Tylko 3 proc. postępowań antymonopolowych kończy się w terminie. Regulatorzy potrzebują mniej formalizmu i więcej dialogu z rynkiem

Zaledwie 3 proc. postępowań antymonopolowych przed UOKiK kończy się w ustawowym terminie, a średni czas ich trwania wynosi od 12 do 19 miesięcy. Autorzy raportu Centrum Strategii Rozwojowych oceniają, że polskie organy nadzoru prawidłowo wypełniają swoją rolę, ale sposób egzekwowania przepisów wymaga zmian. Problemem są przede wszystkim przewlekłość i nadmierny formalizm postępowań oraz zbyt mało dialogu z przedsiębiorcami. Eksperci postulują też, by regulatorzy oceniali wpływ swoich decyzji na rynek – zwłaszcza że ich skutki mogą być liczone w setkach milionów złotych.

Polskie urzędy nadzoru pełnią bardzo ważną systemową funkcję, ale ich praca wymaga pewnych korekt. Potrzebne jest mniej formalizmu. Raport Centrum Strategii Rozwojowych wskazuje na zasadę pisemności jako zbyt rozbudowaną i generalnie popieram ten kierunek. Jednocześnie polskie urzędy nadzoru i regulacje nie powinny być nadmiernie wycofywane z rynku. Zapewniają konsumentom silną pozycję względem biznesu, odporność państwa i strategiczne bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria Piotr Głowacki, doradca prezydenta RP ds. gospodarczych.

Raport Centrum Strategii Rozwojowych obejmuje działalność czterech regulatorów: UOKiK, URE, UKE i UTK. Autorzy zwracają uwagę m.in. na nadmierny formalizm postępowań, który za istotną barierę w prowadzeniu działalności uważa 78,1 proc. przedsiębiorców. Najdłuższe z analizowanych postępowań antymonopolowych przed UOKiK trwało 69 miesięcy, a 43 proc. decyzji urzędu jest zaskarżanych do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Zdaniem autorów problemem nie jest sama obecność regulatorów ani zakres ich uprawnień, lecz sposób ich działania. Zmian wymaga m.in. podejście do dialogu z przedsiębiorcami przed wszczęciem formalnego postępowania.

Potrzebne są zmiany usprawniające polski system regulacyjny. Dotyczy to m.in. nadmiernego formalizmu, który często towarzyszy urzędnikom, i nadmiernie rozbudowanej zasady pisemności. Wiele powinno się też zmienić w kwestii precyzyjnego określenia ram kompetencyjnych poszczególnych urzędów i instytucji regulacyjnych – wskazuje Piotr Głowacki.

Według raportu centrum w Polsce nie ma systemowego mechanizmu rozstrzygania kwestii nakładających się kompetencji regulatorów, zanim dojdzie między nimi do sporu. W efekcie ta sama praktyka rynkowa może być oceniana przez dwa organy według różnych standardów. W Wielkiej Brytanii w latach 2023–2024 żadna sprawa prowadzona w ramach systemu współdzielenia kompetencji nie zakończyła się sporem kompetencyjnym. Z kolei w Niemczech urząd antymonopolowy i regulator sieciowy mają wspólny dokument określający podział ich kompetencji.

Jako gospodarka nadal goniąca znacznie bogatsze kraje musimy zadbać o to, żeby regulacje dobrze działały. Dlatego postulujemy między innymi, aby umożliwić regulatorom większy dialog z rynkiem, żeby nie skupiali się wyłącznie na karaniu i sankcjonowaniu tego, co jest źle, ale pomagali też przedsiębiorcom szukać dobrych ścieżek. Dzisiaj nie mają też możliwości oceny wpływu swoich decyzji na rynek, zarówno zanim je podejmą, jak i już po ich podjęciu, a często mówimy o decyzjach, których waga sięga setek milionów złotych – podkreśla Radosław Żydok, ekspert Centrum Strategii Rozwojowych.

Żaden z czterech analizowanych przez centrum organów nie ma mechanizmu systematycznej oceny skutków swoich decyzji już po ich wdrożeniu, a przepisy nie nakładają na nie takiego obowiązku. Ocena skutków regulacji obejmuje ustawy i rozporządzenia, ale nie decyzje administracyjne. Tymczasem taryfy zatwierdzane przez URE dotyczą kilkunastu milionów odbiorców, a kary nakładane przez UOKiK mogą sięgać setek milionów złotych. Z danych OECD przywołanych w raporcie wynika, że formalną ewaluację ex post prowadzi tylko 23 proc. ze 149 badanych regulatorów w 42 krajach.

Bardzo ważne jest, żeby uczciwie oceniać te organy i nie wymagać od nich więcej, niż są w stanie robić. Jeżeli dokładamy nowych obowiązków, a tak się działo chociażby w przypadku Urzędu Regulacji Energetyki, powinny za tym iść też odpowiednie zasoby. To ma bardzo ważne znaczenie dla odbiorców regulacji, czyli nas, konsumentów, dlatego że te urzędy mają nas chronić, a efektywność tej ochrony wynika z szybkości działania. Niestety decyzje są podejmowane dużo później, niż byśmy oczekiwali. Termin ustawowy, na przykład dla UOKiK, to pięć miesięcy, tymczasem średnia wynosi od 12 do 19 miesięcy, a w skrajnych przypadkach mówimy nawet o sześciu–siedmiu latach mówi Radosław Żydok.

Na niedobór zasobów wskazuje również Urząd Regulacji Energetyki. W sprawozdaniu za 2025 rok urząd wymienia niedofinansowanie, niewystarczające zasoby kadrowe i dużą rotację pracowników. Na koniec ubiegłego roku zatrudniał 433 osoby, a średnia fluktuacja kadr w latach 2023–2025 wynosiła 10 proc. Jednocześnie zakres jego obowiązków się rozszerza. Od 2025 roku URE odpowiada również za regulację rynku wodoru – to już piąty rynek w jego kompetencjach.

Na długich postępowaniach tracą również konsumenci. Jeśli decyzja zapada dopiero po 12–69 miesiącach od wystąpienia naruszenia, może ono trwać i wyrządzać szkody przez cały czas postępowania. Przy praktykach obejmujących miliony konsumentów skumulowana szkoda może wielokrotnie przewyższać wysokość ewentualnej kary – wskazuje Centrum Strategii Rozwojowych.

Konsumenci oczekiwaliby w stosunku do organów nadzoru szybszego rozpatrywania spraw, które często ciągną się latami, zwłaszcza jeżeli dotyczy to kwestii związanych z sądami branżowymi. Po drugie, lepszej przejrzystości przepisów, ich większej egzekwowalności i wreszcie dostępności do programów, które pozwalają na weryfikację przedsiębiorców, którzy świadczą usługi w internecie bądź wysyłkowo – przekonuje dr Tomasz Sińczak, prezes Fundacji Forum Konsumentów.

W 2025 roku prezes UOKiK wydał 900 decyzji – 369 dotyczących ochrony konkurencji i 530 w obszarze ochrony konsumentów. Łączna wartość nałożonych kar wyniosła 1,15 mld zł, w tym 545 mln zł za praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów i stosowanie niedozwolonych postanowień umownych. Według urzędu jego działania przyniosły konsumentom co najmniej 160 mln zł przysporzeń.

Nastawienie na rozwiązania sankcyjne jest nadmierne. Należy przestawić ten sposób myślenia i bardziej pójść w stronę rozwiązań ex ante, czyli takich, które komunikują rynkowi, jakie powinny być reguły czy zasady postępowania. Niekoniecznie ta komunikacja musi iść w formie nowych ustaw czy rozporządzeń. Bardzo często mniej sformalizowane wytyczne powinny być wykorzystywane przez urzędy regulacyjne do tego, żeby komunikować się z rynkiem i przekazywać, jak wyobrażają sobie jego funkcjonowanie, a nie skupiać się wyłącznie na karaniu – podkreśla Michał Czarnik, ekspert ds. regulacji Instytutu Sobieskiego.

Za przykład skutecznej regulacji ex ante autorzy raportu podają rynek telekomunikacyjny. Udział Orange Polska, dawniej dominującego operatora, w detalicznym rynku stacjonarnego internetu zmniejszył się z 60 proc. w 2006 roku do poniżej 23 proc. w 2024 roku. Jednocześnie zasięg sieci światłowodowej FTTH w Polsce sięgnął 75,4 proc. gospodarstw domowych, wobec średniej unijnej na poziomie 64 proc., a dostęp do sieci bardzo wysokiej przepustowości VHCN ma 81,1 proc. gospodarstw. Centrum wiąże te wyniki m.in. z regulacją ex ante prowadzoną przez UKE.

W 2025 roku prezes UKE rozpoczął konsultacje dotyczące deregulacji Orange Polska na dwóch rynkach usług hurtowych – LLU i BSA – i przejścia od regulacji ex ante w stronę nadzoru ex post. Według Centrum Strategii Rozwojowych osiągnięcie przez rynek dojrzałości pozwala w tym przypadku na odejście od regulacji ex ante i przejście do reagowania na nieprawidłowości.

