Polacy są zainteresowani cyfrową hipoteką. Kolejny bank przenosi ten proces do aplikacji

0

Blisko połowa Polaków chciałaby załatwiać kredyt hipoteczny całkowicie online – wynika z badania Ipsosu przeprowadzonego na zlecenie ING Banku Śląskiego. Jak podkreślają jego przedstawiciele, w przypadku innych produktów kredytowych odsetek wnioskujących w kanałach zdalnych sięga 90 proc., dlatego od kwietnia również proces hipoteczny można przejść w aplikacji banku albo bankowości internetowej. Ma to przyspieszyć i usprawnić wszystkie formalności.

– Polacy są zainteresowani zaciąganiem kredytów online. Cenią przede wszystkim prostotę i szybkość działania. Chcą wiedzieć, co się dzieje na poszczególnych krokach procesu, ale także chcą wiedzieć, jak szybko będzie decyzja kredytowa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Andrzej Sowa, dyrektor odpowiedzialny za kredyty w ING Banku Śląskim.

Z badania „Polacy na swoim” przeprowadzonego przez Ipsos na zlecenie ING wynika, że 47 proc. rodaków właśnie kredyt hipoteczny wskazuje jako formalność, którą chętniej załatwiłoby całkowicie online. Najczęściej wymienianymi korzyściami są oszczędność czasu (47 proc.), brak konieczności wizyt w oddziale (44 proc.) i możliwość przejścia procedur w dowolnym momencie (40 proc.).

– W przypadku hipoteki to kolejny krok do tego, żeby zwiększyć wygodę klienta. W procesie cyfrowej hipoteki klient będzie otrzymywał informację zwrotną ze strony banku, co się dzieje na każdym jego etapie – wyjaśnia Andrzej Sowa.

Z badania ING wynika, że 62 proc. Polaków woli spłacać kredyt hipoteczny, niż ponosić koszty wynajmu mieszkania. 73 proc. badanych uważa własną nieruchomość za inwestycję w przyszłość. Jak wynika z danych BIK, popyt na kredyty hipoteczne pozostaje na wysokim poziomie. W kwietniu br. liczba osób wnioskujących wyniosła ponad 42 tys., czyli prawie 19 proc. więcej niż rok wcześniej. Wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe wzrosła natomiast o prawie 30 proc. r/r.

Ze względu na rosnący popyt banki stopniowo przenoszą cały proces związany z hipoteką do kanału online. Pod koniec kwietnia ING udostępnił cyfrową hipotekę w aplikacji mobilnej i bankowości internetowej. Osoby zainteresowane kredytem mogą rozpocząć od kalkulatora kredytowego, następnie wygenerować ofertę, złożyć wniosek, przesłać dokumenty, a po weryfikacji dokumentów przez bank podpisać umowę zdalnie.

 W przypadku kredytów hipotecznych proces ma się odbywać szybko, wygodnie, bez zbędnych formalności. Klient bardzo prosto może dołączyć wszelkiego rodzaju dokumentację, po prostu wykonując zdjęcie i załączając je do wniosku zdalnie. Jeśli ma wątpliwości, może się połączyć przez wideo z naszym ekspertem i uzyskać niezbędne informacje – mówi dyrektor odpowiedzialny za kredyty w ING. – Mamy przykłady z życia wzięte, gdzie klient tego samego dnia otrzymuje finalną decyzję o kredycie hipotecznym.

Jak dodaje, klient może w dowolnym momencie przerwać wypełnianie wniosku i wrócić do niego później bez utraty wcześniej wpisanych danych. Na każdym etapie możliwe jest również połączenie z ekspertem hipotecznym online.

 Na razie mamy kilkadziesiąt wniosków, ale wiemy na podstawie innych kredytów, że ponad 90 proc. klientów wnioskuje o nie w Moim ING. Spodziewam się istotnego zwiększenia liczby klientów, którzy będą aplikować o hipotekę w ten sposób, dlatego że styl życia Polaków znacznie się zmienia – podkreśla Andrzej Sowa.

Obecnie z rozwiązania mogą korzystać osoby, które są zatrudnione na umowę o pracę, wnioskują samodzielnie o kredyt i kupują nieruchomość z rynku wtórnego. Bank zapowiada, że w kolejnych etapach rozwiązanie zostanie rozszerzone.

– Intensywnie pracujemy nad tym, żeby poszerzyć te funkcjonalności również dla więcej niż jednego kredytobiorcy, innych celów kredytowania, a także innych źródeł dokumentowania dochodów – zapowiada ekspert ING.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-sa-zainteresowani,p343848514

Europa uzależniła się od zagranicznych technologii. Cierpią na tym gospodarka i bezpieczeństwo

0

Europa, w tym Polska, przez lata traciła swoją suwerenność technologiczną na rzecz gigantów z Azji czy Stanów Zjednoczonych. Jej brak powoduje m.in. niższe zyski europejskich firm, utratę know-how, sprzyja mediatyzacji polityki czy też osłabieniu zdolności obronnych – wskazuje raport Fundacji Digital Poland. Zdaniem ekspertów odbudowa suwerenności technologicznej wymaga m.in. współpracy międzynarodowej na arenie europejskiej czy wykorzystania potencjału zamówień publicznych i local contentu.

Europa i Polska utraciły suwerenność technologiczną, bo byliśmy naiwni. Europa gospodarczo bardzo się otworzyła na cały świat. W Azji i Stanach Zjednoczonych nakładane były kolejne normy i certyfikaty. W konsekwencji nie mogliśmy wejść na rynki azjatyckie, tak jak Azjaci mogli wejść na nasze – mówi agencji Newseria Piotr Mieczkowski, członek zarządu Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

Uzależnienie Europy od globalnych gigantów technologicznych jest efektem wieloletnich zaniechań i błędnych założeń strategicznych – wskazuje publikacja „Suwerenność technologiczna Polski i Europy. Raport z badania opinii społecznej. Edycja 2026”, przygotowana przez Fundację Digital Poland. Potwierdza ona, że otwartość granic Unii Europejskiej zderzyła się z barierami rynkowymi w Azji. Przykładami są m.in. wyśrubowane systemy certyfikacji bezpieczeństwa, takie jak koreański CSAP czy japoński ISMAP, które stanowią barierę wejścia dla zagranicznych dostawców. Eksperci podkreślają także, że w Europie błędnie założono, iż przeniesienie produkcji na Daleki Wschód nie przyniesie negatywnych skutków, co w rzeczywistości doprowadziło do utraty bezcennego know-how.

– Wynieśliśmy produkcję fabryk do Azji, więc w tym momencie inżynier nie ma dostępu do fabryki, nie widzi problemów, które może rozwiązywać. Zatem Azja, ale też Stany Zjednoczone zbudowały know-how kosztem Europy – wyjaśnia Piotr Mieczkowski.

Kolejnym problemem, na który wskazuje raport, jest pułapka „darmowych” usług i drenaż danych.

– Wiemy, że nie ma nic za darmo. Przekazaliśmy dane konsumentów i przedsiębiorców platformom cyfrowym, które na ich bazie zbudowały swoje algorytmy sztucznej inteligencji, które teraz dominują media, zabierając również zyski z reklam – zaznacza dyrektor zarządzający Digital Poland, autor raportu. – Kolejna sprawa, dosyć ważna – sami to sobie sfinansowaliśmy, dlatego że Europa ma nadwyżkę kapitałową, którą de facto eksportuje do Stanów Zjednoczonych. Sami więc subsydiujemy podbój naszego rynku, eksportując kapitał.

Raport wskazuje szereg konsekwencji, które dotykają Europę z powodu braku suwerenności technologicznej. Kluczową jest zagrożenie dla bezpieczeństwa i ciągłości działania z powodu ewentualnego braku komponentów (np. półprzewodników) albo odcięcia państwa (czy firmy) od kluczowych usług. Obejmuje to także ryzyko związane z utratą własności intelektualnej oraz manipulacją procesami demokratycznymi za pomocą zagranicznych platform i algorytmów AI. Kolejna poważna konsekwencja to dławienie krajowego i unijnego biznesu.

Badania pokazują, że w krajach, gdzie suwerenność technologiczna jest zachowana, marże i rentowność biznesu wynoszą mniej więcej 25–35 proc., a w przypadku największych światowych firm, takich jak Nvidia, nawet 70 proc. My, jako polskie i europejskie firmy, mamy bardzo obniżone marże, do 5–15 proc. – wskazuje Piotr Mieczkowski. – Oczywiście tracimy też zdolności obronne. Europa nie posiada w tej chwili jednego rynku zamówień publicznych na zamówienia obronne i w tym momencie technologie podwójnego zastosowania, takie jak drony, bardzo często musimy kupować z zagranicy.

Zdaniem eksperta ceną zależności technologicznej jest także mediatyzacja polityki i marginalizacja odpowiedniego procesu stanowienia prawa. Dziś rolki i zasięgi wypierają głos samorządu gospodarczego w procesie legislacyjnym, więc eksperci i urzędnicy tracą atencję rządzących.

– Tradycyjne media przestały grać tak dużą rolę, wzrosło za to znaczenie algorytmów i polaryzujących mediów społecznościowych. Upadł więc w pewien sposób dialog międzyizbowy, między rządem, światem nauki a biznesem. Jesteśmy niewolnikami rolek i mediatyzacji, ścigania się na zasięgi – uważa ekspert KIGEiT. – Musimy przywrócić rolę samorządu gospodarczego. W Polsce nie ma obowiązku zrzeszania się, tak jak we Francji, Niemczech i niektórych innych krajach, ale musimy mocniej postawić na dialog i odejść od mediatyzacji oraz rolek w mediach społecznościowych.

