Polska chce zwiększyć znaczenie sektora półprzewodników. Toczą się prace nad krajową polityką w tym obszarze

0

Ministerstwo Cyfryzacji przygotowuje strategię dla sektora półprzewodników, który dziś odpowiada za mniej niż 0,1–0,15 proc. PKB, ale ma rosnąć wraz z napływem kolejnych inwestycji. Dokument zakłada m.in. rozwój infrastruktury i kompetencji, przyciąganie inwestorów oraz budowę co najmniej jednej linii pilotażowej do 2028 roku. Polska już dziś jest jednym z najatrakcyjniejszych miejsc dla inwestycji w końcowy etap produkcji półprzewodników – według analizy firmy Kearney zajmuje piąte miejsce na świecie i pierwsze w Europie.

Ministerstwo Cyfryzacji na początku marca skierowało do konsultacji, uzgodnień i opiniowania projekt uchwały Rady Ministrów dotyczący przyjęcia dokumentu „Polska w grze o przyszłość – polityka dla sektora półprzewodników 2026+”. Dokument wyznacza strategiczne kierunki rozwoju krajowego sektora półprzewodników w latach 2026–2030 oraz zakreśla docelową wizję w dłuższym okresie. Zakłada wzmocnienie badań i innowacji, rozwój kompetencji projektowych i produkcyjnych, przyciąganie inwestycji, budowę kapitału kadrowego oraz aktywną współpracę międzynarodową w ramach inicjatyw europejskich.

– Niewątpliwie mamy bardzo duże tradycje w obszarze półprzewodników. Od ponad dwóch dekad rozbudowujemy tę branżę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Zbigniew Piątek, naczelnik w Wydziale Inwestycji w Nowe Technologie w Departamencie Badań i Innowacji w Ministerstwie Cyfryzacji.

Z danych zawartych w projekcie strategii wynika, że krajowa branża pozostaje relatywnie niewielka, ale rozwija się w wyspecjalizowanych obszarach technologicznych. Obejmuje obecnie kilkadziesiąt firm zatrudniających łącznie ok. 9 tys. osób, a szerszy ekosystem – wraz z branżą fotoniki i podmiotami działającymi na styku pokrewnych obszarów – liczy ok. 200–250 firm. Według analizy firmy Kearney, obejmującej 30 państw i regionów, Polska znalazła się w czołówce krajów na świecie i w Europie pod względem atrakcyjności dla inwestycji końcowych etapów produkcji półprzewodników, czyli np. ich testowania, łączenia z obudową czy pakowania.

Sektor generuje obecnie mniej niż 1 proc. polskiego PKB, ale zgodnie z założeniami dokumentu ma zwiększać swój udział wraz z rozwojem kompetencji technologicznych i napływem inwestycji. Wśród kierunków specjalizacji wskazywane są m.in.: projektowanie układów scalonych, technologie materiałowe, fotonika oraz rozwiązania dla energetyki i elektromobilności. Zgodnie z projektem Polska ma rozwijać przewagi w wybranych segmentach rynku, zamiast konkurować z największymi globalnymi producentami w pełnym łańcuchu produkcji.

 Mamy kilka specjalizacji jako Polska. Jedną z nich jest projektowanie półprzewodników i oprogramowania do nich. To jest realizowane zarówno w dużych firmach, jak i coraz częściej w podmiotach z kapitałem prywatnym. Jesteśmy specjalistami w tzw. półprzewodnikach szerokoprzerwowych dla energetyki i elektromobilności oraz rozwijamy z dużymi sukcesami, również eksportowymi, branżę fotoniki – wymienia dr Zbigniew Piątek.

W sektorze działają firmy specjalizujące się w architekturze czipów, systemach druku czy projektowaniu układów ASIC. Rozwijane są również technologie fotoniczne, w tym detektory podczerwieni wykorzystywane w automatyzacji, mobilności autonomicznej czy systemach bezpieczeństwa.

– Istnieją pewne obszary, gdzie możemy budować naszą specjalizację i pozycję konkurencyjną. Należy do nich produkcja tzw. półprzewodników dojrzałych, które są wykorzystywane w bardzo różnych branżach przemysłu, również na potrzeby elektromobilności, energetyki czy fotoniki. Ważne, że wraz z rozwojem tego typu komponentów budujemy cały ekosystem – w zakresie rozwoju kadr i utrzymywania talentów, tworzenia własności intelektualnej i zatrzymywania marży w kraju – zapewnia ekspert Ministerstwa Cyfryzacji.

Znaczenie półprzewodników pokazały zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw w latach 2020–2022. Niedobory komponentów produkowanych m.in. na Tajwanie ograniczały wówczas produkcję w wielu sektorach, głównie w przemyśle motoryzacyjnym i elektronicznym. W odpowiedzi Unia Europejska przyjęła European Chips Act, którego celem jest zwiększenie udziału Europy w globalnej produkcji, rozwijanie infrastruktury i wzmocnienie odporności łańcuchów dostaw. Instrument zakłada mobilizację ok. 43 mld euro środków publicznych i prywatnych oraz wsparcie inwestycji, badań i pilotażowych linii technologicznych.

Procedowana w Polsce strategia ma umożliwić krajowej branży włączenie się w europejskie łańcuchy wartości oraz rozwój krajowych kompetencji technologicznych. Projekt obejmuje siedem filarów kluczowych dla rozwoju sektora – od finansowania, przez kadry i współpracę międzynarodową, po konieczne zasoby: energię, wodę i surowce.

 Jednym z filarów jest rozwój infrastruktury, takiej jak linie pilotażowe. Są one tworzone na poziomie europejskim, ale też chcemy tworzyć linie polskie. Chcemy, żeby do 2028 roku powstała minimum jedna linia pilotażowa, która będzie angażowała polskie podmioty, bo mamy przedsiębiorstwa czy instytuty, które mogą być podstawą rozwoju w tym zakresie – mówi dr Zbigniew Piątek. – Jeżeli chodzi o europejski pilotaż linii półprzewodników, to jest on wpisany w European Chips Act, który obowiązuje od 2023 roku. Wskazano pięć linii wyspecjalizowanych w różnych obszarach łańcucha tworzenia wartości. W tych projektach uczestniczą polskie podmioty, m.in. w projekcie FAMES uczestniczy CEZAMAT Politechniki Warszawskiej.

