Polska pozostaje poza unijnym systemem jednolitej ochrony patentowej. Krajowe firmy mogłyby na nim stracić

0

Wraca dyskusja na temat przystąpienia Polski do systemu jednolitej ochrony patentowej w Unii Europejskiej. Na razie pozostajemy poza tym międzynarodowym systemem ochrony własności intelektualnej, a w opinii środowiska rzeczników patentowych jest to dobra decyzja. Ich zdaniem wejście do systemu miałoby sens, gdyby Polska generowała znacznie więcej zgłoszeń i patentów europejskich. Wskazują także na ewentualne ryzyka i wzrost kosztów związanych m.in. z postępowaniami przed Jednolitym Sądem Patentowym.

Jak podaje Komisja Europejska, patent to tytuł prawny, który można przyznać każdemu wynalazkowi o charakterze technicznym, o ile jest on nowy, ma „poziom wynalazczy” i nadaje się do przemysłowego zastosowania. Patent może obejmować sposób działania, funkcję, materiał i sposób wykonania.

– Patenty zapewniają mechanizm pozwalający przekierować strumień korzyści z innowacji do podmiotów, które faktycznie jej dokonały. W skali kraju to się przekłada na wzrost gospodarczy – mówi agencji Newseria dr inż. Marek Bury, polski i europejski rzecznik patentowy. – Trochę inaczej działa to w przypadku relacji ponadnarodowych. Patenty mogą być udzielane nie tylko na rzecz podmiotów polskich, ale i zagranicznych. Polskie podmioty też mogą uzyskiwać patenty za granicą i te korzyści z innowacji wracają do kraju uprawnionego. Nad siatką systemów krajowych zostały nadbudowane systemy międzynarodowe. Jednym z nich jest system europejskiej ochrony patentowej, działający na podstawie Konwencji o udzielaniu patentów europejskich.

Jednolity system patentowy został uruchomiony 1 czerwca 2023 roku. Składa się on z dwóch filarów, czyli patentu jednolitego oraz Jednolitego Sądu Patentowego (UPC). Patent jednolity to tytuł prawny, który zapewnia jednolitą ochronę we wszystkich uczestniczących państwach członkowskich Unii Europejskiej w ramach kompleksowej obsługi. Jednolity Sąd Patentowy oferuje natomiast jedną, wyspecjalizowaną jurysdykcję patentową, która umożliwia scentralizowane rozstrzyganie sporów w uczestniczących państwach członkowskich.

– Konwencja o patencie europejskim to umowa międzynarodowa, która miała przełomowe znaczenie dla struktury praw wyłącznych, które obowiązują w Polsce i już w chwili obecnej podmioty zagraniczne mają wyraźnie więcej ważnych patentów w Polsce niż podmioty krajowe – mówi dr inż. Marek Bury.

W systemie uczestniczy obecnie 18 państw, czyli Austria, Belgia, Bułgaria, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Niemcy, Włochy, Łotwa, Litwa, Luksemburg, Malta, Holandia, Portugalia, Rumunia, Słowenia i Szwecja.

– W tych 18 krajach patent europejski może uzyskać jednolity skutek w tym sensie, że na wniosek uprawnionego w określonym terminie może być utrzymywany w mocy albo wygasnąć we wszystkich krajach jednocześnie. Drugą właściwością systemu jednolitego jest to, że wprowadza on Jednolity Sąd Patentowy, czyli sąd, który w krajach członkowskich porozumienia jest kompetentny w kwestiach oceny ważności oraz naruszenia patentu – podkreśla polski i europejski rzecznik patentowy.

Pomimo nieprzystąpienia Polski do systemu patentu jednolitego polscy zgłaszający mogą z niego korzystać, ponieważ jest on dostępny również dla uprawnionych z państw, które nie są nim objęte. Jeśli natomiast przedsiębiorca chce chronić swój wynalazek patentem europejskim również w Polsce, musi dokonać w niej walidacji tego patentu.

Na koniec 2025 roku na terytorium Polski w mocy pozostawało 15,6 tys. krajowych patentów na wynalazki. Chronionych było także 98 tys. patentów europejskich udzielonych przez Europejski Urząd Patentowy (EPO) – wynika z raportu rocznego Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej (UPRP) za 2025 rok. Wśród patentów europejskich walidowanych w Polsce w ubiegłym roku dominowały niemieckie (2,1 tys.) i amerykańskie (1,6 tys.). Dla porównania polskich było 124.

– Zostały podjęte prace nad tym, żeby wprowadzić patent, który będzie ważny w całej Unii Europejskiej. To się jak dotąd nie udało. Jest grupa krajów, które są zainteresowane jednolitym skutkiem patentu europejskiego i Polska wstępnie się do nich zaliczała. Po pewnych analizach zostało podniesione, że to może nie być ekonomicznie uzasadnione – wyjaśnia dr inż. Marek Bury.

Jak ocenia, obecna pozycja Polski wobec jednolitego systemu patentowego jest wygodna dla krajowych podmiotów. Zainteresowani mogą korzystać z większości korzyści, jakie się z nim wiążą, jednocześnie unikając najpoważniejszych ryzyk, jakie wynikałyby z przystąpienia w pełni do systemu.

– Przystąpienie Polski do jednolitego systemu patentowego miałoby dwa skutki. Po pierwsze, pozostawiłoby w znacznej mierze do decyzji uprawnionych spośród ponad 80 tys. zagranicznych patentów europejskich obowiązujących w Polsce, czy chcą korzystać z sądów krajowych, czy z Jednolitego Sądu Patentowego. Po drugie, spowodowałoby około trzykrotnie szybszy przyrost liczby patentów europejskich w Polsce, co oznacza, że już istniejąca dysproporcja patentów polskich i zagranicznych w Polsce zmieniłaby się jeszcze na niekorzyść podmiotów polskich – zaznacza rzecznik patentowy. – W tej chwili nie widzę niemal żadnych plusów przystępowania do patentu jednolitego, natomiast minusem jest ryzyko, którego pełnego zakresu jeszcze nie znamy.

Zdaniem eksperta przed podjęciem decyzji o przystąpieniu do jednolitego systemu należałoby się przyjrzeć postępowaniom, które się toczą wobec polskich podmiotów przed Jednolitym Sądem Patentowym. Dotyczy to podmiotów, które działają intensywnie poza granicami Polski. Jako przykład wskazuje spółki z Grupy FAKRO, które w sierpniu 2024 roku zostały pozwane przed Oddziałem Lokalnym UPC w Hamburgu, a językiem postępowania był niemiecki. Sąd uznał, że doszło do naruszenia patentu i oddalił żądanie jego unieważnienia. Ostatecznie strony zawarły ugodę przed rozpoznaniem sprawy przez sąd odwoławczy.

– W systemie spory o naruszenie patentów nie odbywają się tak jak kiedyś przed sądami krajowymi, lecz przed sądem międzynarodowym, niekoniecznie w językach narodowych, a ściślej tylko w kilku językach krajów, w których znajdują się regionalne oddziały sądów, albo w językach Jednolitego Sądu Patentowego, czyli po niemiecku, francusku i angielsku – mówi dr inż. Marek Bury.

Z danych zawartych w bazie orzeczeń UPC wynika, że zdecydowana większość postępowań o naruszenie patentu trafia do kilku wybranych ośrodków, przede wszystkim do sądów pierwszej instancji w Düsseldorfie, Monachium i Mannheim. Trzy niemieckie oddziały wydały łącznie przez pierwsze trzy lata funkcjonowania sądu ponad 60 proc. wszystkich decyzji (69 ze 112). Oddziały w Kopenhadze, Wiedniu oraz oddział nordycko-bałtycki zakończyły po dwa postępowania, a te w Lizbonie, Helsinkach i Brukseli po jednym – wynika z analizy Polskiej Izby Rzeczników Patentowych (PIRP).

Rzecznik wskazuje także na koszty związane z dochodzeniem swoich praw przed UPC. Pozew o naruszenie patentu wiąże się z opłatą stałą w wysokości 14,6 tys. euro. Do niej może zostać doliczona kolejna opłata zależna od wartości sporu sięgająca do 430 tys. euro. Z kolei opłata sądowa od pozwu o unieważnienie patentu to koszt 26,5 tys. euro.

– Przystąpienie do takiej umowy miałoby sens, gdybyśmy jako kraj generowali znacznie więcej zgłoszeń i patentów europejskich. W tej chwili liczby nie są po naszej stronie – zaznacza rzecznik patentowy.

Dane EPO pokazują, że w przeliczeniu na milion mieszkańców zgłaszający z Polski w 2025 roku dokonali 17 zgłoszeń patentowych. Na czele znajdują się Liechtenstein (10,5 tys.), Szwajcaria (ponad 1 tys.) i Finlandia (613). Średnia dla wszystkich 39 krajów zrzeszonych w Europejskiej Organizacji Patentowej wynosi 137.

– Gdybyśmy byli w stanie znacznie powiększyć własną aktywność, to układ sił w systemie by się zmienił i potencjalnie wtedy system mógłby pracować na korzyść polskich podmiotów, a nie przeciwko nim. Kiedy dokładnie by się to stało, jest to trudne do określenia, ale możemy sobie śmiało wyobrażać, że gdyby Polska przekroczyła średnią wartość liczby patentów na milion mieszkańców w skali Unii Europejskiej albo chociaż medianę, to byłby to jakiś sygnał, żeby się zastanawiać nad decyzją o przystąpieniu – uważa dr inż. Marek Bury.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-pozostaje-poza,p311179784

Na rynku pojawił się smartfon dla fanów Harry’ego Pottera. Tylko 5 tys. sztuk będzie dostępnych na całym świecie

0

21 września br. do sprzedaży w Polsce trafił smartfon realme 16 Pro Harry Potter Edition. Producent przygotował tylko 5 tys. sztuk na całym świecie, które są sprzedawane w zestawie z kuferkiem kolekcjonerskim z motywem Hogwartu. Przedstawiciele marki w Polsce podkreślają, że specjalnemu designowi towarzyszą też zaawansowane funkcje technologiczne. W nowym smartfonie zastosowano m.in. pierwszą na świecie technologię zmiany koloru pod wpływem światła.

