są wynajmowane na jedną, dwie, trzy doby. Tutaj dotykamy nie tylko kwestii dostępu do mieszkań, ale też spokoju, odpoczynku tych, którzy dookoła takich lokali mieszkają z rodzinami. Ten problem jest dostrzegalny w Europie – mówi europosłanka z Koalicji Obywatelskiej.

Jak wynika z opracowania Parlamentu Europejskiego, w 2025 roku na platformach cyfrowych w całej UE znajdowało się około 4 mln ofert wynajmu krótkoterminowego. Dane Eurostatu pokazują, że liczba rezerwacji za ich pośrednictwem w 2024 roku osiągnęła rekordowy poziom 854 mln noclegów. To o 18,8 proc. więcej niż w 2023 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/komisja-europejska-walczy,p628694777

UE przyspiesza rozwój sztucznej inteligencji i infrastruktury cyfrowej. Na terenie Unii powstanie 19 fabryk AI, w tym dwie w Polsce

0

Unia Europejska intensyfikuje działania na rzecz wzmocnienia swojej pozycji technologicznej. W projekcie nowych wieloletnich ram finansowych Komisja Europejska zapowiedziała ponad 400 mld euro z Europejskiego Funduszu Konkurencyjności na inwestycje w obszarze m.in. transformacji cyfrowej i przestrzeni kosmicznej. W ramach programu Horyzont Europa 175 mld euro ma trafić na prace nad innowacjami światowej klasy. Kolejne zapowiedzi dotyczą strategii związanych z produkcją półprzewodników w Europie, rozwojem centrów danych i AI. Celem tych inicjatyw jest zwiększenie suwerenności technologicznej i poprawa zdolności konkurowania ze światowymi liderami.

– Unia Europejska musi budować swoje kompetencje cyfrowe, technologiczne, bo to jedyny sposób na zachowanie suwerenności technologicznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Gawkowski, wicepremier i wiceminister cyfryzacji. – Europa stawia na innowacyjność, skok technologiczny i suwerenność technologiczną. Stąd różne programy, które mają wzmocnić nasze kompetencje i dać państwom UE szanse na to, żeby mogły konkurować ze światowymi gigantami.

Ważnym elementem zmiany strategii Unii są projekty nakierowane na suwerenność cyfrową. Jednym z przykładów jest Europejski akt w sprawie czipów, który ma na celu zwiększenie produkcji półprzewodników w Europie, wzmocnienie łańcuchów dostaw i uniezależnienie UE od zewnętrznych dostawców. Komisja Europejska dąży do tego, by w 2030 roku udział Unii w globalnej produkcji czipów wynosił 20 proc.

W ubiegłym roku Komisja rozpoczęła także proces wspierania budowy europejskich fabryk AI – infrastruktury mającej umożliwić trening dużych modeli i zaawansowanych systemów uczenia maszynowego na europejskim sprzęcie. Łącznie jest to 19 fabryk AI w 16 państwach członkowskich, w tym dwie w Polsce. Wzmocnieniu roli UE w rozwoju sztucznej inteligencji ma służyć instrument InvestAI, który zakłada fundusz w wysokości 20 mld euro na utworzenie do pięciu gigafabryk AI.

– Coraz lepiej oceniam działania Unii Europejskiej w kontekście wsparcia innowacyjności. Przestajemy wpatrywać się wyłącznie w regulacje. Wymusza to na nas obecna relacja między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi i administracją Donalda Trumpa – mówi dr Maciej Kawecki, prezes Instytutu Lema, dyrektor Centrum Innowacji Uniwersytetu WSB Merito w Warszawie. – Z drugiej strony zaledwie 11 firm europejskich z obszaru sztucznej inteligencji jest wartych ponad miliard dolarów – rodzi się więc pytanie, gdzie my w tym wyścigu jesteśmy i jaka ma być nasza rola. 

Na razie Europa pozostaje w tyle, jeśli chodzi o liczbę tzw. jednorożców AI – wśród 10 czołowych firm na świecie oraz w gronie najbardziej wartościowych jednorożców brakuje europejskich podmiotów.

– Odpowiedź na pytanie, czy Europa ma szansę być liderem w obszarze dużej sztucznej inteligencji, brzmi: oczywiście nie ma – ocenia dr Maciej Kawecki. – Rewolucja, w której jesteśmy, to jest jednak coś więcej niż tylko modele językowe. To jest również sztuczna inteligencja na poziomie aplikacyjnym, integracja komputerów kwantowych, algorytmów kwantowych z mechanizmami sztucznej inteligencji, obszar bezzałogowych statków powietrznych i wykorzystywania sztucznej inteligencji w obszarach predykcyjnych. To cała masa obszarów, w których, moim zdaniem, Europa ma szansę być liderem.