Uruchomienie linii pilotażowej do 2028 roku to jeden z kluczowych wskaźników w filarze infrastrukturalnym, które wpisano w rządowej strategii. Kolejnym jest wskaźnik inwestycji infrastrukturalnych na poziomie co najmniej 800 mln zł wydatków inwestycyjnych i 300 mln zł operacyjnych do 2029 roku. Celem jest także wzrost liczby absolwentów kierunków elektronicznych/półprzewodnikowych oraz wzrost liczby projektantów czipów z ok. 1,5 tys. do 3 tys. do 2030 roku.

– Wyzwaniem jest to, że sektor półprzewodnikowy jest branżą ekstremalnie kapitałochłonną, nie można go rozwijać w kontekście pojedynczych lat czy kadencji, to zadanie strategiczne na dekady. Drugim wyzwaniem jest to, że w Polsce nie mamy jak na razie produkcji przemysłowej półprzewodników, czyli nie mamy domkniętego łańcucha wartości – wskazuje ekspert resortu cyfryzacji. – Dużo się mówi o surowcach, pierwiastkach ziem rzadkich, natomiast moim zdaniem w kontekście Polski głównym wyzwaniem jest stworzenie ram instytucjonalnych i polityki, która będzie wspierała kompleksowy rozwój branży.

Ocena skutków regulacji rządowego projektu podkreśla, że brak spójnej polityki utrudnia dziś koordynację działań państwa i określanie priorytetów inwestycyjnych.

Rozwój sektora półprzewodników ma w dłuższej perspektywie zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki oraz wzmocnić jej bezpieczeństwo technologiczne. W dokumentach strategicznych podkreśla się, że półprzewodniki mają kluczowe znaczenie nie tylko dla przemysłu cywilnego, ale również dla sektorów wrażliwych takich jak energetyka, infrastruktura krytyczna czy obronność.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-chce-zwiekszyc,p1826854633

Naukowcy będą pracować nad detektorami ciemnej materii i fal grawitacyjnych. Rozwiązania mogą mieć zastosowanie w medycynie i bezpieczeństwie

0

Opracowanie ultraczułych systemów detekcji promieniowania i fal grawitacyjnych – to cel naukowców z projektu Astrocent działającego w ramach Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN. Detektory zdolne do rejestrowania bardzo słabych sygnałów fizycznych mają pomóc w badaniach nad ciemną materią i Wszechświatem, ale również znaleźć zastosowanie komercyjne, w tym m.in. w medycynie, systemach bezpieczeństwa, monitoringu środowiska, energetyce odnawialnej czy sejsmologii. 

W Astrocencie staramy się odpowiadać na fundamentalne pytania dotyczące budowy i ewolucji Wszechświata, między innymi na drodze doświadczalnej. Znalezienie takich odpowiedzi z reguły wymaga budowy dużych eksperymentów, często znajdujących się w trudno dostępnych lokalizacjach ze względu na konieczność wyeliminowania tła od promieniowania kosmicznego: głęboko pod ziemią, na dnie oceanu. Detektory są bardzo duże, dzięki czemu mają większą szansę zmierzyć i odkryć słabo oddziałujące cząstki przylatujące do nas z kosmosu i niosące informacje – mówi agencji Newseria dr hab. Marcin Kuźniak, profesor Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika Polskiej Akademii Nauk, lider projektu Astrocent.

Międzynarodowy Instytut Astrofizyki Cząstek PAN został utworzony w marcu 2026 roku. To pierwsza placówka w Europie Środkowo-Wschodniej zajmująca się wyłącznie astrofizyką cząstek i technologiami wspomagającymi. Ma wzmocnić udział Polski w wiodących światowych projektach badających tzw. ukryty Wszechświat – od ciemnej materii i neutrin po fale grawitacyjne – przy jednoczesnym opracowywaniu innowacyjnych technologii z zastosowaniem w gospodarce i służbie społeczeństwu.

Docelowo do nowego instytutu przeniesiony zostanie obecny zakład Astrocent Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN, w którym początkowo realizowany jest projekt. Cała inicjatywa została wsparta łącznym pakietem finansowania w wysokości 34 mln euro, z tego 8 mln euro (ok. 34 mln zł) na projekt Astrocent pochodzi z programu Międzynarodowe Agendy Badawcze (MAB) realizowanego przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej z Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG).

Zespół Astrocentu zamierza przekroczyć ograniczenia dotychczasowych rozwiązań. Jego celem jest zwiększenie czułości detektorów na różne sygnały, m.in. światło, jonizację, dźwięk, drgania czy też fale sejsmiczne. Naukowcy chcą również poprawić ich skalowalność poprzez m.in. zwiększenie czułej powierzchni, liczby i różnorodności kanałów pomiarowych, a także przez możliwość prowadzenia spójnych i porównywalnych w czasie i przestrzeni pomiarów na dużym obszarze.

Procesy, których szukamy w tych detektorach, są bardzo rzadkie. W ciągu kilku lat pracy eksperymentu mamy nadzieję na odkrycie dosłownie kilku pojedynczych sygnałów powodowanych przez cząstki, których szukamy. Ogromnym wyzwaniem jest zrozumienie i eliminacja tła pomiarowego, które mogłoby poszukiwany sygnał udać lub zaburzyć. W tym celu musimy zebrać i zrozumieć każdy najdrobniejszy element informacji z tych detektorów – tłumaczy prof. Marcin Kuźniak.

Dotychczasowe badania pokazały, że promieniowanie elektromagnetyczne, w tym znane wszystkim światło widzialne, stanowi jedynie niewielką część informacji docierających do Ziemi z kosmosu. Spora jego część ciągle pozostaje bardzo słabo poznana, czyli „ukryta”. To m.in. ciemna materia stanowiąca około jednej czwartej gęstości masy-energii Wszechświata. Wiedzy o nim dostarczają m.in. promienie kosmiczne, neutrina i fale grawitacyjne.

– Budujemy wraz z partnerami detektor ciemnej materii, który będzie szukał śladów zderzeń jej wszechobecnych cząstek z jądrami atomowymi zwykłej materii – tłumaczy badacz Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN. – Szukamy więc zdarzeń, w których cząstka ciemnej materii odbiłaby się od jądra atomowego i przekazała mu wtedy część energii. Ono w wyniku interakcji z sąsiednimi atomami traci ją, powodując błysk światła, jonizację i minimalny wzrost temperatury. Te pojedyncze fotony, wzrost temperatury o milikelwiny czy pojedyncze elektrony, czyli te drobne efekty, musimy być w stanie zmierzyć z jak największą wydajnością.