– To nie lada gratka dla wszystkich fanów Harry’ego Pottera i nie tylko. Jest to telefon fantastycznie wyposażony technologicznie, ze świetną kamerą i magicznymi funkcjami. Marka realme stworzyła go we współpracy z Warner Bros. – mówi agencji Newseria Agnieszka Frąckowiak, dyrektorka sprzedaży w realme Polska. – Nowy model realme z serii 16 to coroczna, najważniejsza dla nas seria produktów numerycznych. Harry Potter Limited Edition bazuje na modelu realme 16 Pro.

– Mamy szybkie, 45-watowe ładowanie telefonu, potężną baterię 6500 mAh i najnowszy procesor MediaTek. Jest to kontynuacja naszej linii 16 Pro, więc ma to samo co poprzedni model, z tym że ma fantastyczny, magiczny design, stworzony ze światem Hogwartu – mówi Justyna Kościuk, dyrektorka komunikacji w realme Polska.

Nowy model ma brązowe wykończenie ze skórzaną fakturą w romby, która nawiązuje do sceny gry w szachy czarodziejów. Na tylnej obudowie umieszczono wyspę aparatów inspirowaną sową Hedwigą, a na metalowej ramce bocznej wygrawerowano laserowo hasło „Welcome to Hogwarts”.

W centralnej części plecków smartfona umieszczono herby czterech domów z Hogwartu, a do ich stworzenia została zastosowana technologia Quadra Light-Sensing Color-changing Technology. W promieniach słońca godła ukazują swoje charakterystyczne barwy i przypominają o ceremonii przydziału do odpowiedniego domu, którą przeżywa każdy uczeń rozpoczynający naukę w Hogwarcie.

– Po raz pierwszy na świecie została użyta technologia, która pozwala na zmianę herbu pod wpływem światła UV albo światła słonecznego na cztery kolory domów Hogwartu – mówi dyrektorka komunikacji w realme Polska.

Model jest wyposażony w aparat LumaColor 200 MP oraz technologię LumaColor IMAGE, zaprojektowany z myślą o tworzeniu portretów, z rozmyciem tła i możliwością wiernego odwzorowania odcieni skóry przy różnych ogniskowych. Do tego dochodzi aparat przedni o rozdzielczości 50 MP. Funkcje robienia zdjęć i wideo wspomaga zaawansowana sztuczna inteligencja.

– Po edycji zdjęcia można dodać znak wodny ze świata Harry’ego Pottera, więc to też jest coś nowego. Ponadto mamy najnowsze funkcje AI, pod tytułem Style Me, Light Me, Pop Out, czyli wyróżnik, gdzie można łączyć zdjęcia i tworzyć unikatowe kolaże. Mamy też fantastyczny aparat do nagrywania filmów 4K, który pozwala zachować znakomitą jakość, więc fani nowych technologii znajdą tu bardzo dużo – zaznacza Justyna Kościuk. – Smartfon ma unikatowe animacje. Po uruchomieniu telefonu odciskiem palca widzimy magię lecących listów.

Wraz z telefonem firma zaprezentowała słuchawki realme Buds T500 Pro Harry Potter Edition. Sprzęt audio także ma designerskie elementy inspirowane Hogwartem. Bardzo małe etui ładujące przypomina miniaturowy kufer Harry’ego Pottera.

– Globalnie wyprodukowaliśmy tylko 5 tys. egzemplarzy realme 16 Pro Harry Potter Edition. Na polskim rynku jest ich o wiele mniej, ale cieszymy się, że Polska jako jeden z nielicznych krajów w Europie ma ten produkt w swojej sprzedaży i będzie on dostępny u każdego partnera – podkreśla Agnieszka Frąckowiak.

To nie pierwsza współpraca realme z Warner Bros. przy tworzeniu smartfonów. W październiku 2025 roku marka zaprezentowała edycję inspirowaną „Grą o tron”. Był to pierwszy na świecie telefon stworzony razem z Warner Bros., ale nie był on dostępny w sprzedaży w Polsce.

– Jesteśmy dumni z tej współpracy, ponieważ to oznacza, że nasza marka jest doceniana. To daje nam biznesową pewność siebie i będzie to również możliwość otwarcia drzwi do kolejnych projektów – mówi dyrektorka sprzedaży w realme Polska.

– Dzisiaj świętujemy świat magii wspólnie z Warner Bros. Harry Potter jest uwielbiany przez milionową rzeszę fanów na świecie, również w Polsce. Na pewno będą kolejne limitowane edycje, natomiast dzisiaj nie możemy zdradzić, czy będzie to Warner Bros., czy może ktoś inny – podkreśla Justyna Kościuk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-rynku-pojawil-sie,p1676077687

Miliony na rozwój dla innowacyjnych MŚP i start-upów. UniCredit wprowadza kredyty z gwarancją InvestEU

0

Brak odpowiednich zabezpieczeń wciąż jest jedną z głównych barier ograniczających małym i średnim przedsiębiorstwom dostęp do zewnętrznego kapitału. Z kolei bez tych środków trudniej o szybszy rozwój, w tym transformację cyfrową. Teraz polskie MŚP mogą skorzystać z finansowania bez wymogu żadnych zabezpieczeń w UniCredit. Bank podpisał właśnie z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EFI) umowę umożliwiającą udzielanie kredytów z gwarancją InvestEU. Maksymalna kwota pojedynczego kredytu może wynieść nawet ok. 35 mln zł. 

Sektor MŚP odpowiada za niemal całą przedsiębiorczość w Polsce. Według danych EFI działa w nim ok. 2,2 mln firm, które stanowią ponad 99 proc. wszystkich przedsiębiorstw i zatrudniają ponad dwie trzecie pracowników. 

– Dane rynkowe wyraźnie pokazują, że dla bardzo wielu małych i średnich przedsiębiorstw brak zewnętrznego finansowania jest ogromną blokadą i ogranicza szybszy rozwój, w tym transformację cyfrową. Przedsiębiorstwa zaczynają na tym niepotrzebnie oszczędzać. Żeby zasypać tę lukę, potrzebne są nowe programy, takie jak InvestEU – mówi w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Czuba, country head w UniCredit w Polsce. – Właśnie dołączamy do InvestEU za sprawą bezpośredniej umowy z EFI. Dzięki unijnemu wsparciu oraz wdrażanym procesom cyfrowym innowacyjne firmy, które do tej pory nie mieściły się w standardowych politykach kredytowych banków, zyskują dostęp do kapitału na dalszy rozwój.

Środki na zabezpieczenie kredytów z gwarancją w UniCredit pochodzić będą z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności w ramach Krajowego Planu Odbudowy, przy wsparciu finansowym Rzeczypospolitej Polskiej w ramach programu InvestEU, Moduł Państw Członkowskich dla Polski. Program InvestEU to sztandarowy program inwestycyjny Unii Europejskiej na lata 2021–2027, który ma pomóc uruchomić inwestycje warte 427 mld euro. W jego ramach EFI oferuje instytucjom finansowym gwarancje portfelowe, które zmniejszają ryzyko kredytowe i ułatwiają finansowanie m.in. małych i średnich przedsiębiorstw, zmagających się z utrudnionym dostępem do finansowania z powodu braku tzw. twardych zabezpieczeń lub specyficznego profilu ryzyka. Do końca grudnia 2025 roku ze wsparcia skorzystało ponad 150 tys. firm w całej UE. W Polsce gwarancje pozwoliły uruchomić finansowanie warte ponad 3,3 mld euro.

– Kredytem z gwarancją InvestEU powinny się zainteresować wszystkie firmy, ale przede wszystkim te oparte na wiedzy, technologii i innowacjach – z branży IT, e-commerce czy usług. Standardowe kredyty często wymagają twardych zabezpieczeń w postaci maszyn czy urządzeń. Gwarancja w programie InvestEU całkowicie je zastępuje. W UniCredit rezygnujemy również z weksla, który jest wymagany przy wielu innych programach i w innych instytucjach, co zwiększa dostęp do finansowania dla wielu przedsiębiorców. Mocno otwieramy się również na młode biznesy – start-upy i scale-upy. Ze wsparcia – pod warunkiem spełnienia warunków programu – mogą skorzystać firmy działające na rynku zaledwie od 12 miesięcy – podkreśla Krzysztof Czuba.

Gwarancja EFI obejmuje 50–80 proc. wartości kredytu – w zależności od regionu działalności przedsiębiorstwa. Maksymalna wartość pojedynczego finansowania może wynieść ok. 35 mln zł. Przedsiębiorcy będą mogli korzystać zarówno z kredytów odnawialnych finansujących bieżącą działalność, jak i kredytów ratalnych przeznaczonych na kapitał obrotowy lub inwestycje. Okres spłaty może sięgać 10 lat, a klient nie ponosi kosztów gwarancji.

– Finansowanie z gwarancją InvestEU dzięki swojej prostocie może się stać kluczową formą wsparcia, szczególnie dla przedsiębiorców, którzy wyczerpali już pulę programów rządowych. Mechanizm ten jest u nas dla kredytobiorcy bezpłatny i nie wlicza się do limitu pomocy de minimis, zatem firma nie uszczupla możliwości korzystania z pomocy publicznej i ma szanse na inne dotacje. To kluczowe dla przedsiębiorców, którzy wyczerpali już pulę rządowego wsparcia, a wciąż potrzebują kapitału na rozwój, cyfryzację czy transformację energetyczną – podkreśla country head w UniCredit w Polsce.

Bank wdrożył w pełni cyfrowy proces ubiegania się o finansowanie. Wniosek można złożyć online, a ocena zdolności kredytowej odbywa się w zautomatyzowanym procesie opartym na otwartej bankowości. Z rozwiązania mogą korzystać zarówno obecni, jak i nowi klienci banku z sektora MŚP, niezależnie od formy prowadzonej działalności.

– Środki unijne nie muszą oznaczać stosu papierów. Wdrożyliśmy model „digital first”, w którym klient może złożyć wniosek o finansowanie całkowicie cyfrowo, w kilku prostych krokach za pomocą aplikacji mobilnej. Cały proces wbudowaliśmy w nasze nowoczesne rozwiązania mobilne – wskazuje Krzysztof Czuba. – Zapewniamy również wsparcie naszych tradycyjnych kanałów bankowych. Przedsiębiorcy, zwłaszcza w przypadku wnioskowania o duże kwoty, mogą liczyć na pomoc doradców w naszych oddziałach w całej Polsce lub w swojej siedzibie. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/miliony-na-rozwoj-dla,p597191188

MON uruchomi w październiku tzw. zieloną listę. Żołnierze będą mogli sami wybrać i kupić dodatkowe wyposażenie

0

Żołnierze będą mogli samodzielnie wybierać i kupować wybrane elementy wyposażenia, jeśli znajdą się one na tzw. zielonej liście MON. Resort chce w ten sposób umożliwić wojskowym korzystanie ze sprzętu spoza standardowego wyposażenia. W wykazie mogą się znaleźć m.in. rękawiczki, okulary balistyczne czy niewielkie drony obserwacyjne. O tym, jakie produkty spełniają wymagania i mogą trafić na listę, zdecydują wojskowe zespoły.