Jednym z działań Unii Europejskiej na rzecz wzmocnienia europejskiego przemysłu obronnego poprzez wspólne zamówienia jest instrument EDIRPA. Zachęca on państwa członkowskie do wspólnego zamawiania produktów przemysłu obronnego. Jego budżet wynosi 310 mln euro, z czego 300 mln euro przekazała Unia Europejska, a 10 mln euro Norwegia. Wspólne zamówienia w dziedzinie obronności państwa członkowskie mogą realizować również w ramach programu SAFE.

– Jest szereg działań zaradczych, które możemy podjąć, żeby odzyskać suwerenność technologiczną w Europie i w Polsce. Przede wszystkim musimy działać razem. Żaden kraj – Polska, Francja czy Niemcy – nie może sam stworzyć suwerennej Europy. Musimy budować wielkie koncerny i konsorcja europejskie – uważa Piotr Mieczkowski. – Musimy także zrobić coś, co właściwie od dekad robią kraje spoza Europy, czyli postawić na local content, kupować europejskie i polskie produkty, a przede wszystkim ich nie dyskryminować. Dzisiaj mamy przetargi na laptopy, chmurę czy sztuczną inteligencję, które bardzo często wprost mają wpisaną nazwę technologii spoza Europy. Od tego musimy odejść.

Eksperci Digital Poland zwracają uwagę, że od 2017 roku 70 proc. modeli AI powstało w USA. Z kolei w UE 70 proc. przetwarzania w chmurze odbywa się za sprawą amerykańskich firm takich jak Microsoft, Amazon czy Google.

– Musimy też postawić na rozwój tzw. open source, czyli wolnego oprogramowania, które możemy rozwijać w sektorze publicznym, ale we współpracy z sektorem prywatnym. Nie możemy dopuścić do nacjonalizacji sektora IT, bo będziemy w ten sposób ograniczali działalność naszych spółek – podkreśla ekspert.

Kraje takie jak Dania, Francja i Niemcy dostrzegły zagrożenie w pułapce „vendor lock-in” i systemowo wypierają zagraniczne licencje (np. pakiety biurowe czy komunikatory) ze swojej administracji, odgórnie narzucając i współtworząc rozwiązania open source. Zdaniem autorów raportu zapewnia to transparentność kodu, niezależność od woli dostawców i ostatecznie wielomiliardowe oszczędności.

Badanie opinii publicznej przeprowadzone na potrzeby raportu Fundacji Digital Poland wskazuje, że ponad połowa Polaków uważa, iż suwerenność technologiczna kraju ma duże lub bardzo duże znaczenie. Zdają sobie także sprawę z potencjalnych konsekwencji zależności od dostawców z krajów trzecich, np. ryzyka zdalnego wyłączenia infrastruktury krytycznej czy szpiegostwa i inwigilacji przez pozaeuropejskie służby. Co istotne, Polacy wykazują wysoką gotowość do poniesienia tzw. premii za suwerenność. Ponad 70 proc. badanych jest skłonnych zapłacić więcej za rodzime rozwiązania, przy czym „więcej” oznacza zwykle do 10 proc. W kwestii zaufania do technologii, produktów i usług blisko połowa społeczeństwa deklaruje, że polski lub europejski kapitał w infrastrukturze krytycznej i e-usługach zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europa-uzaleznila-sie,p1029984487

Po 25 latach system gospodarki odpadami opakowaniowymi czeka poważna zmiana. Firmy z branży opakowaniowej szykują się na nowe unijne regulacje

0

Aktualizacja 12:04

System gospodarki opakowaniami i odpadami opakowaniowymi działa w Polsce od 25 lat. Od 2002 roku realizuje poziomy recyklingu wyznaczane przez Unię Europejską, ale – jak podkreśla branża – jest już na granicy wydolności. Tym bardziej że nadchodzące zmiany w regulacjach stawiają przed nim nowe wyzwania. Jednym z nich jest rozporządzenie PPWR, na mocy którego od sierpnia br. firmy będą musiały na nowo określić swoją rolę w łańcuchu wartości, ale też dostosować opakowania do szeregu nowych wymogów. W Polsce trwają prace nad przepisami, które wdrożą do polskich realiów część przepisów rozporządzenia i zasadę rozszerzonej odpowiedzialności producentów.

– Obowiązek recyklingu istnieje od 11 maja 2001 roku, kiedy powstała ustawa. Staramy się edukować, dofinansowywać system i realizować wszystkie obowiązki, które wynikają z polskiego prawa. Natomiast równolegle mamy system gospodarki odpadami komunalnymi, w tym opakowaniowymi, i ze smutkiem należy stwierdzić, że do dzisiaj te dwa systemy nie do końca się widzą: są pewne cele nałożone na przedsiębiorców i na samorządy. Od bardzo dawna są prowadzone rozmowy, żeby te dwa systemy ze sobą współgrały, ale jak na razie nie udało się tego zrobić – mówi agencji Newseria Jakub Tyczkowski, prezes Rekopolu Organizacji Odzysku Opakowań.

Jak podkreślali eksperci na konferencji zorganizowanej z okazji 25-lecia działalności Rekopolu, Polska w ostatnich latach osiągała wymagane poziomy recyklingu opakowań, choć z dużym zróżnicowaniem w odniesieniu do poszczególnych materiałów.

Rośnie ilość opakowań wprowadzanych na rynek. Rosną też wymogi recyklingu i nie zawsze wystarcza mocy, sił, infrastruktury, ale i świadomości, aby je osiągać. W niektórych surowcach jest bardzo dobrze, w niektórych, jak na przykład w szkle, cały czas potrzebne są działania zmierzające przede wszystkim do zmiany świadomości. Chodzi o to, by szkło opakowaniowe, czyli np. słoiki czy butelki, trafiało do zielonego, a nie do czarnego pojemnika lub do spiżarni, gdzie leżą przez całe lata – podkreśla Michał Mikołajczyk, prokurent oraz dyrektor ds. sprzedaży i relacji zewnętrznych w Rekopolu Organizacji Odzysku Opakowań. – Jako Polska realizujemy te poziomy, natomiast wymogi będą rosły, na przykład w odniesieniu do opakowań po napojach. Tutaj potrzebne są nowe działania i tak wprowadzony został system kaucyjny.

 Obecnie system recyklingu i zarządzania opakowaniami jest oparty na działających aktywnie organizacjach odzysku, które reprezentują producentów wprowadzających opakowania na rynek. Realizują na ich rzecz obowiązki recyklingu, kontrybuują do systemu gospodarki komunalnej. Przez te 25 lat, które minęły, rynek i Polska w gospodarce odpadami zmieniły się całkowicie – uważa Krzysztof Baczyński, prezes Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Producentów w Opakowaniach EKO-PAK.

Podstawowym zadaniem organizacji odzysku jest zbiorowe przejmowanie obowiązków od producentów wprowadzających na rynek produkty w opakowaniach. Szacuje się, że w Polsce jest ponad 100 tys. takich podmiotów. Organizacje centralizują proces zbiórki i recyklingu odpadów, zapewniając jego efektywność pod względem ilościowym, jakościowym i ekonomicznym. 

– Rola organizacji odzysku od 2002 roku jest praktycznie niezmienna. Natomiast z całą pewnością ta rola musi się zmienić w najbliższym czasie, żebyśmy mogli wypełnić zobowiązania, które wynikają z rozporządzenia PPWR. Nasza odpowiedzialność będzie musiała być znacząco większa, podobnie jak zakres działań będzie musiał być dużo szerszy niż dzisiaj – ocenia Jakub Tyczkowski. – Będzie trzeba zrobić naprawdę dużo nowego. Po pierwsze, na pewno dużo wyższe poziomy recyklingu, ale też zmniejszanie ilości opakowań wprowadzanych na rynek i recykling na wielką skalę. To są ogromne wyzwania, które są ciągle przed nami.

11 lutego 2025 roku weszło w życie unijne rozporządzenie w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych (PPWR), ale jego kluczowe elementy zaczną obowiązywać przedsiębiorców od 12 sierpnia 2026 roku. Do końca 2030 roku co najmniej 70 proc. masy wszystkich odpadów opakowaniowych ma być poddane recyklingowi. Wskaźniki są zróżnicowane dla poszczególnych materiałów: 85 proc. dla papieru i tektury, 80 proc. dla metalu czy 55 proc. dla tworzyw sztucznych. PPWR zakłada, że za cztery lata wszystkie opakowania mają się nadawać do recyklingu, a pięć lat później będą musiały być faktycznie recyklingowane na dużą skalę. Co więcej, dyrektywa wymusi na producentach zmniejszenie wykorzystania materiałów pierwotnych na rzecz surowców wtórnych i recyklatu.

– Cel nadrzędny: przydatność do recyklingu o wielkiej skali. Każde opakowanie musi nie tylko się nadawać do recyklingu, ale też musi być zbierane i poddawane recyklingowi na terenie Unii Europejskiej w odpowiednim, bardzo wysokim procencie. To jest największe wyzwanie, przed którymi stoją producenci, żeby te opakowania nie tylko zabezpieczały produkty, ale przede wszystkim mogły być poddawane recyklingowi na masową skalę. Do tego już się przygotowujemy – zaznacza Krzysztof Baczyński

Dyrektywę PPWR ma implementować do polskiego prawa ustawa o rozszerzonej działalności producenta (ROP). Procedowane przepisy mają wprowadzić rzeczywistą odpowiedzialność finansową producentów za odpady powstałe z ich opakowań, zgodnie z zasadą „zanieczyszczający płaci”. Według ustawodawcy gminy otrzymają w ten sposób dodatkowe środki na gospodarowanie odpadami, co powinno spowodować stabilizację, a następnie stopniowe obniżanie kosztów ponoszonych przez mieszkańców za odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych. 