Jak podkreślają przedstawiciele Astrocentu, te egzotyczne sygnały są zazwyczaj bardzo rzadkie lub słabe, co sprawia, że ich wykrywanie wymaga ultraczułych detektorów, specjalnych sensorów, niskoszumowej elektroniki, zaawansowanej fotodetekcji i zaawansowanych metod analizy danych. Astrofizyka cząstek – znana również jako fizyka astrocząstek – zajmuje się wykrywaniem właśnie tego typu sygnałów.

O istnieniu ciemnej materii wiadomo już od ponad 100 lat. Nie da się bez niej wytłumaczyć ruchu gromad galaktyk, który już od dawna obserwujemy w sposób dość precyzyjny. Wydaje się, że ciemna materia stanowi 80 proc. materii. Oprócz niej jest też ciemna energia, która jest jeszcze większą zagadką – wyjaśnia prof. Marcin Kuźniak. – Ciemna materia determinuje wygląd naszego Wszechświata i w dużej mierze kierowała jego ewolucją. Bez niej nie byłoby możliwe powstanie galaktyk ani życia w formie, jaką znamy. Fakt, że żadna z obecnie znanych cząstek nie mogłaby być ciemną materią, mówi nam też o tym, że są prawa fizyczne, których jeszcze nie odkryliśmy, a które mogłyby zrewolucjonizować nasze rozumienie fizyki cząstek i Wszechświata.

Projekt Astrocent skupia się także na badaniach fal grawitacyjnych.

– Detektory fal grawitacyjnych to w miarę nowa dziedzina. Już od kilku lat dość często jednoznacznie rejestrujemy sygnały od zderzeń czarnych dziur lub gwiazd neutronowych. Pomiar tych sygnałów pozwala nam zobaczyć odległe zakątki Wszechświata, które są niedostępne w inny sposób, a także testować teorie fizyczne w ekstremalnych warunkach niedostępnych w laboratoriach na Ziemi czy też za pomocą klasycznych metod astronomii – zaznacza lider zespołu Astrocent.

Podkreśla, że w kontekście pomiarów fal grawitacyjnych bardzo ważne jest monitorowanie zakłóceń takich jak drgania sejsmiczne.

– Do tego konieczne są złożone z setek lub tysięcy sensorów sieci detektorów sejsmicznych i mikrofonów czułych na poddźwięki – technologia rozwijana w projekcie Astrocent przez grupę dr. Mariusza Suchenka. Tego typu czujniki mają szerokie zastosowania, na przykład w systemach wczesnego ostrzegania przed trzęsieniami ziemi, w bezpieczeństwie i monitorowaniu infrastruktury krytycznej. Mamy w tej dziedzinie już kilka patentów, które mamy zamiar rozwijać i wprowadzać na rynek w najbliższych latach – zapowiada prof. Marcin Kuźniak.

Jeden z patentów otrzymanych przez Centrum Astronomiczne im. M. Kopernika Polskiej Akademii Nauk dotyczy sejsmicznego czujnika pomiarowego.

– Technologie rozwijane do badań podstawowych, w szczególności w astrofizyce cząstek, pokonują dotychczasowe bariery technologiczne. Czyni je to użytecznymi do tych zastosowań codziennych, w których brakowało narzędzi pozwalających rozwiązać pewne problemy – zaznacza naukowiec.

Jeden z projektów, rozwijany przez grupę prof. Masayukiego Wady, dotyczy wykorzystania ciekłego argonu w obrazowaniu medycznym PET, które może oznaczać rewolucję w diagnostyce onkologicznej i neurologicznej. Pozwala bowiem znacząco ograniczyć dawkę promieniowania otrzymywaną przez pacjenta, co może otworzyć tę metodę diagnostyki dla dzieci czy kobiet w ciąży.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-beda-pracowac,p1987534865

Unia Europejska chce złagodzić AI Act. Na szali konkurencyjność start-upów i małych przedsiębiorców

0

Parlament Europejski pracuje nad deregulacją AI Act z 2024 roku, która pomoże unijnym firmom, zwłaszcza z sektora MŚP, zachować konkurencyjność w wyścigu technologicznym z USA i Chinami. W grę wchodzą m.in.: zmniejszenie obciążeń administracyjnych, przejrzystsze zasady wdrażania przepisów i większa przestrzeń na innowacje. Zdaniem Tobiasza Bocheńskiego, europosła z PiS, zaproponowany przez Komisję Europejską pakiet uproszczeń powinien pójść jeszcze dalej.

AI Act, czyli akt w sprawie sztucznej inteligencji, wszedł w życie 1 sierpnia 2024 roku. Jego celem jest promowanie innowacji w dziedzinie AI i upowszechnianie technologii, a jednocześnie zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa i ochrony praw podstawowych, w tym demokracji i praworządności. Wdrażanie przepisów odbywa się etapami, a większość z nich, w tym regulujące systemy AI wysokiego ryzyka, mają zacząć obowiązywać od 2 sierpnia 2026 i 2027 roku, w zależności od kategorii zmian.

Okazało się, że ta regulacja jest w bardzo dużym stopniu szkodliwa dla rozwoju najnowszych technologii w Europie. Stąd inicjatywa Komisji Europejskiej i próba deregulacji, zniesienia pewnych obciążeń dla małych, mikro- i średnich przedsiębiorstw zajmujących się sztuczną inteligencją – mówi agencji Newseria Tobiasz Bocheński, europoseł Prawa i Sprawiedliwości, Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy.

Komisja Europejska w listopadzie 2025 roku opublikowała propozycję deregulacji tego aktu, w ramach tzw. cyfrowego omnibusa.

– To propozycja różnych szczegółowych zmian technicznych dotyczących tego, jak się pracuje nad sztuczną inteligencją, np. zmniejszenia liczby sprawozdań i biurokratycznych wytycznych oraz doprowadzenia do większej jasności tekstów prawnych, by firmy wiedziały, jakie są ich obowiązki. Teraz tego nie wiedzą – zaznacza Tobiasz Bocheński. 

Komisja Europejska już po wdrożeniu obowiązujących pierwszych przepisów przeprowadziła szereg konsultacji z zainteresowanymi stronami. Wykazały one szereg wyzwań, które mogłyby zagrozić skutecznemu stosowaniu kluczowych przepisów aktu. Wśród propozycji deregulacji znalazły się m.in. uproszczenia w dokumentacji technicznej i systemach zarządzania jakością czy też obowiązek brania pod uwagę sytuacji ekonomicznej mniejszych podmiotów przy wymierzaniu kar.

– Obecnie pracujemy nad tym w europarlamencie. Jest to jedna z ważniejszych inicjatyw, bo Unia Europejska traci przewagi konkurencyjne, również w najnowocześniejszych rynkach. Jeżeli chcemy rywalizować z Chińczykami, Amerykanami, Japończykami czy Koreańczykami Południowymi, to musimy coś zrobić w tej sprawie – uważa polityk.