O zmianach w indywidualnym wyposażeniu żołnierzy przedstawiciele MON mówili podczas tegorocznego Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach. Od początku 2024 roku trwa operacja „Szpej”, której celem jest modernizacja indywidualnego wyposażenia i uzbrojenia żołnierzy. Obejmuje całe indywidualne wyposażenie żołnierza – od munduru i butów po broń, oporządzenie i łączność. Jak podkreślał w ubiegłym roku gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, głównym założeniem jest zaspokojenie potrzeb wyposażenia indywidualnego żołnierza do końca 2026 roku w co najmniej 90 proc.

– Zdecydowaliśmy, że miliardy złotych zostaną przeznaczone na wyposażenie indywidualne żołnierzy, że kupimy ponad 350 tys. hełmów kompozytowych, ok. 70 tys. kamizelek kuloodpornych. W 2023 roku w Wojsku Polskim było tylko ok. 80 tys. hełmów kompozytowych, pod koniec tego roku będzie to 350 tys. Podobnie było w przypadku karabinów i wyposażenia indywidualnego. Krok po kroku zmieniamy te proporcje, krok po kroku inwestujemy w to, żeby każdy żołnierz Wojska Polskiego wiedział, że jest dokładnie tak samo ważny jak generał Wojska Polskiego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Cezary Tomczyk, sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej.

– Wydajemy miliardy dolarów na sprzęt wysoko zaawansowany technologicznie. Kto ten sprzęt obsługuje? Żołnierze i to często szeregowi. Filozofia walki jest taka, żeby szeregowy żołnierz też był ekspertem, a operacja „Szpej” dotyczy podniesienia jakości indywidualnego wyposażenia żołnierza na każdym poziomie – mówi Paweł „Naval” Mateńczuk, weteran Jednostki Wojskowej GROM i pełnomocnik ministra obrony narodowej ds. warunków służby wojskowej.

We wrześniu 2025 roku MON informował, że zakupiono ponad 200 tys. nowych hełmów, 100 tys. kamizelek oraz ponad milion sztuk umundurowania i wyposażenia. W ramach operacji „Szpej” zamówiono także m.in. ponad 273 tys. kompletów mundurów polowych i prawie 242 tys. kompletów mundurów polowych letnich, 68 tys. par rękawic taktycznych, 80 tys. kompletów nakolanników, 36 tys. specjalnych okularów ochronnych (gogli) oraz 50 tys. okularów przeciwsłonecznych.

Kolejną zmianą ma być zielona lista, która da żołnierzom większy wybór wyposażenia i ma przyspieszyć wprowadzanie do wojska nowych rozwiązań technologicznych.

– Do dzisiaj żołnierz mógł używać tylko tego asortymentu, który dostał z magazynu. Z własnego doświadczenia, gdybym przestrzegał regulaminów i używał tego, co mi wydało Wojsko Polskie, jadąc do Iraku czy Afganistanu, to mnie i moich kolegów dzisiaj już by nie było – mówi Paweł „Naval” Mateńczuk. – Każdy z nas inaczej wygląda, trzeba ubrać żołnierza tak, żeby czuł się wygodnie. Mamy też filozoficzne podejście do butów: nie da się wyprodukować 200 par butów, które wszystkim pasują.

– To, co się dzieje w Ukrainie, pokazuje, że wojna toczy się jednocześnie w dwóch wiekach: widzimy okopy, to, co znamy z kronik filmowych, a jednocześnie mamy XXI wiek, drony dalekiego zasięgu, drony uderzeniowe, zupełnie inny poziom obserwacji tego, co jest na polu walki – mówi Cezary Tomczyk. – Tego typu innowacje, które będą mogły być wprowadzane na zieloną listę, pozwolą skrócić czas wdrożenia do Wojska Polskiego. Nie możemy ciągle czekać na biurokrację, nie możemy czekać kilku miesięcy na rozstrzygnięcie tego czy innego przetargu. Zmieniliśmy filozofię postępowania w Wojsku Polskim. Od tej pory o tym, co jest wprowadzane na wyposażenie żołnierzy Wojska Polskiego, decydują testy, np. dronów, broni czy kamuflażu. To żołnierz na samym końcu musi decydować, czym walczy, jakiego sprzętu używa i co jest w jego interesie.

Wśród rozwiązań, które mogą trafić na zieloną listę, wymieniano m.in. niewielkie drony obserwacyjne.

– Drony obserwacyjne stają się dzisiaj elementem wyposażenia indywidualnego żołnierzy w wielu armiach świata, między innymi w armii amerykańskiej czy niemieckiej. Tak też będzie w armii polskiej. Tego typu urządzenia, o zasięgu 3–5 km, są elementem wyposażenia tak samo jak pistolet, karabin i  ładownica – podkreślał podczas konferencji wiceminister obrony narodowej.

Decyzja o utworzeniu zielonej listy została już podpisana przez ministra obrony narodowej. Szczegółowy katalog produktów nie jest jeszcze znany. Wśród kwestii do rozstrzygnięcia jest m.in. to, w jakim zakresie lista obejmie odzież i wyposażenie terenowe.

– O tym, co będzie na zielonej liście, będą decydować zespoły problemowe. W ich skład wchodzą żołnierze zajmujący stanowiska w instytucjach, które już dzisiaj zajmują się tymi tematami, i to oni zdecydują, jaki dokładnie asortyment będzie na tej liście. Ograniczenie co do munduru jest oczywiste, dlatego że mundur jest chroniony prawem, natomiast pozostała droga jest otwarta. Decydować będzie też dobro i bezpieczeństwo żołnierza. Pewnego asortymentu w łatwy sposób nie można uwolnić, dlatego że będzie trudno później zapanować nad bezpieczeństwem. To jest jedno z najważniejszych kryteriów doboru asortymentu – podkreślił podczas konferencji płk rez. Michał Pycio, były oficer Jednostki Wojskowej GROM, ekspert z Biura Pełnomocnika MON ds. Warunków Służby Wojskowej.

– Będzie można samemu za własne pieniądze dokupić sobie dany asortyment, na przykład rękawiczki, okulary balistyczne. Filozofia jest taka, że to jest mój zawód, ja walczę, ja zarabiam, dostaję na to pieniądze, ale też nie wiemy, gdzie ta zielona lista pójdzie, jak się sprawdzi. Może będzie tak, że z czasem żołnierz będzie dostawać jakiś ekwiwalent za to, co sobie kupi, a nie pobierze z magazynu, ale to jeszcze jest przed nami – mówi Paweł „Naval” Mateńczuk.

Decyzja MON wchodzi w życie po 30 dniach od dnia ogłoszenia, czyli 10 października br. Przewiduje ona stworzenie publicznego katalogu zielonej listy na stronie resortu, interaktywnego formularza do zgłaszania produktów oraz zakładki w aplikacji Żołnierz RP. Narzędzia cyfrowe mają zostać zapewnione w ciągu 40 dni od wejścia decyzji w życie. Czas weryfikacji samych produktów będzie zależał od ich rodzaju.

– Jeśli to będą okulary balistyczne, to trzeba zobaczyć, jakie mają certyfikaty, określić je i to już powinno zamknąć temat. Ale cały czas będę powtarzać: daliśmy narzędzia żołnierzom i to oni będą określali wszystkie parametry i jak długi czas jest potrzebny, żeby przedmiot ukazany na zielonej liście spełniał warunki bezpieczeństwa – podkreśla pełnomocnik MON.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mon-uruchomi-w,p855907307

Zmiany cen energii nie uderzają od razu w PKB. W dłuższej perspektywie mogą jednak prowadzić do poważnych problemów gospodarek

0

Państwa Europy Środkowo-Wschodniej są szczególnie narażone na wahania cen energii elektrycznej, gazu i ropy – wynika z rozdziału „Raportu SGH i Forum Ekonomicznego 2026” poświęconego rynkom energii. Eksperci podkreślają jednocześnie, że te zmiany nie wpływają znacząco na wzrost gospodarczy w krótkim terminie, tylko mają raczej znaczenie długookresowe i strukturalne. Dlatego zamiast doraźnych interwencji autorzy rozdziału doradzają skupienie się na rozsądnej transformacji energetycznej i wzmacnianiu odporności gospodarki.

– Badanie, które przeprowadziliśmy dla celów „Raportu SGH i Forum Ekonomicznego” w tym roku, bada wpływ cen na procesy rozwojowe w naszym regionie. Ciekawym wnioskiem jest to, że być może, wbrew powszechnej intuicji, nie zidentyfikowaliśmy bezpośredniego oddziaływania cen energii na poszczególnych rynkach na tempo wzrostu PKB. Są minimalne, statystycznie istotne efekty dla paliw transportowych, natomiast w przypadku ropy naftowej, energii elektrycznej i gazu dla przedsiębiorstw tych efektów wpływu nie ma – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Tomasz P. Wiśniewski kierownik Zakładu Badań nad Politykami Rozwoju w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, jeden z autorów raportu.

Z rozdziału „Ceny energii a rozwój gospodarczy – wyzwania dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej w dobie obecnej transformacji energetycznej oraz dynamiki zmian geopolitycznych” wynika, że w gospodarkę najsilniej uderzają wzrosty cen paliw transportowych. Wzrost cen benzyny zwiększa wagę kosztów transportu, zwłaszcza w gospodarkach silnie bazujących na przewozach drogowych. To wiąże się z kolei ze spadkiem dochodu realnego na mieszkańca.