 Dzisiaj system finansują przede wszystkim mieszkańcy z opłaty śmieciowej, z której gminy płacą za odbiór i zagospodarowanie odpadów opakowaniowych zbieranych w systemie komunalnym. To jest większość odpadów opakowaniowych. Tak być jednak nie powinno. To producenci powinni w 100 proc. finansować odbiór i zagospodarowanie opakowań. Dziś szacujemy, że to jest między 1/4 a 1/3 wszystkich kosztów gospodarki odpadami opakowaniowymi. Koszty wahają się od 4 do 5 mld zł rocznie i to my, producenci, powinniśmy je ponosić – uważa prezes EKO-PAK.

Jak podkreśla, model realizujący ten obowiązek powinien być jednak przejrzysty i sprawiedliwy dla wszystkich.

– System musi przede wszystkim dawać producentom wpływ na jego efektywność. Nie może się on ograniczać wyłącznie do pokrywania kosztów – mówi Krzysztof Baczyński.

Zaproponowany w ubiegłym roku przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska model funkcjonowania ROP – w opinii branży – tych warunków nie spełnia. Jak podkreśliła w swoim stanowisku Rada Przedsiębiorczości, projekt w tym kształcie wprowadziłby parapodatek (opłatę opakowaniową) na wszystkie opakowania i produkty w opakowaniach, sprowadzając producentów do roli wyłącznie płatników nowej daniny. Opłata w całości trafiałaby pod zarząd Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który rozdzielałby te środki pomiędzy uczestników rynku, czyli samorządy, firmy odpadowe, recyklerów i instalacje komunalne. Zgodnie z propozycją MKiŚ organizacje odzysku opakowań miałyby zostać zlikwidowane. W opinii branży opakowaniowej wprowadzenie nowego podatku nie poprawi jakości selektywnej zbiórki ani nie zwiększy recyklingu.

– Cały czas wisi w powietrzu pytanie, czy model rozszerzonej odpowiedzialności producenta będzie ulepszony i poprawiony, czy będzie oparty na relacjach biznesowych pomiędzy firmami gospodarki odpadami, przedsiębiorcami, którzy wprowadzają na rynek produkty w opakowaniach, między samorządami i konsumentami, czy wręcz przeciwnie: będziemy mieli do czynienia z pewnym eksperymentem na skalę europejską, kiedy to cała branża zostanie zlikwidowana, a wszyscy będziemy płacili podatek, który wpłynie do NFOŚiGW i będziemy świadkami redystrybucji środków pozyskanych w ten sposób – podkreśla Michał Mikołajczyk.

O doświadczeniach ostatniego ćwierćwiecza, wyzwaniach i przyszłości systemu gospodarki opakowaniami i odpadami opakowaniowymi dyskutowano podczas konferencji zorganizowanej z okazji 25-lecia działalności Rekopolu, która odbyła się 11 maja br.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/po-25-latach-system,p1330606996

Uruchomienie produkcji amunicji artyleryjskiej 155 mm w Niewiadowie jeszcze w tym roku. Zakład będzie dostarczać 180 tys. sztuk rocznie

0

Budowa dwóch fabryk – amunicji artyleryjskiej 155 mm i 40 mm, a także produkcja min przeciwpiechotnych – to główne kierunki rozwoju Niewiadowa Polskiej Grupy Militarnej. Ma to być odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie Sił Zbrojnych RP, ale również krok w stronę budowania europejskiego potencjału eksportowego. Grupa ma za sobą debiut na warszawskiej giełdzie, który umożliwi pozyskanie dodatkowych źródeł finansowania rozwijanych projektów.

Niewiadów Polska Grupa Militarna jest pierwszą w nowożytnej historii Polski spółką z obszaru defence, która jest na głównym parkiecie Giełdy Papierów Wartościowych. Zdecydowaliśmy się na taki krok, bo była to naturalna możliwość pozyskiwania dodatkowych źródeł finansowania naszego rozwoju oraz inwestycji zarówno w infrastrukturę, jak i technologię. Te projekty są przed nami – mówi agencji Newseria dr inż. Przemysław Kowalczuk, prezes Grupy Niewiadów. – Innym powodem wejścia na giełdę była chęć weryfikacji przez rynek, która nastąpiła już w pierwszym dniu debiutu. Niewiadów Polska Grupa Militarna została wyceniona powyżej progu, którego ostrożnie oczekiwaliśmy, czyli w okolicach 3 mld zł. Rynek pokazuje wysoki poziom zaufania dla naszych spółek, co jest wartością dodaną takiego debiutu.

Kluczową inwestycją grupy jest budowa fabryki amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm w zakładzie w Niewiadowie. Zgodnie z przyjętym harmonogramem na III kwartał 2026 roku zaplanowano montaż linii technologicznych, co ma umożliwić rozpoczęcie seryjnej produkcji amunicji 155 mm jeszcze w IV kwartale br. Na realizację inwestycji zabezpieczono środki w wysokości ponad 250 mln zł.

Plany inwestycyjne całej Grupy Niewiadów są śmiałe i bardzo wyraziste. Kluczowe rezultaty inwestycji będą widoczne już w 2026 roku dla amunicji wielkokalibrowej, w szczególności artyleryjskiej kalibru 155 mm. Będziemy rozszerzać te zdolności w kolejnych kwartałach 2027 roku – wyjaśnia prezes Grupy Niewiadów podczas Defence24 Days.

Głównymi rynkami zbytu dla amunicji 155 mm w standardzie NATO, kompatybilnej m.in. z systemami Krab i K9A1, priorytetowo mają być Siły Zbrojne RP, ale także rynki sojusznicze NATO. Liczba systemów 155 mm w Europie ma wzrosnąć o ponad 110 proc. z około 2,2 tys. w 2025 roku do 4,5 tys. w 2035 roku.

Nasze docelowe zdolności produkcyjne określamy na 180 tys. zestawów amunicji dalekiego zasięgu, czyli powyżej 40 km. Dialog z instytucjami państwowymi trwa i z naszego punktu widzenia zmierza do zaoferowania i dostaw znacznej części tych zestawów na potrzeby polskich Sił Zbrojnych. Naszą ambicją i celem jest bycie wiarygodnym partnerem, który na czas wypełni znaczną część tych potrzeb – podkreśla dr inż. Przemysław Kowalczuk. – Grupa Niewiadów deklaruje rozpoczęcie dostaw już w IV kwartale tego roku.

Polska potrzebuje 13 mln sztuk amunicji w ramach zapasu wojennego. Grupa Niewiadów szacuje, że obecny stan jest poniżej wymaganego minimum.

Amunicja artyleryjska kalibru 155 mm jest gorącym tematem dla wielu sił zbrojnych zarówno w Europie, jak i poza nią. Faktem jest, że potrzeby znacznie przewyższają zdolności produkcyjne, te obecne i te rozwijane w najbliższych latach – ocenia dr inż. Przemysław Kowalczuk. – Z punktu widzenia biznesowego nasza grupa na tym korzysta. Już teraz, mając możliwość dostaw pewnej liczby zestawów amunicyjnych, realizujemy to poprzez kontrakty bezpośrednio z klientami eksportowymi oraz z NSPA, czyli Agencją Wsparcia i Zamówień NATO.

W Niewiadowie powstanie również fabryka produkująca amunicję średniego kalibru 40 mm. Na realizację inwestycji zabezpieczono ok. 70 mln zł.

Tylko w armiach europejskich, w naszym najbliższym regionie, w zależności od szacunków znajduje się w użyciu operacyjnym ponad 48 tys. granatników. Oznacza to dosyć głęboki rynek z dużymi potrzebami amunicyjnymi kalibru 40 mm – uważa ekspert. – W Niewiadowie już jakiś czas temu rozpoczęliśmy inwestycje ze środków własnych w nowe linie produkcyjne dla amunicji granatnikowej kalibru 40 mm, nie tylko na potrzeby polskich sił zbrojnych, ale też na potrzeby wielu innych podmiotów.

Zapotrzebowanie na amunicję 40 mm w europejskich państwach NATO szacowane jest na ok. 40 mln sztuk. Po 2022 roku nastąpił gwałtowny wzrost zapotrzebowania, który wynika z konieczności uzupełniania zapasów operacyjnych oraz intensyfikacji szkoleń w odpowiedzi na sytuację geopolityczną.

– Nasz docelowy wolumen produkcyjny dla kalibru 40 mm to 480 tys. sztuk produkcji rocznej. To sporo, ale taką sprzedaż przewidujemy w najbliższych latach. Patrząc na głębokość rynku, oczywiście przy uwzględnianiu konkurentów i jednocześnie kooperantów, są to liczby realistyczne – uważa prezes Niewiadowa PGM.

Projekt fabryki jest oparty na umowie licencyjnej transferu technologii z ST Engineering Advanced Material Engineering z siedzibą w Singapurze.

– ST Engineering jest kluczowym producentem wielu rodzajów uzbrojenia, posiadającym rozmaite technologie z obszaru defence nie tylko w Singapurze. Stąd też wybór spółki na naszego partnera technologicznego nie był przypadkowy. Jest to dostawca technologii produkcji, która podlega licencjonowaniu na okres co najmniej 30 lat, czyli jest gwarantowana na bardzo stabilnym poziomie, umożliwia szybkie wdrożenie i produkcję amunicji kalibru 40 mm w wielu wariantach – wyjaśnia dr inż. Przemysław Kowalczuk. 