Jak wskazuje raport PAIH „AI – regulacje prawne istniejące i powstające na danych rynkach”, w Stanach Zjednoczonych dominuje podejście proinnowacyjne. Administracja prezydenta Donalda Trumpa zmniejsza obciążenia regulacyjne i ogranicza restrykcyjne przepisy stanowe, dzięki czemu tworzenie i wdrażanie systemów AI dla start-upów i założycieli firm technologicznych ma być łatwiejsze i mniej kosztowne.

Miałem spotkanie z naszą branżą AI. Polskie firmy dążą do tego, żeby zlikwidować biurokrację związaną z AI, dlatego że stają przed wyzwaniem: albo będą zamykały biznesy, albo przeniosą się do Stanów. Nie ma tutaj wyjścia, bo ich konkurencja w tych samych dziedzinach jest o wiele dynamiczniejsza, lepiej funkcjonuje za oceanem, więc prowadzenie działalności w Polsce czy w innym państwie Unii Europejskiej jest po prostu nieopłacalne – podkreśla Tobiasz Bocheński. – W raporcie Draghiego jest opisane, że wszystkie start-upy, które w Europie się świetnie rozwijają, tu zaczynają raczkować, mają świetne pomysły, potem uciekają do USA i tam prowadzą swoją działalność. Jeżeli doprowadzamy do tego, że następuje drenaż pomysłów, kreatywności, kapitału, ludzi z Europy do Stanów Zjednoczonych, to nie jest dobra wizja rozwojowa.

Jak wynika z tegorocznego badania EY „Jak polskie firmy wdrażają AI”, 31 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw rozpoczęło proces wdrożenia AI Act, a 40 proc. jest w jego trakcie. Co trzecie przedsiębiorstwo oceniło, że pełne dostosowanie się do unijnego rozporządzenia będzie pracochłonne i wymusi zmiany zarówno w procesach wewnętrznych, jak i biznesowych. Jedynie 3 proc. firm wskazuje, że AI Act ich nie dotyczy.

– Oczekiwania ze strony rynku są różnego rodzaju, bo musimy odróżnić wielkie korporacje i małe start-upy, które mają różne interesy, ale trzeba uwzględnić je wszystkie i pogłębić deregulację. Czyli tam, gdzie Komisja Europejska weszła ze swoimi propozycjami, trzeba doprowadzić do tego, żeby zmiana aktu prawnego poszła jeszcze dalej, wytwarzając większą sferę swobody i wolności dla tych, którzy zajmują się wytwarzaniem, przetwarzaniem, rozwijaniem najnowocześniejszych technologii w Unii Europejskiej – uważaeuroposeł Prawa i Sprawiedliwości.

AI Chamber, czyli izba zrzeszająca kilkadziesiąt start-upów, firm i organizacji pozarządowych z Polski oraz regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w grudniu 2025 roku wystosowała list otwarty do Rady Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Wzywa w nim nie tylko do poparcia, ale też znacznego wzmocnienia i rozszerzenia propozycji omnibusa. 

Nigdzie na świecie nie jest wstrzymywana praca nad sztuczną inteligencją. Jeżeli my to zrobimy, to przegramy w tym wyścigu. Jeżeli tak się stanie, a sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana w robotyce, obronności, technologiach naszego życia codziennego, to będziemy nie tylko zacofani, ale staniemy się też o wiele biedniejsi od tych, którzy będą dysponowali tą technologią – uważa Tobiasz Bocheński. – Zatem stoję na stanowisku zdecydowanie wolnościowym. Pozwólmy rozwijać sztuczną inteligencję na takich samych zasadach, jak to się dzieje w Chinach i Stanach Zjednoczonych. To jest nasz główny konkurent w zachodniej cywilizacji.

W apelu do władz unijnych przedstawiciele AI Chamber podkreślali, że rosnąca złożoność przepisów tworzy niewidzialne bariery i rosnące koszty dla przedsiębiorców, zwłaszcza z sektora MŚP i start-upów. Zamiast tworzyć nowe produkty, innowatorzy są zmuszeni wydawać pieniądze na prawników i konsultantów, aby się upewnić, że ich pomysł mieści się w ramach prawa.

– Wielkim korporacjom, które dysponują tą technologią, nie zależy na tak dużej deregulacji jak tym małym. Te potrzebują dużo swobody, żeby konkurować z wielkimi. Za to wielcy mają przewagę kapitałową, technologiczną, swoje rozwiązania, więc zależy im na opiekowaniu się własnym know-how i zwalczaniu konkurencji – wyjaśnia europoseł PiS.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-chce,p1982289081

Amazon zapowiada wielomiliardowe inwestycje w Polsce. Skorzystają krajowi e-sprzedawcy

0

Ponad 23 mld zł – to kwota, którą Amazon zamierza przeznaczyć na inwestycje w Polsce w latach 2026–2028. W planach jest m.in. rozwój sieci logistycznej, którą niedługo zasili robotyczne centrum dystrybucyjne powstające w Dobromierzu na Dolnym Śląsku. Na tych inwestycjach mają skorzystać przede wszystkim polscy e-sprzedawcy, szczególnie MŚP, które za pośrednictwem Amazon.pl i sklepu Polskie Marki zdobywają klientów nie tylko w kraju, ale i za granicą. Z okazji piątych urodzin sklepu Amazon.pl po raz pierwszy przyznał im nagrody „Złotej Paczki”.

 Świętujemy piąte urodziny sklepu Amazon.pl. Jesteśmy bardzo dumni z tego, że tak wielu polskich sprzedawców jest z nami. Wiemy, że tylko 5 proc. polskich firm eksportuje, natomiast u nas za granicę sprzedaje aż dziewięciu na 10 rodzimych sprzedawców. Wartość ich eksportu w 2024 roku przekroczyła 5 mld zł. Za ponad połowę tej kwoty odpowiadały firmy pochodzące z mniejszych miast i obszarów wiejskich – mówi agencji Newseria Agata Jasińska, menedżerka ds. usług handlowych w Amazon.pl.

Amazon działa w Polsce od 2014 roku, jednak firma już wcześniej zaczęła inwestycje na naszym rynku. W latach 2012–2025 ich wartość przekroczyła 45 mld zł. Sklep Amazon.pl funkcjonuje natomiast od 2021 roku, a z kolei w 2024 roku powstała witryna Polskie Marki, która pozwala zwiększyć widoczność produktów od krajowych przedsiębiorców. Obecnych jest na niej ponad 1,2 tys. polskich brandów – zarówno znanych marek, jak i lokalnych rzemieślników. 