Analiza obejmująca lata 2000–2025 nie wykazała w krótkim horyzoncie czasowym znaczącej zależności między zmianami cen energii dla firm a tempem wzrostu gospodarki. Ich wpływ jest łagodzony przez inne czynniki, w tym inwestycje, strukturę gospodarki i mechanizmy regulacyjne. Zmiany cen energii oddziałują na rozwój gospodarczy w sposób długofalowy i strukturalny. Są uwarunkowane energochłonnością gospodarki, strukturą źródeł energii czy skalą zależności od importu surowców energetycznych. Ważniejsza od samego poziomu cen bywa niepewność w kontekście ich wahań.

– Niestety Polska od jakiegoś czasu odnotowuje najwyższe poziomy cen energii elektrycznej dla przedsiębiorców, tych najmniejszych i największych. Czyli zarówno odbiorcy energochłonni, jak i mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa płacą relatywnie najwięcej w ujęciu parytetu siły nabywczej nie tylko w całym regionie, ale w całej Unii Europejskiej – podkreśla dr Tomasz P. Wiśniewski podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu. – Nasz miks elektroenergetyczny jest bardzo obciążony komponentem węglowym, co przy obecnej polityce powoduje, że ceny są tak wysokie.

Ceny energii elektrycznej dla przedsiębiorstw w regionie są coraz bardziej zróżnicowane. Mimo integracji rynków unijnych ceny prądu i gazu różnią się najmocniej między krajami w przypadku najmniejszych firm. Raport wskazuje, że w pierwszej połowie 2025 roku prąd i gaz były dla nich najdroższe w Polsce, a z kolei najtańszy prąd miały Słowenia i Estonia. 

– Ma to bardzo negatywne reperkusje przede wszystkim w horyzoncie średnio- i długookresowym, zwłaszcza dla przedsiębiorstw energochłonnych, które będą tracić konkurencyjność względem innych gospodarek – zaznacza ekspert SGH. – Najwrażliwsze na wzrost cen energii są właśnie podmioty energochłonne, dla których rachunek kosztów jest w dużej mierze skoncentrowany wokół energii. Konsekwencją długofalową w najgorszym scenariuszu może być deindustrializacja gospodarki, jeżeli nasze podmioty utracą konkurencyjność na rzecz innych podmiotów, czy to w Unii Europejskiej, czy też poza nią.

Eksperci wskazują, że kryzys energetyczny z lat 2021–2022 dotknął szczególnie region Europy Środkowo-Wschodniej, ale okazuje się on dziś stosunkowo mało zależny od ropy i gazu z Bliskiego Wschodu, dzięki m.in. dywersyfikacji dostaw po wybuchu wojny w Ukrainie. Widać też przesunięcie priorytetów ku odporności i bezpieczeństwu energetycznemu przy jednoczesnym rozwoju odnawialnych źródeł energii.

– Jeżeli chodzi o rekomendacje, z naszego raportu płynie to, że zmiany cen energii – czy paliw transportowych, czy energii elektrycznej, gazu lub ropy – mają raczej efekt długofalowy na gospodarki aniżeli bieżący na kwestie dynamiki procesów rozwojowych. Wobec tego powinniśmy się skupiać na polityce energetycznej w kontekście długofalowym, strukturalnym, konsekwentnym, a nie na doraźnych reakcjach – tłumaczy dr Tomasz P. Wiśniewski.

Autorzy raportu zalecają zwiększenie efektywności energetycznej, a także dywersyfikację źródeł i ograniczanie zależności od paliw kopalnych w transporcie. Wskazują również na przykładowe działania w elektroenergetyce, które mogą ograniczać wrażliwość gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej na zewnętrzne szoki cenowe. Główne z nich to inwestycje w technologie niskoemisyjne (np. energetykę jądrową) i rozwój OZE z technologiami magazynowania energii.

– Kierunkiem, który wydaje się słuszny, jest dywersyfikacja dostaw nośników energii, na których nasza gospodarka polega, ale też uniezależnianie się od paliw kopalnych, np. od ekspozycji na ceny ropy naftowej, które są globalne i podlegają wahaniom z przyczyn niezależnych od naszego rządu czy regionu. Rozwiązaniem w dłuższym horyzoncie może być więc elektryfikacja – przy zapewnieniu odpowiedniej struktury miksu elektroenergetycznego i odpornego systemu energetycznego. Jest to podejście kompleksowe i trzeba stawiać temu czoła w sposób konsekwentny, długofalowy, na pewno nie chaotyczny jako gaszenie pożarów w przypadku czasowych zwyżek cen – uważa ekspert SGH.

Jednym z działań osłonowych polskiego rządu w reakcji na rosnące ceny paliw związane z wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie było wejście w życie pod koniec marca br. pakietu Ceny Paliw Niżej (CPN). Rada Ministrów obniżyła wówczas VAT na paliwa z 23 do 8 proc., zmniejszyła akcyzę i wprowadziła maksymalne ceny na stacjach. Program w okrojonej formie powrócił od 17 do 31 sierpnia br.

– Trudno tego typu interwencje krytykować, ponieważ mają one istotne znaczenie dla społeczeństwa. Ceny energii są istotne nie tylko w kontekście rozwojowym, ale też w kontekście niepokojów społecznych. W tym aspekcie na pewno osłony są ważne, natomiast mają niekorzystne konsekwencje dla finansów publicznych, więc na pewno trzeba to wyważyć – podkreśla dr Tomasz P. Wiśniewski. – Niemniej jednak w świetle naszych badań powinniśmy się raczej skupić na działaniach długofalowych i uodparnianiu naszej gospodarki, czyli polepszeniu struktury naszego miksu energetycznego, zamiast na doraźnym, drogim kompensowaniu zawirowań, które nie zależą od nas, ponieważ wynikają one, przynajmniej w tym przypadku, z geopolityki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zmiany-cen-energii-nie,p823077641

Cyfryzacja firm mocno przyspiesza. W tych warunkach cyberodporność i suwerenność danych stają się koniecznością

0

Chmura i sztuczna inteligencja coraz mocniej zmieniają sposób, w jaki firmy organizują pracę. Im większa zależność biznesu od technologii, tym większego znaczenia nabiera nie tylko cyberbezpieczeństwo, ale też kontrola nad tym, gdzie dane są przechowywane, jakiej jurysdykcji podlegają i czy w razie potrzeby można je przenieść do innego środowiska. Eksperci Play podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu podkreślali, że te czynniki coraz częściej decydują o odporności cyfrowej przedsiębiorstw.

– Jeszcze pięć–sześć lat temu rozwiązania z zakresu IT były czymś innym niż rozwiązania z zakresu telekomunikacji. Dzisiaj wraz z rozwojem technologii, szczególnie przy wprowadzeniu rozwiązań zarządzanych software’owo, przy przechodzeniu do chmury, telekomunikacja i IT to jest jedno. Do tego w ostatnim okresie bardzo ważnym elementem stało się cyberbezpieczeństwo, które nie tylko pełni funkcję zabezpieczenia, ale tak naprawdę stało się jednym z elementów systemów IT firm – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Kubit, dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B w Play.

Z „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce (2026)” przygotowanego przez  PARP na podstawie m.in. danych GUS wynika, że odsetek polskich firm, które korzystają z usług chmurowych, wzrósł z 7,3 proc. w 2015 roku do 54,9 proc. w 2025 roku. Najwyższy poziom wykorzystania usług chmurowych występuje w dużych przedsiębiorstwach (ponad 86 proc.). Z kolei raport PwC „Chmura w biznesie” wskazuje, że w ubiegłym roku 27 proc. firm w Polsce oceniło jako wysoką dojrzałość chmurową swojej organizacji, a prawie połowa (47 proc.) – jako średnią. Blisko jedna trzecia (30 proc.) firm planuje wdrożyć rozwiązania chmurowe.

W przypadku sztucznej inteligencji, jak podaje PARP za GUS, w 2025 roku 8,7 proc. firm deklarowało wykorzystanie tej technologii (+2,8 pp. w porównaniu do 2024 roku). Największe zainteresowanie narzędziami opartymi na AI wykazują firmy duże (42 proc.) oraz podmioty z branży informacja i komunikacja (37,8 proc.).

Podczas panelu „Cyberbezpieczeństwo 360 stopni: jak chronić państwo, biznes i obywateli w epoce cyfrowych zagrożeń?” na Forum Ekonomicznym w Karpaczu ekspert Play zwrócił uwagę na to, że odporność cyfrowa staje się dziś warunkiem dalszego skalowania biznesu i budowania zaufania. Tym bardziej że dziś firmy nie zastanawiają się, czy korzystać z chmury i AI, ale jak robić to skutecznie i bezpiecznie, z zachowaniem kontroli nad danymi i infrastrukturą.

– Coraz większego znaczenia w dzisiejszych rozwiązaniach nabiera bezpieczeństwo. Wynika to z tego, że coraz więcej danych nie przechowujemy na naszych własnych zasobach, ale powierzamy je firmom trzecim. W przypadku chmury publicznej bardzo często są to rozwiązania dostarczane przez duże międzynarodowe korporacje i tutaj dochodzi kwestia suwerenności danych, czyli miejsca, gdzie one są przechowywane, jakiej jurysdykcji są poddawane i czy jesteśmy w stanie w łatwy sposób je odzyskać przy zmianie dostawcy. Przy każdej migracji, przy każdym nowym rozwiązaniu musimy być pewni, że dane nie wyjdą poza nasz ekosystem IT – tłumaczy dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B Play.

Jak wynika z „Barometru cyberbezpieczeństwa 2026” KPMG, w 2025 roku 96 proc. ankietowanych firm doświadczyło przynajmniej jednego incydentu bezpieczeństwa. Oznacza to wzrost o 13 pp. względem 2024 roku. Zwiększyła się także liczba firm doświadczających wielokrotnych naruszeń bezpieczeństwa, szczególnie tych, które odnotowały od czterech do dziewięciu incydentów (+20 pp.).

– Zmienia się też sposób dostępu do tych danych. Dzisiaj to nie tylko ludzie, osoby pracujące zdalnie, ale coraz częściej urządzenia wykorzystujące rozwiązania IoT mają dostęp do naszych sieci korporacyjnych. Przy tak rozległych rozwiązaniach musimy być pewni, że dane są bezpieczne, czyli nikt spoza naszej organizacji nie będzie miał do nich dostępu, ale także że są one przechowywane w określonym miejscu – wyjaśnia Marcin Kubit.