Produkcja amunicji 40 mm w standardzie NATO będzie obejmować dwa kalibry. Pierwszy to 40 x 53 mm (High Velocity) przeznaczony do automatycznych granatników, a drugi to 40×46 mm (Low Velocity) do ręcznych granatników. Uruchomienie seryjnej produkcji zaplanowano na połowę 2027 roku. Głównymi rynkami zbytu dla amunicji mają być rynek krajowy i rynki europejskie, w tym DACH (Austria, Niemcy, Szwajcaria), kraje skandynawskie i bałtyckie, Beneluks czy Europa Południowa.

ST Engineering zapewnia też swoje łańcuchy dostaw, które w szczególności w pierwszym okresie bardzo pomagają nam wypełniać zobowiązania produkcyjne, które będą wynikać z kontraktacji, ale też zapewniają dostęp do swoich naturalnych odbiorców – zaznacza prezes Grupy Niewiadów. – To jest umowa typu win-win, ponieważ każda strona na niej korzysta. Singapur ze względu na znaczne oddalenie geograficzne ma problematyczną logistykę do Europy, stąd też początkowa konkurencja pomiędzy nami bardzo szybko została zmitygowana poprzez okazje biznesowe, które wspólnie możemy wypełnić.

W Niewiadowie trwają również prace nad wznowieniem seryjnej produkcji min przeciwpiechotnych. Mowa m.in. o minach odłamkowo-kierunkowych, odłamkowo-powierzchniowych oraz naciskowych (wersje bojowe i ćwiczebne). Łączne zapotrzebowanie w Polsce na te produkty oszacowano na 16,17 mln sztuk do 2028 roku.

– Konflikt w Ukrainie pokazał istotność tematu zabezpieczenia obszarowego znacznych połaci terenu. Miny są jednym ze środków bojowych, które są naturalnym wyborem do zabezpieczenia całych linii granicznych, obszarów, które mogą się przekształcić w obszary działań zbrojnych. Stąd przygotowanie do produkcji min było, pod względem głównie technologicznym, ale też infrastrukturalnym, przedmiotem zainteresowania Grupy Niewiadów już od jakiegoś czasu. Blokowała nas konwencja ottawska, która w znaczny sposób ograniczała możliwość produkcji i sprzedaży min przeciwpiechotnych – podkreśla dr inż. Przemysław Kowalczuk. 

W marcu 2025 roku o chęci wypowiedzenia tzw. konwencji ottawskiej zakazującej użycia, produkcji, składowania i przekazywania min przeciwpiechotnych informowali ministrowie obrony Estonii, Łotwy, Litwy i Polski. W naszym kraju wypowiedzenie nabrało mocy 20 lutego 2026 roku.

Konwencja już nie obowiązuje, a potrzeby zostały. Stąd też obserwujemy swego rodzaju wyścig potencjalnych lub obecnych producentów min do ich zaspokojenia. Te potrzeby są coraz bardziej widoczne nie tylko na naszej wschodniej flance – wyjaśnia prezes Grupy Niewiadów.

ZSP Niewiadów posiada wieloletnie doświadczenie w produkcji min. Dysponuje również odpowiednią do tego infrastrukturą, w tym budynkami i liniami. Dokumentacja techniczna produktów jest gotowa, podobnie jak zespół z kompetencjami inżynierskimi i produkcyjnymi. 

W tym obszarze nie ma potrzeby intensywnych inwestycji, jak w przypadku amunicji wielkokalibrowej czy średniego kalibru. Mamy wystarczającą infrastrukturę w ramach naszych spółek – wyjaśnia dr inż. Przemysław Kowalczuk. – Niemniej jednak same zdolności produkcyjne osiągną swój szczyt w najbliższych kwartałach na poziomie miliona min rocznie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/uruchomienie-produkcji,p1078910596

MKiDN: Opłata reprograficzna nie wpłynie na ceny smartfonów. Wpływy z niej trafią wyłącznie do artystów, nie do budżetu państwa

0

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nowelizuje rozporządzenie o opłatach reprograficznych. W zaktualizowanym katalogu czystych nośników, przy których sprzedaży naliczane są te opłaty, znalazły się m.in. smartfony, tablety, komputery stacjonarne i laptopy. Zdaniem przedstawicieli resortu pierwsze od 15 lat zmiany były potrzebne, a ich skutków nie powinni odczuć konsumenci.

Polska pozostaje jednym z ostatnich państw Unii Europejskiej, w którym smartfony i tablety nie są objęte opłatami reprograficznymi, podobnie jak komputery PC i nowoczesne telewizory.

Nowelizacja rozporządzenia o opłatach reprograficznych była konieczna. Jest to norma na rynku unijnym i do tego zobowiązują nas przepisy Unii Europejskiej. Rozporządzenie w polskim prawie funkcjonuje od 1994 roku. Nie jest to więc nowa opłata. Do dzisiaj są nią objęte chociażby ryzy papieru drukarskiego, które kupujemy do naszych drukarek – mówi agencji Newseria Piotr Jędrzejowski, rzecznik prasowy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Ministra Marta Cienkowska 30 kwietnia br. podpisała nowelizację rozporządzenia, które dotyczy opłat od urządzeń i nośników służących do utrwalania utworów oraz opłat z tytułu ich sprzedaży przez producentów i importerów. Przepisy wejdą w życie po sześciu miesiącach od dnia ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Nowelizacja rozporządzenia dostosowuje polskie prawo do współczesnych realiów technologicznych oraz standardów Unii Europejskiej. Ostatnie aktualizacje prawa miały miejsce w latach 2008 i 2011. Wiele urządzeń objętych wcześniejszymi regulacjami albo wyszło całkowicie z powszechnego użycia, albo jest coraz mniej obecnych w ofercie rynkowej. To m.in. kasety VHS, faks czy nagrywarki DVD. Pojawiły się za to nowe urządzenia cyfrowe umożliwiające przechowywanie i kopiowanie utworów. Po nowelizacji na listę włączone zostaną m.in. smartfony, tablety, komputery stacjonarne i przenośne, telewizory i dekodery telewizyjne z wbudowaną pamięcią lub funkcją nagrywania na nośnik zewnętrzny.

Ostatnia nowelizacja, żebyśmy mogli sobie to dobrze wyobrazić, wprowadzała opłatę na czytniki mp3 i mp4. Rzeczywistość cyfrowa zmieniła się diametralnie. Wszyscy producenci i importerzy sprzętu elektronicznego funkcjonują na rynku europejskim w bardzo określonych ramach i na bardzo określonych zasadach, które uwzględniają nowe urządzenia z możliwością powielania dzieł sztuki i własności intelektualnej. Do tej pory byliśmy w tym obszarze niechlubnym wyjątkiem w Unii Europejskiej. Tą nowelizacją to zmieniamy – uważa Piotr Jędrzejowski.

Brak aktualizacji listy nośników powodował, że wpływy z opłat reprograficznych w Polsce należą do najniższych w UE, na czym tracą tysiące polskich twórców i wykonawców. Nowelizacja ma zapewnić wpływy z opłat na poziomie porównywalnym do innych państw Unii Europejskiej.

Środki z opłaty reprograficznej trafiają zawsze wyłącznie do artystów, nie do budżetu państwa. Przekazywane są bezpośrednio do organizacji zbiorowego zarządzania, które wtedy na zasadach swojego funkcjonowania wypłacają je zarejestrowanym w nich artystom – wyjaśnia rzecznik MKiDN. – Do tej pory wpływy z opłaty reprograficznej wynosiły 30–35 mln zł rocznie. Po wejściu w życie nowelizacji rozporządzenia wpływy te mogą sięgnąć 150, może nawet 200 mln zł.

W Polsce wpływy z opłat w 2024 roku wyniosły 35,8 mln zł, czyli ok. 8,5 mln euro. Dla porównania w Hiszpanii wyniosły one 86,37 mln euro, w Belgii – 21,36 mln euro, a w Austrii – 15,81 mln euro. W Niemczech są one ponad 20-krotnie wyższe niż w Polsce.

Mamy doświadczenie całej Unii Europejskiej i nie ma żadnych danych na temat tego, żeby opłata reprograficzna wpływała na ceny urządzeń, których dotyczy. Dla porównania – dzisiaj funkcjonujemy w rzeczywistości, w której pensja w Niemczech jest dużo wyższa niż w Polsce, a urządzenia cyfrowe, w tym smartfony, są tańsze – wyjaśnia Piotr Jędrzejowski. – Jest to związane chociażby z tym, że bardzo duża część importerów, producentów szacuje ceny na dany obszar rynkowy, w naszym przypadku Unii Europejskiej, a nie na poszczególne rynki krajowe.

W większości przypadków wysokość opłaty reprograficznej liczona od ceny netto sprzedaży urządzenia lub nośnika została ustalona na poziomie 1 proc. Opłaty na magnetofony i magnetowidy wyniosą 0,01 proc., co odzwierciedla ich znikomy rynkowy udział. Utrzymane zostaną opłaty na zapisywalne płyty optyczne (CD, DVD, Blu-ray) oraz ich przenośne nagrywarki, jak również na cyfrowe odtwarzacze audio i audio-wideo, choć udział rynkowy tych sprzętów znacznie zmalał. 

W ocenie skutków regulacji resort wskazuje, że wpływ nowych przepisów na sytuację konsumentów nie będzie znaczący, biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w rozporządzeniu.