– W 2024 roku polskie firmy sprzedały 35 mln produktów na Amazon na całym świecie. To 70 produktów na minutę. To dla nich uruchomiliśmy na Amazon.pl sklep Polskie Marki, gdzie w ciągu roku przybyło ich aż 200. To wyjątkowe miejsce, w którym rodzime firmy mogą wyeksponować swoje produkty i pochodzenie – wyjaśnia Agata Jasińska.

Wyniki badania zrealizowanego przez ASM Research Solutions Strategy na zlecenie Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Zachowania zakupowe Polaków 2025” pokazują, że Polacy są gospodarczymi patriotami. Ponad 84 proc. z nas uważa, że mając możliwość wyboru, należy kupować produkty polskiego pochodzenia. 

– Wychodząc naprzeciw polskim markom oraz małym i średnim przedsiębiorcom, jako jeden z pierwszych sklepów w Europie stworzyliśmy specjalne warunki, które pomagają im pokonać bariery wejścia. Przez pierwsze sześć miesięcy nie muszą płacić ani opłaty subskrypcyjnej, ani prowizyjnej. Otrzymują też wsparcie logistyczne, ponieważ jesteśmy w stanie zapewnić do 50 proc. zniżki na naszą flagową usługę logistyczną Fulfillment by Amazon – wyjaśnia menedżerka ds. usług handlowych w Amazon.pl.

Badanie „(Nie)świadomy konsument” przeprowadzone przez Amazon i panel badawczy Ariadna pokazuje, że 75 proc. Polaków robi zakupy online co najmniej raz w miesiącu, a konsumenci coraz chętniej wybierają znane sklepy internetowe. Blisko trzy czwarte respondentów (71 proc.) odpowiedziało, że zakupy w sprawdzonych sklepach internetowych wzbudzają w nich znacznie większe zaufanie.

Z raportu Krajowej Izby Gospodarczej wynika, że w 2025 roku obroty e-handlu w Polsce osiągnęły łącznie blisko 92 mld zł. Oznacza to wzrost o 6,8 proc. rok do roku. Stanowiły one 9,1 proc. obrotów ogółem handlu detalicznego w sektorze przedsiębiorstw. Największy udział w sprzedaży miała grupa tekstylia, odzież i obuwie, osiągając wartość 15,28 mld zł (16,6 proc.).

– Nasza firma zajmuje się produkcją i sprzedażą odzieży oraz różnego rodzaju obuwia. Zaczynaliśmy od klapków, ale teraz mamy znacznie szerszy asortyment. Sprzedaż e-commerce jest dla nas superważna, ponieważ nie mamy własnych sklepów stacjonarnych. Sprzedajemy tylko przez partnerów – mówi Paweł Dąbrowski, marketing & e-commerce director w firmie Kubota. – Współpraca z Amazon daje nam masę korzyści. Przede wszystkim jesteśmy w stanie eksplorować nowe rynki, inaczej nie mielibyśmy pieniędzy, aby na nich inwestować. Możemy testować różnego rodzaju rozwiązania i skupić się na tym, co robimy najlepiej, czyli projektowaniu i produkcji obuwia oraz odzieży. Możemy skutecznie sprzedawać na innych rynkach bez ponoszenia ogromnych kosztów ekspansji.

Kubota została nagrodzona przez Amazon statuetką „Złotej Paczki” w kategorii Ikona pięciolecia. Okazją do wręczenia nagród dla najlepszych lokalnych sprzedawców i najpopularniejszych polskich produktów były piąte urodziny sklepu Amazon.pl. W kategorii Mistrzowie tradycji uhonorowano firmę e-wicker24, która od ponad 20 lat zajmuje się wikliniarstwem.

 Mistrzowie tradycji to kategoria, która zobowiązuje. My jesteśmy silnie osadzeni w tradycji, ponieważ wszystkie nasze wyroby są wyplatane ręcznie. Naszym zadaniem jest tworzyć takie warunki dla rzemieślników, żeby wyplatanie przetrwało na naszym obszarze, było przekazywane z pokolenia na pokolenie i żeby nowi ludzie uczyli się tego rzemiosła – mówi Joanna Radomska, założycielka firmy e-wicker24. – Nasza firma zajmuje się wyplataniem produktów z polskiej wikliny. Pozyskujemy i uprawiamy ją w podkarpackim zagłębiu wikliniarskim, gdzie tradycje wikliniarskie sięgają 150 lat, od kiedy hrabia Ferdinand Hompesch jeszcze w czasie zaborów założył w 1878 roku szkołę wikliniarską w Rudniku. Ta umiejętność jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. W zeszłym roku polskie plecionkarstwo zostało uhonorowane wpisem na Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Polska marka współpracuje globalnie z Amazon od 11 lat, a ze sklepem Amazon.pl od pięciu lat. Jej produkty sprzedawane są na terenie całej Unii Europejskiej. To przede wszystkim zabawki wiklinowe, produkty dla domowych zwierzaków oraz specjalistyczne kosze do sklepów i branży HoReCa.

– E-commerce jest naszym głównym kanałem B2C. Dzięki niemu możemy zyskiwać doświadczenie sprzedaży bezpośredniej z klientami. Amazon poprzez sprzedaż, obsługę i serwis posprzedażowy pozwala nam zdobywać doświadczenie i umiejętności, które przez lata są u nas doskonalone. Dzięki nim wzrost sprzedaży z roku na rok jest coraz wyższy – podkreśla Joanna Radomska. 

Z Amazon od 2014 roku współpracuje także firma 4kraft, która zajmuje się produkcją asortymentu dziecięcego, w tym fotelików samochodowych, wózków, produktów z kategorii home czy też rowerków biegowych. Początkowo jej produkty były sprzedawane przez sklep niemiecki, a od momentu uruchomienia polskiej witryny również tam. Obecnie firma sprzedaje za pośrednictwem Amazon w wielu europejskich krajach.

– Amazon daje nam przede wszystkim możliwość skalowania biznesu i wykorzystania ruchu na stronie. Można powiedzieć, że to nie jest kanał sprzedaży, ale w pewnym sensie model biznesowy – tłumaczy Piotr Polanowski, dyrektor ds. rozwoju biznesu w 4kraft. – E-commerce to dla nas najważniejszy kanał sprzedaży. Ten rynek na całym świecie rośnie bardzo dynamicznie, średnio o około 10 proc. rocznie i wiemy, że dalej będzie rósł. W okresie pandemii mieliśmy bardzo duże wzrosty, praktycznie o ponad 30 proc. rok do roku. W kolejnych latach nie były one już aż tak spektakularne. Jednak ten kanał nadal wykazuje bardzo mocną tendencję wzrostową, w przeciwieństwie do kanałów offline, które są coraz trudniejsze.

