Unia Europejska o krok bliżej od cyfrowego euro. EBC na przyszły rok przygotowuje pilotaż

0

Parlament Europejski jest gotowy rozpocząć negocjacje z Radą UE w sprawie wprowadzenia cyfrowego euro. Jednocześnie Europejski Bank Centralny (EBC) przygotowuje się do pilotażu, który ma ruszyć w drugiej połowie przyszłego roku. Bank szacuje, że jeśli przepisy w tej sprawie udałoby się przyjąć w tym roku, pierwsza emisja cyfrowej waluty mogłaby nastąpić w 2029 roku.

Parlament Europejski w lipcu br. zgodził się na rozpoczęcie negocjacji z Radą UE w sprawie przepisów dotyczących cyfrowego euro. Negocjacje będą prowadzone z Radą UE, której pracom w drugiej połowie 2026 roku przewodniczy Irlandia.

Cyfrowe euro to unijny projekt, którego celem jest wprowadzenie cyfrowej formy pieniądza. Ma to być cyfrowa waluta emitowana przez EBC i dostępna dla wszystkich w strefie euro.

– Europa potrzebuje cyfrowego euro, ponieważ musimy zaradzić niedopuszczalnemu poziomowi zależności w obszarze płatności cyfrowych. Jesteśmy w 100 proc. zależni od dostawców spoza Unii Europejskiej oraz od decyzji podejmowanych poza nią – podkreśla Fernando Navarrete, hiszpański poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partido Popular oraz EPL, sprawozdawca, który będzie przewodniczył zespołowi negocjacyjnemu PE.

Cyfrowe euro ma być łatwe w użyciu i przystępne ze względu na podobieństwo do innych rozwiązań w zakresie płatności cyfrowych. Obywatele mają mieć dostęp do niego za pośrednictwem specjalnego rachunku w cyfrowym euro lub e-portfela, udostępnianych przez ich bank lub innego pośrednika. Utworzenie podstawowego portfela cyfrowego euro i korzystanie z niego będzie bezpłatne. Planuje się wprowadzenie limitu kwot cyfrowego euro, jakie osoby fizyczne mogą posiadać w danym momencie w swoim portfelu. Dzięki temu ma być wykorzystywane głównie jako środek płatniczy.

– Dane osobowe i prywatność stanowią najwyższy priorytet przy projektowaniu cyfrowego euro, dlatego przewidzieliśmy dwie różne funkcjonalności. Mamy wersję online, która bardziej przypomina to, co już znamy, na przykład systemy kartowe lub płatności natychmiastowe. Poziom prywatności jest nawet wyższy niż ten, który obowiązuje w przypadku porównywalnych cyfrowych środków płatniczych – tłumaczy hiszpański europoseł. – W przepisach przewidzieliśmy również możliwość stworzenia tzw. funkcjonalności offline, której poziom prywatności jest równoważny z poziomem zapewnianym przez gotówkę. Nie ma więc pośrednika, połączenia, rejestru. Cała transakcja odbywa się bezpośrednio między urządzeniami płatnika a odbiorcy. Nikt więc nie ma o tym wiedzy, ponieważ nie ma nikogo pośredniczącego.

Pośrednicy tacy jak np. banki mieliby dostęp do danych osobowych jedynie w zakresie wymaganym prawem unijnym, w tym m.in. przepisami o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Wykorzystywanie danych do celów komercyjnych wymagałoby wyraźnej zgody użytkowników.

Bezpieczeństwo cyfrowego euro to takie samo wyzwanie, przed jakim stoją inne cyfrowe środki płatnicze, np. systemy kartowe. Jako Parlament wymagamy od dostawcy, którym jest Europejski Bank Centralny, najwyższego poziomu odporności. Nie jest to jednak problem dotyczący wyłącznie cyfrowego euro. Dotyczy to wszystkich cyfrowych środków płatniczych. Odnosi się to również do bezpieczeństwa rachunków bieżących w kontekście depozytów bankowych oraz cyfrowych wersji innych narzędzi. Istnieją problemy związane z atakami hakerskimi, którymi należy się zająć, i właśnie dlatego mamy inne akty prawne UE, takie jak DORArozporządzenie poświęcone właśnie odporności operacyjnej – podkreśla Fernando Navarrete.

Unijne rozporządzenie DORA (Digital Operational Resilience Act), które zaczęło być stosowane w styczniu 2025 roku, ma na celu zapewnienie, że banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, firmy inwestycyjne i inne podmioty finansowe są gotowe wytrzymać zakłócenia w obszarze technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT), w tym m.in. cyberataki czy awarie systemów, reagować na nie i odzyskiwać sprawność po nich.

– Oczywiście standardy te są jeszcze wyższe w przypadku cyfrowego euro – mówi hiszpański polityk. – Jednak nic nie jest całkowicie odporne na awarie. Musimy inwestować i się uczyć. Nowe technologie rozwijają się tak dynamicznie, że dzisiejsze problemy nie będą problemami jutro. I właśnie tego wymaga prawodawstwo od EBC – ciągłego inwestowania w celu utrzymania odporności.

14 lipca br. EBC wybrał 36 dostawców usług płatniczych (PSP) z całej strefy euro do udziału w pilotażu cyfrowego euro. Ćwiczenie pilotażowe ma kluczowe znaczenie dla przetestowania funkcjonalności technicznej i procesów operacyjnych cyfrowego euro, a także dla udoskonalenia doświadczeń użytkowników. Ma się rozpocząć w drugiej połowie 2027 roku i potrwać rok. Pilotaż odbędzie się w EBC i 19 krajowych bankach centralnych w strefie euro.

Jak podkreśla europoseł, to od EBC zależy termin wprowadzenia cyfrowego euro. Szacuje się, że będą na to potrzebne 2,53 lata.

– Tyle potrzebujemy na opracowanie i przetestowanie infrastruktury, ponieważ na razie dysponujemy jedynie projektem tekstu prawnego, a następnie trzeba to zrealizować pod względem technicznym – jest to produkt wymagający intensywnego wykorzystania technologii informatycznych – oraz przetestować. Takie szacunki usłyszałem, gdy przedstawiciel EBC przybył do Parlamentu, aby wyjaśnić, jakie są ich plany. To w przybliżeniu przeniesie nas w okolice 2029–2030 roku – mówi Fernando Navarrete.

W swoim stanowisku PE podkreślił, że wszyscy dostawcy usług płatniczych, w tym banki, dostawcy pieniądza elektronicznego, urzędy pocztowe i regulowani dostawcy kryptowalut, mogliby dystrybuować cyfrowe euro w całej UE. Większość firm byłaby zobowiązana do jego akceptacji, a wyjątki dotyczyłyby osób samozatrudnionych oraz małych i mikroprzedsiębiorstw, które nie akceptują innych płatności cyfrowych.

Ten projekt jest w tej chwili dyskutowany w elitarnych gronach. Ktoś, kto dzisiaj już funkcjonuje na tym poziomie technicznego zaawansowania, jak banki, wielkie firmy, firmy informatyczne, już wdrożył to cyfrowe euro, w umowach o płatności są te kwestie uwzględnione. Natomiast moim zdaniem przeciętny Kowalski w Unii Europejskiej ma niską świadomość tego, jak to będzie działało i ma małą wiedzę o zagrożeniach – uważa Bogdan Rzońca, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości i EKR. – Parlament dąży do wprowadzenia cyfrowego euro, Komisja Europejska również, natomiast EKR nie jest entuzjastą tego rozwiązania. Uważamy, że może ono bardzo różnie zadziałać na przeciętnego mieszkańca Unii Europejskiej i przedsiębiorców.

Wśród obaw, o których mówi europoseł, pojawia się ryzyko związane z atakami hakerskimi, awariami, a nawet celowym blokowaniem środków.