Nie można powiedzieć, że co do zasady polskie urzędy nadzoru hamują konkurencyjność. Oczywiście mamy konkretne sytuacje, w których można mieć wątpliwości, czy ich działania są dobre dla konkurencyjności. Jako przykład można wymienić działania Urzędu Transportu Kolejowego, które doprowadziły w dużej części do tego, że prywatny przewoźnik wycofał się w tym roku ze świadczenia swoich usług – takie zarzuty się pojawiły. Natomiast co do zasady tezy o działaniu polskich urzędów regulacyjnych niezgodnie z zasadą konkurencyjności bym nie postawił – ocenia Michał Czarnik.

Raport opisuje m.in. wejście na polski rynek czeskiego przewoźnika RegioJet. Na decyzję UTK czekał on ok. 19 miesięcy i ostatecznie otrzymał zgodę na uruchomienie czterech z 15 wnioskowanych par pociągów. Według centrum zastosowany w tej sprawie test równowagi ekonomicznej chronił dominującego uczestnika rynku.

 – Polskim urzędom nadzoru potrzebna jest zarówno deregulacja, jak i pewne modyfikacje w sposobie ich funkcjonowania. Prezydent Karol Nawrocki bardzo często podkreśla, że deregulacja jest procesem koniecznym i popiera ten kierunek. Z drugiej strony potrzebne są zmiany usprawniające polski system regulacyjny – wskazuje Piotr Głowacki.

Autorzy raportu proponują m.in. wprowadzenie dialogu prewencyjnego z przedsiębiorcami, lepszą koordynację między regulatorami oraz obowiązkową ocenę skutków najważniejszych decyzji już po ich wdrożeniu. Taka ewaluacja miałaby obejmować decyzje, których wpływ na rynek przekracza 100 mln zł rocznie lub które dotyczą ponad 500 tys. adresatów. Centrum postuluje również wzmocnienie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, m.in. poprzez zwiększenie jego zasobów kadrowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tylko-3-proc-postepowa,p1618308766

Europa nie może być zakładnikiem całkowitej globalizacji. Konieczna odbudowa konkurencyjności

Europa powinna wyciągnąć wnioski z pandemii, kryzysu energetycznego i globalnej rywalizacji technologicznej. Zdaniem Zygmunta Berdychowskiego, przewodniczącego Rady Programowej Forum Ekonomicznego, kluczowe są dziś zmniejszenie zależności od zewnętrznych dostawców, odbudowa zdolności produkcyjnych oraz deregulacja, która pozwoli firmom konkurować z przedsiębiorstwami z USA, Chin czy Indii. Wyzwania związane z odpornością gospodarczą będą jednym z najważniejszych tematów tegorocznego Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

– Na pewno rok 2020 nauczył nas jednego: hurraoptymistyczna globalizacja dobiega końca – mówi agencji informacyjnej Newseria Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Niezależnie od tego, czy rozmawiamy o łańcuchach dostaw, które dotychczas zaczynały się w Azji, a kończyły w Europie, czy zaczynały w Europie, a kończyły w Ameryce Południowej, pandemia pokazała, że interes państwa, bezpieczeństwo państwa i bezpieczeństwo takiej organizacji jak Unia Europejska zmuszają nas do przemyślenia pewnych decyzji. Nie możemy być zakładnikami całkowitej globalizacji.

Pandemia COVID-19 uwidoczniła skalę uzależnienia gospodarek od rozbudowanych globalnych łańcuchów dostaw. Problemy z dostępnością środków ochrony osobistej, sprzętu medycznego czy półproduktów potrzebnych w przemyśle stały się impulsem do dyskusji o skracaniu łańcuchów dostaw poprzez przenoszenie części produkcji bliżej rynków zbytu. W kolejnych latach kwestie bezpieczeństwa gospodarczego dodatkowo zyskały na znaczeniu w związku z kryzysem energetycznym oraz nasilającą się konkurencją o surowce i technologie.

Gospodarka musi być przygotowana na sytuacje takie jak ta z lutego, marca i późniejszych miesięcy 2020 roku. Musimy mieć zdolności do produkowania maseczek i respiratorów, ale również wielu innych bardzo ważnych elementów, które składają się na bezpieczeństwo państwa. Już nie chodzi tylko o leki, chodzi o bezpieczeństwo w formule twardej: albo masz metale krytyczne, albo ich nie masz – podkreśla przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego. – Albo będziesz w stanie przygotować konkurencyjną ofertę dla inwestorów, bo masz dostęp do krytycznych surowców, albo nie będziesz w stanie tego zrobić.

Dostęp do surowców krytycznych staje się jednym z kluczowych elementów konkurencji gospodarczej. Są one niezbędne m.in. do produkcji półprzewodników, baterii, urządzeń elektronicznych, instalacji wykorzystujących odnawialne źródła energii czy nowoczesnego uzbrojenia. Europa jest przy tym w znacznym stopniu zależna od ich importu, co zwiększa znaczenie dywersyfikacji źródeł dostaw i rozwoju własnych możliwości przetwórczych.

Zdaniem Zygmunta Berdychowskiego podobną lekcję Europa powinna wyciągnąć z wcześniejszej polityki energetycznej i wieloletniego uzależniania części gospodarki od dostaw z Rosji.

Globalizacja, którą do 2020 roku realizowali nasi partnerzy, zawierała pewne niebezpieczne elementy. Nadmierne uzależnienie od dostaw niektórych surowców, na przykład energetycznych, doprowadziło do sytuacji, w której cała europejska gospodarka znalazła się w obliczu ogromnego zagrożenia, kiedy się okazało, że interes polityczny Rosji jest ważniejszy niż współpraca gospodarcza realizowana przez wiele lat – ocenia Zygmunt Berdychowski. – Bardzo istotny wniosek jest taki, że nie możemy się uzależniać, niezależnie od tego, kogo miałoby to dotyczyć.

Drugim obszarem, który jego zdaniem będzie decydował o pozycji Europy w globalnej gospodarce, jest konkurencyjność. Unijne firmy rywalizują dziś nie tylko na tradycyjnych rynkach przemysłowych, ale także w sektorach o strategicznym znaczeniu: sztucznej inteligencji, technologiach kosmicznych, przemyśle obronnym czy elektromobilności. W wielu z nich tempo inwestycji i rozwoju technologicznego w Stanach Zjednoczonych oraz Azji jest znacznie szybsze.

Albo Unia i podmioty funkcjonujące na jej terenie będą w stanie przygotować konkurencyjną ofertę – i nie chodzi tylko o przemysł samochodowy, lecz także o sztuczną inteligencję, przemysł kosmiczny i zbrojeniowy – albo będziemy coraz bardziej peryferiami rozwijającego się świata – wskazuje ekspert. – Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której europejski program kosmiczny oparty na rakiecie Ariane będzie w stanie zapewnić równie konkurencyjne warunki wynoszenia satelitów na orbitę jak systemy, w których rakiety mogą być wykorzystywane wielokrotnie.

Sektor kosmiczny jest przykładem rynku, na którym modele działania szybko się zmieniają pod wpływem prywatnych inwestycji. Rozwój rakiet wielokrotnego użytku istotnie obniżył koszty wynoszenia ładunków na orbitę i zwiększył częstotliwość startów. Według Zygmunta Berdychowskiego podobnej efektywności Europa potrzebuje również w innych strategicznych sektorach gospodarki.

Albo deregulacja i powrót sektora prywatnego do najważniejszych obszarów, gdzie najbardziej potrzeba efektywności, albo peryferie, coraz trudniejsza sytuacja, coraz mniej miejsc pracy i coraz mniejsza konkurencyjność. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że są to fundamentalne wnioski wynikające ze zjawisk, które obserwujemy w ostatnich latach – mówi przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

Szczególnym wyzwaniem pozostaje sztuczna inteligencja. Rozwój zaawansowanych modeli zależy zarówno od dostępności infrastruktury obliczeniowej i energii, jak również od kapitału, danych i odpowiednich regulacji. W europejskiej debacie coraz częściej pojawia się pytanie o to, jak pogodzić ochronę prywatności i bezpieczeństwo z możliwością tworzenia konkurencyjnych technologii.

Sztuczna inteligencja to kwestia ostatnich kilku lat. Nie ma mowy o tym, żebyśmy dalej rozwijali się w tym zakresie, jeżeli nie zmienimy części ustawodawstwa dotyczącego ochrony danych osobowych – przekonuje Zygmunt Berdychowski. – Nie będzie po prostu odpowiednich zasobów, na których można trenować modele językowe, i wtedy ten postęp będzie udziałem Amerykanów, Chińczyków, być może również Hindusów, ale nie Europejczyków. Musimy więc także w tym obszarze dokonać deregulacji.

Konkurencyjność gospodarki ma bezpośrednie przełożenie na poziom inwestycji, zatrudnienie i dochody gospodarstw domowych. Wysokie koszty energii, regulacje zwiększające koszty prowadzenia działalności oraz wolniejsze tempo inwestycji technologicznych mogą w dłuższym okresie ograniczać zdolność europejskich przedsiębiorstw do konkurowania na światowych rynkach.

Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, konsekwencją utraty konkurencyjności mogą być nie tylko słabsze wyniki gospodarcze, lecz także stopniowe pogarszanie się sytuacji na rynku pracy.

Firmy nie będą inwestowały, jeżeli energia będzie tak droga – mówi ekspert. – Nie będzie inwestycji, nie będzie miejsc pracy, a jeśli nie będzie miejsc pracy, pojawi się migracja. To jest sytuacja, która nie ma alternatywnej ścieżki. Albo przeprowadzimy konieczne zmiany i osiągniemy cele, tak jak osiągali je ci, którzy byli przed nami – Amerykanie, Chińczycy czy Hindusi – albo tego nie zrobimy i będziemy oglądać plecy peletonu, który cały czas będzie się poruszał przed nami.