Firma została nagrodzona w konkursie z okazji pięciolecia sklepu Amazon.pl w kategorii Ambasador Polski za granicą.

– To pokazuje, że polskie firmy potrafią przygotować ofertę, zaprezentować i dostarczyć klientom w całej Europie produkty, które są wysokiej jakości i są przez tych klientów doceniane i pożądane – mówi Piotr Polanowski.

 Ekspansja międzynarodowa to jest nasza podstawa, bo zaczęliśmy od wywozu naszych pięknych produktów za granicę. Krosno Glass, a wcześniej Krośnieńskie Huty Szkła były znane ze swoich produktów na całym świecie, 85 proc. naszej produkcji trafia za granicę – mówi Iwona Pik, prezeska Krosno Glass. – Pracujemy z Amazon.pl prawie pięć lat, czyli od początku. Pokazujemy polską markę w przestrzeni internetowej i to był nasz pierwszy kontakt z e-sprzedażą oprócz naszego sklepu.

Firma produkująca wyroby ze szkła od ponad 90 lat zdobyła w konkursie „Złote Paczki” nagrodę w kategorii Zdobywca Ameryki.

– W 1931 roku podbiliśmy Amerykę naszym szkłem, konkretnie szklanką robioną ręcznie z dziurką w środku. Pewnie każdy w domu ma taką szklankę i od prawie roku sprzedajemy ją w odświeżonej wersji szlifowanej w czteropakach. Okazała się ona hitem na rynku amerykańskim – mówi Iwona Pik. – Oprócz tego mamy kolorowe szkło. To wydawałoby się nieoczywiste, ale Ameryka jest bardzo otwarta na kolory. Nasze kryształowe szkło pomalowaliśmy ręcznie, zarówno kieliszki, gdzie podbiliśmy błysk kryształu kolorem, jak i szklanki. To też jest oczekiwane, lubiane i kupowane.

W kategorii Ulubieniec Polaków nagrodzony został żel pod prysznic Orange Butter firmy Ziaja.

– Nie współpracujemy bezpośrednio z Amazon.pl, ale robią to nasi dystrybutorzy bądź niezależne podmioty. Zdajemy sobie sprawę, że naszą koniecznością jest bycie na tym marketplace, ponieważ zapewnia on dotarcie do milionów klientów i buduje rozpoznawalność, świadomość marki – mówi Joanna Kowalczuk, dyrektorka ds. marketingu w firmie Ziaja. – Nieskromnie powiem, że nie zdziwiła mnie nasza nagroda w kategorii Ulubieniec Polaków. Miliony Polaków, którzy codziennie wybierają markę Ziaja, nie mogą się mylić.

Jak podkreśla, kanał e-commerce stanowi bardzo ważną część działalności firmy. Dotyczy to zarówno sprzedaży krajowej, jak i zagranicznej.

– Najważniejsze są dla nas rynki europejskie, warto tu wspomnieć chociażby Hiszpanię, Czechy i Słowację, gdzie nasza marka jest znana, lubiana i bardzo często kupowana. Równie dobrze radzimy sobie na innych rynkach na całym świecie – mówi Joanna Kowalczuk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/amazon-zapowiada,p1082717153

Polski e-commerce rośnie szybciej niż handel tradycyjny. Sprzedaż online zwiększa też możliwości eksportowe firm

0

Obroty e-handlu w Polsce w 2025 roku sięgnęły blisko 92 mld zł i były o 6,8 proc. wyższe niż rok wcześniej – wynika z danych Krajowej Izby Gospodarczej. Prognozy na 2026 rok pozostają optymistyczne – analitycy spodziewają się kolejnego wzrostu o ok. 7 proc. Rozwój e-commerce przyciąga kolejne inwestycje globalnych graczy takich jak Amazon, który planuje zainwestować w Polsce w latach 2026–2028 ponad 23 mld zł.

E-commerce jako jeden z niewielu obszarów handlu detalicznego od kilku lat stabilnie wzrasta, nawet 6–7 proc. rocznie. O ile w przypadku sprzedaży detalicznej w sklepach stacjonarnych sytuacja jest zmienna, o tyle w zakresie e-commerce ciągle mamy do czynienia ze wzrostem mówi agencji Newseria Agnieszka Durlik, członkini zarządu Krajowej Izby Gospodarczej.

Z danych KIG wynika, że e-handel zakończył 2025 rok z blisko 92 mld zł obrotu i udziałem na poziomie 9,1 proc. Dynamika wzrostu rok do roku w wysokości 6,8 proc. przewyższyła dynamikę całego sektora handlu detalicznego, który wzrósł o 4,6 proc. Największy udział w sprzedaży mają tekstylia, odzież i obuwie (16,6 proc.), a następnie meble oraz sprzęt RTV i AGD (16 proc.), prasa i książki (8,3 proc.) oraz farmaceutyki i kosmetyki (5,6 proc.).

Badania konsumenckie wskazują na rosnącą częstotliwość zakupów w internecie. Z najnowszego badania „(Nie)świadomy konsument”, przeprowadzonego przez panel badawczy Ariadna na zlecenie Amazona, wynika, że 75 proc. Polaków kupuje w sieci co najmniej raz w miesiącu. Jednocześnie dla 71 proc. ankietowanych większe zaufanie budzą zakupy w znanych i sprawdzonych sklepach internetowych.

E-commerce dla polskich firm to bardzo ważna przestrzeń, zwłaszcza w zakresie możliwości eksportowych. Jeżeli zastosujemy marketplace’y, które pokazujemy na platformie cross-border stworzonej wspólnie z Amazonem, jesteśmy w stanie dużo łatwiej wejść na rynki zagraniczne. Niewiele polskich firm eksportuje, to tylko około 5 proc., głównie z uwagi na to, że duża część to małe i średnie przedsiębiorstwa, które boją się wyjścia na zewnątrz i kosztów. Jeśli zastosują handel internetowy i użyją jednego z marketplace’ów, to wtedy wydostanie się z rynku polskiego jest dla nich dużo większą szansą – przekonuje Agnieszka Durlik.