My trochę protestujemy przeciwko cyfrowemu euro. Chcemy pozostawić do wyboru każdemu korzystanie z tych rozwiązań. Nie negujemy w całości wszystkich, ale uważamy, że sprowadzenie wszystkich operacji bankowych do cyfrowego euro ogranicza wolność obywateli – zaznacza polski europoseł. – Przede wszystkim mówi się o tym, że cyfrowe euro ograniczy pranie brudnych pieniędzy, wszystkie transakcje będą pod kontrolą, nie będzie różnego rodzaju kryminalnych sytuacji związanych z płatnościami, płaceniem poza rachunkiem czy fakturą. My to rozumiemy, ale też nie zgodzimy się na to, żeby każdy musiał korzystać z cyfrowego euro, skoro może z gotówki.

Zgodnie z projektem cyfrowe euro ma uzupełniać banknoty i monety, a nie je zastępować. W grę wchodzi zapewnienie dodatkowego wyboru przy dokonywaniu płatności. Jednocześnie gotówka jako środek płatniczy ma zostać zachowana.

– To obywatele Europy decydują, czy im się to podoba, czy nie. Dlatego to rozwiązanie wzmacnia wolność, ponieważ daje ludziom większy wybór i do nich należy decyzja o tym, czy z tego skorzystać – wskazuje Fernando Navarrete.

Jeden z wniosków Komisji Europejskiej w ramach pakietu jednolitej waluty, nad którym w lipcu głosował Parlament Europejski, dotyczył właśnie wzmocnienia gotówki. Zgodnie z proponowanymi zapisami kraje strefy euro byłyby zobowiązane do zapewnienia i regularnego monitorowania dostępności gotówki, szczególnie dla grup wrażliwych. Przedsiębiorstwa z kolei nie mogłyby zakazać używania gotówki. Z sierpniowego komunikatu EBC wynika, że w strefie euro 92 proc. firm posiadających fizyczne punkty sprzedaży akceptuje gotówkę, co czyni ją najpowszechniej akceptowaną formą płatności. Poziom ten odbił wyraźnie po spadku obserwowanym w okresie pandemii.

– Wzmacniamy oba rozwiązania, aby zapewnić obywatelom pełną dostępność obu opcji. Będzie to osobista, indywidualna decyzja. Być może trend w kierunku cyfryzacji będzie się utrzymywał lub nasilał, a może nie. Powtarzam, nie jest to decyzja narzucona z góry. Nie podejmujemy jej my, politycy, ale podejmujemy ją – jako konsumenci i sprzedawcy – poprzez codzienne decyzje – zapewnia europoseł sprawozdawca. – Z doświadczeń innych krajów, które w ostatnich latach bardzo szybko przeszły proces cyfryzacji, wynika, że obserwujemy niewielki powrót do gotówki. Jednak to zależy od decyzji ludzi. Nie jest to narzucane odgórnie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-o-krok,p2118947395

Bałtyk powoli umiera przez ścieki i nawozy. Ratunek wymaga działań w całej Polsce

0

Bałtyk należy do mórz najbardziej dotkniętych eutrofizacją, czyli przeżyźnieniem spowodowanym nadmierną zawartością fosforu i azotu. Choć dopływ tych substancji do akwenu w ostatnich dekadach wyraźnie się zmniejszył, stan ekosystemu nadal jest zły. Jego poprawa będzie wymagała dalszego ograniczania zanieczyszczeń, które pochodzą głównie z rolnictwa i gospodarki ściekowej.

Mówiąc bardzo prostym językiem, eutrofizacja to przeżyźnienie substancjami takimi jak fosfor i azot, naukowo nazywanymi biogenami. Te substancje są potrzebne do wegetacji, wzrostu roślinności, dlatego stosowane jako nawozy na polach, żeby roślinność lepiej rosła. Przy opadach deszczu spływają z wodą do rzek i tym systemem wodnym docierają do Bałtyku – mówi agencji Newseria Marcin Kotlarek, prezes Fundacji Race for the Baltic.

Drugie istotne źródło zanieczyszczeń azotem i fosforem to ścieki, przede wszystkim nieszczelne szamba. Tym sposobem glony i sinice dostają „nawóz” i rosną na potęgę.

W wodzie następuje zakwit glonów i sinic, w wyniku którego opadają na dno, rozkładają się i w tym procesie konsumują tlen. W związku z tym powstają strefy beztlenowe, co oznacza, że tam, gdzie opadną, nie ma życia. Powstają martwe strefy – wyjaśnia Marcin Kotlarek.

Szacuje się, że 94 proc. powierzchni Morza Bałtyckiego dotknięte jest eutrofizacją. W tym akwenie znajduje się siedem na 10 największych martwych stref na świecie. Stanowią one niemal 20 proc. jego powierzchni.

– Kiedy spojrzymy na mapę z lat 60., jedynie ok. 10 tys. km2 objęte było eutrofizacją i martwymi strefami. Dziś, gdy popatrzymy na mapy z zeszłego roku, to już jest 70 tys. km2. To jest praktycznie dwa razy powierzchnia Danii – podkreśla prezes Fundacji Race for the Baltic.

Morze Bałtyckie wyróżnia się mieszanką słonej i słodkiej wody. Jego niskie zasolenie wynika z dużego napływu słodkiej wody z 250 rzek, w tym ośmiu wielkich. Do tego dochodzi minimalna wymiana słonej wody z Morzem Północnym. Pełna wymiana wody w Bałtyku trwa ok. 30 lat. Problemem jest nie tylko niskie zasolenie, ale też niewielka głębokość morza. Średnia głębokość Bałtyku wynosi 52 m. Dla porównania Morze Śródziemne jest głębokie na ok. 1450 m.

Naukowcy wyznaczyli maksymalne ilości zanieczyszczeń, które mogą naturalnie dopływać do Bałtyku, po których będzie w stanie sam się naprawiać. Niestety wraz ze zmianami klimatycznymi, z następującym ociepleniem powietrza i podwyższeniem temperatury wody, ta linia cały czas się oddala. Maksymalna ilość dopuszczalna tego dopływu, wyznaczona kiedyś przy trochę chłodniejszym klimacie i wodzie, jest już za duża. Zatem jest to walka z czasem i ze zmianami klimatycznymi – tłumaczy Marcin Kotlarek.

Z raportu HELCOM wynika, że w latach 1995–2022 Polska zmniejszyła całkowity dopływ azotu do wszystkich podbasenów Bałtyku o 9–32 proc. Osiągnęła wymagany limit dopływu azotu dla wszystkich podbasenów poza Bałtykiem Właściwym, gdzie potrzebna jest jeszcze redukcja o 19 proc. W przypadku fosforu Polska ograniczyła jego dopływ do tego podbasenu o 28 proc. Nadal pozostaje on jednak znacznie powyżej ustalonego limitu. W całym Bałtyku w tym okresie znormalizowany całkowity dopływ azotu zmniejszył się o 11 proc., a fosforu o 32 proc.

Możemy sobie wyobrazić Bałtyk jako wannę, do której przez dziesiątki lat spływało bardzo dużo zanieczyszczonej wody. Nawet jeżeli teraz udaje nam się ograniczyć dopływ zanieczyszczeń, to odpowiedź tego ekosystemu jest w dłuższym terminie – wskazuje ekspert.

Jak podkreśla, eutrofizacja nie jest problem tylko Bałtyku, ale również polskich rzek i jezior. Ponad 3/4 z nich to wody eutroficzne, z nadmierną ilością fosforu i azotu.

Wody do Bałtyku trafiają w 80 proc. z Odry i Wisły, w 20 proc. z mniejszych rzek przymorza, typu Łeba czy Parsęta. Natomiast 98 proc. terenu Polski to jest zlewnia Morza Bałtyckiego. W związku z tym nawozy naturalne, które ciekną do gleby i wód w Wielkopolsce, na koniec trafiają do Warty, ta do Odry, która z kolei spływa do Morza Bałtyckiego. Podobnie ścieki z szamba z województwa podlaskiego trafiają do systemu rzecznego, który trafia do Wisły i do Morza Bałtyckiego – wyjaśnia Marcin Kotlarek.