– Ta opłata będzie dotyczyła importerów i producentów. Nie jest to koszt urządzenia, którego reprografia dotyczy. Jest to koszt udziału we wspólnym europejskim rynku. Producenci i importerzy tych urządzeń powinni dorzucić niewielką kwotę do tego rynku – podkreśla rzecznik prasowy resortu kultury.  Opłata reprograficzna nie dotyczy realnego wykonywania kopii przez użytkownika. Jest opłatą za to, że urządzenia, których używamy, służą przede wszystkim do dwóch rzeczy: do kontaktów zewnętrznych, dzwonienia, wysyłania SMS-ów, ale też do konsumowania treści objętych prawem autorskim, czyli własności intelektualnych. 

Resort podaje, że w Polsce jest 258 producentów i importerów objętych opłatami urządzeń i związanych z nimi czystych nośników. Jest to liczba podmiotów ewidencjonowanych jako płatnicy na koniec 2024 roku.

MKiDN podkreśla, że wzrost wpływów z opłat musi się wiązać z ich efektywnym i przejrzystym zarządzaniem, dlatego jeszcze w tym roku ma być gotowy projekt zmian w przepisach dotyczących prawa autorskiego oraz zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Ich celem będzie uszczelnienie systemu zbiorowego zarządzania, zwiększenie transparentności działania organizacji zbiorowego zarządzania oraz umożliwienie ministrowi skuteczniejszej oceny operacji finansowych prowadzonych przez organizacje zbiorowego zarządzania. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mkidn-oplata,p421486761

Wysokie ceny energii wyzwaniem dla UE. Europosłowie chcą zmian w polityce klimatycznej

0

Komisja Europejska pracuje nad tym, aby złagodzić skutki przechodzenia na czystą energię. Jednym z narzędzi ma być Citizens Energy Package (CEP), który ma chronić konsumentów i zapewnić im bardziej przystępne ceny prądu. Zdaniem Beaty Szydło, europosłanki z Prawa i Sprawiedliwości, proponowane narzędzia to bardziej korekta przyjętego przez UE kierunku w polityce klimatycznej, a potrzebna jest całkowita jej zmiana. Jak podkreśla, nie powinna ona zakładać całkowitej rezygnacji z węgla.

W marcu Komisja Europejska zaprezentowała pakiet energetyczny dla obywateli (Citizens Energy Package). Ma on na celu obniżenie rachunków za energię, ochronę i umożliwienie obywatelom aktywnego uczestnictwa w transformacji energetycznej, zwalczanie ubóstwa energetycznego, a także pomoc krajom członkowskim we wdrażaniu istniejących przepisów.

Pakiet energetyczny dla obywateli, który próbują przeforsować Komisja Europejska i Parlament Europejski, jest niczym innym jak zbiorem regulacji prawnych wynikających ze zmienionego prawa dla klimatu 5 marca, przyjętego przez Radę Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Tomasz Buczek, poseł do Parlamentu Europejskiego z Konfederacji. – Moim zdaniem jest to gigantyczny skok na pieniądze naszych podatników. Będzie się to tak naprawdę wiązało z gigantyczną transformacją finansową z budżetu Unii Europejskiej, aby realizować unijną politykę klimatyczną.

Chodzi o wprowadzenie pośredniego celu klimatycznego, który zakłada redukcję emisji gazów cieplarnianych do 2040 roku o 90 proc. w porównaniu z poziomem z 1990 roku.

Jak podaje Komisja Europejska w komunikacie do PE i Rady UE ws. pakietu energetycznego dla obywateli, detaliczne ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w UE są o 36 proc. wyższe od średniej z okresu między 2014 a 2020 rokiem, a gazu – o 68 proc. Na wysokość rachunków za energię płaconych przez Europejczyków wpływają opłaty sieciowe, krajowe podatki i opłaty, hurtowa cena energii oraz poziom indywidualnego zużycia. Komisja proponuje więc m.in. obniżenie podatków i opłat za energię elektryczną dla gospodarstw domowych do minimalnego poziomu obowiązującego w Unii Europejskiej. Ocenia, że dzięki temu rachunki mogłyby średnio spaść o około 14 proc. rocznie (około 200 euro). Wśród innych działań wymienia m.in. obniżenie taryf sieciowych dla konsumentów czy zwiększenie wykorzystania czystych i energooszczędnych technologii w gospodarstwach domowych.

– Unijna polityka dotycząca klimatu i cen energii jest po prostu błędna, źle zdefiniowana i uderza w naszą suwerenność energetyczną, zwłaszcza w Polsce. Mamy silnie rozwinięty sektor wydobywczy węgla, który przecież Unia nam kazała zamykać: redukować liczbę kopalni i zmniejszać wykorzystanie węgla. Jednocześnie mamy opóźnienia w transformacji energetycznej, która odbywa się w sposób chaotyczny, niezorganizowany. Tutaj nie widać ciągłości, również w politykach poszczególnych rządów, które zmieniały się na przestrzeni ostatnich lat. To jest gigantyczne wyzwanie na najbliższe lata – uważa europoseł.

Zgodnie z projektem zaktualizowanego Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu do 2030 i 2040 roku (KPEiK), zapotrzebowanie na węgiel kamienny ma spaść do 2030 roku do poziomu 28 mln t w scenariuszu WEM i 19 mln t w scenariuszu WAM względem 2020 roku. Dokument zakłada, że w kolejnych latach wykorzystanie węgla będzie stopniowo zastępowane przez paliwa zeroemisyjne, a przejściowo również przez gaz ziemny, który charakteryzuje się niższą niż w przypadku węgla emisyjnością.

Z KPEiK wynika, że wydobycie węgla kamiennego w Polsce sukcesywnie spada. Po wybuchu pandemii spadło poniżej 60 mln t, a w 2024 roku wyniosło blisko 44 mln t. Zakończenie krajowej eksploatacji ma nastąpić najpóźniej w 2049 roku.

– Myślę, że jako Polska nie możemy wykluczać naszych surowców, którymi dysponujemy, czyli przede wszystkim węgla. Oczywiście to musi być wszystko przygotowane w taki sposób, żeby po pierwsze było ekonomicznie opłacalne, a po drugie, żeby ta produkcja z węgla również gwarantowała cele, które są ważne dla obywateli. Czyli żeby za bardzo nie ingerowała w nasze środowisko. Ale węgiel na pewno jest również potrzebny w miksie energetycznym – uważa Beata Szydło.

Zgodnie z KPEiK, łączne nakłady inwestycyjne w czystą energię, bezpieczeństwo i niższe rachunki mają wynieść między 2,7 a 3,5 bln zł do 2040 roku. Najwięcej nakładów zostanie przeznaczonych na nowe moce, w tym energetykę jądrową i OZE, sieci oraz termomodernizację.

– Dyskusja dotycząca energetyki, która w tej chwili toczy się w Unii Europejskiej, jest niezwykle istotna. Myślę, że przede wszystkim powinniśmy dążyć do tego, aby nastąpiły zmiany. Te złe, które zostały wprowadzone, bardzo istotnie podwyższają ceny energii zarówno dla przedsiębiorców, jak i obywateli. Jest to odczuwalne również w gospodarce europejskiej. Natomiast propozycje, które w tej chwili przedstawia Komisja Europejska, one mówią o pewnej korekcie, modernizacji. Jak to ostatecznie będzie wyglądało, zobaczymy już w trakcie prac – podkreśla Beata Szydło. – Odpowiedni miks energetyczny to taki, w którym zawarte będą i źródła odnawialne energii, i wodór, i atom przede wszystkim. Jest refleksja w Komisji Europejskiej, wyrażona chociażby poprzez panią przewodniczącą von der Leyen, że odejście od czystej energii związanej z atomem było błędem.

W marcu br. Ursula von der Leyen na Szczycie Energii Jądrowej w Paryżu przyznała, że odwrócenie się Europy od niezawodnego, niedrogiego źródła energii niskoemisyjnej jakim jest energia jądrowa, było strategicznym błędem. Zapowiedziała m.in. 200 mln euro wsparcia w postaci gwarancji dla prywatnych inwestycji w innowacyjne technologie jądrowe. Środki te mają pochodzić z systemu handlu emisjami (ETS). KE przedstawiła także europejską strategię dla SMR-ów, czyli małych reaktorów modułowych. Zakłada ona uproszczenie i ujednolicenie regulacji, mobilizację inwestycji i finansowanie sektora oraz współpracę na forum UE i budowę wspólnego łańcucha dostaw.

– Jeżeli chodzi o Polskę, to uważam, że najistotniejsze to jest przede wszystkim atom. Mam nadzieję, że te prace, które prowadził Orlen i prezes Obajtek, będą kontynuowane. To jest nam potrzebne i wpisuje się w zmiany, które zaczynają być widoczne w Unii Europejskiej – podkreśla europosłanka PiS. – Natomiast chcę podkreślić, że dla Polski istotne, przynajmniej w okresie transformacji, jest również korzystanie z zasobów, które posiadamy. Całkowita rezygnacja i próba zdyskredytowania surowców kopalnych, węgla przede wszystkim, jest poważnym błędem. To jest też refleksja, która musi być w Polsce powzięta.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wysokie-ceny-energii,p2108838068

Systemy transakcyjne banków czeka modernizacja lub wymiana. Wymagają dostosowania do nowych technologii

0

Modernizacja systemów core banking, czyli centralnych systemów banków, rodzi wiele wyzwań – od wyboru między ich modernizacją a pełną wymianą po zapewnienie bezpieczeństwa i ciągłości działania. Ten proces jest jednak konieczny, bo – jak podkreślają eksperci – systemy już dziś są na granicy możliwości. Wymagają też dostosowania do nowych technologii.