Reformy gospodarcze i społeczne wymagają jednak – jak zaznacza przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego – nie tylko decyzji politycznych, lecz także społecznej akceptacji. W wielu państwach europejskich próby zmian dotyczących m.in. systemów emerytalnych wywoływały silne protesty, co pokazuje znaczenie dialogu z partnerami społecznymi.

Odporność społeczną można zwiększać tylko i wyłącznie poprzez dialog. Próba przebudowy państwa bez konsensusu i bez rozmowy z partnerami społecznymi zawsze będzie się kończyć porażką – podkreśla Zygmunt Berdychowski. – Reformy fundamentalne muszą być wprowadzone, ale bez partnerów społecznych tego nie zrobimy. Tylko wtedy, kiedy będzie dialog i konsensus, jesteśmy w stanie przeprowadzić nawet najtrudniejsze reformy.

O odporności gospodarki, bezpieczeństwie, sztucznej inteligencji, nowych technologiach i konkurencyjności Europy mają w tym roku szeroko dyskutować uczestnicy Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, program wydarzenia obejmuje kilkaset zagadnień związanych z najważniejszymi wyzwaniami gospodarczymi i społecznymi.

W tegorocznej agendzie Forum Ekonomicznego w Karpaczu mamy kilkaset tematów związanych z gospodarką, jej odpornością, bezpieczeństwem, sztuczną inteligencją i nowoczesnymi technologiami. To ogrom pracy, którą wykonaliśmy przez wiele ostatnich miesięcy, i jestem przekonany, że w bardzo wielu przypadkach będą to niezwykle interesujące dyskusje. Dlatego uważam, że każdy, kto przyjmie nasze zaproszenie do Karpacza, spędzi tam trzy bardzo interesujące dni – podsumowuje przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

XXXV Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbędzie się 8–10 września 2026 roku. Tegoroczna edycja, organizowana pod hasłem „Architektura nowego porządku – stabilność w czasach zmian”, ma zgromadzić ponad 6 tys. uczestników z ponad 60 krajów – przedstawicieli polityki, biznesu, nauki, samorządów, kultury i mediów. Forum rozpocznie się 8 września o godz. 12.00 prezentacją Raportu SGH i Forum Ekonomicznego. Program wydarzenia obejmie osiem głównych obszarów tematycznych, wśród nich gospodarkę, politykę międzynarodową i bezpieczeństwo, cyfryzację, ochronę zdrowia, sprawy społeczne i zrównoważony rozwój.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europa-nie-moze-byc,p1727004500

Prawie 90 proc. firm odczuwa wpływ sztucznej inteligencji. Branża wciąż uczy się nowych narzędzi

Prawie 90 proc. firm z branży marketingowej ocenia wpływ sztucznej inteligencji na codzienną pracę jako duży. Trzy czwarte badanych zauważa skrócenie czasu wykonywania zadań dzięki AI, choć najczęściej oszczędność wynosi od 10 do 25 proc. Zdaniem Marcina Gaworskiego, prezesa Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR i członka Rady Sektorowej, w najbliższych latach jeszcze większego znaczenia nabiorą doświadczenie, krytyczne myślenie i umiejętność oceny efektów pracy algorytmów.

Według badania przeprowadzonego na zlecenie Rady Sektorowej prawie 90 proc. firm deklaruje, że AI ma duży wpływ na naszą codzienną pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Gaworski, członek Rady Sektorowej i prezes Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR. – Jesteśmy jednak jeszcze w fazie, w której nie możemy mówić o dojrzałym wykorzystaniu tej technologii, także dlatego, że modele AI zmieniają się bardzo szybko. Tempo wdrażania nowych rozwiązań liczymy już nie w miesiącach, lecz w tygodniach, więc branży marketingowej bardzo trudno za tym nadążyć.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja jest obecnie jednym z kluczowych czynników zmieniających sposób działania branży. Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR już w 2024 roku powołało Grupę Roboczą AI, której zadaniem jest m.in. wspieranie agencji w wykorzystywaniu nowych narzędzi. Z innych badań, na które powołuje się SAR, wynika również, że ponad 60 proc. firm pracuje nad zmianą modeli wyceny swojej pracy w związku z upowszechnianiem się sztucznej inteligencji.

Pierwsze efekty wdrożeń są oceniane pozytywnie. Około trzech czwartych badanych deklaruje, że wykorzystanie AI pozwoliło skrócić czas realizacji zadań. Najczęściej mowa jednak o oszczędnościach rzędu 10–25 proc.

Istotne jest to, że skrócił się przede wszystkim czas wykonywania pojedynczych zadań. Długie procesy, takie jak współpraca z klientem, procesy kreatywne czy strategiczne, nadal trwają podobnie i wymagają porównywalnego nakładu uwagi, czasu oraz kompetencji – wskazuje prezes SAR.

Kolejnym etapem technologicznej transformacji jest rozwijanie autorskich narzędzi. Ogólnodostępne modele są bowiem takie same dla wszystkich uczestników rynku, dlatego sama możliwość korzystania z generatywnej sztucznej inteligencji przestaje być źródłem przewagi konkurencyjnej.

Wdrożenia w agencjach nie opierają się już wyłącznie na gotowych modelach. Firmy zaczęły budować własne rozwiązania. Cały rynek ma dostęp do podobnych narzędzi, dlatego o przewadze konkurencyjnej będzie decydowało to, jak będziemy z nich korzystać i jakie autorskie rozwiązania będziemy potrafili stworzyć – mówi Marcin Gaworski.

Równocześnie branża porządkuje zasady korzystania ze sztucznej inteligencji. Z badania Rady Sektorowej wynika, że 70 proc. firm wprowadziło lub jest w trakcie wprowadzania polityki korzystania z narzędzi AI. Wśród członków SAR – według danych stowarzyszenia – takie regulacje wdrożyło już 98 proc. firm.

Od 2 sierpnia 2026 roku zastosowanie mają również przewidziane w AI Act unijne wymogi przejrzystości dotyczące określonych systemów AI oraz treści generowanych lub modyfikowanych przy ich użyciu. Branża musi więc uwzględniać nie tylko efektywność nowych narzędzi, ale także kwestie transparentności, poufności danych i bezpieczeństwa.

AI w branży musi być sformalizowane. AI Act tworzy ramy prawne, ale jest też potrzeba samoregulacji. Dlatego jako SAR udostępniliśmy rekomendowaną politykę korzystania z narzędzi AI. Pojawiają się również rozwiązania takie jak polski model Bielik, który można uruchamiać lokalnie w organizacji, co daje dodatkowe możliwości w kontekście ochrony poufnych danych – mówi ekspert.

Zdaniem Marcina Gaworskiego kolejne dwa–trzy lata będą okresem intensywnych zmian. Ponad 90 proc. firm objętych badaniem Rady Sektorowej uważa dostosowanie się do nowych warunków za kluczowe. Branża już przygotowuje się do tej transformacji finansowo. Z danych, do których dostęp ma SAR, wynika, że w 2025 roku agencje inwestowały średnio ok. 100 tys. zł w rozwiązania i narzędzia związane z AI, a w przypadku największych firm nakłady sięgały około pół miliona złotych.

Technologia będzie też wpływać na sposób organizacji pracy. Zespoły mogą się stać mniejsze, ale jednocześnie bardziej interdyscyplinarne. Nie oznacza to jednak, że znaczenie doświadczenia specjalistów będzie maleć. Wręcz przeciwnie – jednym z kluczowych zasobów ma być umiejętność krytycznej oceny rezultatów generowanych przez AI.

Niezależnie od tego, czy chodzi o research rynkowy, napisanie treści, stworzenie obrazu, czy krótkiego filmu, doświadczeni specjaliści muszą być w stanie ocenić, czy rezultat jest zgodny z marką, realizuje cele strategiczne, odpowiada na brief i jest zgodny z prawem. W komunikacji bardzo ważne jest również to, czy treść porusza odpowiednią strunę emocjonalną u odbiorcy. Tego rodzaju krytyczne myślenie staje się coraz ważniejsze – podkreśla prezes SAR.

Zmieniają się także oczekiwania pracodawców. Coraz większego znaczenia nabiera możliwość udokumentowania konkretnych kompetencji i doświadczenia – zarówno w przypadku osób dopiero wchodzących na rynek pracy, jak i bardziej doświadczonych specjalistów. Firmy zwracają uwagę na portfolio, ukończone kursy i certyfikaty.

Rośnie znaczenie lifelong learning, czyli uczenia się przez całe życie. System edukacji nie zawsze nadąża za tempem zmian technologicznych, dlatego coraz istotniejsze stają się mikropotwierdzenia kompetencji – krótkie kursy i certyfikaty, które pokazują pracodawcy, że dana osoba zdobyła konkretną umiejętność. To jest bardzo dobrze przyjmowane przez firmy – mówi Marcin Gaworski.