Ekspert podkreśla, że same zabezpieczenia techniczne nie wystarczą. Niewystarczająca jest także sama zgodność z regulacjami z zakresu bezpieczeństwa i ochrony danych, takimi jak NIS2, DORA czy RODO. Ważniejsze jest praktyczne przygotowanie organizacji do działania w sytuacji kryzysowej: musi ona umieć wykryć incydent, zareagować i utrzymać ciągłość działania.

– Na suwerenność danych składają się trzy główne elementy. Po pierwsze, lokalizacja: gdzie na fizycznych urządzeniach dostawcy rozwiązań chmurowych przechowują nasze dane. Każdy dostawca buduje swoje rozwiązanie, opierając się na tzw. regionach. Najwięksi z nich, czyli firmy amerykańskie, ponieważ de facto one zdominowały ten rynek, mają lokalizacje w Europie, natomiast wszystkie dane, które są przechowywane na ich serwerach, podlegają prawu amerykańskiemu – tłumaczy dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B Play.

Głównymi dostawcami usług chmurowych na świecie są amerykańskie firmy Amazon, Microsoft i Google. Ich udział w światowym rynku w II kwartale 2026 roku wyniósł odpowiednio 28, 20 i 15 proc. – wynika z danych Synergy Research Group.

– Tu dochodzimy do kolejnej ważnej kwestii związanej z suwerennością, czyli jurysdykcji. W sytuacji gdy w Stanach Zjednoczonych zostanie podjęta jakaś decyzja, że te dane na przykład muszą być udostępnione podmiotom amerykańskim, to te firmy będą musiały to zrobić – podkreśla Marcin Kubit. – Trzecia rzecz, jeżeli chodzi o suwerenność danych, to jest łatwość migracji do nowego rozwiązania. Czyli jeżeli się zdecydujemy na przejście na inne zasoby, to obecny dostawca musi nam umożliwić, po pierwsze, łatwą migrację, a po drugie, musimy mieć pewność, że wszystkie dane faktycznie zostały zmigrowane.

Jak podkreśla, suwerenności danych nie trzeba postrzegać w kategorii zamykania się w jednym środowisku czy rezygnacji z rozwiązań chmury publicznej, ale właśnie świadomego decydowania o powyższych trzech czynnikach: lokalizacji, jurysdykcji i możliwości migracji.

– Biorąc pod uwagę sytuację geopolityczną, coraz częściej mówimy o suwerenności danych, również o chmurze europejskiej. Wspólnie ze spółką Scaleway, która jest także częścią Grupy iliad, jesteśmy w stanie takie rozwiązania budować: w pełni europejską chmurę, zbudowaną wyłącznie poprzez lokalizację w Europie i podlegającą w pełni jurysdykcji europejskiej – mówi dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B w Play.

W kwietniu 2025 roku Play i Scaleway ogłosiły strategiczne partnerstwo, którego celem było przyspieszenie wdrażania chmury publicznej i rozwiązań z dziedziny sztucznej inteligencji (AI) w Polsce. W kwietniu br. Komisja Europejska wybrała Scaleway, wraz z trzema innymi europejskimi dostawcami, do świadczenia suwerennych usług chmurowych dla unijnych instytucji. Jak podkreśla Play, dla klientów operatora oznacza to dostęp do rozwiązań opartych na technologii, która spełniła europejskie wymogi w zakresie suwerenności cyfrowej i bezpieczeństwa danych.

– Na Forum Ekonomicznym w Karpaczu rozmawialiśmy z naszymi klientami i partnerami głównie o rozwiązaniach z zakresu cyberbezpieczeństwa, związanych z suwerennością danych, a także rozwiązaniach IT. Każdy z nich, mimo że wykorzystuje podobną infrastrukturę, ma trochę inne potrzeby. Cyberbezpieczeństwo czy suwerenność czym innym jest dla instytucji państwowych czy samorządów, a czym innym dla firm – mówi Marcin Kubit.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyfryzacja-firm-mocno,p1348786946

Naukowcy z Lublina opracowali sprężyny nawet o 70 proc. lżejsze od stalowych. Seria pilotażowa trafia na testy do firm

Stalową sprężynę można zastąpić nawet o 70 proc. lżejszą konstrukcją kompozytową, której właściwości da się dostosować do konkretnego zastosowania. Taką technologię opracował zespół z Politechniki Lubelskiej. Sprężyny mogą znaleźć zastosowanie nie tylko w motoryzacji i elektromobilności, ale także m.in. w maszynach wibracyjnych. Rozwiązanie ma już za sobą pierwszą komercjalizację, a seria pilotażowa trafi teraz na testy w rzeczywistych warunkach.

– Nasze rozwiązanie wyłamuje się z tradycyjnych schematów geometrycznych. Dzięki zastosowaniu materiałów kompozytowych, czyli nie stali, jesteśmy w stanie modyfikować właściwości, istotnie redukując masę tego rozwiązania, nawet do 70 proc. w porównaniu do stalowych odpowiedników tych sprężyn. Zachowujemy właściwości oraz możliwość ich zmiany, od redukcji sztywności po jej wzrost, od redukcji maksymalnego odkształcenia po jego wzrost – mówi agencji Newseria dr hab. inż. Patryk Jakubczak, profesor Politechniki Lubelskiej.

Zespół z Politechniki Lubelskiej opracował sprężynę wykonaną w całości z kompozytów polimerowych wzmacnianych włóknami węglowymi, szklanymi lub aramidowymi. Nie jest to jednak odpowiednik klasycznej sprężyny śrubowej czy piórowej wykonany z innego materiału. Konstrukcja ma inny kształt i wykorzystuje właściwości kompozytu poprzez pracę w płaszczyźnie i kontrolowane wyboczenie.

Dzięki odpowiedniemu ułożeniu warstw i włókien kompozytu można już na etapie projektowania określić, jak sprężyna będzie pracować: jakiej siły będzie wymagać jej ugięcie i jak bardzo będzie mogła się odkształcić. Można też kształtować zależność między siłą a odkształceniem, m.in. uzyskując progresywną charakterystykę pracy. Pozwala to dostosować parametry sprężyny do konkretnego zastosowania. Kompozyt jest odporny na korozję, ma właściwości izolacyjne i jest obojętny na działanie pola magnetycznego.

– Sprężyny kompozytowe mogą znaleźć zastosowanie przede wszystkim w przemyśle motoryzacyjnym, w rowerach, w sektorze e-mobility, gdzie redukcja masy ma duże znaczenie, ale także możliwość dostrojenia właściwości – wskazuje dr hab. inż. Patryk Jakubczak. – W toku prac okazało się, że sprężyny kompozytowe mogą znaleźć duże zastosowanie w przemyśle maszynowym, szczególnie w obszarze maszyn wibrujących, takich jak dozowniki, przenośniki czy stoły wibracyjne.

Potencjalnym obszarem zastosowania są również wózki inwalidzkie, w tym elektryczne, w których redukcja masy musi iść w parze z zachowaniem parametrów odpowiadających za komfort użytkowania. W maszynach wibracyjnych niska masa kompozytu oznacza z kolei mniejszą bezwładność sprężyny. Materiał ma też dobre właściwości tłumienia drgań.

Prace nad zastępowaniem stalowych sprężyn kompozytowymi są prowadzone od kilkudziesięciu lat. Już w 1982 roku SAE opisywało kompozytową sprężynę piórową Liteflex o masie 3,6 kg, która zastąpiła stalowy element ważący 18,6 kg. Przed wdrożeniem konstrukcja przeszła 58 mln cykli w laboratoryjnych testach zmęczeniowych oraz ponad 5 mln km testów w pojazdach.

Sprężyny kompozytowe są już dostępne na rynku, m.in. w Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Jak wskazuje naukowiec, w dostępnych tam rozwiązaniach konkurencyjnych stosowany jest zamknięty katalog sprężyn o zdefiniowanych parametrach, do których trzeba dostosować maszynę. Zespół z Politechniki Lubelskiej chce odwrócić ten proces – projektować właściwości sprężyny pod wymagania konkretnego urządzenia.

– Nasza innowacja w tym obszarze polega na możliwości kształtowania tych właściwości zgodnie z wymaganiami i oczekiwaniami konstruktorów maszyn, ponieważ każda maszyna jest zastosowana do konkretnej linii produkcyjnej, która ma swoje unikalne cechy, takie jak masa, wymagana częstotliwość, liczba podpór czy ograniczenia geometrii. My możemy kształtować te właściwości i dostarczać takie rozwiązanie, które będzie maksymalnie efektywne w danej aplikacji – podkreśla profesor Politechniki Lubelskiej.

Zespół zbudował już demonstratory i przetestował je w warunkach laboratoryjnych. Teraz prowadzi badania pod kątem konkretnych zastosowań. Nie w każdym urządzeniu stalową sprężynę można bezpośrednio zastąpić kompozytową. W niektórych przypadkach wymaga to dodatkowych obliczeń oraz zmian w sposobie jej montażu i mocowania.

Łatwiej jest w przypadku urządzeń projektowanych od podstaw. Wtedy konstruktorzy mogą od razu uwzględnić parametry i sposób działania kompozytowej sprężyny. Zespół ma już za sobą pierwszą komercjalizację technologii. Przygotowuje też serię sprężyn dla kolejnej firmy, która przetestuje je w rzeczywistych warunkach. Od wyników prób zależy, czy przed kolejnymi wdrożeniami potrzebne będą zmiany w konstrukcji.

– Cała technologia jest w pewien sposób unikalna, ponieważ wywodzi się z technologii, które dawniej na Politechnice Lubelskiej w Katedrze Inżynierii Materiałowej rozwijaliśmy dla sektora lotniczego. Okazało się, że właściwości są tak unikalne, a jakość mikrostruktury tych kompozytów jest na tyle powtarzalna i kontrolowana w procesie, że z powodzeniem możemy stosować te rozwiązania na masową skalę również w innych gałęziach przemysłu – mówi naukowiec.

Innowacyjność projektu polega na przeniesieniu technologii stosowanej dotąd w branżach wymagających najwyższych standardów jakości i bezpieczeństwa – takich jak lotnictwo – do szerszego kontekstu przemysłowego i użytkowego. Zespół rozwija ścieżkę komercjalizacji technologii w ramach programu PRIME Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Projekt „Sprężyny kompozytowe do zastosowań w pojazdach mechanicznych” otrzymał 313,9 tys. zł dofinansowania z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki. PRIME nie finansuje kolejnych badań laboratoryjnych, lecz pomaga naukowcom m.in. w badaniu rynku, rozmowach z potencjalnymi odbiorcami i przygotowaniu technologii do komercjalizacji.