Jak podkreśla, to pokazuje, że do zahamowania procesu eutrofizacji morza wymagane jest działanie na lądzie, często setki kilometrów od wybrzeża. Takie inicjatywy chce promować Fundacja Race for the Baltic, która stworzyła projekt „Bałtyk zaczyna się na lądzie”. Jego pierwszą odsłoną jest ogólnopolska kampania edukacyjna „Widzisz sinice?”.

Często jest tak, że nad morze jeździmy raz w roku, spędzamy tam tydzień lub dwa, i mamy tam do czynienia z zakwitem sinic. Jesteśmy źli na lokalną turystykę, samorządy, hotele. Natomiast tak naprawdę przyjeżdżając z centrum, południa czy każdego innego regionu Polski, to my na co dzień przyczyniamy się do tego, że plaże są zamknięte. To, co robimy w całej Polsce, która jest zlewnią Bałtyku, ma wpływ na to, co rzekami do niego trafia – podkreśla prezes Fundacji Race for the Baltic. – Ważne, żebyśmy wszyscy rozumieli związek między tym, co jest w morzu, a tym, co na co dzień robimy, jak gospodarujemy ściekami czy nawozami naturalnymi w firmach.

Celem fundacji jest doprowadzenie do redukcji dopływu fosforu o 500 ton do 2030 roku. 

– Pracujemy nad tym, żeby, po pierwsze, zredukować dopływ zanieczyszczeń z rolnictwa, ścieków i portów, w których następują przeładunki na przykład nawozów sztucznych, zbóż, towarów masowych – jeżeli nie są odpowiednio zabezpieczone, powodują zakwit glonów i sinic. Można pracować z rolnikami, samorządami, portami i firmami produkcyjnymi. To jest proces długotrwały, ponieważ proste rozwiązania, czyli inwestycje w duże oczyszczalnie ścieków, są już za nami – zaznacza Marcin Kotlarek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/baltyk-powoli-umiera,p55777953

Bałtyk się nie odbudowuje mimo ograniczeń połowów. Ochrona ekosystemu powinna iść w parze ze wsparciem dla rybaków

0

Mimo kilku lat obowiązywania zakazu ukierunkowanych połowów dorsza oraz kolejnych ograniczeń połowowych innych gatunków stan najważniejszych stad ryb w Bałtyku nadal się nie poprawia. Podczas niedawnej debaty w Parlamencie Europejskim poświęconej ocenie wspólnej polityki rybołówstwa Magdalena Adamowicz przekonywała, że dotychczasowe działania nie przyniosły oczekiwanych efektów. Europosłanka apelowała o bardziej kompleksowe podejście do ochrony Bałtyku oraz większe wsparcie dla rybaków.

Komisja Europejska rozpoczęła w tym roku ocenę obowiązującego od 2014 roku rozporządzenia w sprawie WPRyb. Ma ocenić, czy obowiązujące przepisy pozwalają jednocześnie chronić zasoby ryb i zapewniać trwałość ekonomiczną sektora oraz w jakim stopniu przyczyniły się do odbudowy stad ryb.

– W czerwcu odbyła się debata, podczas której praktycznie wszyscy europosłowie krytycznie oceniali dotychczasowe funkcjonowanie wspólnej polityki rybołówstwa. Mówiliśmy o jej ewaluacji, ale w przypadku Bałtyku tak naprawdę nie ma już czego ewaluować, bo Bałtyk umiera – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Magdalena Adamowicz, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej.

Połowy dorsza w Bałtyku od kilku lat są objęte bardzo surowymi ograniczeniami. Ukierunkowanych połowów dorsza wschodniego zakazano w 2019 roku, a dorsza zachodniego – w 2021 roku. Obecnie rybacy mogą zatrzymać jedynie niewielkie ilości dorsza złowionego jako przyłów podczas połowów innych gatunków. Ograniczenia objęły również część stad śledzia. Celem tych decyzji było zmniejszenie presji połowowej i stworzenie warunków do odbudowy najważniejszych stad ryb w Bałtyku, aby w przyszłości możliwe było prowadzenie zrównoważonych połowów. Międzynarodowa Rada Badań Morza (ICES) od 2019 roku nieprzerwanie zaleca zerowe połowy dorsza wschodniego, wskazując, że jego biomasa pozostaje poniżej poziomu umożliwiającego odbudowę stada. Podobnie w przypadku dorsza zachodniego w najnowszych zaleceniach ICES również rekomenduje utrzymanie zerowych połowów.

– Przez lata nakładaliśmy restrykcje, obostrzenia na rybaków, cięliśmy koszty, ale to nic nie zmieniło, nie przybyło nam ani dorsza, ani śledzia. Widać, że gdyby każdy kraj działał sam, to sobie nie poradzi, dlatego musimy jako Europa działać wspólnie – przekonuje Magdalena Adamowicz.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że w przeciwieństwie do większości unijnych łowisk Bałtyk nie odnotował znaczącej odbudowy najważniejszych stad ryb. W latach 2003–2024 udział przełowionych stad w północno-wschodnim Atlantyku zmniejszył się z 67,5 proc. do 31 proc., a biomasa stad wzrosła o ok. 37 proc. Poprawę osiągnięto dzięki ograniczeniu presji połowowej, lepszemu monitorowaniu i ustalaniu limitów zgodnie z zaleceniami naukowców.

Komisja Europejska podkreśla, że w przypadku Bałtyku o stanie stad ryb decydują nie tylko połowy. Odbudowę zasobów coraz silniej ograniczają również pogarszające się warunki środowiskowe, w tym eutrofizacja, niedobory tlenu w wodzie i zmiana klimatu. Oznacza to, że skuteczna odbudowa zasobów ryb wymaga działań wykraczających poza samo zarządzanie połowami oraz lepszego powiązania polityki rybołówstwa z ochroną ekosystemów morskich.

– Wezwałam Komisję do konkretnych działań. Po pierwsze, żeby uelastycznić fundusze na rekompensaty i na przekwalifikowanie dla naszych rybaków, i po drugie, żeby spojrzeć na wspólną politykę rybołówstwa bardziej ekosystemowo. Patrząc na politykę morską, mamy dwa człony – ekosystem i rybołówstwo. Myśląc tylko o ekosystemie, nie możemy zapominać o rybakach i ich rodzinach – ocenia europosłanka.

Polska w stanowisku przekazanym Komisji Europejskiej również opowiada się za zmianami w WPRyb. Resort rolnictwa wskazuje, że obecne przepisy nie odpowiadają wyzwaniom, z którymi mierzy się sektor na Bałtyku. Oprócz niskiej biomasy ryb problemami są także rosnące koszty paliwa, zmiany klimatu, skomplikowane regulacje, brak odnowy pokoleniowej oraz coraz większe trudności z utrzymaniem rentowności gospodarstw rybackich. Polskie rybołówstwo opiera się głównie na małych, rodzinnych jednostkach, dlatego jest szczególnie podatne na skutki kryzysu. Według MRiRW przyszła polityka powinna zapewniać prostsze i bardziej elastyczne przepisy, większe wsparcie finansowe, modernizację floty oraz inwestycje w transformację energetyczną, aby lepiej łączyć ochronę środowiska z bezpieczeństwem ekonomicznym rybaków.

– Zawód rybaka, szczególnie na Morzu Bałtyckim, zaczyna wymierać. Wielu rybaków musiało zezłomować swoje kutry. Tymczasem wzdłuż linii brzegowej powstają liczne bary, budki, stragany, gdzie zatruwamy środowisko, smażąc ryby, które przybyły z drugiego końca świata – mówi Magdalena Adamowicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/baltyk-sie-nie,p64313837

F-35 to dopiero początek modernizacji floty. Ekspert: Polska potrzebuje samolotów przewagi powietrznej

0

 Polska będzie potrzebować kolejnych samolotów bojowych, jeśli chce uzyskać dominację w powietrzu nad własnym terytorium – przekonuje mjr rez. Robert Gałązka, pilot i instruktor. Jak podkreśla, zakup F-35, czyli platform wielozadaniowych, znacząco zwiększa zdolności Sił Powietrznych, jednak nie kończy procesu ich modernizacji. O kolejnych zakupach powinny przesądzać długofalowa strategia rozwoju lotnictwa oraz jasno określona rola poszczególnych typów maszyn w systemie obrony państwa.