Core to jest przede wszystkim serce banku, czyli system transakcyjny zapewniający spójność i audytowalność wszystkich transakcji i działań, które instytucja podejmuje na rzecz klienta. Sposób zdefiniowania core’u jest kluczowy dla określenia, w którym kierunku powinna iść transformacja – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Grzegorz Pędzisz, dyrektor Departamentu Informatyki w Volkswagen Financial Services.

Systemy centralne banków odpowiadają m.in. za prowadzenie rachunków, realizację transakcji, naliczanie odsetek czy obsługę produktów bankowych. Klientom i instytucjom finansowym zapewniają stabilne i płynne korzystanie z usług, niezależnie od czasu i lokalizacji.

– Systemy modernizujemy non stop. Każdego roku dokonujemy zmian, adaptacji czy różnych regulacji. Pytanie brzmi, jakie powinno być spojrzenie na system transakcyjny w perspektywie kolejnych 15–20 lat. W bankach systemy core’owe zastaliśmy i rozwijamy od ponad 20 lat. W związku z tym nie odpowiadają już one w pełni na wszystkie dzisiejsze potrzeby, a już na pewno nie w perspektywie najbliższych 10 czy 15 lat przy tak dynamicznej sytuacji na rynku z nowymi technologiami czy AI – uważa Grzegorz Pędzisz.

Jak podają analitycy Temenos w raporcie „Technology Trends Redefining the Future of Banking”, starsze systemy core w bankowości często są monolityczne. Komponenty takie jak dane klientów, depozyty, kredyty czy płatności są ze sobą ściśle powiązane. W rezultacie istnieje wysokie ryzyko zakłóceń w działaniu całego systemu podczas aktualizacji jednego komponentu. Podejście oparte na progresywnej modernizacji pozwala bankom natomiast stopniowo rozbijać monolit poprzez dzielenie komponentów na niezależne systemy połączone za pomocą interfejsów programowania aplikacji i zdarzeń.

– Trzeba wprowadzić nowe technologie i wyznaczyć pewną linię demarkacyjną między tym, co jest core’em, a co funkcjonalnością, która powinna być w systemach satelitarnych. Tym jest właśnie wymiana core’a czy też jego rozwój, aby taką uporządkowaną strukturę funkcjonalną zapewnić w systemie transakcyjnym – mówi przedstawiciel Volkswagen Financial Services w wywiadzie udzielonym podczas Banking & Insurance Forum.

Jak wynika z ubiegłorocznego globalnego badania firmy IBM „The 94% core banking problem”, w ciągu ostatniej dekady banki przeznaczyły ogromne środki na modernizację swoich systemów core’owych. Ten proces dla wielu z nich wiązał się z wieloma wyzwaniami, począwszy od przekroczenia budżetu i opóźnień, przez przerwy w dostępności systemu, incydenty bezpieczeństwa, skończywszy na niezadowalających efektach inwestycji. 53 proc. badanych dyrektorów IT w bankach wskazało na trudności w rozwiązywaniu krytycznych zależności przy jednoczesnej zmianie core’u. Zmiana jednej aplikacji bazowej, takiej jak moduł przetwarzania transakcji, może nieoczekiwanie wpłynąć na połączone systemy zarządzania kontami lub raportowania.

– To jest duży ekosystem, powiązany ze wszystkimi innymi elementami w banku. W związku z tym podjęcie decyzji o wymianie czy ulepszeniu systemu wymaga dogłębnej analizy, transparentności, zebrania wszystkich oczekiwań, w którym kierunku chcemy pójść, szczególnie ze strony biznesowej. Bez transparentności i dogłębnej analizy decyzja jest praktycznie niemożliwa do podjęcia – zaznacza Grzegorz Pędzisz.

Połowa badanych dyrektorów IT wskazała, że sprawdziło się u nich podejście do kompleksowej modernizacji od początku do końca.

Dla nas bezpieczeństwo systemów jest najważniejsze, szczególnie jeżeli mówimy o systemie core’owym i ekosystemie banku. Podejmowanie wyzwania, jakim jest upgrade czy wymiana systemu, jest odpowiedzią na obecne potrzeby związane z bezpieczeństwem i nowymi technologiami, przygotowaniem się na nadchodzące możliwości, w tym quantum computing, funkcjonalności związane z wciąż trwającą digitalizacją procesów czy wdrożenie nowych technologii związanych z AI – wymienia ekspert.

Sztuczna inteligencja jest więc jednym z katalizatorów zmian systemów transakcyjnych banków. Zdaniem eksperta Volkswagen Financial Services technologia nie będzie jednak miała szerokiego zastosowania w systemach core.

– Core jako audytowany system, który musi zapewnić pełną przejrzystość transakcji dla klienta, nie będzie raczej mocno korzystał z rozwiązań sztucznej inteligencji. Prędzej dane zbierane w core bankingu można z powodzeniem analizować i wykorzystywać z użyciem narzędzi AI. Oczywiście w systemach satelitarnych i w obszarze danych widziałbym miejsce do użycia takich technologii – uważa Grzegorz Pędzisz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/systemy-transakcyjne,p924813720

Niedobory wody stają się coraz większym problemem dla gospodarki. Przemysł angażuje się w odzyskiwanie zasobów

0

Polska należy do krajów o najniższych zasobach wody przypadających na mieszkańca w Unii Europejskiej, a zmiany klimatu dodatkowo pogłębiają problem. Niestabilna sytuacja hydrologiczna to zagrożenie dla mieszkańców, ale także dla rolnictwa i przemysłu. Podejmowane do tej pory działania doraźne powinny zostać zastąpione zmianami systemowymi, obejmującymi m.in. zwiększanie retencji naturalnej, odtwarzanie torfowisk czy odzyskiwanie wykorzystywanych zasobów wodnych – wskazywali eksperci podczas debaty na Europejskim Kongresie Gospodarczym. Ich zdaniem w takie inicjatywy powinny być zaangażowane samorządy, firmy, naukowcy i środowiska eksperckie.

– Obecna sytuacja hydrologiczna Polski nie należy do najlepszych. Po śnieżnej zimie nastąpił kilkumiesięczny okres bez opadów, przez co wchodzimy w wiosenno-letni sezon wegetacyjny z niewystarczającymi zasobami wodnymi. Już teraz doświadczamy suszy rolniczej, obserwujemy spadające poziomy wód w rzekach i to prowadzi do pogłębiającego się kryzysu wodnego w naszym kraju – mówi agencji Newseria dr Kamil Jawgiel, geograf, hydrolog, prezes Fundacji Wody Warta „Hydroni”.

Polska dysponuje około 60 mld m3 odnawialnych zasobów wody słodkiej w ciągu roku. W okresach suszy wartość ta spada poniżej 40 mld m3. W latach 2015–2023 odnawialne zasoby wody słodkiej przypadające na jednego mieszkańca Polski wynosiły od 1,1 do 1,6 tys. m3. To mniej, niż wynosi próg bezpieczeństwa wodnego wyznaczony przez ONZ (1,7 tys. m3) – wynika z raportu GUS „Polska na drodze zrównoważonego rozwoju. Raport SDG 2025”.

 Niedobory wody mogą być coraz większym problemem w naszym kraju. Jednym z sektorów, którego te problemy dotyczą, jest rolnictwo. Wody potrzebujemy do nawadniania, a rolnictwo coraz częściej korzysta z wód podziemnych, co może prowadzić do lokalnego przeciążenia zasobów. Ten problem będzie się więc pogłębiał – uważa dr Kamil Jawgiel. – W ubiegłych latach doświadczaliśmy problemów z niedoborem wody w naszych domostwach, nie tylko na obszarach wiejskich, ale również w miastach. Dość powiedzieć, że corocznie 200–300 przedsiębiorstw wodociągowych w Polsce apeluje o krytyczne ograniczenie zużycia wody wśród mieszkańców.

Wskaźnikiem, który pokazuje, jak duża jest presja na zasoby wodne, jest tzw. stres wodny. To porównanie ilości wody, którą zużywamy, do tego, jak dużo jest jej do dyspozycji. Jak podaje GUS, w Polsce od 2015 roku poziom stresu wodnego obniżył się z 19,2 proc. do 15 proc., co wskazuje na umiarkowaną presję na zasoby wodne i pewną stabilizację ich zużycia. Częściowo na obniżenie wskaźnika wpłynęło zmniejszenie rocznego zużycia wody na mieszkańca z 262 m3 w 2015 roku do 214 m3 w 2024 roku. Polska nadal znajduje się jednak wśród krajów Unii Europejskiej z najwyższym poziomem stresu wodnego.

Woda staje się zasobem strategicznym. Spójrzmy na to, gdzie jesteśmy jako Polska. Jesteśmy na pograniczu stresu wodnego. 80 proc. zasobów wodnych jest zagrożonych. Potęgują się też zmiany klimatyczne, które wpływają nie tylko na dostępność, ale również na jakość wody – mówi Rafał Wróblewski, członek zarządu Nestlé Polska.

– Woda jest jedyną substancją na Ziemi, która z jednej strony jest niezbędna do naszego życia, ale również jest niezastępowalna przez inne surowce, medium czy substancje. Niedobory wody będą więc miały dalsze negatywne konsekwencje, co bezpośrednio się przekłada na jakość naszego życia i zagrożenie dla gospodarki – uważa dr Kamil Jawgiel.

Susza nie jest problemem jedynie rolników. Dotyka ona również leśników czy przedsiębiorców, dla których stabilny dostęp do wody jest warunkiem ciągłości działalności.