W efekcie sztuczna inteligencja nie tyle eliminuje potrzebę posiadania specjalistycznej wiedzy, ile zmienia sposób jej wykorzystywania. Wraz z automatyzacją prostszych czynności rośnie znaczenie kompetencji pozwalających oceniać jakość, poprawność i biznesową przydatność rezultatów generowanych przez maszyny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawie-90-proc-firm,p1040597210

Polska rozwija własne modele AI do wyszukiwania informacji. Mają wspierać rozwój systemów agentowych

Nowe polskie modele AI mogą zwiększyć niezależność technologiczną krajowych podmiotów w obszarze wyszukiwania informacji. Rodzina modeli PolDense, opracowana przez AI Lab w Ośrodku Przetwarzania Informacji, jest przeznaczona do pracy z językiem polskim. Według twórców niektóre z tych modeli osiągają w tej pracy lepsze wyniki niż większe modele wielojęzyczne i mogą działać przy znacznie mniejszych wymaganiach sprzętowych.

Rodzina PolDense, przeznaczona dla języka polskiego, obejmuje sześć modeli opartych na architekturze ModernBERT i technologii ettin-encoders. Mają one od 17 mln do 1 mld parametrów. Zostały opracowane z myślą o systemach pracujących z dużymi wolumenami danych nieustrukturyzowanych, w szczególności w wyszukiwarkach, chatbotach, asystentach AI oraz aplikacjach wykorzystujących architekturę RAG (Retrieval Augmented Generation). Potrafią analizować teksty o długości nawet 8192 tokenów.

Są to specjalistyczne modele językowe, których celem jest wsparcie wyszukiwania informacji. Trzeba być świadomym, że nie są one porównywalne z modelami typu ChatGPT, Claude czy chińskie Qwen i DeepSeek, ponieważ nie są to modele generatywne – mówi agencji Newseria dr inż. Marek Kozłowski, kierownik AI Lab w OPI-PIB. – Modele wyszukiwania informacji są bardzo ważne. To przede wszystkim wsparcie rewolucji agentowej, która obecnie następuje i która będzie oparta na wykorzystaniu własnych zbiorów danych. Żeby duże modele językowe przetwarzały właściwe dane, należy je wyszukać, i po to właśnie są modele PolDense – aby skutecznie wyszukiwać informacje w naszych lokalnych zbiorach danych i potem przekazywać je do dużych modeli językowych.

Jak wskazują twórcy PolDense, coraz więcej rozwiązań wykorzystujących duże modele językowe opiera się na podejściu RAG, które pozwala generować odpowiedzi nie tylko na podstawie wiedzy zapisanej w modelu, lecz przede wszystkim na podstawie aktualnych i wyszukanych w czasie rzeczywistym dokumentów typowych dla danej branży. Skuteczność takich systemów zależy w dużym stopniu od jakości mechanizmu wyszukiwania informacji. Jednym z podejść pozwalających zwiększyć skuteczność wyszukiwania są tzw. dense retrievery, czyli modele oparte na głębokich sieciach neuronowych. Potrafią one przekształcać pytania i dokumenty w kompaktowe reprezentacje wektorowe, umożliwiające precyzyjne wyszukiwanie treści na podstawie znaczenia, a nie wyłącznie dopasowania słów kluczowych. Właśnie nad tego typu technologiami wyszukiwania informacji pracuje obecnie AI Lab OPI.

– Już teraz widać, jak duże jest zapotrzebowanie na rozwiązania typu RAG. Wierzymy w to, że wraz z rewolucją agentową, która nadejdzie w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat, a na Zachodzie już nadchodzi, potrzeba wyszukiwania jak najbardziej wartościowej informacji lokalnej i przekazywanie jej do kolejnych agentów będzie elementem kluczowym dla sukcesu wdrożeń w przemyśle i organach publicznych. Zapotrzebowanie to widać już choćby po liczbie pobrań tych modeli na Hugging Face – mówi dr inż. Marek Kozłowski.

Modele PolDense zostały udostępnione przez OPI-PIB jako open source na platformie Hugging Face. Mogą być wykorzystywane przez naukowców, administrację publiczną i przedsiębiorców do tworzenia własnych mechanizmów wyszukiwania, systemów RAG oraz narzędzi do pracy z bazami dokumentów.

Często wdrożenia, które dotąd polegały na wyszukaniu informacji, opierały się na modelach chińskich lub amerykańskich. Teraz możemy wziąć model polski, który jest lepszy, skuteczniejszy od modeli zagranicznych i do tego jest dziesięciokrotnie mniejszy. Dzięki temu, że ta rodzina modeli jest tak szeroka, to niektóre z nich możemy uruchomić nawet na infrastrukturze bez GPU, czyli najtańszej, na zwykłych procesorach obliczeniowych. Możemy dobrać model w zależności od tego, jakie mamy potrzeby, i infrastrukturę lokalną – podkreśla kierownik AI Lab w OPI-PIB.

Największy z modeli, PolDense 1B, uzyskał 64,11 pkt w benchmarku Polish Information Retrieval Benchmark (PIRB), zajmując pierwsze miejsce w rankingu. Wyprzedził m.in. modele wielojęzyczne mające kilka razy więcej parametrów.

– Modele PolDense są porównywalne lub lepsze od modeli wielojęzycznych koncernów zagranicznych, które są 10 razy większe. To jest bardzo ważna informacja, dlatego że jeśli mamy model dziesięciokrotnie mniejszy od modeli międzynarodowych, to jest dziesięciokrotnie tańszy w utrzymaniu, zajmuje mniej pamięci i jest szybszy na naszej infrastrukturze. Daje nam więc dwojakie zyski: wyższą lub porównywalną skuteczność i do tego jeszcze wielokrotnie niższe koszty utrzymania, dodatkowo niezależność technologiczną i suwerenność, która jest kwestią najtrudniej wycenialną – mówi dr inż. Marek Kozłowski. 

Polska pozostaje wyraźnie poniżej unijnej średniej pod względem wykorzystania sztucznej inteligencji przez przedsiębiorstwa. Według Eurostatu w 2025 roku AI wykorzystywało 8,4 proc. polskich firm, wobec 20 proc. w całej Unii Europejskiej. Ubiegłoroczne badanie PwC „Polskie firmy nie wykorzystują w pełni potencjału AI” pokazuje rosnące zainteresowanie agentami AI wśród dużych przedsiębiorstw. Wśród badanych 187 firm zatrudniających co najmniej 250 pracowników, z 17 branż, 44 proc. korzystało z agentów AI, a kolejne 14 proc. planowało ich wdrożenie. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-rozwija-wlasne,p1799170744

T. Bocheński (PiS): Europa przegrywa wyścig o najbardziej zaawansowaną AI. Przoduje tylko w regulacjach

Europa rozwija infrastrukturę, moce obliczeniowe i własne zdolności w zakresie sztucznej inteligencji, ale nadal pozostaje w tyle za USA i Chinami w najbardziej zaawansowanych technologiach. Zdaniem europosła Tobiasza Bocheńskiego UE bryluje w regulacjach, które nie są wystarczające do podniesienia konkurencyjności Europy w tym obszarze i zapewnienia cyberbezpieczeństwa w obliczu nowych zagrożeń wykorzystujących AI.

Wszystkie najnowsze modele AI są rozwijane głównie w Stanach Zjednoczonych, a w drugiej kolejności w dalekiej Azji, głównie w Chinach. W pierwszej dziesiątce największych potentatów w tej branży jest tylko jedna europejska firma i to francuska. Unia Europejska jest bezbronna handlowo i w wymiarze najnowocześniejszych technologii. Żadne akty prawne uchwalane przez Komisję Europejską nic w tym nie pomogą, ponieważ jest wyłącznie biorcą, a nie jest dostawcą technologii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Tobiasz Bocheński, poseł do Parlamentu Europejskiego z PiS, członek EKR.

W tegorocznym rankingu najbardziej obiecujących firm rozwijających i wykorzystujących sztuczną inteligencję „Forbes AI 50” znajduje się pięć europejskich: francuski Mistral AI, dwie firmy ze Szwecji – Lovable i Legora, niemiecki Black Forest Labs oraz brytyjska Synthesia. Najwięcej finansowania pozyskał Mistral AI – ponad 3,1 mld dol.

– Komisja Europejska lansuje takie przekonanie, że wprowadzając nowe dyrektywy i rozporządzenia, będzie w stanie wymuszać za pomocą decyzji administracyjnych na dużych firmach zagranicznych ochronę pewnych dóbr, które uważa za kluczowe. Tylko że należy w tej sprawie zwrócić uwagę na jedną rzecz: żaden z tych wielkich dostawców nie jest z europejskim kapitałem – podkreśla europoseł. – To jest zawsze działanie w dwie strony, bo może się skończyć tak, że Europejczycy w ogóle będą mieli ograniczony dostęp do usług cyfrowych najwyższej jakości, do których mają dostęp Amerykanie i Chińczycy. Zatem problem polega na tym, że Unia Europejska wydała dziesiątki, jeśli nie setki miliardów euro na cele, które były marnotrawstwem, kiedy trzeba było rozwijać innowacyjność i nowoczesne technologie, i teraz mamy poważny problem, bo w kontekście najnowocześniejszych technologii stajemy się skansenem.