– Chciałbym, żeby w Polsce powstała debata i żeby było jasno przedstawione społeczeństwu, dlaczego kupujemy dany sprzęt. F-16 zostały kupione w przetargu, każdy wiedział, dlaczego ten system uzbrojenia został zakupiony, co się z tym wiąże i jaka jest korzyść dla przemysłu, Sił Powietrznych RP i ogólnie Sił Zbrojnych RP. Tak samo było z M-346 jako samolotem szkolenia zaawansowanego, ale już takie platformy jak FA-50 i F-35 zostały kupione bez przetargu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria mjr rez. Robert Gałązka, pilot, instruktor i ekspert w zakresie lotnictwa wojskowego. – Chciałbym usłyszeć, jaki plan mają Siły Powietrzne RP na te platformy i jak zamierzają je wykorzystać w obliczu nowych wyzwań dla bezpieczeństwa. Okres konfliktów asymetrycznych chyba się zakończył. Jesteśmy państwem frontowym, graniczymy z Federacją Rosyjską i musimy myśleć o tym, jak się przygotować na najbliższe 10–15 lat. Chciałbym widzieć kompleksowy plan i jasno wytyczone cele.

Polska rozpoczęła odbiór zamówionych w 2020 roku 32 wielozadaniowych samolotów F-35A Lightning II. Kontrakt o wartości 4,6 mld dol. podpisano w procedurze Foreign Military Sales, bez przetargu i bez umowy offsetowej. Obowiązujący „Program Rozwoju Sił Zbrojnych na lata 2025–2039” zakłada pozyskanie kolejnych 32 samolotów bojowych. Szef Sztabu Generalnego WP gen. Wiesław Kukuła wskazywał w ostatnich tygodniach, że wojsko jest zainteresowane wyłącznie samolotami piątej generacji lub nowszymi. Kolejne kontrakty obejmą nie tylko zakup samolotów, ale także uzbrojenie, pakiety szkoleniowe oraz udział krajowego przemysłu.

– F-35 jest na pewno dobrym zakupem, dlatego że jest to samolot nowej generacji i daje nowe możliwości Siłom Powietrznym i Siłom Zbrojnym jako całości – podkreśla pilot. – Kwestia jest tylko taka, ile potrzebujemy tych samolotów i co się z tym wiąże, jaki jest pakiet uzbrojenia, pakiet szkoleniowy i offset dla przemysłu. Na pewno potrzebujemy o wiele więcej platform samolotów bojowych, jeżeli chcemy posiadać możliwości dominacji powietrznej na własnym terytorium. Czyli potrzebujemy lotnictwa myśliwskiego, żeby to osiągnąć, a tego nie mamy – na razie mamy lotnictwo wielozadaniowe.

W czerwcu Business Centre Club skierował do najwyższych władz państwowych odezwę dotyczącą struktury kolejnych zakupów samolotów bojowych dla Sił Powietrznych RP. Organizacja skupiła się na kilku podstawowych kwestiach, m.in. dywersyfikacji posiadanego rodzaju maszyn ze względu na ich przeznaczenie do różnych działań oraz dostępności i niezawodności sprzętu. Choć nie kwestionuje zakupu F-35 jako samolotu piątej generacji, wskazuje jednak, że żadna armia nie buduje lotnictwa wyłącznie wokół jednego typu maszyny. Zdaniem organizacji przyszła flota powinna łączyć samoloty wielozadaniowe z wyspecjalizowanymi myśliwcami przewagi powietrznej, co ma zapewnić większą elastyczność operacyjną i odporność na wyczerpywanie środków bojowych niż opieranie zdolności lotnictwa wyłącznie na jednym typie samolotu.

Gdyby mnie zapytano 15 lat temu, to bym powiedział, że potrzebujemy 300 samolotów F-16 i damy sobie radę. W tej chwili zmieniłem zdanie ze względu na to, co się dzieje za naszymi granicami. Dlatego też budujemy zintegrowany system obrony powietrznej Wisła, Narew, Pilica, San, ale częścią systemu obrony powietrznej jest też lotnictwo bojowe. Lotnictwo wielozadaniowe powstało ze względu na to, że wtedy był jednobiegunowy świat i generalnie nikt nie przewidywał, że będą symetryczne konflikty zbrojne – wyjaśnia mjr rez. Robert Gałązka.

Część państw, m.in. Niemcy i Wielka Brytania, utrzymuje obok platform wielozadaniowych również wyspecjalizowane samoloty przewagi powietrznej, przeznaczone do zdobywania dominacji w powietrzu. Takie zróżnicowanie floty zwiększa możliwości operacyjne i ma szczególne znaczenie dla Polski, która nie dysponuje tzw. głębią operacyjną, czyli – jak wskazują eksperci – zagrożenie znajduje się bezpośrednio na naszej granicy, która jest w odległości 150 km od stolicy. 

– Jeżeli chcemy obronić Rzeczpospolitą, to musimy jednak mieć dominację w powietrzu nad własnym terytorium w celu nieskrępowanego manewru wojsk własnych. Po II wojnie światowej nie było konfliktu zbrojnego, w którym zwycięska strona nie posiadała dominacji w powietrzu. Jest więc ona koniecznym elementem, żeby osiągnąć zwycięstwo – wskazuje ekspert w zakresie lotnictwa wojskowego. – Brakuje nam platformy, która jest wyspecjalizowana w dominacji w powietrzu lub jej wywalczaniu. Obecnie mamy po zachodniej stronie F-22, F-15C, F-15EX i europejskiego Eurofightera. Potrzebujemy efektora, czyli rakiety dalekiego zasięgu, która będzie w stanie odsunąć potencjalnego przeciwnika od polskich granic.

Business Centre Club zwraca także uwagę na to, by zakupy sprzętu dla armii pobudzały polską gospodarkę.

Niezależnie jaki to jest zakup, Polska powinna przede wszystkim dążyć do tego, żeby część offsetowa osadzała się w polskim przemyśle obronnym. Kiedyś nawet było tak, że offsety wychodziły całkowicie poza polski przemysł obronny, nie były z nim związane. Dzisiaj jest inaczej, ale to nie znaczy, że jesteśmy w stanie na etapie kontraktu wynegocjować najlepsze warunki, bo trzeba patrzeć na cały cykl życia produktu, od zakupu samolotu bojowego po uzupełnienie części i szkolenia, tzw. MRO, czyli wsparcie techniczne dla modernizacji samolotów czy innego rodzaju uzbrojenia. Musimy więc patrzeć na cały cykl życia produktu i odpowiednio fazować cały offset – powiedział prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista BCC, podczas niedawnej debaty „Druga transza samolotów bojowych dla RP: zdolności, pieniądze, przemysł”.

BCC postuluje przeprowadzenie publicznej debaty przed podjęciem decyzji o kolejnym kontrakcie oraz uwzględnienie przy wyborze nowych platform nie tylko ich zdolności bojowych, ale także udziału polskiego przemysłu, transferu technologii, kosztów eksploatacji, pakietu uzbrojenia i systemu szkolenia. BCC przypomina również, że decyzje dotyczące kolejnych zakupów mogą mieć znaczenie dla udziału Polski w programie myśliwca szóstej generacji GCAP, rozwijanym przez Wielką Brytanię, Włochy i Japonię.