 To się przekłada na konkretne działania, które muszą się zacząć od patrzenia na wodę jako zasób strategiczny. Dzisiaj jeszcze pokutuje bardziej reaktywne, kryzysowe zarządzanie zasobami wodnymi. Potrzebujemy przejść do systemowego działania długoterminowego, które połączy biznes i innych interesariuszy, aby dbać o zasoby wodne i w bardzo świadomy sposób nimi zarządzać – mówi Rafał Wróblewski.

Co możemy zrobić w tej sytuacji? Odpowiedzią jest szeroko rozumiana retencja, która uznawana jest przez specjalistów za remedium na wszystkie problemy związane z wodą: od suszy, przez powódź, po niedostateczną jakość wody – zaznacza prezes Fundacji Wody Warta „Hydroni”. – Znaczenie oczywiście ma przede wszystkim retencja naturalna, renaturyzacja rzek, odtwarzanie obszarów podmokłych i torfowisk, ogrody deszczowe czy niecki retencyjne w miastach. Strukturalna retencja wód opadowych jest istotna również w kontekście przeciwpowodziowym, szczególnie w górach.

W 2023 roku weszła w życie uchwała w sprawie przyjęcia Programu przeciwdziałania niedoborowi wody (PPNW) na lata 2022–2027 z perspektywą do roku 2030. Jej głównym celem jest zwiększenie retencji wodnej w Polsce. Program zakłada realizację 727 inwestycji, w tym 94 obiektów retencjonujących wodę (zbiorniki) oraz 633 innych obiektów, które kształtują retencję (m.in. budowli piętrzących i regulacyjnych).

GUS podaje również, że rośnie pojemność małej retencji wodnej, co jest niezwykle ważne przy zmiennych przepływach i okresowych niedoborach wody. W latach 2015–2024 zwiększono ją z 830 tys. dekametrów sześciennych do 881 tys.

Potrzebujemy zdecydowanych działań. Jeżeli woda będzie traktowana jako zasób strategiczny, potrzebujemy tak zwanej służebności dla dobra wody, czyli podejścia, w którym decyzje gospodarcze uwzględniają długofalową ochronę i regenerację zasobów. Są przykłady wielu dobrych działań, które łączą biznes, naukę i samorządy. Jednym z nich jest program Nałęczowianki „Water Regeneration”, który wychodzi poza mury fabryki. To działania, które dbają o cały ekosystem wodny w okolicy i u źródła na poziomie zlewni – podkreśla Rafał Wróblewski.

Projekt „Water Regeneration” Nestlé Waters & Premium Beverages, producenta m.in. naturalnej wody mineralnej Nałęczowianka, wystartował w 2020 roku. Zakłada on, że firma będzie przywracać i oddawać do obiegu co najmniej tyle zasobów wody, ile wykorzystuje w swojej działalności. Obejmuje m.in. działania w zlewni rzeki Bystra, które pozwalają zregenerować wodę oraz wyeliminować z niej zanieczyszczenia. Efektem tych inwestycji jest regeneracja ponad 570 tys. m3 wody w regionie Nałęczowa. 

 Rzeka Bystra jest dla nas strategicznym zasobem, o który dbamy. Współpracujemy przy tym z ekspertami i samorządami, które wskazują, jakich działań potrzebujemy. Łączymy siły, aby dbać i regenerować zasoby wodne w lokalnym ekosystemie – zaznacza członek zarządu Nestlé Polska. – Ten projekt to zobowiązanie, że odnawiamy zasoby wodne minimum na takim poziomie, który zużywamy w procesie produkcji. Podjęliśmy działania, konkretne inicjatywy, które pozwalają nam realizować ten cel w ponad 100 proc. To są działania inwestycyjne w infrastrukturę wodno-kanalizacyjną, wspierające lokalne społeczności, łączące samorządy i ekspertów.

W ubiegłym roku firma nawiązała współpracę z Fundacją Wody Warta „Hydroni”, która doradzała m.in. w zakresie technik odzyskiwania i regeneracji wód opadowych, wspierała przygotowanie raportu podsumowującego pierwsze pięć lat projektu oraz odpowiadała za zaprojektowanie i wykonanie pilotażowego ogrodu deszczowego w Nałęczowie.

O wodzie jako o zasobie strategicznym, o sposobach na zabezpieczenie potrzeb przemysłu, rolnictwa i gospodarstw domowych, a także polityce retencji i ochronie zasobów wodnych rozmawiano podczas panelu na Ekonomicznym Kongresie Gospodarczym (EEC) w Katowicach. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niedobory-wody-staja-sie,p873635415

Uczelnie chcą zachęcić młodych ludzi do studiów biotechnologicznych. Sektor daje szerokie możliwości rozwoju kariery

0

Biotechnologia odgrywa kluczową rolę w rozwoju medycyny, ale znajduje też zastosowanie w ochronie środowiska czy przemyśle. Eksperci podkreślają, że to dziedzina nauki oferująca szerokie możliwości budowania kariery i innowacji. We Wrocławiu rozwój sektora biotechnologii wspierają zarówno uczelnie, jak i biznes, inwestując w edukację, badania i nowoczesną infrastrukturę badawczą. Okazją do jego promocji wśród młodych ludzi był Wrocławski Dzień Biotechnologii, zorganizowany wokół otwarcia laboratorium biologiczno-chemicznego przez Coventry University Wrocław.

 Biotechnologia jest niezwykle ważna. Wystarczy cofnąć się kilka lat do globalnej pandemii, aby dostrzec rolę branży biotechnologicznej w ratowaniu świata – mówi agencji Newseria prof. John Dishman, prorektor Coventry University Wrocław, który w trakcie Wrocławskiego Dnia Biotechnologii otworzył nowe laboratorium biologiczno-chemiczne.

– Potrzebujemy dalszego rozwoju biotechnologii, ponieważ oddziałuje ona na niemal wszystkie sfery życia. W medycynie znajduje zastosowanie przy opracowywaniu nowych terapii i leków. W ochronie środowiska przyczynia się do udoskonalania oraz wytwarzania biopaliw. Natomiast w naukach biologicznych umożliwia pozyskiwanie i wykorzystywanie enzymów oraz białek, które mogą służyć jako cele terapeutyczne lub znajdować zastosowanie w przemyśle, na przykład przy produkcji kwasu bursztynowego – tłumaczy dr inż. Dorota Dobrzańska-Szoentag, dyrektorka kierunku Applied Biosciences w Coventry University Wrocław.

Biotechnologia może stanowić element rozwiązywania wielu wyzwań społecznych i środowiskowych, takich jak łagodzenie zmian klimatu i adaptacja do nich, dostęp do zasobów naturalnych i ich zrównoważone wykorzystanie, odbudowa systemów przyrodniczych, a także zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego i zdrowia ludzi.

Biotechnologia medyczna odgrywa kluczową rolę w odpowiadaniu na współczesne wyzwania zdrowotne – szczególnie w obszarze rozwoju innowacyjnych terapii, w tym leków dla pacjentów z niezaspokojonymi potrzebami medycznymi czy chorobami rzadkimi. To jeden z najdynamiczniejszych sektorów, który realnie wpływa na jakość i długość życia ludzi – podkreśla Maja Halen, dyrektor do spraw współpracy biznesowo-akademickiej w BioInMed – Polskim Związku Innowacyjnych Firm Biotechnologii Medycznej.

Mnogość obszarów, w których biotechnologia może mieć zastosowanie, oznacza szerokie możliwości rozwoju naukowego i zawodowego.

– Branża oferuje szerokie możliwości rozwoju, również poza laboratorium. Coraz większe znaczenie mają kompetencje interdyscyplinarne, szczególnie na styku medycyny, analityki danych i nowych technologii, w tym AI. To kierunek, który będzie w najbliższych latach jeszcze silniej kształtował rynek pracy w Life Science – podkreśla Maja Halen.

Firmy biotechnologiczne angażują się w proces edukacji, by dostosować programy kształcenia do realnych potrzeb rynku i tym samym zwiększać dostępność specjalistów na rynku pracy. Pierwszym aspektem tego zaangażowania jest dzielenie się wiedzą i kompetencjami, natomiast drugim – inspirowanie młodych ludzi do podejmowania studiów w obszarze bioscience. Przykładem takiej współpracy jest kierunek Applied Biosciences realizowany na Coventry University Wrocław.

– Jest bardzo duże zainteresowanie, szczególnie na najbliższy wrzesień, więc mamy nadzieję, że ten kierunek będzie się rozwijać. Prowadzimy go od dwóch lat, więc pierwsi studenci za rok ukończą naukę licencjatem. Planujemy wprowadzić studia magisterskie, aby studenci w przyszłości mogli zdobyć tytuł magistra nauk ścisłych i pracować w tej branży w Polsce lub w Europie – zapowiada prof. John Dishman.

Coventry University Wrocław to filia Coventry University założona w 2020 roku jako pierwszy brytyjski uniwersytet w Polsce. Jednocześnie jest siedzibą Coventry University Research Institute Europe (CURIE), który ma na celu wykorzystanie wiedzy specjalistycznej z brytyjskich ośrodków badawczych Uniwersytetu Coventry we współpracy z polskimi naukowcami.

Znaczna część naszej kadry zajmuje się tematami związanymi z biotechnologią i jej podsektorami w Wielkiej Brytanii – mówi prorektor Coventry University Wrocław. – Prowadzimy szereg badań. Mamy bardzo duże centrum badawcze na Uniwersytecie Coventry, które wyznacza kierunki prowadzonego przez nas nauczania. To bardzo ważny element naszej działalności obok innych przedmiotów STEM – technologii i inżynierii, które również stanowią bardzo ważny element zarówno naszego uniwersytetu, jak i gospodarki Wielkiej Brytanii.