W kwietniu 2025 roku Unia Europejska ogłosiła skoordynowany plan dotyczący sztucznej inteligencji – AI Continent Action Plan, który wyznacza pięć filarów, czyli inwestycje w infrastrukturę, wykorzystanie danych, wdrożenia sektorowe, rozwój kompetencji i uproszczenie regulacji. Celem planu jest jak najskuteczniejsze wykorzystanie możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja. W tym roku Komisja Europejska przedstawiła kolejne inicjatywy rozwijające założenia tego planu. To m.in. plan działania w zakresie cyberbezpieczeństwa i sztucznej inteligencji. KE chce stworzyć bardziej uporządkowany system reagowania na zagrożenia związane z wykorzystaniem zaawansowanych modeli AI w cyberatakach. Plan zakłada m.in. utworzenie europejskich zdolności do oceny modeli AI pod kątem cyberbezpieczeństwa, opracowanie z ENISA zasad dostępu do zaawansowanych modeli dla podmiotów zajmujących się cyberbezpieczeństwem oraz stworzenie bezpiecznej platformy do testowania AI w symulowanych środowiskach.

Z kolei w czerwcu opublikowano europejski pakiet na rzecz suwerenności technologicznej, na który składają się m.in. dwa projekty legislacyjne: akt w sprawie czipów 2.0 oraz akt w sprawie rozwoju chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji. Komisja chce w ten sposób zmniejszyć zależność Europy od dostawców spoza UE, ale też wspierać rozwój centrów danych, infrastruktury obliczeniowej oraz wdrażanie AI w Europie. KE zapowiada też dalszy rozwój gigafabryk AI oraz stworzenie europejskiej zdolności kapitałowej do finansowania inwestycji w suwerenność technologiczną.

Nie widzę szansy na to, że dogonimy świat. Jestem tu absolutnym pesymistą, ten pociąg już odjechał. Jeżeli chodzi o firmy, które brylują w produkcji komputerów kwantowych, o najbardziej zaawansowanych modelach AI, cenach energii, która jest niezbędnym ogniwem, żeby tworzyć nowoczesne centra danych, wielkie korporacje i robotykę, Unia Europejska jest daleko za Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Jesteśmy w tym momencie podwykonawcami – uważa europoseł EKR.

Chiny są liderem na świecie pod względem liczby publikacji, cytowań i przyznanych patentów, a Stany Zjednoczone zachowują patenty o większym wpływie. W ubiegłym roku USA opracowały 59 znaczących modeli w porównaniu do 35 w Chinach – wynika z „The 2026 AI Index Report” przygotowanego przez Stanford Institute for Human-Centered Artificial Intelligence.

– Mam nadzieję, że nowa strategia unijna nie zostanie przyjęta. Unia Europejska powinna się zająć deregulacją. Jesteśmy wyśmiewani na całym świecie z powodu AI Act i innych aktów prawnych. Dochodzą też rozważania, żeby stworzyć podatek cyfrowy – nie ten, o którym się mówi, dotyczący korporacji takich jak Facebook, tylko ten, którym miałyby być obłożone firmy zajmujące się AI, żeby odprowadzać zyski z niego do właścicieli własności intelektualnej. W żadnym kraju, który rozwija AI, nie ma niczego takiego – podkreśla Tobiasz Bocheński.

W raporcie przygotowanym przez unijny AI Office „Enhancing competitiveness, sovereignty and security of the European Union in frontier AI” eksperci sugerują, że Unia powinna dążyć do tego, aby jej udział w globalnych mocach obliczeniowych był proporcjonalny do jej 15-proc. udziału w globalnym PKB, w porównaniu z obecnie szacowanym udziałem na poziomie 5 proc.

– Nasz problem polega na tym, że jest za dużo regulacji, hamulców, różnego rodzaju mechanizmów prawnych, które sprawiają, że najzdolniejsi ludzie, najbardziej kreatywne think tanki, najbardziej pomysłowe start-upy uciekają z Europy. To jest zjawisko opisane w raporcie Draghiego, który ukazał się pod koniec 2024 roku. Rozmawiamy w 2026 roku i nic się nie zmieniło. To tempo nie odpowiada zmianom, które zachodzą w dzisiejszej rzeczywistości. Jeżeli popatrzymy na plany konsorcjum Elona Muska dotyczące robotyki, autonomicznych pojazdów osobowych, ciężarowych, transportu zbiorowego, próby budowy data center na orbicie i przesyłania stamtąd danych, to to, o czym my dyskutujemy w Europie, jest po prostu śmieszne – uważa europoseł. – Przepaść będzie się powiększała. My się zatrzymaliśmy, a oni rosną.

Według ekspertów cytowanych w raporcie unijnego AI Office najbardziej zaawansowane modele AI rozwinęły się w bezprecedensowym tempie. W ciągu trzech lat przeszły od problemów z podstawowymi zadaniami do poziomu zbliżającego się do granic możliwości obecnych testów. Jednocześnie pozycja Europy w rozwoju tej technologii pozostaje stosunkowo słaba w porównaniu z jej potencjałem gospodarczym.

W raporcie „Enhancing competitiveness, sovereignty and security of the European Union in frontier AI” wskazano, że rozwój najbardziej zaawansowanych modeli AI jest napędzany przede wszystkim przez prywatne inwestycje. Zdaniem ekspertów zwiększenie możliwości Europy w tym obszarze wymaga przede wszystkim usunięcia barier utrudniających inwestycje i dostęp do konkurencyjnych warunków rynkowych. Za najpilniejsze priorytety na najbliższe dwa lata uznano infrastrukturę obliczeniową oraz energię potrzebną do jej zasilania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/t-bocheski-pis,p448912044

Polska w tyle w wyścigu o suwerenność cyfrową. To może zagrozić bezpieczeństwu państwa

Suwerenność cyfrowa to nie tylko kwestia budowania silnego sektora technologicznego, ale głównie bezpieczeństwa państwa. Raport „Cyfrowa racja stanu” Polskiej Sieci Ekonomii przygotowany z inicjatywy Polskiej Chmury – Związku Pracodawców wskazuje, że Polska nie poświęca temu tematowi tyle uwagi, ile potrzeba. Skala zależności od dostawców z krajów trzecich rośnie wraz z cyfryzacją gospodarki i administracji. Deficyt handlowy w obszarze produktów cyfrowych przekroczył w 2025 roku 60 mld zł.

– Jesteśmy w tej chwili w punkcie zwrotnym. Naszą suwerenność cyfrową możemy obronić, ale też bardzo łatwo stracić. To jest zagrożenie, które Związek Polska Chmura dostrzegł dawno temu. Temat był przez nas wielokrotnie podnoszony na forum publicznym. Teraz jest w końcu omawiany i bardzo intensywnie nad nim pracują m.in. Francja i Niemcy – mówi agencji Newseria Wiesław Wilk, przewodniczący Związku Polska Chmura.

W kwietniu 2026 roku francuska Międzyresortowa Dyrekcja ds. Cyfryzacji ogłosiła rozpoczęcie największej w historii Europy migracji administracji publicznej z systemu operacyjnego Windows na Linux. Celem jest ograniczenie zależności państwa od amerykańskich technologii i wzmocnienie suwerenności cyfrowej. Migracja ma objąć 2,5 mln stanowisk w administracji, z czego 500 tys. do końca 2027 roku.

W 2025 roku duńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało migrację z Microsoft 365 na LibreOffice. W tym samym czasie decyzje o odejściu od ekosystemu Microsoftu ogłosiły Kopenhaga i Aarhus. W debacie publicznej wskazywano m.in. na rosnące ryzyka geopolityczne i kwestie bezpieczeństwa danych w kontekście m.in. kwestii Grenlandii i obaw o potencjalne szpiegostwo.

Podobne inicjatywy widać także na forum Unii Europejskiej. W kwietniu 2026 roku Komisja Europejska rozstrzygnęła przetarg o wartości 180 mln euro na dostawę suwerennej chmury obliczeniowej dla instytucji, organów, urzędów i agencji UE. W przetargu wybrano czterech europejskich dostawców. Został on ogłoszony w ramach działań Komisji mających na celu wzmocnienie suwerenności cyfrowej podmiotów unijnych, a także zachęcenie rynku do oferowania suwerennych rozwiązań cyfrowych. Z danych Synergy Research Group wynika, że amerykańskie firmy kontrolują dziś ok. 70 proc. europejskiej infrastruktury chmurowej, a europejscy dostawcy – ok. 15 proc.

– Kwestia suwerenności cyfrowej jest tematem podobnym do bezpieczeństwa cyfrowego, ale nie tożsamym czy zamiennym. Bezpieczeństwo cyfrowe to jest bezpieczeństwo systemów, które można zostawić fachowcom, informatykom, administratorom systemów, żeby ktoś nieuprawniony nie dostał się do danych – wyjaśnia Wiesław Wilk. – Suwerenność cyfrowa to jest temat znacznie szerszy, który dotyczy nawet bezpieczeństwa państwa.

Zgodnie z definicją przedstawioną w raporcie Polskiej Chmury i PSE suwerenność cyfrowa to zdolność państwa i jego instytucji do egzekwowania swoich praw oraz interesów, w tym bezpieczeństwa narodowego, w kontekście infrastruktury cyfrowej przy jednoczesnym zachowaniu konkurencyjnego poziomu produktów i usług.

– Przy tym stopniu ucyfrowienia usług publicznych i naszego zaangażowania w całą infosferę kontrola nad tym, gdzie są dane, kto ma dostęp do systemów, kto może zablokować ich działanie, jest tematem priorytetowym w Unii Europejskiej. W Polsce na razie ten temat nie jest podnoszony z taką atencją, na jaką zasługuje – uważa przewodniczący Związku Polska Chmura. – Państwo nie może ignorować faktu, że oddaje kontrolę nad systemami, a nie ma pewności, kto je kontroluje. Tak w rzeczywistości w tej chwili jest, a my, którzy zależymy od usług państwa, będziemy ofiarami tego, gdy ktoś to wyłączy.