Modernizacja Sił Powietrznych oznacza nie tylko zakupy nowych samolotów, ale również konieczność przygotowania odpowiednio licznej kadry pilotów i personelu technicznego. Polska równocześnie wdraża do służby nowe typy statków powietrznych, w tym FA-50 i F-35, co zwiększa zapotrzebowanie na wyszkolone załogi, instruktorów oraz personel techniczny.

– Ostatnie zakupy nowego sprzętu i nowych platform wymagają odpowiedniego personelu. W Dęblinie działa bardzo nowoczesny system szkolenia pilotów odrzutowych oparty na samolocie M-346. Trzeba go po prostu zeskalować i szkolić więcej pilotów – podkreśla mjr rez. Robert Gałązka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/f35-to-dopiero-poczatek,p205318459

Wykształcenie wyższe i doświadczenie zawodowe coraz słabiej przekładają się na zarobki. Wpływają na to demografia i technologia

0

Dyplom szkoły wyższej i staż pracy dają mniejszą przewagę płacową niż 20 lat temu – wynika z analizy badaczek z Uniwersytetu Łódzkiego. Na ten spadek wpływ miały m.in. rosnąca liczba absolwentów szkół wyższych i zmiany demograficzne, ale także dynamiczny wzrost płacy minimalnej, za którym nie podążyły pozostałe wynagrodzenia na rynku. Badanie wskazuje, że malejące znaczenie edukacji i doświadczenia sugeruje, że tradycyjne miary kapitału ludzkiego tracą na znaczeniu.

– Nasze badania pokazują, że w ciągu ostatnich 20 lat premia za wykształcenie wyższe spadła o kilka–kilkanaście procent, w zależności od badanej grupy. Generalnie tendencja jest malejąca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr hab. Aleksandra Majchrowska, prof. UŁ, adiunkt w Katedrze Makroekonomii Uniwersytetu Łódzkiego. 

Analiza przedstawiona podczas VI Kongresu Statystyki Polskiej wykazała, że średnia stopa zwrotu z edukacji obniżyła się z 17,2 proc. w 2004 roku do 15,5 proc. w 2024 roku. Spadek był szczególnie wyraźny wśród kobiet. W 2018 roku nastąpiło odwrócenie relacji płciowych – od tego momentu kobiety zaczęły osiągać niższe zwroty z edukacji niż mężczyźni. Również w przypadku premii za doświadczenie zawodowe kobiety odczuły silniejszy spadek.

– Wyniki pokazują, że wzajemna zastępowalność kobiet na rynku pracy jest zdecydowanie wyższa niż mężczyzn. To może być po części tłumaczone tym, że mężczyźni mają różny profil kwalifikacji, częściej wybierają kierunki techniczne, a ich kwalifikacje zawodowe są trudniejsze do zastąpienia przez inną osobę. Kobiety, które kończą kierunki ekonomiczne, również kierunki „miękkie”, mają podobny profil i tym samym z punktu widzenia rynku pracy są bardziej do siebie podobne i możliwe do zastąpienia – zaznacza badaczka w Katedrze Makroekonomii UŁ.

Analiza według poziomów wykształcenia pokazuje, że choć najwyższe premie dotyczą wykształcenia wyższego, to obserwowany jest ich spadek. Jednocześnie relatywnie wyższe pozostają zwroty z edukacji zawodowej w porównaniu z ogólną na poziomie średnim.

W naszym badaniu próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie, z czego wynikał obserwowany spadek premii za wyższe wykształcenie. Wnioski pokazują, że są dwa czynniki. Pierwszym jest zmiana relatywnej podaży pracy osób z wyższym wykształceniem. W ciągu ostatnich 20 lat na rynek pracy weszło bardzo dużo absolwentów szkół wyższych, w szczególności w grupie kobiet. Wzrosła relatywna podaż pracy osób z wykształceniem wyższym w stosunku do podaży pracy osób z wykształceniem średnim – wyjaśnia prof. Aleksandra Majchrowska.

Drugim czynnikiem wyjaśniającym spadek premii za wykształcenie są zmiany demograficzne.

– W powiązaniu ze zmianami strukturalnymi, komputeryzacją i standaryzacją zajęć powodują one, że pracownicy z danym poziomem wykształcenia stają się bardziej wzajemnie zastępowalni. Przykładowo młoda osoba jest prawie doskonałym substytutem osoby z pięcio-, dziesięcio- czy dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym – tłumaczy badaczka z Uniwersytetu Łódzkiego.

Premia za doświadczenie zawodowe między 2004 a 2024 rokiem zmniejszyła się z 16,1 proc. do 11,2 proc.

– Doświadczenie zawodowe przestaje mieć znaczenie. Kiedyś osoby z piętnasto-, dwudziestoletnim dostawały za nie premię. W tym momencie ze względu na standaryzację zadań wykonywanych w pracy ta premia ulega zmniejszeniu – podkreśla Aleksandra Majchrowska.

Wskazuje na jeszcze jeden istotny czynnik, który wpływa na średnią stopę zwrotu z edukacji i doświadczenia zawodowego, czyli na płacę minimalną. Na przestrzeni ostatnich 22 lat jej wysokość znacząco wzrosła. W 2004 roku wynosiła 824 zł brutto miesięczne, w 2020 roku – 2,6 tys. zł, a obecnie – nieco ponad 4,8 tys. zł.

Płaca minimalna ma ogromne znaczenie. Płace osób z wykształceniem średnim i wyższym nie nadążały, nie rosły w tym samym tempie. To spowodowało bardzo silne spłaszczenie rozkładu wynagrodzeń w Polsce – tłumaczy ekspertka. – Dane GUS dotyczące rozkładu wynagrodzeń pokazują, że obecnie 70 proc. osób zatrudnionych zarabia niewięcej niż dwukrotność płacy minimalnej. Kiedyś osoba z wykształceniem wyższym zarabiała trzy- lub czterokrotność płacy minimalnej. Silny wzrost płacy minimalnej i wolniejsze tempo wzrostu płac osób z wykształceniem wyższym spowodowały, że teraz jest dwu- albo dwuipółkrotność.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wyksztalcenie-wyzsze-i,p98018137

Polska branża olejarska traci konkurencyjność. Niedobór rzepaku coraz większym problemem dla krajowych zakładów

0

Potencjał polskich zakładów olejarskich przekracza 4,1 mln t nasion roślin oleistych rocznie, jednak nie jest w pełni wykorzystywany. Branża od blisko dwóch lat zmaga się z pogarszającą się rentownością, na co wpływają ograniczona dostępność krajowego rzepaku, wysokie koszty energii, presja cenowa ze strony sieci handlowych oraz rosnący import oleju rzepakowego z Ukrainy. Przedstawiciele branży oceniają, że bez zmian warunków funkcjonowania zakłady będą stopniowo tracić konkurencyjność.

 Aktualna sytuacja ekonomiczna polskich przetwórców nasion roślin oleistych, a więc głównie rzepaku, niestety nie jest dobra. Od dwóch lat widzimy postępującą erozję, jeżeli chodzi o sukces ekonomiczny tego typu przedsięwzięć – mówi agencji Newseria Adam Stępień, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju (PSPO).

Polska jest trzecim producentem rzepaku w Unii Europejskiej – po Francji i Niemczech – i odpowiada za ok. 20 proc. unijnej produkcji. Według danych PSPO krajowe zakłady mogą przerabiać ponad 4,1 mln t nasion roślin oleistych rocznie, ale zbiory rzepaku są jednak niższe – w 2025 roku wyniosły ok. 3,6 mln t. Przy obecnej skali produkcji krajowe zbiory nie pozwalają więc w pełni wykorzystać potencjału polskich tłoczni, dlatego część zapotrzebowania na surowiec musi być pokrywana importem.

 Mamy więc tutaj istotne ograniczenia w produktywności. Patrząc na dane kwartalne, obserwujemy to już od kilku miesięcy, zaczynamy tracić na konkurencyjności w związku z deeskalacją przerobu w Polsce. Przypomnę, że jest to kilkanaście dużych fabryk, które łącznie przerabiają ponad 3,6 mln t surowców, a moglibyśmy ponad 4 mln – tłumaczy Adam Stępień.