 Kierunek Applied Biosciences od początku nastawiony jest na rozwój studenta nie tylko w obszarze wiedzy i kompetencji teoretycznych, ale również kompetencji miękkich, takich jak umiejętność prezentacji danych, zastosowania nowych technologii, w tym wielkich modeli językowych AI stosowanych w zaliczeniach – podkreśla dr inż. Dorota Dobrzańska-Szoentag. – Studenci od samego początku mają dostęp do przestrzeni laboratoryjnej i sprzętu badawczego. Stawia ich to przed kolegami z innych uczelni, ponieważ uczą się praktycznych umiejętności dotyczących technik molekularnych.

Wrocławski Dzień Biotechnologii był okazją do zaprezentowania tego modelu kształcenia. W trakcie wydarzenia podkreślano znaczenie nauki poprzez doświadczenie, w tym m.in. pracy w małych grupach, kontaktu z metodami badawczymi oraz wczesnego oswajania studentów z laboratoryjnym i projektowym charakterem pracy.

– Chcieliśmy zaprezentować nowo otwartą przestrzeń laboratoryjną, która jest dedykowana studentom Applied Biosciences, ale również zachęcić młodzież ze szkół średnich i szkół podstawowych do wzięcia udziału w interaktywnych warsztatach. Uczniowie mieli okazję zobaczyć ekstrakcję DNA z truskawek, anatomię serca zwierzęcego czy wziąć udział w warsztatach związanych z reakcjami chemicznymi – tłumaczy dyrektorka kierunku Applied Biosciences. – Dzięki temu chcemy pokazać, że nauka i biotechnologia są ważne, że są obecne w naszym codziennym życiu i dzięki nim nastąpił postęp medycyny, np. wprowadzane są nowe terapie onkologiczne.

– Praktyczne stosowanie wiedzy w laboratorium sprawia, że nasi absolwenci mają rozległe możliwości zatrudnienia, a przejście z uczelni do miejsca pracy staje się dużo łatwiejsze, kiedy są zaznajomieni z wyposażeniem nowoczesnych laboratoriów – dodaje prof. John Dishman.

– Wrocławski Dzień Biotechnologii był fantastyczną okazją, aby zaprezentować młodym ludziom, które kompetencje są kluczowe. Mogliśmy powiedzieć im o tym, że bardzo ważne są te twarde, takie jak doświadczenie, certyfikaty, ukończone studia. Ale pod tą powierzchnią jest ogromna pozostała część, która dziś wskazuje, że kompetencje miękkie są najbardziej transferowalne i najbardziej pożądane – tłumaczy dyrektorka w BioInMed. – Na te kompetencje firmy bardzo stawiają i należy komunikować to młodzieży już w szkołach średnich, zanim podejmie decyzję. Nawet jeśli ją zmienią, to z miękkimi kompetencjami będą mogli się swobodnie odnaleźć w innym środowisku pracy.

Wrocławski Dzień Biotechnologii połączył edukację, naukę i perspektywę rynku pracy, ale ukazał również Wrocław jako miasto, które konsekwentnie buduje kompetencje przyszłości w obszarze bioscience.

– Wrocław od lat jest jednym z najsilniejszych ośrodków akademickich w Polsce. Co roku kształcimy niemniej niż 100 tys. studentów na 30 uczelniach wyższych, w tym 12 publicznych. Mamy około 400 ośrodków badawczych, skupionych między innymi na biotechnologii czy chemii. To jest jedna z przyszłościowych dziedzin, niezwykle ważna dla rozwoju nauki. Niezwykle się cieszymy, że możemy otwierać kolejne laboratoria. To kolejna przestrzeń badawcza dla wzmocnienia nauki oraz innowacyjności we Wrocławiu – podkreśla Michał Młyńczak, wiceprezydent Wrocławia.

W sondażu „Potencjał miast”, przeprowadzonym przez Ogólnopolską Grupę Badawczą na zlecenie Łukasiewicz – PORT, Wrocław został uznany za najbardziej innowacyjne miasto w Polsce spośród sześciu badanych (Gdańsk, Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Wrocław). Uzyskał ok. 35 proc. wskazań, niemal dwukrotnie więcej niż drugi Gdańsk (18,95 proc.). Badanie wykazało również, że osoby w wieku 18–19 lat najczęściej wskazywały stolicę Dolnego Śląska jako miasto o największym potencjale edukacyjnym. 

– Rozwój nauki, nowych technologii, w tym również biotechnologii, to jest po prostu część naszego wspólnego rozwoju. Cieszy nas, że ma to miejsce we Wrocławiu – podsumowuje Michał Młyńczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/uczelnie-chca-zachecic,p144087145

Mocne przyspieszenie innowacji w e-commerce. Sztuczna inteligencja już jest jednym z najmocniejszych trendów

0

Innowacje w e-commerce z kategorii przewagi przechodzą dziś do kategorii konieczności. Retail media, czyli reklama w miejscu zakupu, dojrzewa do roli nowego źródła przychodów właścicieli sklepów i platform sprzedażowych, marketplace’y przyspieszają rozwój wyspecjalizowanych platform oferujących jedną kategorię produktów, a sztuczna inteligencja coraz mocniej wspiera zarówno operacje, jak i kontakt z klientem. Równolegle rośnie jednak presja na bezpieczeństwo, bo automatyzacja i AI zwiększają możliwości po stronie atakujących.

– Innowacje w e-commerce to już nie jest „nice to have”, tylko realna potrzeba, jeśli firma chce się rozwijać i budować przewagę konkurencyjną. Można funkcjonować bez innowacji, ale to strategia stagnacji, bo konkurencja nie śpi. Innowacja może dotyczyć zarówno user experience, jak i obsługi klienta czy pojedynczego elementu procesu zakupowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Cyrek, country manager VTEX, platformy e-commerce, która była jednym z partnerów tegorocznego Retail Summit.

Jak podkreśla, w tym roku w e-commerce najmocniej widać trzy trendy. Jednym z nich jest coraz ważniejsza rola retail mediów, czyli reklam opartych na przestrzeni i danych udostępnianych przez retailerów. Jak szacuje IAB Polska, rynek ten rośnie w Polsce w tempie ok. 30 proc. rocznie, a jego dynamika nieco przewyższa wyniki rynku światowego. Według IAB Europe w 2025 roku odsetek reklamodawców współpracujących z sieciami retail media dłużej niż rok wzrósł z 50 do 63 proc., a udział marek pracujących jednocześnie z czterema–sześcioma sieciami zwiększył się ponaddwukrotnie.

– To stworzenie nowego źródła generowania przychodów z ruchu, który już mamy jako duża organizacja. Widzimy ten trend po rozmowach z naszymi klientami. Kolejnym są marketplace’y wertykalne, niszowe – mówi Tomasz Cyrek. – Kolejnym trendem jest wdrażanie AI, zarówno od strony operacyjnej, gdzie zespoły klientów mają narzędzia, które automatyzują i pozwalają im podejmować lepsze i szybsze decyzje, jak i od strony front-endowej, na styku z klientem, w obsłudze klienta, user experience, rekomendacjach i personalizacjach.

To kierunek spójny z globalnymi badaniami rynku. Adobe w raporcie na 2026 rok wskazuje, że AI zmienia obszar doświadczeń klienta na całej ścieżce: od odkrywania produktu do zakupu. Z badania, które objęło 3 tys. menedżerów i praktyków customer experience oraz 4 tys. klientów, wynika, że wdrożenia agentów AI są wciąż na wczesnym etapie: tylko 16 proc. organizacji deklaruje pełne wdrożenie w obsłudze klienta, a 13 proc. w obszarze brand discovery i search, przy czym 47 proc. firm nie ma jeszcze ram pomiaru efektów AI albo nie wie, czy takie ramy istnieją.

– Są e-commerce’y, w których 94 proc. wszystkich zapytań od klientów obsługuje sztuczna inteligencja, a tylko 6 proc. jest przekazywanych do ludzi. Są systemy e-commerce, które mają AI wdrożone w wyszukiwarkach, na przykład semantyczne wyszukiwanie. Jako klienci wpisujemy jakieś słowa kluczowe, na przykład „wygodne buty”, a system sam, znając nasze upodobania, wie, co nam najlepiej zasugerować – mówi country manager VTEX.

Wdrożenie AI na coraz większą skalę wiąże się także z koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa transakcji w e-commerce. Sama sztuczna inteligencja może bowiem być wykorzystywana do identyfikowania luk w zabezpieczeniach czy ich obchodzenia.

– Bezpieczeństwo transakcji i danych to temat, który nadal bywa pomijany zarówno przez średnie, jak i duże organizacje – podkreśla Tomasz Cyrek. – To się jednak mocno zmieni, a firmy, które nie inwestowały w ten obszar, nagle się obudzą. Mamy przykład firmy Anthropic, która stworzyła model o nazwie Mythos i sama była zaskoczona tym, jak mocny jest on w obchodzeniu zabezpieczeń i tworzeniu scenariuszy ataków. Ataki z wykorzystaniem AI będą się tylko nasilać.

Zdaniem eksperta w kolejnych latach istotnym trendem w e-commerce może się stać conversational commerce.

– To moment, w którym rozmowa stanie się naturalnym interfejsem zakupowym. Chciałbym zobaczyć przyszłość, w której można po prostu powiedzieć telefonowi, żeby zamówił zakupy spożywcze do domu – mówi country manager VTEX.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mocne-przyspieszenie,p1261129526