Jednym z przykładów przywoływanych w raporcie Polskiej Chmury dotyczy działania Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. W maju 2025 roku, po tym, gdy administracja Donalda Trumpa objęła sankcjami głównego prokuratora MTK Karima Khana, utracił on dostęp do swojej służbowej poczty elektronicznej hostowanej przez Microsoft. Trybunał zdecydował się ostatecznie na przejście z amerykańskiego systemu na alternatywny zestaw usług opartych na wolnym lub otwartym oprogramowaniu.

– Mamy też głośno omawianą sprawę z Holandii udostępnienia danych urzędników odpowiedzialnych za kontrolę danych organom, które o nie wystąpiły. Nie nastąpiło żadne przestępstwo, przynajmniej w myśl tamtejszej jurysdykcji, ale dla urzędników państwa holenderskiego budzi to pytanie, czy oni mogą w tej sytuacji czuć się chronieni przez suwerenne państwo. Nie do końca – uważa Wiesław Wilk. – Apelujemy o to, żeby takie przykłady uświadomiły naszym decydentom odpowiedzialność, którą na siebie biorą.

Jak podkreślają autorzy raportu, przekazywanie kluczowych usług cyfrowych podmiotom funkcjonującym poza polską i europejską jurysdykcją wiąże się z szeregiem zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa. Zagrożenie wynika z możliwości sprawowania kontroli nad danymi i usługami przez podmiot podlegający jurysdykcji państwa trzeciego, niezależnie od fizycznej lokalizacji infrastruktury. Według ekspertów Polska nie posiada wystarczających regulacji, które gwarantowałyby bezpieczeństwo kluczowej infrastruktury cyfrowej państwa. Zwracają uwagę m.in. na brak ustawy chmurowej, niewiążący charakter obowiązujących wytycznych czy też luki w systemie certyfikacji.

– To już nawet nie jest kwestia technologii, tylko przepisów, które egzekwują władze. Zresztą utrata integralności to jest dostęp osób, których nie upoważniliśmy do danych. Już sam fakt, że ktoś, kto nie miał naszego upoważnienia, miał dostęp do danych, jest traktowany jako utrata ich integralności. Nawet jeśli dane nie zostały zmienione – wyjaśnia przewodniczący Związku Polska Chmura. – To jest właśnie ta cienka granica, gdzie cały ten stos technologiczny musi być kontrolowany, ponieważ nad tym elementem ministerstwo nie ma nadzoru. Dostawca na pewno może z tych danych skorzystać. Nie twierdzę, że ma złe intencje, natomiast przezorne podejście polega na tym, że zapobiegamy nieuprawnionemu dostępowi.

Według specjalnego badania Eurobarometr z 2026 roku 82 proc. obywateli Unii Europejskiej uważa, że Unia powinna zmniejszyć swoją zależność od technologii z państw trzecich. Jeszcze więcej wskazuje, że UE powinna priorytetowo traktować inwestycje w usługi cyfrowe, które są opracowywane i kontrolowane w Europie. Blisko sześciu na 10 Europejczyków podkreśla, że byłoby skłonnych przejść na dostawcę usług cyfrowych z siedzibą w UE, nawet jeśli oznaczałoby to nieco wyższe koszty.

W opinii ekspertów Związku Polska Chmura i PSE Polska potrzebuje ambitnej polityki suwerenności cyfrowej jako koła zamachowego nowego modelu rozwoju gospodarczego, budującego local content, czyli krajowe kompetencje, miejsca pracy i przewagi konkurencyjne w gospodarce cyfrowej. Wśród proponowanych rozwiązań jest wprowadzenie testu suwerenności jako standardu w zamówieniach publicznych. Test powinien obejmować takie kryteria jak: ocena operacyjna wpływu infrastruktury na funkcje państwa, interoperacyjność, podległość jurysdykcyjna, wpływ na ekonomię i demokrację czy warunki środowiskowe. Wśród rekomendacji znajduje się m.in. edukacja cyfrowa dzieci i dorosłych. Według raportu państwo musi przeznaczyć środki na systemowe szkolenia pracowników administracji publicznej zarówno przed wdrożeniem nowych rozwiązań, jak i w trakcie procesu migracji.

– Suwerenność cyfrowa nie jest tematem wewnętrznym działu informatyki w instytucji. Jest zagadnieniem, którym powinno się zająć w pierwszej kolejności jej kierownictwo. Ono ponosi odpowiedzialność za wszystkie uchybienia. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która weszła w życie parę miesięcy temu, wyraźnie to wskazuje, ale tej świadomości na razie nie ma – uważa Wiesław Wilk.

Zamówienia publiczne i ustawa o krajowym systemie certyfikacji cyberbezpieczeństwa powinny być głównymi narzędziami budowania bezpieczeństwa, tworząc realne zachęty do wyboru suwerennych rozwiązań i eliminując z postepowań dostawców, którzy nie spełniają kryteriów jurysdykcyjnych.

Zdaniem autorów raportu, jeśli Polska nie podejmie działań na rzecz zwiększania suwerenności cyfrowej, a tym samym budowania odporności i sprawczości państwa, może to doprowadzić do pogłębiania katastrofalnej w skutkach zależności technologicznej od globalnych dostawców, a tym samym zwiększenia zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa. Koszty ekonomiczne tej zależności także będą rosły. W publikacji wskazano, że w 2025 roku deficyt handlowy Polski w obszarze produktów cyfrowych przekroczył 60 mld zł. Eksperci szacują, że do 2030 roku wydatki na import produktów cyfrowych mogą przewyższyć łączne koszty importu wszystkich surowców energetycznych.

– To jest poważna kwota, która wypływa z budżetu Polski i w ogromnej większości nie trafia na polski rynek. Wymieniamy atomy za bity, czyli sprzedajemy konkretne produkty, które ktoś musiał wytworzyć, zużyć energię, materiały, surowce, zostawić ślad w środowisku, za bity, czyli za rzeczy niematerialne – podkreśla przewodniczący Związku Polska Chmura.

W 2024 roku łączne roczne nakłady na wytworzenie i utrzymanie systemów teleinformatycznych w administracji publicznej przekroczyły 7 mld zł. Ministerstwo Cyfryzacji nie podało jednak danych na temat tego, czy i jaką część stanowi zakup usług chmurowych i licencji na oprogramowanie.

– Mając takie systemy, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile wydaliśmy na licencje podstawowe, utrzymywanie systemów oraz infrastruktury, zakup, serwisowanie. To są informacje, które jako podatnicy powinniśmy znać. W tej chwili cierpimy z powodu pewnej resortowości. Każdy resort te dane ma w swoim bilansie. My za to płacimy i wiemy na pewno, że te pieniądze opuszczają nasz kraj, ale nie wiemy już, jaka to jest skala i dynamika zmian przepływów. Nikt tego nie mierzy i jest to trochę przerażająca perspektywa – zaznacza Wiesław Wilk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-w-tyle-w-wyscigu-o,p1656414383

Unia Europejska o krok bliżej od cyfrowego euro. EBC na przyszły rok przygotowuje pilotaż

Parlament Europejski jest gotowy rozpocząć negocjacje z Radą UE w sprawie wprowadzenia cyfrowego euro. Jednocześnie Europejski Bank Centralny (EBC) przygotowuje się do pilotażu, który ma ruszyć w drugiej połowie przyszłego roku. Bank szacuje, że jeśli przepisy w tej sprawie udałoby się przyjąć w tym roku, pierwsza emisja cyfrowej waluty mogłaby nastąpić w 2029 roku.

Parlament Europejski w lipcu br. zgodził się na rozpoczęcie negocjacji z Radą UE w sprawie przepisów dotyczących cyfrowego euro. Negocjacje będą prowadzone z Radą UE, której pracom w drugiej połowie 2026 roku przewodniczy Irlandia.

Cyfrowe euro to unijny projekt, którego celem jest wprowadzenie cyfrowej formy pieniądza. Ma to być cyfrowa waluta emitowana przez EBC i dostępna dla wszystkich w strefie euro.

– Europa potrzebuje cyfrowego euro, ponieważ musimy zaradzić niedopuszczalnemu poziomowi zależności w obszarze płatności cyfrowych. Jesteśmy w 100 proc. zależni od dostawców spoza Unii Europejskiej oraz od decyzji podejmowanych poza nią – podkreśla Fernando Navarrete, hiszpański poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partido Popular oraz EPL, sprawozdawca, który będzie przewodniczył zespołowi negocjacyjnemu PE.

Cyfrowe euro ma być łatwe w użyciu i przystępne ze względu na podobieństwo do innych rozwiązań w zakresie płatności cyfrowych. Obywatele mają mieć dostęp do niego za pośrednictwem specjalnego rachunku w cyfrowym euro lub e-portfela, udostępnianych przez ich bank lub innego pośrednika. Utworzenie podstawowego portfela cyfrowego euro i korzystanie z niego będzie bezpłatne. Planuje się wprowadzenie limitu kwot cyfrowego euro, jakie osoby fizyczne mogą posiadać w danym momencie w swoim portfelu. Dzięki temu ma być wykorzystywane głównie jako środek płatniczy.