Według wstępnych danych ARiMR powierzchnia zasiewów rzepaku pod tegoroczne zbiory wynosi ok. 1 mln ha i jest o 93 tys. ha mniejsza niż przed rokiem. Krajowe Zrzeszenie Producentów Rzepaku i Roślin Białkowych oraz Polskie Stowarzyszenie Producentów Oleju szacują, że tegoroczne zbiory wyniosą ok. 2,8–3,2 mln t, co może zwiększyć deficyt surowca dla krajowego przemysłu nawet do 1,3 mln t. Organizacje branżowe wskazują również, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że Polska spadnie w tym roku z trzeciego na czwarte miejsce wśród producentów rzepaku w Unii Europejskiej. Wyprzedzić ją może Rumunia, gdzie powierzchnia upraw systematycznie rośnie, a prognozy plonów są korzystniejsze.

Obie organizacje podkreślają konieczność weryfikacji zakazu importu rzepaku z Ukrainy, który mógłby potencjalnie uzupełnić część niedoboru. Jak podkreśla dyrektor PSPO, problem w tym, że obowiązujący od kwietnia 2023 roku zakaz importu do Polski m.in. ukraińskiego rzepaku nie obejmuje produktów jego przetwórstwa, w tym oleju rzepakowego. Jednocześnie Ukraina systematycznie zwiększa moce przerobowe i eksport gotowych produktów do Unii Europejskiej, korzystając z rosnącego przerobu krajowego rzepaku.

 To powoduje, że niedobory rzepaku i jego produktów, które są problemem ogólnoeuropejskim, są uzupełniane gotowym produktem z Ukrainy, zamiast czerpać tę wartość dodaną z przerobu i produkcji przemysłowej na terenie Unii Europejskiej. Przy różnicach w kosztach przerobu i zakupu energii stoimy na straconej pozycji – podkreśla ekspert. – Import z krajów trzecich produktów przetwórstwa nasion roślin oleistych, takich jak olej, ale także śruta, stanowi bardzo istotny problem dla utrzymania konkurencyjności.

Adam Stępień wskazuje, że na opłacalność produkcji wpływa także trwająca od wielu miesięcy wojna cenowa pomiędzy sieciami detalicznymi, które prześcigają się w promocjach na olej rzepakowy. To – jak ocenia – skutkuje drastyczną erozją marż.

– Najistotniejszą kwestią nie jest koszt zakupu surowca, tylko jego skorelowanie z cenami oleju, który jest naszym podstawowym produktem. Niestety często się zdarza, że cena oleju nie rośnie adekwatnie do ceny kupowanego surowca, a ta dysproporcja powoduje, że opłacalność jest mocno ograniczana – mówi przedstawiciel PSPO.

Według danych Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej średnia cena zakupu rzepaku w Polsce na początku lipca wyniosła 2318,84 zł za tonę. Była o 3,7 proc. wyższa niż miesiąc wcześniej i o 1,8 proc. wyższa niż przed rokiem.

Problemy branży wynikają nie tylko z sytuacji rynkowej. Przedstawiciele sektora zwracają uwagę również na obowiązujące regulacje dotyczące wykorzystania rzepaku do produkcji biopaliw oraz ograniczone możliwości zwiększania krajowego zużycia oleju spożywczego.

 Największymi barierami rynkowymi dla dalszego rozwoju branży olejarskiej w Polsce jest przede wszystkim limit dla surowców rolnych, które mogą być wykorzystywane przez branżę biokomponentową. Polska jest dużym producentem biodiesla, wykorzystujemy na cele biopaliwowe ponad milion ton oleju rzepakowego, co w przełożeniu daje prawie 2,5 mln t nasion roślin oleistych, rzepaku. Mamy ograniczenie wynikające z przepisów dyrektywy europejskiej RED II. To jest bariera, która powoduje, że nie jesteśmy w stanie więcej ugrać na tym rynku – ocenia Adam Stępień.

Obowiązująca w Unii Europejskiej dyrektywa w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych (RED II) utrzymuje limit udziału biopaliw wytwarzanych z roślin spożywczych i paszowych w realizacji celów OZE w transporcie. Jednocześnie UE promuje zwiększanie znaczenia biopaliw produkowanych z surowców odpadowych i pozostałości.

 Drugą zasadniczą barierą jest absorpcja oleju na cele spożywcze. Ten rynek jest bardzo ustabilizowany i co roku od wielu lat potrzebujemy 1–1,2 mln t rzepaku na cele spożywcze. W przeliczeniu to ok. 400 tys. t oleju. Ta konsumpcja nie rośnie, w związku z czym potrzeba dywersyfikacji. Możliwości surowcowe w tym zakresie są dosyć istotne, jeżeli chodzi o biopaliwa – mówi dyrektor generalny PSPO. – Szukałbym przede wszystkim nowych kierunków rynkowych, które będą wprost determinować opłacalność. Ewentualnym rozwiązaniem, które warto byłoby w trybie pilnym uruchomić, są rekompensaty dla sektorów energochłonnych. Takie możliwości daje również prawo europejskie.

System rekompensat dla przedsiębiorstw energochłonnych funkcjonuje już w Polsce dla części gałęzi przemysłu szczególnie narażonych na wysokie ceny energii i koszty pośrednie wynikające z systemu ETS. Branża olejarska postuluje objęcie tym mechanizmem również zakładów przetwarzających nasiona roślin oleistych.

 Koszty energii w Polsce bardzo istotnie wpływają na wynik ekonomiczny olejarni. Oczekujemy, że Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które już od dłuższego czasu pracuje nad systemem wsparcia dla sektorów energochłonnych, wreszcie podejmie ten temat w praktyce, przeciwstawiając się tym trendom, które powodują, że europejski przemysł ma bardzo pod górkę w konkurencji z innymi regionami świata – wskazuje Adam Stępień.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-branza-olejarska,p767590731

Rejestry administracyjne pomogą dokładniej policzyć ludność. GUS testuje nowe metody badania

0

Z eksperymentalnego badania Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na koniec 2025 roku w Polsce przebywało 38,8 mln osób, w tym ok. 2,3 mln cudzoziemców. Do badania wykorzystano jednostkowe dane pochodzące z rejestrów administracyjnych i różne metody ich integracji. Wkrótce będą one wykorzystywane szerzej, ponieważ zgodnie z unijnym rozporządzeniem ESOP od 2028 roku zaczną obowiązywać nowe zasady sporządzania europejskich statystyk ludnościowych.

– Wyniki eksperymentalnego badania pokazały, że według stanu na koniec 2025 roku w Polsce przebywało 38,8 mln osób, o 40 tys. więcej rok do roku. Oszacowaliśmy liczbę cudzoziemców na ok. 2,3 mln. Jeśli zestawimy to z danymi z 2024 roku, to oznacza wzrost o ok. 215 tys. osób. Największe skupiska cudzoziemców są oczywiście w województwie mazowieckim i dolnośląskim – mówi agencji Newseria Joanna Hausman-Czerwińska, dyrektorka Departamentu Integracji i Zarządzania Danymi w Głównym Urzędzie Statystycznym, odpowiedzialna za opracowanie merytoryczne badania.

Badanie wskazuje także, że w miastach wojewódzkich – według stanu na 31 grudnia 2025 roku – przebywało łącznie 8 mln osób, czyli 20 proc. ogółu ludności. Najwięcej w Warszawie – ponad 2 mln osób, z czego ok. 300 tys. to cudzoziemcy. W stolicy ich udział w liczbie ludności wyniósł 14,5 proc., we Wrocławiu było to 19,5 proc., w Poznaniu – 12,5 proc., a w Krakowie – 11,3 proc. Prawie trzy czwarte z 2,3 mln osób posiadających obce obywatelstwo stanowili obywatele Ukrainy.