– Wyzwaniem jest przekonanie rynku do tego rozwiązania, ponieważ sprężyny stalowe są znane bardzo długo, są skuteczne, działają efektywnie, ale nie jest powiedziane, że to jest już jedyne rozwiązanie, które można zastosować i którego można spróbować. Potrzebujemy partnera biznesowego, któremu nie możemy nic zagwarantować, ale możemy wspólnie prowadzić badania B+R. Oczywiście wymaga to zaangażowania z naszej strony, ale także ze strony partnera biznesowego i trudno jest w toku bieżącej działalności gospodarczej pozwolić sobie na zużywanie roboczogodzin, materiałów, na eksperymentowanie – wskazuje prof. Patryk Jakubczak.


Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-z-lublina,p754200620

Polacy stworzyli okulary wyświetlające obraz za pomocą podczerwieni. To pierwszy taki prototyp na świecie

Polscy naukowcy stworzyli pierwszy na świecie prototyp okularów rozszerzonej rzeczywistości wykorzystujących widzenie dwufotonowe. Technologia pozwala wyświetlać za pomocą impulsów podczerwieni treści, które mają zachować ostrość przy przenoszeniu wzroku między różnymi planami. Ma również ograniczyć przyciemnienie i zniekształcenie obrazu otoczenia. Trwają prace nad mobilną wersją urządzenia przeznaczoną m.in. dla medycyny, lotnictwa i wojska.

– Widzenie dwufotonowe, najprościej mówiąc, polega na tym, że człowiek widzi podczerwień, przy czym długość fali 950 nanometrów wydaje się nam niebieska, 1000 nanometrów zielona, a 1100 nanometrów żółta, czyli kolory odpowiadają z grubsza takim kolorom, jakie ma dla nas światło widzialne, które ma połowę długości fali – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. inż. Katarzyna Komar, prof. UMK, badaczka Międzynarodowego Centrum Badań Oka ICTER działającego w Instytucie Chemii Fizycznej PAN.

Zjawisko widzenia dwufotonowego zostało opisane w 2014 roku przez międzynarodowy zespół naukowców, w którym uczestniczyła Katarzyna Komar. Badacze wykazali, że człowiek może zobaczyć krótkie impulsy bliskiej podczerwieni, choć ten zakres promieniowania jest zwykle niewidoczny dla oka. Dzieje się tak, gdy pigment wzrokowy niemal jednocześnie pochłonie dwa fotony podczerwieni. Ich łączna energia wystarcza do pobudzenia fotoreceptorów, a mózg odbiera powstały bodziec jako światło widzialne.

W okularach rozszerzonej rzeczywistości cyfrowy obraz musi być nałożony na widok otoczenia. Stosowane obecnie układy optyczne mogą jednak powodować straty światła, przyciemnienie lub zniekształcenie obrazu świata zewnętrznego. Trudnością jest również utrzymanie ostrości dodatkowych treści, gdy użytkownik przenosi wzrok między obiektami znajdującymi się w różnych odległościach. Widzenie dwufotonowe może ograniczyć te problemy, ponieważ wykorzystuje inny zakres promieniowania niż światło docierające z otoczenia. Dzięki temu oba tory optyczne można połączyć za pomocą zwierciadła dichroicznego, które przepuszcza światło widzialne, a odbija podczerwień. W prototypie przepuszcza ono 96 proc. światła widzialnego i odbija 98 proc. bodźca podczerwonego.

– Widzenie dwufotonowe jest procesem nieliniowym optycznie, co oznacza, że jasność bodźca kwadratowo zależy od mocy wiązki pobudzającej, w związku z czym o wiele łatwiej będzie osiągnąć sytuację, że widzimy bodziec ostro i wyraźnie zarówno w warunkach jasnego dnia, jak i w ciemniejszym oświetleniu. Dodatkowo bodziec dwufotonowy, z tego powodu, że wywołuje go proces nieliniowy, jest zawsze ostry – mówi prof. UMK.

Większą tolerancję obrazu dwufotonowego na rozogniskowanie potwierdzają wyniki badania zespołu prof. Katarzyny Komar, opublikowanego w sierpniu 2026 roku w czasopiśmie „Optics Letters”. Naukowcy wyświetlali uczestnikom zieloną literę za pomocą światła widzialnego oraz impulsów podczerwieni, a następnie stopniowo zwiększali rozogniskowanie obrazu. U osób z większą zdolnością akomodacji średnia tolerancja wyniosła 6,6 dioptrii dla widzenia dwufotonowego i 4,3 dioptrii dla tradycyjnego obrazu. Podobną przewagę odnotowano również u osób z prezbiopią.

Ma to znaczenie w urządzeniach AR, ponieważ odległość, w której użytkownik widzi wirtualny obiekt, nie zawsze odpowiada płaszczyźnie, na której oko musi ustawić ostrość. Taka rozbieżność – konflikt akomodacji i konwergencji – może powodować dyskomfort podczas dłuższego korzystania z okularów. Autorzy badania wskazują, że większa tolerancja na rozogniskowanie może poprawić jakość obrazu w przyszłych wyświetlaczach AR. To, czy przełoży się również na mniejsze zmęczenie wzroku podczas długiego korzystania z urządzenia, wymaga dalszych badań.

– Idea stworzenia okularów opartych na widzeniu dwufotonowym zakłada, że na głowie użytkownika umieścimy układ optyczny, który normalnie zajmuje sporą część stołu optycznego. Ludzie mają różną anatomię i musimy tak dostosować sposób zakładania tego układu optycznego, żeby pasowało do osób o różnej anatomii. Pomógł nam pomysł, żeby użyć optometrycznej ramy, na której umocowaliśmy elementy, które służą do wyświetlania bodźców dwufotonowych. Dodatkowo musimy szukać jak najmniejszych i jak najlżejszych wersji urządzeń, żeby wyświetlać dwufotonowe bodźce – mówi prof. Katarzyna Komar.

W ciągu roku naukowcy zbudowali prototyp łączący skaner MEMS, regulowane elementy optyczne, światłowodowy tor laserowy i oprogramowanie, które synchronizuje pracę całego układu w czasie rzeczywistym. Elementy umieszczono na lekkiej oprawie optometrycznej, która utrzymuje je w odpowiedniej odległości i pozycji względem oka. Urządzenie wykorzystuje femtosekundowy laser światłowodowy domieszkowany erbem, opracowany przez dr inż. Dorotę Stachowiak i jej współpracowników z Politechniki Wrocławskiej. Laser można przestrajać w zakresie od 872 do 1075 nm, co odpowiada potrzebom badań nad widzeniem dwufotonowym.

– Przy wsparciu projektu Proof of Concept powstał prototyp, który jest w pełni możliwy do użycia i który już założyliśmy kilkudziesięciu osobom i pokazaliśmy im widzenie dwufotonowe jako element rozszerzonej rzeczywistości. Natomiast wymaga on nadal udoskonaleń, obecnie założenie go trwa kilka minut i wymaga pomocy operatora. Prototyp jest przypięty do lasera, który zajmuje trochę miejsca w laboratorium optycznym – wskazuje ekspertka.

Prototyp powstał w ramach projektu „Wyświetlacz siatkówkowy oparty na widzeniu dwufotonowym dla potrzeb rozszerzonej rzeczywistości”, który otrzymał dofinansowanie w programie Proof of Concept Fundacji na rzecz Nauki Polskiej ze środków Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki 2021–2027. Kolejnym etapem prac będzie zmniejszenie źródła laserowego i zastąpienie pozostałych elementów układu rozwiązaniami światłowodowymi, aby z okularów można było korzystać poza laboratorium.

– Chcielibyśmy użyć mniejszego lasera i zastąpić wszystkie elementy elementami światłowodowymi, żeby całość można było założyć na siebie i żeby można było wyjść w tych okularach poza laboratorium. Chcemy to zrealizować już w ramach spółki spin-off, która teraz powstaje w Instytucie Chemii Fizycznej PAN. Mamy nadzieję, że jak stworzymy mobilną wersję prototypu, to będziemy mogli zainteresować nim użytkowników końcowych – zapowiada badaczka.

W pierwszej kolejności naukowcy chcą rozwijać technologię z myślą o zastosowaniach specjalistycznych. Okulary mogłyby wyświetlać dodatkowe informacje pilotom i żołnierzom, wspierać realizację programów kosmicznych, a w medycynie dostarczać dane chirurgom bezpośrednio podczas operacji. Samo zjawisko widzenia dwufotonowego jest również badane pod kątem diagnostyki okulistycznej, m.in. w mikroperymetrii służącej do oceny czułości siatkówki.

– Na razie przede wszystkim celujemy w zastosowania ściśle specjalistyczne, jak na przykład lotnictwo, wojskowość, być może programy kosmiczne, ale również chirurgia i wyposażenie sal operacyjnych. Aby takie okulary mogły być szerzej dostępne dla zwykłych użytkowników, musimy jednak poczekać, aż te krótkoimpulsowe lasery się jeszcze bardziej zminiaturyzują – tłumaczy dr hab. inż. Katarzyna Komar.

Miniaturyzację może przyspieszyć rozwój femtosekundowych laserów na chipach. Zdaniem ekspertki w ciągu kilku lat takie źródła światła mogą trafić do produkcji, co otworzyłoby drogę do powstania okularów przeznaczonych także dla zwykłych użytkowników.

 


Projekt jest realizowany z działania Proof of Concept prowadzonego przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i finansowanego ze środków pochodzących z Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki. 

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-stworzyli-okulary,p1176297479

Tylko 3 proc. postępowań antymonopolowych kończy się w terminie. Regulatorzy potrzebują mniej formalizmu i więcej dialogu z rynkiem

Zaledwie 3 proc. postępowań antymonopolowych przed UOKiK kończy się w ustawowym terminie, a średni czas ich trwania wynosi od 12 do 19 miesięcy. Autorzy raportu Centrum Strategii Rozwojowych oceniają, że polskie organy nadzoru prawidłowo wypełniają swoją rolę, ale sposób egzekwowania przepisów wymaga zmian. Problemem są przede wszystkim przewlekłość i nadmierny formalizm postępowań oraz zbyt mało dialogu z przedsiębiorcami. Eksperci postulują też, by regulatorzy oceniali wpływ swoich decyzji na rynek – zwłaszcza że ich skutki mogą być liczone w setkach milionów złotych.