– Dane osobowe i prywatność stanowią najwyższy priorytet przy projektowaniu cyfrowego euro, dlatego przewidzieliśmy dwie różne funkcjonalności. Mamy wersję online, która bardziej przypomina to, co już znamy, na przykład systemy kartowe lub płatności natychmiastowe. Poziom prywatności jest nawet wyższy niż ten, który obowiązuje w przypadku porównywalnych cyfrowych środków płatniczych – tłumaczy hiszpański europoseł. – W przepisach przewidzieliśmy również możliwość stworzenia tzw. funkcjonalności offline, której poziom prywatności jest równoważny z poziomem zapewnianym przez gotówkę. Nie ma więc pośrednika, połączenia, rejestru. Cała transakcja odbywa się bezpośrednio między urządzeniami płatnika a odbiorcy. Nikt więc nie ma o tym wiedzy, ponieważ nie ma nikogo pośredniczącego.

Pośrednicy tacy jak np. banki mieliby dostęp do danych osobowych jedynie w zakresie wymaganym prawem unijnym, w tym m.in. przepisami o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Wykorzystywanie danych do celów komercyjnych wymagałoby wyraźnej zgody użytkowników.

Bezpieczeństwo cyfrowego euro to takie samo wyzwanie, przed jakim stoją inne cyfrowe środki płatnicze, np. systemy kartowe. Jako Parlament wymagamy od dostawcy, którym jest Europejski Bank Centralny, najwyższego poziomu odporności. Nie jest to jednak problem dotyczący wyłącznie cyfrowego euro. Dotyczy to wszystkich cyfrowych środków płatniczych. Odnosi się to również do bezpieczeństwa rachunków bieżących w kontekście depozytów bankowych oraz cyfrowych wersji innych narzędzi. Istnieją problemy związane z atakami hakerskimi, którymi należy się zająć, i właśnie dlatego mamy inne akty prawne UE, takie jak DORArozporządzenie poświęcone właśnie odporności operacyjnej – podkreśla Fernando Navarrete.

Unijne rozporządzenie DORA (Digital Operational Resilience Act), które zaczęło być stosowane w styczniu 2025 roku, ma na celu zapewnienie, że banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, firmy inwestycyjne i inne podmioty finansowe są gotowe wytrzymać zakłócenia w obszarze technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT), w tym m.in. cyberataki czy awarie systemów, reagować na nie i odzyskiwać sprawność po nich.

– Oczywiście standardy te są jeszcze wyższe w przypadku cyfrowego euro – mówi hiszpański polityk. – Jednak nic nie jest całkowicie odporne na awarie. Musimy inwestować i się uczyć. Nowe technologie rozwijają się tak dynamicznie, że dzisiejsze problemy nie będą problemami jutro. I właśnie tego wymaga prawodawstwo od EBC – ciągłego inwestowania w celu utrzymania odporności.

14 lipca br. EBC wybrał 36 dostawców usług płatniczych (PSP) z całej strefy euro do udziału w pilotażu cyfrowego euro. Ćwiczenie pilotażowe ma kluczowe znaczenie dla przetestowania funkcjonalności technicznej i procesów operacyjnych cyfrowego euro, a także dla udoskonalenia doświadczeń użytkowników. Ma się rozpocząć w drugiej połowie 2027 roku i potrwać rok. Pilotaż odbędzie się w EBC i 19 krajowych bankach centralnych w strefie euro.

Jak podkreśla europoseł, to od EBC zależy termin wprowadzenia cyfrowego euro. Szacuje się, że będą na to potrzebne 2,53 lata.

– Tyle potrzebujemy na opracowanie i przetestowanie infrastruktury, ponieważ na razie dysponujemy jedynie projektem tekstu prawnego, a następnie trzeba to zrealizować pod względem technicznym – jest to produkt wymagający intensywnego wykorzystania technologii informatycznych – oraz przetestować. Takie szacunki usłyszałem, gdy przedstawiciel EBC przybył do Parlamentu, aby wyjaśnić, jakie są ich plany. To w przybliżeniu przeniesie nas w okolice 2029–2030 roku – mówi Fernando Navarrete.

W swoim stanowisku PE podkreślił, że wszyscy dostawcy usług płatniczych, w tym banki, dostawcy pieniądza elektronicznego, urzędy pocztowe i regulowani dostawcy kryptowalut, mogliby dystrybuować cyfrowe euro w całej UE. Większość firm byłaby zobowiązana do jego akceptacji, a wyjątki dotyczyłyby osób samozatrudnionych oraz małych i mikroprzedsiębiorstw, które nie akceptują innych płatności cyfrowych.

Ten projekt jest w tej chwili dyskutowany w elitarnych gronach. Ktoś, kto dzisiaj już funkcjonuje na tym poziomie technicznego zaawansowania, jak banki, wielkie firmy, firmy informatyczne, już wdrożył to cyfrowe euro, w umowach o płatności są te kwestie uwzględnione. Natomiast moim zdaniem przeciętny Kowalski w Unii Europejskiej ma niską świadomość tego, jak to będzie działało i ma małą wiedzę o zagrożeniach – uważa Bogdan Rzońca, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości i EKR. – Parlament dąży do wprowadzenia cyfrowego euro, Komisja Europejska również, natomiast EKR nie jest entuzjastą tego rozwiązania. Uważamy, że może ono bardzo różnie zadziałać na przeciętnego mieszkańca Unii Europejskiej i przedsiębiorców.

Wśród obaw, o których mówi europoseł, pojawia się ryzyko związane z atakami hakerskimi, awariami, a nawet celowym blokowaniem środków.

My trochę protestujemy przeciwko cyfrowemu euro. Chcemy pozostawić do wyboru każdemu korzystanie z tych rozwiązań. Nie negujemy w całości wszystkich, ale uważamy, że sprowadzenie wszystkich operacji bankowych do cyfrowego euro ogranicza wolność obywateli – zaznacza polski europoseł. – Przede wszystkim mówi się o tym, że cyfrowe euro ograniczy pranie brudnych pieniędzy, wszystkie transakcje będą pod kontrolą, nie będzie różnego rodzaju kryminalnych sytuacji związanych z płatnościami, płaceniem poza rachunkiem czy fakturą. My to rozumiemy, ale też nie zgodzimy się na to, żeby każdy musiał korzystać z cyfrowego euro, skoro może z gotówki.

Zgodnie z projektem cyfrowe euro ma uzupełniać banknoty i monety, a nie je zastępować. W grę wchodzi zapewnienie dodatkowego wyboru przy dokonywaniu płatności. Jednocześnie gotówka jako środek płatniczy ma zostać zachowana.

– To obywatele Europy decydują, czy im się to podoba, czy nie. Dlatego to rozwiązanie wzmacnia wolność, ponieważ daje ludziom większy wybór i do nich należy decyzja o tym, czy z tego skorzystać – wskazuje Fernando Navarrete.

Jeden z wniosków Komisji Europejskiej w ramach pakietu jednolitej waluty, nad którym w lipcu głosował Parlament Europejski, dotyczył właśnie wzmocnienia gotówki. Zgodnie z proponowanymi zapisami kraje strefy euro byłyby zobowiązane do zapewnienia i regularnego monitorowania dostępności gotówki, szczególnie dla grup wrażliwych. Przedsiębiorstwa z kolei nie mogłyby zakazać używania gotówki. Z sierpniowego komunikatu EBC wynika, że w strefie euro 92 proc. firm posiadających fizyczne punkty sprzedaży akceptuje gotówkę, co czyni ją najpowszechniej akceptowaną formą płatności. Poziom ten odbił wyraźnie po spadku obserwowanym w okresie pandemii.

– Wzmacniamy oba rozwiązania, aby zapewnić obywatelom pełną dostępność obu opcji. Będzie to osobista, indywidualna decyzja. Być może trend w kierunku cyfryzacji będzie się utrzymywał lub nasilał, a może nie. Powtarzam, nie jest to decyzja narzucona z góry. Nie podejmujemy jej my, politycy, ale podejmujemy ją – jako konsumenci i sprzedawcy – poprzez codzienne decyzje – zapewnia europoseł sprawozdawca. – Z doświadczeń innych krajów, które w ostatnich latach bardzo szybko przeszły proces cyfryzacji, wynika, że obserwujemy niewielki powrót do gotówki. Jednak to zależy od decyzji ludzi. Nie jest to narzucane odgórnie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-o-krok,p2118947395

Bałtyk powoli umiera przez ścieki i nawozy. Ratunek wymaga działań w całej Polsce

Bałtyk należy do mórz najbardziej dotkniętych eutrofizacją, czyli przeżyźnieniem spowodowanym nadmierną zawartością fosforu i azotu. Choć dopływ tych substancji do akwenu w ostatnich dekadach wyraźnie się zmniejszył, stan ekosystemu nadal jest zły. Jego poprawa będzie wymagała dalszego ograniczania zanieczyszczeń, które pochodzą głównie z rolnictwa i gospodarki ściekowej.

Mówiąc bardzo prostym językiem, eutrofizacja to przeżyźnienie substancjami takimi jak fosfor i azot, naukowo nazywanymi biogenami. Te substancje są potrzebne do wegetacji, wzrostu roślinności, dlatego stosowane jako nawozy na polach, żeby roślinność lepiej rosła. Przy opadach deszczu spływają z wodą do rzek i tym systemem wodnym docierają do Bałtyku – mówi agencji Newseria Marcin Kotlarek, prezes Fundacji Race for the Baltic.