Eksperymentalna analiza dostarczyła także danych na temat struktury wiekowej osób przebywających w poszczególnych regionach w Polsce. Wynika z nich m.in., że w większości gmin udział w populacji dzieci do 14. roku życia był niższy niż osób 60+. Tylko w 73 gminach (3 proc.) był on wyższy, a w kolejnych 47 (niecałe 2 proc. ogółu) był na zbliżonym poziomie.

GUS zastrzega, że przedstawione informacje nie są oficjalnymi statystykami dotyczącymi liczby ludności w Polsce i nie należy ich porównywać z oficjalnymi danymi o ludności publikowanymi przez urząd. Wynika to z eksperymentalnego charakteru badania, które zostało w całości oparte na rejestrach administracyjnych. Głównymi źródłami danych były m.in. Powszechny Elektroniczny System Ewidencji Ludności, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, Narodowy Fundusz Zdrowia, Urząd do Spraw Cudzoziemców, a także ministerstwa: nauki, rodziny i pracy oraz edukacji. Badacze szukali w nich tzw. śladów życia.

– To są rejestry, które wyselekcjonowaliśmy jako najbardziej aktualne i najlepsze jakościowo. Po ich integracji i wcześniejszym zestandaryzowaniu przyjęliśmy założenie, że daną osobę zaliczymy do populacji według śladów życia, jeśli wykazuje aktywność w co najmniej dwóch źródłach administracyjnych. Czyli musi mieć numer PESEL i później szukamy jej w jeszcze jednym źródle administracyjnym. Jeśli taka osoba na danym obszarze przebywa i pracuje, to musi płacić podatki, czyli jest oznaczona w Krajowej Ewidencji Podatników. Dzieci chodzą do szkoły, więc występują w systemie SIO. Jeśli ktoś jest ubezpieczony, mamy zbiory ubezpieczonych, ktoś jest emerytem, rencistą, więc dostaje świadczenia. To już jest dla nas podstawa, żeby taką osobę zakwalifikować do populacji celu – wyjaśnia Joanna Hausman-Czerwińska.

Jak podkreśla, ślady życia to informacje potwierdzające aktywność danej osoby na danym terenie, w jej centrum życia.

Główny Urząd Statystyczny od dawna prowadzi badania eksperymentalne i integracja rejestrów administracyjnych jest absolutną podstawą. Są ich setki i są przede wszystkim bezpłatne, więc nie musimy angażować środków – wskazuje dyrektorka Departamentu Integracji i Zarządzania Danymi w GUS. – W naszym badaniu kluczowe jest właśnie to, że te dane możemy analizować na obwody i rejony spisowe. Granularność tych danych jest bardzo duża, możemy prezentować je w siatce kilometrowej.

Jak dodaje, integracja rejestrów administracyjnych jest przyszłością i to nie tak odległą. Od 2028 roku w krajach Unii Europejskiej zaczną obowiązywać nowe zasady sporządzania europejskich statystyk dotyczących ludności i mieszkań. Wynikają one z rozporządzenia ESOP, które m.in. ujednolica definicje i zakres danych przekazywanych przez państwa członkowskie.

Nasze nowe badanie to jest taki trening, który ma silne założenia metodologiczne do tego, żeby wykorzystać nasze doświadczenia w pracach ESOP-owych. I tak będzie się działo. Tylko trzeba dołożyć jeszcze inne założenia. Naszym głównym założeniem było to, żeby obliczyć populację, liczbę ludności, więc nie skupialiśmy się na tym, czy ta osoba przebywa tutaj krótko, czy długo, to nie było naszym celem – wyjaśnia Joanna Hausman-Czerwińska.

Do tej pory statystyki ludnościowe były publikowane według dwóch obowiązujących kategorii: ludności krajowej i rezydującej, które bazowały na wynikach z ostatniego spisu powszechnego. Polegało to na tym, że w kolejnych latach dodawaliśmy urodzenia, odejmowaliśmy zgony, uwzględnialiśmy imigrację i emigrację, i w ten sposób liczba ludności była publikowana. Nie uwzględnialiśmy wielu osób, które były za granicami Polski długotrwale, ani tych, które były w Polsce, ale nie było ich w rejestrach. Te informacje bazują na zdarzeniach udokumentowanych, w urzędach stanu cywilnego – mówi dr Anita Abramowska-Kmon, dyrektorka Departamentu Badań Demograficznych GUS.

Rozporządzenie ESOP, czyli European Statistics on Population and Housing, ma pomóc stworzyć jeden wspólny system europejskich statystyk dotyczących ludności i mieszkań. Dzięki temu dane mają być lepiej porównywalne, bardziej aktualne i szczegółowe.

– Musimy dokładniej raportować liczbę ludności, ale też jej strukturę w ujęciu regionalnym, łącznie z niskim poziomem, czyli na siatce kilometrowej. Oznacza to, że musimy trochę inaczej podejść do obliczania liczby ludności. Sugerowane jest wykorzystanie przede wszystkim danych pochodzących z rejestrów administracyjnych. Możemy też wykorzystywać inne źródła danych, np. pochodzących od firm prywatnych lub z rejestrów innych krajów o Polakach – wymienia dr Anita Abramowska-Kmon.

Jak podkreśla, zmiana podejścia wiąże się z poważnym wyzwaniem dla GUS. W związku z tym przygotowania już się rozpoczęły i są na dość zaawansowanym etapie.

– Największym wyzwaniem są oczywiście osoby, które, po pierwsze, są cudzoziemcami i nie mamy o nich dokładnych informacji, czyli mają nieuregulowany status. To musimy jakoś metodologicznie rozwiązać i prace nad tym tematem też trwają. Kolejna kwestia to osoby, które przebywają np. w gospodarstwach zbiorowych. Do tej pory informacje o tych osobach były publikowane tylko na podstawie danych ze spisu, a będziemy musieli publikować je corocznie, więc musimy zbierać o nich informacje – podkreśla dyrektorka Departamentu Badań Demograficznych GUS. – Poza tym musimy uwzględniać długość pobytu w Polsce, i to ma być co najmniej 12 miesięcy na danym terenie, a także musimy uwzględniać te osoby, które długotrwale, czyli co najmniej 12 miesięcy, przebywały poza krajem.

Bardziej dokładne i aktualne dane o liczbie i strukturze ludności mają być wykorzystywane m.in. do prognozowania zmian demograficznych i planowania usług publicznych, takich jak edukacja, ochrona zdrowia czy transport.

– Dane ludnościowe, obecne i pochodzące z prognoz demograficznych, są potrzebne do przygotowania strategii rozwoju gmin czy miast. Są wykorzystywane w wielu ministerstwach, w wielu strategiach. Występują w ponad 100 ustawach w naszym kraju. Od tych informacji są uzależnione chociażby subwencje, które gminy dostają na różne cele. Żeby podział środków był sprawiedliwszy, liczba ludności powinna być odpowiednio raportowana, żebyśmy przygotowywali polityki, które będą jak najbardziej adekwatne do tego, co jest, i tego, co nas czeka w przyszłości – podkreśla dr Anita Abramowska-Kmon.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rejestry-administracyjne,p101164835

Polska wzmacnia kompetencje w sektorze kosmicznym. Misja IGNIS przynosi pierwsze efekty

0

Misja IGNIS przynosi pierwsze wymierne efekty. Technologiami testowanymi podczas lotu Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego na Międzynarodową Stację Kosmiczną interesuje się m.in. wojsko. Proces przygotowań do misji i jej organizacja przyczyniły się do rozwoju kompetencji polskiego sektora kosmicznego. Dzięki temu Polska ma dziś większe szanse na udział w ambitnych programach realizowanych przez Europejską Agencję Kosmiczną. Wzrosło także zainteresowanie młodych ludzi naukami technicznymi.