– Polskie urzędy nadzoru pełnią bardzo ważną systemową funkcję, ale ich praca wymaga pewnych korekt. Potrzebne jest mniej formalizmu. Raport Centrum Strategii Rozwojowych wskazuje na zasadę pisemności jako zbyt rozbudowaną i generalnie popieram ten kierunek. Jednocześnie polskie urzędy nadzoru i regulacje nie powinny być nadmiernie wycofywane z rynku. Zapewniają konsumentom silną pozycję względem biznesu, odporność państwa i strategiczne bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria Piotr Głowacki, doradca prezydenta RP ds. gospodarczych.

Raport Centrum Strategii Rozwojowych obejmuje działalność czterech regulatorów: UOKiK, URE, UKE i UTK. Autorzy zwracają uwagę m.in. na nadmierny formalizm postępowań, który za istotną barierę w prowadzeniu działalności uważa 78,1 proc. przedsiębiorców. Najdłuższe z analizowanych postępowań antymonopolowych przed UOKiK trwało 69 miesięcy, a 43 proc. decyzji urzędu jest zaskarżanych do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Zdaniem autorów problemem nie jest sama obecność regulatorów ani zakres ich uprawnień, lecz sposób ich działania. Zmian wymaga m.in. podejście do dialogu z przedsiębiorcami przed wszczęciem formalnego postępowania.

– Potrzebne są zmiany usprawniające polski system regulacyjny. Dotyczy to m.in. nadmiernego formalizmu, który często towarzyszy urzędnikom, i nadmiernie rozbudowanej zasady pisemności. Wiele powinno się też zmienić w kwestii precyzyjnego określenia ram kompetencyjnych poszczególnych urzędów i instytucji regulacyjnych – wskazuje Piotr Głowacki.

Według raportu centrum w Polsce nie ma systemowego mechanizmu rozstrzygania kwestii nakładających się kompetencji regulatorów, zanim dojdzie między nimi do sporu. W efekcie ta sama praktyka rynkowa może być oceniana przez dwa organy według różnych standardów. W Wielkiej Brytanii w latach 2023–2024 żadna sprawa prowadzona w ramach systemu współdzielenia kompetencji nie zakończyła się sporem kompetencyjnym. Z kolei w Niemczech urząd antymonopolowy i regulator sieciowy mają wspólny dokument określający podział ich kompetencji.

– Jako gospodarka nadal goniąca znacznie bogatsze kraje musimy zadbać o to, żeby regulacje dobrze działały. Dlatego postulujemy między innymi, aby umożliwić regulatorom większy dialog z rynkiem, żeby nie skupiali się wyłącznie na karaniu i sankcjonowaniu tego, co jest źle, ale pomagali też przedsiębiorcom szukać dobrych ścieżek. Dzisiaj nie mają też możliwości oceny wpływu swoich decyzji na rynek, zarówno zanim je podejmą, jak i już po ich podjęciu, a często mówimy o decyzjach, których waga sięga setek milionów złotych – podkreśla Radosław Żydok, ekspert Centrum Strategii Rozwojowych.

Żaden z czterech analizowanych przez centrum organów nie ma mechanizmu systematycznej oceny skutków swoich decyzji już po ich wdrożeniu, a przepisy nie nakładają na nie takiego obowiązku. Ocena skutków regulacji obejmuje ustawy i rozporządzenia, ale nie decyzje administracyjne. Tymczasem taryfy zatwierdzane przez URE dotyczą kilkunastu milionów odbiorców, a kary nakładane przez UOKiK mogą sięgać setek milionów złotych. Z danych OECD przywołanych w raporcie wynika, że formalną ewaluację ex post prowadzi tylko 23 proc. ze 149 badanych regulatorów w 42 krajach.

– Bardzo ważne jest, żeby uczciwie oceniać te organy i nie wymagać od nich więcej, niż są w stanie robić. Jeżeli dokładamy nowych obowiązków, a tak się działo chociażby w przypadku Urzędu Regulacji Energetyki, powinny za tym iść też odpowiednie zasoby. To ma bardzo ważne znaczenie dla odbiorców regulacji, czyli nas, konsumentów, dlatego że te urzędy mają nas chronić, a efektywność tej ochrony wynika z szybkości działania. Niestety decyzje są podejmowane dużo później, niż byśmy oczekiwali. Termin ustawowy, na przykład dla UOKiK, to pięć miesięcy, tymczasem średnia wynosi od 12 do 19 miesięcy, a w skrajnych przypadkach mówimy nawet o sześciu–siedmiu latach – mówi Radosław Żydok.

Na niedobór zasobów wskazuje również Urząd Regulacji Energetyki. W sprawozdaniu za 2025 rok urząd wymienia niedofinansowanie, niewystarczające zasoby kadrowe i dużą rotację pracowników. Na koniec ubiegłego roku zatrudniał 433 osoby, a średnia fluktuacja kadr w latach 2023–2025 wynosiła 10 proc. Jednocześnie zakres jego obowiązków się rozszerza. Od 2025 roku URE odpowiada również za regulację rynku wodoru – to już piąty rynek w jego kompetencjach.

Na długich postępowaniach tracą również konsumenci. Jeśli decyzja zapada dopiero po 12–69 miesiącach od wystąpienia naruszenia, może ono trwać i wyrządzać szkody przez cały czas postępowania. Przy praktykach obejmujących miliony konsumentów skumulowana szkoda może wielokrotnie przewyższać wysokość ewentualnej kary – wskazuje Centrum Strategii Rozwojowych.

– Konsumenci oczekiwaliby w stosunku do organów nadzoru szybszego rozpatrywania spraw, które często ciągną się latami, zwłaszcza jeżeli dotyczy to kwestii związanych z sądami branżowymi. Po drugie, lepszej przejrzystości przepisów, ich większej egzekwowalności i wreszcie dostępności do programów, które pozwalają na weryfikację przedsiębiorców, którzy świadczą usługi w internecie bądź wysyłkowo – przekonuje dr Tomasz Sińczak, prezes Fundacji Forum Konsumentów.

W 2025 roku prezes UOKiK wydał 900 decyzji – 369 dotyczących ochrony konkurencji i 530 w obszarze ochrony konsumentów. Łączna wartość nałożonych kar wyniosła 1,15 mld zł, w tym 545 mln zł za praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów i stosowanie niedozwolonych postanowień umownych. Według urzędu jego działania przyniosły konsumentom co najmniej 160 mln zł przysporzeń.

– Nastawienie na rozwiązania sankcyjne jest nadmierne. Należy przestawić ten sposób myślenia i bardziej pójść w stronę rozwiązań ex ante, czyli takich, które komunikują rynkowi, jakie powinny być reguły czy zasady postępowania. Niekoniecznie ta komunikacja musi iść w formie nowych ustaw czy rozporządzeń. Bardzo często mniej sformalizowane wytyczne powinny być wykorzystywane przez urzędy regulacyjne do tego, żeby komunikować się z rynkiem i przekazywać, jak wyobrażają sobie jego funkcjonowanie, a nie skupiać się wyłącznie na karaniu – podkreśla Michał Czarnik, ekspert ds. regulacji Instytutu Sobieskiego.

Za przykład skutecznej regulacji ex ante autorzy raportu podają rynek telekomunikacyjny. Udział Orange Polska, dawniej dominującego operatora, w detalicznym rynku stacjonarnego internetu zmniejszył się z 60 proc. w 2006 roku do poniżej 23 proc. w 2024 roku. Jednocześnie zasięg sieci światłowodowej FTTH w Polsce sięgnął 75,4 proc. gospodarstw domowych, wobec średniej unijnej na poziomie 64 proc., a dostęp do sieci bardzo wysokiej przepustowości VHCN ma 81,1 proc. gospodarstw. Centrum wiąże te wyniki m.in. z regulacją ex ante prowadzoną przez UKE.

W 2025 roku prezes UKE rozpoczął konsultacje dotyczące deregulacji Orange Polska na dwóch rynkach usług hurtowych – LLU i BSA – i przejścia od regulacji ex ante w stronę nadzoru ex post. Według Centrum Strategii Rozwojowych osiągnięcie przez rynek dojrzałości pozwala w tym przypadku na odejście od regulacji ex ante i przejście do reagowania na nieprawidłowości.

– Nie można powiedzieć, że co do zasady polskie urzędy nadzoru hamują konkurencyjność. Oczywiście mamy konkretne sytuacje, w których można mieć wątpliwości, czy ich działania są dobre dla konkurencyjności. Jako przykład można wymienić działania Urzędu Transportu Kolejowego, które doprowadziły w dużej części do tego, że prywatny przewoźnik wycofał się w tym roku ze świadczenia swoich usług – takie zarzuty się pojawiły. Natomiast co do zasady tezy o działaniu polskich urzędów regulacyjnych niezgodnie z zasadą konkurencyjności bym nie postawił – ocenia Michał Czarnik.

Raport opisuje m.in. wejście na polski rynek czeskiego przewoźnika RegioJet. Na decyzję UTK czekał on ok. 19 miesięcy i ostatecznie otrzymał zgodę na uruchomienie czterech z 15 wnioskowanych par pociągów. Według centrum zastosowany w tej sprawie test równowagi ekonomicznej chronił dominującego uczestnika rynku.

 – Polskim urzędom nadzoru potrzebna jest zarówno deregulacja, jak i pewne modyfikacje w sposobie ich funkcjonowania. Prezydent Karol Nawrocki bardzo często podkreśla, że deregulacja jest procesem koniecznym i popiera ten kierunek. Z drugiej strony potrzebne są zmiany usprawniające polski system regulacyjny – wskazuje Piotr Głowacki.