Drugie istotne źródło zanieczyszczeń azotem i fosforem to ścieki, przede wszystkim nieszczelne szamba. Tym sposobem glony i sinice dostają „nawóz” i rosną na potęgę.

W wodzie następuje zakwit glonów i sinic, w wyniku którego opadają na dno, rozkładają się i w tym procesie konsumują tlen. W związku z tym powstają strefy beztlenowe, co oznacza, że tam, gdzie opadną, nie ma życia. Powstają martwe strefy – wyjaśnia Marcin Kotlarek.

Szacuje się, że 94 proc. powierzchni Morza Bałtyckiego dotknięte jest eutrofizacją. W tym akwenie znajduje się siedem na 10 największych martwych stref na świecie. Stanowią one niemal 20 proc. jego powierzchni.

– Kiedy spojrzymy na mapę z lat 60., jedynie ok. 10 tys. km2 objęte było eutrofizacją i martwymi strefami. Dziś, gdy popatrzymy na mapy z zeszłego roku, to już jest 70 tys. km2. To jest praktycznie dwa razy powierzchnia Danii – podkreśla prezes Fundacji Race for the Baltic.

Morze Bałtyckie wyróżnia się mieszanką słonej i słodkiej wody. Jego niskie zasolenie wynika z dużego napływu słodkiej wody z 250 rzek, w tym ośmiu wielkich. Do tego dochodzi minimalna wymiana słonej wody z Morzem Północnym. Pełna wymiana wody w Bałtyku trwa ok. 30 lat. Problemem jest nie tylko niskie zasolenie, ale też niewielka głębokość morza. Średnia głębokość Bałtyku wynosi 52 m. Dla porównania Morze Śródziemne jest głębokie na ok. 1450 m.

Naukowcy wyznaczyli maksymalne ilości zanieczyszczeń, które mogą naturalnie dopływać do Bałtyku, po których będzie w stanie sam się naprawiać. Niestety wraz ze zmianami klimatycznymi, z następującym ociepleniem powietrza i podwyższeniem temperatury wody, ta linia cały czas się oddala. Maksymalna ilość dopuszczalna tego dopływu, wyznaczona kiedyś przy trochę chłodniejszym klimacie i wodzie, jest już za duża. Zatem jest to walka z czasem i ze zmianami klimatycznymi – tłumaczy Marcin Kotlarek.

Z raportu HELCOM wynika, że w latach 1995–2022 Polska zmniejszyła całkowity dopływ azotu do wszystkich podbasenów Bałtyku o 9–32 proc. Osiągnęła wymagany limit dopływu azotu dla wszystkich podbasenów poza Bałtykiem Właściwym, gdzie potrzebna jest jeszcze redukcja o 19 proc. W przypadku fosforu Polska ograniczyła jego dopływ do tego podbasenu o 28 proc. Nadal pozostaje on jednak znacznie powyżej ustalonego limitu. W całym Bałtyku w tym okresie znormalizowany całkowity dopływ azotu zmniejszył się o 11 proc., a fosforu o 32 proc.

Możemy sobie wyobrazić Bałtyk jako wannę, do której przez dziesiątki lat spływało bardzo dużo zanieczyszczonej wody. Nawet jeżeli teraz udaje nam się ograniczyć dopływ zanieczyszczeń, to odpowiedź tego ekosystemu jest w dłuższym terminie – wskazuje ekspert.

Jak podkreśla, eutrofizacja nie jest problem tylko Bałtyku, ale również polskich rzek i jezior. Ponad 3/4 z nich to wody eutroficzne, z nadmierną ilością fosforu i azotu.

Wody do Bałtyku trafiają w 80 proc. z Odry i Wisły, w 20 proc. z mniejszych rzek przymorza, typu Łeba czy Parsęta. Natomiast 98 proc. terenu Polski to jest zlewnia Morza Bałtyckiego. W związku z tym nawozy naturalne, które ciekną do gleby i wód w Wielkopolsce, na koniec trafiają do Warty, ta do Odry, która z kolei spływa do Morza Bałtyckiego. Podobnie ścieki z szamba z województwa podlaskiego trafiają do systemu rzecznego, który trafia do Wisły i do Morza Bałtyckiego – wyjaśnia Marcin Kotlarek.

Jak podkreśla, to pokazuje, że do zahamowania procesu eutrofizacji morza wymagane jest działanie na lądzie, często setki kilometrów od wybrzeża. Takie inicjatywy chce promować Fundacja Race for the Baltic, która stworzyła projekt „Bałtyk zaczyna się na lądzie”. Jego pierwszą odsłoną jest ogólnopolska kampania edukacyjna „Widzisz sinice?”.

Często jest tak, że nad morze jeździmy raz w roku, spędzamy tam tydzień lub dwa, i mamy tam do czynienia z zakwitem sinic. Jesteśmy źli na lokalną turystykę, samorządy, hotele. Natomiast tak naprawdę przyjeżdżając z centrum, południa czy każdego innego regionu Polski, to my na co dzień przyczyniamy się do tego, że plaże są zamknięte. To, co robimy w całej Polsce, która jest zlewnią Bałtyku, ma wpływ na to, co rzekami do niego trafia – podkreśla prezes Fundacji Race for the Baltic. – Ważne, żebyśmy wszyscy rozumieli związek między tym, co jest w morzu, a tym, co na co dzień robimy, jak gospodarujemy ściekami czy nawozami naturalnymi w firmach.

Celem fundacji jest doprowadzenie do redukcji dopływu fosforu o 500 ton do 2030 roku. 

– Pracujemy nad tym, żeby, po pierwsze, zredukować dopływ zanieczyszczeń z rolnictwa, ścieków i portów, w których następują przeładunki na przykład nawozów sztucznych, zbóż, towarów masowych – jeżeli nie są odpowiednio zabezpieczone, powodują zakwit glonów i sinic. Można pracować z rolnikami, samorządami, portami i firmami produkcyjnymi. To jest proces długotrwały, ponieważ proste rozwiązania, czyli inwestycje w duże oczyszczalnie ścieków, są już za nami – zaznacza Marcin Kotlarek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/baltyk-powoli-umiera,p55777953

Bałtyk się nie odbudowuje mimo ograniczeń połowów. Ochrona ekosystemu powinna iść w parze ze wsparciem dla rybaków

Mimo kilku lat obowiązywania zakazu ukierunkowanych połowów dorsza oraz kolejnych ograniczeń połowowych innych gatunków stan najważniejszych stad ryb w Bałtyku nadal się nie poprawia. Podczas niedawnej debaty w Parlamencie Europejskim poświęconej ocenie wspólnej polityki rybołówstwa Magdalena Adamowicz przekonywała, że dotychczasowe działania nie przyniosły oczekiwanych efektów. Europosłanka apelowała o bardziej kompleksowe podejście do ochrony Bałtyku oraz większe wsparcie dla rybaków.

Komisja Europejska rozpoczęła w tym roku ocenę obowiązującego od 2014 roku rozporządzenia w sprawie WPRyb. Ma ocenić, czy obowiązujące przepisy pozwalają jednocześnie chronić zasoby ryb i zapewniać trwałość ekonomiczną sektora oraz w jakim stopniu przyczyniły się do odbudowy stad ryb.

– W czerwcu odbyła się debata, podczas której praktycznie wszyscy europosłowie krytycznie oceniali dotychczasowe funkcjonowanie wspólnej polityki rybołówstwa. Mówiliśmy o jej ewaluacji, ale w przypadku Bałtyku tak naprawdę nie ma już czego ewaluować, bo Bałtyk umiera – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Magdalena Adamowicz, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej.

Połowy dorsza w Bałtyku od kilku lat są objęte bardzo surowymi ograniczeniami. Ukierunkowanych połowów dorsza wschodniego zakazano w 2019 roku, a dorsza zachodniego – w 2021 roku. Obecnie rybacy mogą zatrzymać jedynie niewielkie ilości dorsza złowionego jako przyłów podczas połowów innych gatunków. Ograniczenia objęły również część stad śledzia. Celem tych decyzji było zmniejszenie presji połowowej i stworzenie warunków do odbudowy najważniejszych stad ryb w Bałtyku, aby w przyszłości możliwe było prowadzenie zrównoważonych połowów. Międzynarodowa Rada Badań Morza (ICES) od 2019 roku nieprzerwanie zaleca zerowe połowy dorsza wschodniego, wskazując, że jego biomasa pozostaje poniżej poziomu umożliwiającego odbudowę stada. Podobnie w przypadku dorsza zachodniego w najnowszych zaleceniach ICES również rekomenduje utrzymanie zerowych połowów.

– Przez lata nakładaliśmy restrykcje, obostrzenia na rybaków, cięliśmy koszty, ale to nic nie zmieniło, nie przybyło nam ani dorsza, ani śledzia. Widać, że gdyby każdy kraj działał sam, to sobie nie poradzi, dlatego musimy jako Europa działać wspólnie – przekonuje Magdalena Adamowicz.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że w przeciwieństwie do większości unijnych łowisk Bałtyk nie odnotował znaczącej odbudowy najważniejszych stad ryb. W latach 2003–2024 udział przełowionych stad w północno-wschodnim Atlantyku zmniejszył