– Ta misja była ogromnym sukcesem zarówno pod kątem technologicznym, naukowym, jak i edukacyjnym. Już mamy pierwsze wymierne efekty tej misji, związane z większym zainteresowaniem młodzieży i osób dorosłych naukami technicznymi, a także z wykorzystaniem wyników eksperymentów, na przykład przez Siły Zbrojne RP – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Aleksandra Bukała, szefowa misji IGNIS i ekspertka PIAP Space.

Misja IGNIS była pierwszą polską misją technologiczno-naukową na Międzynarodową Stację Kosmiczną, realizowaną w ramach komercyjnej misji Axiom Mission 4 (Ax-4) Europejskiej Agencji Kosmicznej. Polski astronauta dr Sławosz Uznański-Wiśniewski spędził na orbicie blisko trzy tygodnie, poświęcając ponad 105 godzin na realizację polskiego programu badawczego. W tym czasie przeprowadził 13 eksperymentów przygotowanych przez krajowe uczelnie, instytuty badawcze i przedsiębiorstwa. Obejmowały one różne dziedziny: od medycyny, biologii i psychologii po materiałoznawstwo i nowe technologie. Konkretne projekty dotyczyły m.in. wpływu mikrograwitacji na układ odpornościowy, mikrobiom jelitowy, aktywność mózgu oraz tkanki mięśniowo-szkieletowe, badania odporności organizmów na promieniowanie kosmiczne, a także testowania miniaturowych monitorów promieniowania, systemów sztucznej inteligencji, technologii fotonicznych i nowoczesnych nanomateriałów. Część tych rozwiązań może znaleźć zastosowanie podczas przyszłych misji załogowych na Księżyc i Marsa.

 W tej chwili możemy mówić o jeszcze fragmentarycznych korzyściach, ponieważ dwa z 13 eksperymentów cały czas są na orbicie, więc na ich wyniki jeszcze będziemy czekać. Ale na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zostały już opracowane i przetestowane dozymetry, czyli czujniki badające promieniowanie, którymi zainteresowani są piloci wojskowi. Oni też są narażeni na wyższe promieniowanie z racji przebywania w powietrzu bardzo wysoko, jak w przypadku pilotów myśliwców, albo bardzo długo w przypadku pilotów samolotów transportowych. Równie ważne są eksperymenty psychologiczne związane z tym, w jaki sposób zachowują się ciało i umysł w warunkach odosobnienia, silnej presji i dużego stresu – wskazuje dr Aleksandra Bukała.

Jednym z istotnych rezultatów misji jest zdobycie przez polskie instytucje naukowe i przedsiębiorstwa tzw. flight heritage, czyli potwierdzenia, że opracowane technologie zostały przetestowane w warunkach kosmicznych. Taki dorobek zwiększa wiarygodność zespołów badawczych i firm przy ubieganiu się o kolejne kontrakty realizowane przez Europejską Agencję Kosmiczną i partnerów międzynarodowych. Możliwość praktycznego zweryfikowania technologii w kosmosie może być decydująca dla ich dalszego rozwoju i komercjalizacji.

– Nigdy nie mielibyśmy aż tylu eksperymentów i 105 godzin pracy astronauty na orbicie poświęconych wyłącznie polskim eksperymentom – ocenia kierowniczka misji IGNIS. – Misja oznacza też ogromny postęp we współpracy międzynarodowej zarówno z Europejską Agencją Kosmiczną, jak i innymi agencjami, partnerami, ze Stanami Zjednoczonymi, ale też z Indiami czy Węgrami.

Równie ważnym efektem misji jest zdobycie doświadczenia organizacyjnego. Polska po raz pierwszy przygotowała i zrealizowała tak rozbudowany program badań kosmicznych, angażując ponad 500 osób z uczelni, instytutów badawczych, administracji, przedsiębiorstw oraz partnerów zagranicznych.

– Na pewno w tej chwili mamy większą szansę na to, żeby uczestniczyć w innych misjach załogowych i bezzałogowych, bo dużo lepiej rozumiemy, jak taką misję się organizuje i co w niej jest trudnego. Mamy wykształcone kadry, które pracowały przy misji, mamy też polskiego astronautę – mówi dr Aleksandra Bukała. – Polska – częściowo dzięki misji, a częściowo poprzez dojrzałość technologiczną – wkroczyła do klubu krajów już dojrzałych kosmicznie. Jesteśmy już ich równoprawnym partnerem, żeby brać udział w najambitniejszych przedsięwzięciach Europejskiej Agencji Kosmicznej czy misjach międzynarodowych związanych z eksploracją Księżyca, takich jak program Artemis. Mamy już dojrzały przemysł i naukę oraz duże zainteresowanie społeczne, tak że zdecydowanie jest na czym budować.

W lipcu ESA poinformowała o planach utworzenia centrum technologii kosmicznych w Warszawie. Będzie to pierwsza w historii organizacji placówka tego typu zlokalizowana poza państwami założycielskimi agencji. Jej działalność skoncentruje się na bezpieczeństwie, odporności oraz technologiach podwójnego zastosowania (dual-use). Zadaniem centrum jest wzmocnienie potencjału ESA poprzez rozwój niszowych i nowatorskich obszarów, a główne filary jego działalności to zarządzanie kryzysowe, czyli tworzenie innowacyjnych rozwiązań na potrzeby ochrony ludności, operacje na orbicie, czyli prowadzenie symulacji zaawansowanych misji kosmicznych, oraz monitorowanie usług satelitarnych, czyli analiza zakłóceń wpływających na ich poprawne funkcjonowanie.

Josef Aschbacher, dyrektor generalny ESA, podkreślił, że centrum przyczyni się do realizacji europejskich ambicji kosmicznych, bazując na rosnącej wiedzy eksperckiej i zaangażowaniu Polski w obszarze technologii kosmicznych. Jak dodał, nasz kraj w szybkim tempie stał się jedną z sił napędowych europejskiego sektora kosmicznego.

Technologie rozwijane na potrzeby sektora kosmicznego coraz częściej znajdują zastosowanie także w medycynie, przemyśle, transporcie, ochronie środowiska oraz systemach opartych na sztucznej inteligencji.

– To wciąż jest obszar nie do końca wykorzystany, zarówno przez AWF, jak i inne uczelnie, zarówno techniczne, jak i ekonomiczne. Wymaga on doskonalenia i zacieśnienia współpracy. Generalnie musimy zmienić mentalność i przestawić nasze wartościowanie, że badania kosmiczne to nie tylko przygotowanie astronauty do lotu w kosmos, ale to są badania, które mają służyć społeczeństwu tutaj na Ziemi – podkreśla prof. dr hab. Bartosz Molik, rektor AWF.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wzmacnia,p917235048

Mała reforma programu Czyste Powietrze wchodzi w życie. Łatwiejszy dostęp do dotacji i wyższe wsparcie na niektóre prace

0

Zwiększone wsparcie na termomodernizację, skrócenie wymaganego okresu własności nieruchomości i usprawnienia w dokumentacji – to tylko niektóre zmiany, które 20 lipca br. wejdą w życie w programie Czyste Powietrze. Mają one ułatwić beneficjentom dostęp do dofinansowania na wymianę nieefektywnych źródeł ciepła. Jednocześnie NFOŚiGW zapowiada dalsze zmiany w programie, m.in. bon na audyt energetyczny.

– Zmiany w programie Czyste Powietrze mają na celu zwiększenie liczby wniosków przy zachowaniu bezpieczeństwa zarówno beneficjentów, jak i wykonawców. Chcemy, aby ten program rozwijał się jak najlepiej, ale też aby bezpieczeństwo po stronie wszystkich uczestników tego systemu było zachowane – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Dorota Zawadzka-Stępniak, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

– 31 marca 2025 roku wprowadziliśmy program po reformie i zapowiadaliśmy, że będzie cały czas ewoluował, że będą następować kolejne zmiany i będziemy się wsłuchiwać w rynek czy to wykonawczy, czy beneficjentów, czy też w apele samorządowców i NGO-sów. Dlatego zdecydowaliśmy się na dokonanie tej małej reformy – podkreśla Robert Gajda, zastępca prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.