– Uważam, że Europa potrzebuje projektów, które będą łączyły kraje w poszczególnych regionach w silne organizmy. Gigafabryka jako jeden z projektów dzisiaj funkcjonujących na Starym Kontynencie jest przykładem, jak należy budować silną regionalną kooperację opartą na technologiach cyfrowych. Mam nadzieję, że takich projektów będzie więcej, szczególnie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, która jako region ma bardzo silne poczucie wspólnej historii, wspólnych potrzeb i dzisiejszej pozycji w zakresie rozwoju technologii. Stąd też ważne jest, żebyśmy właśnie w tym regionie tworzyli jeden silny głos i budowali silny cyfrowy hub dla Europy – ocenia Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Eksperci zwracają uwagę na potrzebę zwiększenia środków na badania naukowe i rozwój. W ramach UE służy do tego Horyzont Europa, który stał się największym programem badawczym w historii. W grudniu Komisja Europejska przyjęła plan prac w ramach programu na najbliższe dwa lata. Zgodnie z nim w latach 2026–2027 14 mld euro trafi na badania naukowe i innowacje we wszystkich celach strategicznych Unii. Z kolei w projekcie nowego budżetu UE na lata 2028–2034 na program przeznaczono 175 mld euro. Finansowanie innowacji światowej klasy ma być ściśle powiązane także z Europejskim Funduszem Konkurencyjności, na który KE przewidziała 409 mld euro. Wśród priorytetowych obszarów w ramach tego funduszu znalazły się m.in. obronność, przemysł kosmiczny i transformacja cyfrowa. Zgodnie z zapowiedziami program Horyzont Europa i Europejski Fundusz Konkurencyjności będą oferować wsparcie dla całego procesu inwestycyjnego projektu (od etapu koncepcji do zwiększenia skali) oraz ograniczą zarówno koszty ponoszone przez potencjalnych beneficjentów, jak i czas wypłaty środków. 

Zdaniem dr. Macieja Kaweckiego w zwiększeniu wydatków na badania i rozwój pomocne mogą być również duże inwestycje prywatnych podmiotów w centra danych w Europie.

 Rozwój sztucznej inteligencji to jest również obszar nauki i researchu. Jedną z dróg jest doprowadzenie do sytuacji, w której duże koncerny technologiczne będą otwarte na to, żeby wydawać miliardy dolarów na terytorium Unii Europejskiej. Sposobem na ich przyciągnięcie jest otwieranie ogromnych, budowanych za miliardy dolarów centrów danych – chłodzonych wodą z Bałtyku czy wykorzystujących odnawialne źródła energii, ponieważ tego dzisiaj brakuje nawet w Stanach Zjednoczonych – tłumaczy dr Maciej Kawecki. – Jeżeli doprowadzilibyśmy do sytuacji, w której takie centra danych powstają w Unii Europejskiej, miliardy dolarów trafiałyby do nas, a potem my te środki retransferowalibyśmy na naukę i innowacje. Wtedy mielibyśmy szanse doprowadzić do momentu, w którym nie tylko liczymy się w świecie technologii. To jest do zrobienia w ciągu trzech–czterech lat.

Poza inicjatywami inwestycyjnymi Komisja Europejska zapowiedziała także uproszczenie przepisów dla przedsiębiorstw technologicznych, dotyczących m.in. sztucznej inteligencji i cyberbezpieczeństwa. Obejmie to również konsolidację unijnych przepisów dotyczących danych (za pomocą Data Act, czyli Aktu w sprawie danych) i pobudzanie rozwoju europejskich przedsiębiorstw zajmujących się sztuczną inteligencją poprzez odblokowanie dostępu do wysokiej jakości zbiorów danych na potrzeby AI. To właśnie deregulacja ma się stać elementem przyspieszenia, na które od lat czeka sektor nowych technologii. Firmy często wskazywały, że tempo rozwoju technologii jest większe niż tempo tworzenia przepisów. Komisja Europejska w odpowiedzi rozpoczęła przegląd regulacji, które utrudniają inwestycje w technologie o szybkim cyklu życia.

– Mamy dzisiaj pozytywny sygnał z Komisji Europejskiej świadczący o zrozumieniu, że aby zbudować konkurencyjność europejskiej gospodarki, musimy uprościć prawo, zlikwidować nadmierne bariery w innowacyjności. Innowacyjność potrzebuje przestrzeni regulacyjnej do rozwoju, żeby tworzyć nowe produkty, usługi cyfrowe. Zobaczymy, jak się ten proces zakończy – mówi Michał Kanownik.

Branża oczekuje, że połączenie deregulacji i finansowania przełoży się na większą konkurencyjność europejskich firm na globalnym rynku.

Wicepremier podkreśla, że tocząca się rewolucja cyfrowa jest jednym z elementów budowania bezpieczeństwa państwa.

– Im więcej inwestujemy na tym rynku, im więcej staramy się wydobyć nowych talentów, im więcej pomagamy firmom, im więcej współpracy administracji, instytucji publicznych z biznesem, tym lepiej dla państw i ich rozbudowy. To tym większa szansa, że nikt nas nie zaatakuje, a w przypadku gdyby ten atak nastąpił, będziemy się umieli skutecznie obronić – podkreśla Krzysztof Gawkowski. – W czasach przedwojennych, w których żyjemy, w których trzeba się zbroić, zarówno w konwencjonalnym wydaniu, jak i w cyberprzestrzeni, odpowiedzialność za naukę, nowe technologie, badania podstawowe musi być w centrum uwagi rządu. Tak ten obszar traktuje Polska. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ue-przyspiesza-rozwoj,p2007883327