Autorzy raportu proponują m.in. wprowadzenie dialogu prewencyjnego z przedsiębiorcami, lepszą koordynację między regulatorami oraz obowiązkową ocenę skutków najważniejszych decyzji już po ich wdrożeniu. Taka ewaluacja miałaby obejmować decyzje, których wpływ na rynek przekracza 100 mln zł rocznie lub które dotyczą ponad 500 tys. adresatów. Centrum postuluje również wzmocnienie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, m.in. poprzez zwiększenie jego zasobów kadrowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tylko-3-proc-postepowa,p1618308766

Europa nie może być zakładnikiem całkowitej globalizacji. Konieczna odbudowa konkurencyjności

Europa powinna wyciągnąć wnioski z pandemii, kryzysu energetycznego i globalnej rywalizacji technologicznej. Zdaniem Zygmunta Berdychowskiego, przewodniczącego Rady Programowej Forum Ekonomicznego, kluczowe są dziś zmniejszenie zależności od zewnętrznych dostawców, odbudowa zdolności produkcyjnych oraz deregulacja, która pozwoli firmom konkurować z przedsiębiorstwami z USA, Chin czy Indii. Wyzwania związane z odpornością gospodarczą będą jednym z najważniejszych tematów tegorocznego Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

– Na pewno rok 2020 nauczył nas jednego: hurraoptymistyczna globalizacja dobiega końca – mówi agencji informacyjnej Newseria Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Karpaczu. – Niezależnie od tego, czy rozmawiamy o łańcuchach dostaw, które dotychczas zaczynały się w Azji, a kończyły w Europie, czy zaczynały w Europie, a kończyły w Ameryce Południowej, pandemia pokazała, że interes państwa, bezpieczeństwo państwa i bezpieczeństwo takiej organizacji jak Unia Europejska zmuszają nas do przemyślenia pewnych decyzji. Nie możemy być zakładnikami całkowitej globalizacji.

Pandemia COVID-19 uwidoczniła skalę uzależnienia gospodarek od rozbudowanych globalnych łańcuchów dostaw. Problemy z dostępnością środków ochrony osobistej, sprzętu medycznego czy półproduktów potrzebnych w przemyśle stały się impulsem do dyskusji o skracaniu łańcuchów dostaw poprzez przenoszenie części produkcji bliżej rynków zbytu. W kolejnych latach kwestie bezpieczeństwa gospodarczego dodatkowo zyskały na znaczeniu w związku z kryzysem energetycznym oraz nasilającą się konkurencją o surowce i technologie.

– Gospodarka musi być przygotowana na sytuacje takie jak ta z lutego, marca i późniejszych miesięcy 2020 roku. Musimy mieć zdolności do produkowania maseczek i respiratorów, ale również wielu innych bardzo ważnych elementów, które składają się na bezpieczeństwo państwa. Już nie chodzi tylko o leki, chodzi o bezpieczeństwo w formule twardej: albo masz metale krytyczne, albo ich nie masz – podkreśla przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego. – Albo będziesz w stanie przygotować konkurencyjną ofertę dla inwestorów, bo masz dostęp do krytycznych surowców, albo nie będziesz w stanie tego zrobić.

Dostęp do surowców krytycznych staje się jednym z kluczowych elementów konkurencji gospodarczej. Są one niezbędne m.in. do produkcji półprzewodników, baterii, urządzeń elektronicznych, instalacji wykorzystujących odnawialne źródła energii czy nowoczesnego uzbrojenia. Europa jest przy tym w znacznym stopniu zależna od ich importu, co zwiększa znaczenie dywersyfikacji źródeł dostaw i rozwoju własnych możliwości przetwórczych.

Zdaniem Zygmunta Berdychowskiego podobną lekcję Europa powinna wyciągnąć z wcześniejszej polityki energetycznej i wieloletniego uzależniania części gospodarki od dostaw z Rosji.

– Globalizacja, którą do 2020 roku realizowali nasi partnerzy, zawierała pewne niebezpieczne elementy. Nadmierne uzależnienie od dostaw niektórych surowców, na przykład energetycznych, doprowadziło do sytuacji, w której cała europejska gospodarka znalazła się w obliczu ogromnego zagrożenia, kiedy się okazało, że interes polityczny Rosji jest ważniejszy niż współpraca gospodarcza realizowana przez wiele lat – ocenia Zygmunt Berdychowski. – Bardzo istotny wniosek jest taki, że nie możemy się uzależniać, niezależnie od tego, kogo miałoby to dotyczyć.

Drugim obszarem, który jego zdaniem będzie decydował o pozycji Europy w globalnej gospodarce, jest konkurencyjność. Unijne firmy rywalizują dziś nie tylko na tradycyjnych rynkach przemysłowych, ale także w sektorach o strategicznym znaczeniu: sztucznej inteligencji, technologiach kosmicznych, przemyśle obronnym czy elektromobilności. W wielu z nich tempo inwestycji i rozwoju technologicznego w Stanach Zjednoczonych oraz Azji jest znacznie szybsze.

– Albo Unia i podmioty funkcjonujące na jej terenie będą w stanie przygotować konkurencyjną ofertę – i nie chodzi tylko o przemysł samochodowy, lecz także o sztuczną inteligencję, przemysł kosmiczny i zbrojeniowy – albo będziemy coraz bardziej peryferiami rozwijającego się świata – wskazuje ekspert. – Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której europejski program kosmiczny oparty na rakiecie Ariane będzie w stanie zapewnić równie konkurencyjne warunki wynoszenia satelitów na orbitę jak systemy, w których rakiety mogą być wykorzystywane wielokrotnie.

Sektor kosmiczny jest przykładem rynku, na którym modele działania szybko się zmieniają pod wpływem prywatnych inwestycji. Rozwój rakiet wielokrotnego użytku istotnie obniżył koszty wynoszenia ładunków na orbitę i zwiększył częstotliwość startów. Według Zygmunta Berdychowskiego podobnej efektywności Europa potrzebuje również w innych strategicznych sektorach gospodarki.

– Albo deregulacja i powrót sektora prywatnego do najważniejszych obszarów, gdzie najbardziej potrzeba efektywności, albo peryferie, coraz trudniejsza sytuacja, coraz mniej miejsc pracy i coraz mniejsza konkurencyjność. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że są to fundamentalne wnioski wynikające ze zjawisk, które obserwujemy w ostatnich latach – mówi przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

Szczególnym wyzwaniem pozostaje sztuczna inteligencja. Rozwój zaawansowanych modeli zależy zarówno od dostępności infrastruktury obliczeniowej i energii, jak również od kapitału, danych i odpowiednich regulacji. W europejskiej debacie coraz częściej pojawia się pytanie o to, jak pogodzić ochronę prywatności i bezpieczeństwo z możliwością tworzenia konkurencyjnych technologii.

– Sztuczna inteligencja to kwestia ostatnich kilku lat. Nie ma mowy o tym, żebyśmy dalej rozwijali się w tym zakresie, jeżeli nie zmienimy części ustawodawstwa dotyczącego ochrony danych osobowych – przekonuje Zygmunt Berdychowski. – Nie będzie po prostu odpowiednich zasobów, na których można trenować modele językowe, i wtedy ten postęp będzie udziałem Amerykanów, Chińczyków, być może również Hindusów, ale nie Europejczyków. Musimy więc także w tym obszarze dokonać deregulacji.

Konkurencyjność gospodarki ma bezpośrednie przełożenie na poziom inwestycji, zatrudnienie i dochody gospodarstw domowych. Wysokie koszty energii, regulacje zwiększające koszty prowadzenia działalności oraz wolniejsze tempo inwestycji technologicznych mogą w dłuższym okresie ograniczać zdolność europejskich przedsiębiorstw do konkurowania na światowych rynkach.

Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, konsekwencją utraty konkurencyjności mogą być nie tylko słabsze wyniki gospodarcze, lecz także stopniowe pogarszanie się sytuacji na rynku pracy.

– Firmy nie będą inwestowały, jeżeli energia będzie tak droga – mówi ekspert. – Nie będzie inwestycji, nie będzie miejsc pracy, a jeśli nie będzie miejsc pracy, pojawi się migracja. To jest sytuacja, która nie ma alternatywnej ścieżki. Albo przeprowadzimy konieczne zmiany i osiągniemy cele, tak jak osiągali je ci, którzy byli przed nami – Amerykanie, Chińczycy czy Hindusi – albo tego nie zrobimy i będziemy oglądać plecy peletonu, który cały czas będzie się poruszał przed nami.

Reformy gospodarcze i społeczne wymagają jednak – jak zaznacza przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego – nie tylko decyzji politycznych, lecz także społecznej akceptacji. W wielu państwach europejskich próby zmian dotyczących m.in. systemów emerytalnych wywoływały silne protesty, co pokazuje znaczenie dialogu z partnerami społecznymi.

– Odporność społeczną można zwiększać tylko i wyłącznie poprzez dialog. Próba przebudowy państwa bez konsensusu i bez rozmowy z partnerami społecznymi zawsze będzie się kończyć porażką – podkreśla Zygmunt Berdychowski. – Reformy fundamentalne muszą być wprowadzone, ale bez partnerów społecznych tego nie zrobimy. Tylko wtedy, kiedy będzie dialog i konsensus, jesteśmy w stanie przeprowadzić nawet najtrudniejsze reformy.

O odporności gospodarki, bezpieczeństwie, sztucznej inteligencji, nowych technologiach i konkurencyjności Europy mają w tym roku szeroko dyskutować uczestnicy Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, program wydarzenia obejmuje kilkaset zagadnień związanych z najważniejszymi wyzwaniami gospodarczymi i społecznymi.

– W tegorocznej agendzie Forum Ekonomicznego w Karpaczu mamy kilkaset tematów związanych z gospodarką, jej odpornością, bezpieczeństwem, sztuczną inteligencją i nowoczesnymi technologiami. To ogrom pracy, którą wykonaliśmy przez wiele ostatnich miesięcy, i jestem przekonany, że w bardzo wielu przypadkach będą to niezwykle interesujące dyskusje. Dlatego uważam, że każdy, kto przyjmie nasze zaproszenie do Karpacza, spędzi tam trzy bardzo interesujące dni – podsumowuje przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

XXXV Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbędzie się 8–10 września 2026 roku. Tegoroczna edycja, organizowana pod hasłem „Architektura nowego porządku – stabilność w czasach zmian”, ma zgromadzić ponad 6 tys. uczestników z ponad 60 krajów – przedstawicieli polityki, biznesu, nauki, samorządów, kultury i mediów. Forum rozpocznie się 8 września o godz. 12.00 prezentacją Raportu SGH i Forum Ekonomicznego. Program wydarzenia obejmie osiem głównych obszarów tematycznych, wśród nich gospodarkę, politykę międzynarodową i bezpieczeństwo, cyfryzację, ochronę zdrowia, sprawy społeczne i zrównoważony rozwój.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europa-nie-moze-byc,p1727004500