Z „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce 2025” PARP wynika, że 4,9 proc. firm w naszym kraju (112,1 tys.) sprzedaje wyroby za granicę. Tak niski odsetek jest konsekwencją bardzo słabych wyników mikroprzedsiębiorstw. Wyniki większych podmiotów prezentują się znacznie lepiej. Polski eksport jest zdominowany przez przedsiębiorstwa z udziałem kapitału zagranicznego. Od tej grupy pochodzi 65 proc. wartości eksportu, choć stanowią jedną trzecią polskich eksporterów.

Coraz większe znaczenie w umiędzynarodowieniu sprzedaży ma jednak handel elektroniczny, który pozwala mniejszym firmom docierać do klientów bez konieczności budowania własnych sieci dystrybucji za granicą. Marketplace’y zapewniają gotową infrastrukturę sprzedażową, narzędzia marketingowe i obsługę logistyczną, co znacząco obniża barierę rozwoju zagranicznego.

E-commerce jest dla nas jednym z kluczowych kanałów sprzedaży, który wpisuje się w strategię omnichannelową. To jeden z głównych elementów, dlatego że od wielu lat widzimy, jak dynamicznie rośnie ten kanał sprzedaży. Na polskim rynku bardzo mocno rozwijamy tę sprzedaż, również poprzez Amazon.pl, gdzie jesteśmy od początku. To w tej chwili jeden z najważniejszych elementów wzrostu dynamiki i dojrzałości polskiego rynku sprzedaży internetowej – ocenia Agnieszka Pacuk, kierowniczka sprzedaży internetowej w firmie Trefl.

Internet dla wielu konsumentów stał się podstawowym miejscem poszukiwania informacji o produktach – od porównywania cen i parametrów po sprawdzanie opinii innych użytkowników. Recenzje publikowane przez klientów należą dziś do najważniejszych czynników wpływających na wybór produktu.

W internecie możemy w bardzo jasny, klarowny sposób przedstawić nasz produkt, pokazać, jakie są jego zasady użytkowania i jego jakość. Możemy dotrzeć do bardzo dużej bazy klientów dzięki marketplace’om czy sklepom własnym sprzedaży internetowej. Klienci również mogą czerpać z opinii i recenzji innych konsumentów, którzy już z tych produktów skorzystali – wskazuje Agnieszka Pacuk.

Dla wielu producentów obecność w serwisach sprzedażowych jest dziś jednym z najważniejszych sposobów dotarcia do klientów. Marketplace’y umożliwiają firmom sprzedaż produktów bez konieczności budowania własnej infrastruktury technologicznej czy logistycznej, a jednocześnie pozwalają korzystać z rozpoznawalności dużych sklepów internetowych.

Jeżeli chodzi o współpracę Trefl S.A. i Amazon.pl, jest to dla nas kluczowy partner w cyfrowym biznesie internetowym. Przede wszystkim to dla nas ogromna baza klientów i możliwość budowania zaufania wśród konsumentów, a także partnerska współpraca. Razem budujemy polski e-commerce, który cały czas się rozwija, ale jest już na dosyć dojrzałym poziomie – mówi kierowniczka sprzedaży internetowej w firmie Trefl.

Rosnąca skala e-commerce oznacza również coraz większe znaczenie zaplecza logistycznego. Szybkość i przewidywalność dostawy stały się jednymi z kluczowych elementów podnoszenia konkurencyjności. W Polsce w ostatnich latach dynamicznie rozwijała się infrastruktura magazynowa i sieci dystrybucyjne obsługujące handel internetowy, obejmujące zarówno centra logistyczne znanych serwisów zakupowych, jak i rozbudowaną sieć punktów odbioru przesyłek.

Taką infrastrukturę rozwija Amazon, który działa w Polsce od 2014 roku. W latach 2012–2025 spółka zainwestowała w kraju ponad 45 mld zł w centra logistyczne, biura technologiczne oraz rozwiązania wspierające sprzedaż online.

Jesteśmy szczęśliwi z tego, co osiągnęliśmy w Polsce, udaje nam się lokalizować nasze globalne rozwiązania. Mamy płatności i sposoby dostawy do maszyn paczkomatowych, które odpowiadają polskim klientom, mamy produkty, które cieszą się wielką popularnością, i ponad 1,2 tys. lokalnych brandów w sklepie Polskie Marki, więc te pięć lat oceniamy bardzo pozytywnie – podkreśla Katarzyna Ciechanowska-Ciosk, dyrektorka zarządzająca Amazon.pl.

Amazon zapowiada dalszą rozbudowę swojej infrastruktury w Polsce. W latach 2026–2028 firma planuje zainwestować ponad 23 mld zł w rozwój działalności, w tym w nowe projekty logistyczne i technologiczne.

Planujemy otwarcie 12. centrum logistycznego w Polsce, na Dolnym Śląsku w Dobromierzu. Będzie to jedno z najnowocześniejszych centrów logistycznych, jakie Amazon ma w Europie. Będziemy też dalej pracować nad ofertą sklepu Amazon.pl, odpowiadać na potrzeby polskich klientów oraz pracować nad polskimi produkcjami w ramach Prime Video – zapowiada Katarzyna Ciechanowska-Ciosk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polski-ecommerce-rosnie,p40323491

Konflikt na Bliskim Wschodzie dotyka polskie lotniska. Może się przyczynić do podwyżek cen biletów

0

Przez konflikt na Bliskim Wschodzie drożeje ropa naftowa, a w konsekwencji paliwo lotnicze. To w połączeniu z większym popytem niż podażą na bilety lotnicze może doprowadzić do ich chwilowej podwyżki. Od wybuchu wojny odwołano już 90 lotów obsługiwanych przez warszawskie Lotnisko Chopina. Eksperci podkreślają jednak, że ruch lotniczy zostanie rozlokowany przez inne huby przesiadkowe, a gdy sytuacja geopolityczna się unormuje, siatka połączeń zostanie szybko odbudowana.

– Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest niepokojąca pod wieloma względami. Również my jako branża lotnicza przyglądamy się jej i w pewien sposób ją odczuwamy. Oczywiście dopiero w dłuższej perspektywie będziemy w stanie zobaczyć, jak ona się rozwinie i jaki będzie miała długofalowy wpływ na lotnictwo. Ale to jest taka branża, która bardzo szybko się podnosi po każdym kryzysie – mówi w rozmowie z agencją Newseria Łukasz Chaberski, prezes Polskich Portów Lotniczych.

Jednym z nich była pandemia COVID-19. Europejskie lotniska w 2024 roku przekroczyły liczbę pasażerów sprzed pandemii, obsługując ich łącznie 2,5 mld – wynika z raportu ACI Europe. W porównaniu z poziomem z 2019 roku wzrósł on o 1,8 proc. W 2025 roku odnotowano kolejny wzrost w ruchu pasażerskim w Europie, tym razem o 4,4 proc. rok do roku. W sumie obsłużono 2,6 mld podróżnych.

– W związku z obecną sytuacją Lotnisko Chopina potencjalnie może stracić 8,5 proc. ruchu, biorąc pod uwagę liczbę pasażerów związanych z destynacjami krajów z Zatoki Perskiej. Jednak w dłuższej perspektywie wydaje się, że ten ruch zostanie w jakiś sposób rozlokowany, przeniesiony chociażby przez inne huby albo inne destynacje – uważa Łukasz Chaberski.

Polskie Linie Lotnicze LOT zdecydowały o odwołaniu lotów z i do Dubaju i Tel Awiwu do końca sezonu zimowego, czyli 28 marca. Połączenia z i do Rijadu nie będą kursować do 16 marca. Pasażerowie nie polecą i nie wrócą z Bejrutu od 31 marca do 30 kwietnia.

– Jeśli zupełnie stracilibyśmy te połączenia, to byłaby to utrata korzyści na poziomie 10 mln zł miesięcznie. To nie jest jednak zero-jedynkowa sytuacja, bo nie stracimy tych pasażerów bezpowrotnie. Ci, którzy byli zdecydowani na podróż w tamten rejon, wybiorą inną destynację, jeśli chodzi o połączenie point to point, albo inny port przesiadkowy. To nie będzie chociażby Dubaj, ale może być na przykład Stambuł – podkreśla prezes PPL.

Lotnisko w Stambule (IGA Istanbul Airport) pod względem liczby pasażerów jest drugim co do wielkości w Europie. Zgodnie z danymi ACI Europe w 2025 roku zanotowało wzrost na poziomie 5,5 proc. Daje to łącznie 84,44 mln obsłużonych podróżnych. Ponadto w ciągu ostatnich pięciu lat ruch pasażerski w tureckim węźle komunikacyjnym wzrósł o prawie 25 proc.

– Sytuację związaną z konfliktem na Bliskim Wschodzie monitorujemy każdego dnia, żeby oszacować ewentualne straty, które ponieśliśmy albo poniesiemy jako Polskie Porty Lotnicze. Na to potrzeba jednak trochę więcej czasu. Wiemy chociażby, że 90 lotów, które miały się odbyć do i z tych destynacji w tamtym rejonie, do tej pory zostało odwołanych. Ale te loty już pomału wracają. Na razie głównie z pasażerami, którzy wracają do Polski. W drugą stronę jest ich bardzo mało – zaznacza Łukasz Chaberski.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych 12 marca br. za pośrednictwem mediów społecznościowych poinformowało, że łącznie już blisko 12 tys. osób wróciło z regionu Bliskiego Wschodu. 

– Lotnictwo się rozwija, a Polacy kochają latać. Jest duży apetyt na podróże i jeśli destynacja związana ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi będzie niedostępna, to wiemy, że oferta zostanie odpowiednio dostosowana do potrzeb naszych pasażerów. Będą proponowane inne połączenia – zaznacza ekspert.

2025 rok był rekordowy dla polskich portów lotniczych, które łącznie obsłużyły nieco ponad 66,2 mln pasażerów – tak wynika z podsumowania Polskich Portów Lotniczych. Tym samym polskie lotnictwo odnotowało wzrost na poziomie 14,4 proc. rok do roku, co jest znacznie lepszym wynikiem niż średnia europejska (+4,4 proc.). Kolejne lata mają być jeszcze lepsze. Zgodnie z prognozami IATA, przygotowanymi na zlecenie spółki PPL, w 2026 roku polskie lotniska obsłużą 73,3 mln pasażerów, a w 2035 roku ma zostać przekroczona bariera 100 mln.

– Wydaje się, że kiedy ta sytuacja zostanie unormowana albo przynajmniej przestrzeń powietrzna zostanie uznana za bezpieczną i odpowiednie instytucje dadzą zgodę na latanie, to ten ruch bardzo szybko się odbuduje – uważa prezes PPL.

Od 4 marca br. ruch lotniczy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich znajduje się w fazie stopniowego i ograniczonego przywracania. ZEA otworzyły specjalne bezpieczne korytarze lotnicze, co pozwala na obsługę do 48 lotów na godzinę. Wielu przewoźników, w tym Lufthansa, Air France, KLM i British Airways, czasowo zawiesiło lub mocno ograniczyło loty do ZEA.

– Kolejnym wyzwaniem, które może się wiązać z sytuacją międzynarodową, jest wzrost ceny za ropę naftową na światowych rynkach. W koszyku kosztów, które ponoszą przewoźnicy, to jest bardzo istotna kwestia. Wielu z nich zabezpiecza się jednak przed tym elementem rynkowym poprzez tak zwane opcje hedgingowe. Gwarantują sobie stałość cen paliwa lotniczego na pewien czas – wyjaśnia Łukasz Chaberski.

Firma Orlen Aviation wyliczyła, że na Lotnisku Chopina w Warszawie cena paliwa Jet A-1 10 marca 2026 roku wynosi 4470 zł za metr sześcienny. 3 marca kosztowało 3040 zł, a przed wybuchem konfliktu, tj. 24 lutego br. – 2950 zł. Jeszcze drożej jest na lotnisku Warszawa-Radom, gdzie metr sześcienny paliwa lotniczego kosztuje 5020 zł (10 marca br.).

– Zagrożenie związane ze wzrostem cen biletów lotniczych istnieje i oczywiście swoją strategię kreuje każdy z przewoźników. Jeśli chodzi o połączenia, ta marżowość teraz już nie jest duża. Oczywiście zawsze na końcu jest tak, że za to wszystko zapłaci pasażer, czyli odbiorca końcowy – tłumaczy prezes PPL.

Jego zdaniem wzrost cen biletów może nastąpić, jednak ma nadzieję, że będzie on chwilowy.

Wiemy, że jeżeli jest duży popyt, a podaż jest mniejsza, to ceny również idą w górę. To jest normalna gra rynkowa. Z drugiej strony pasażerowie, szczególnie po czasie pandemicznym, bardzo chętnie latają i nawet kosztem poniesienia większych nakładów są mniej skłonni do rezygnacji ze swoich planów, również z podróży – uważa Łukasz Chaberski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/konflikt-na-bliskim,p2132985719

Wojna w Ukrainie przyspieszyła rozwój rozwiązań o podwójnym zastosowaniu. Inwestują w nie także polskie firmy

0

Polskie przedsiębiorstwa coraz częściej rozwijają technologie, które mogą być wykorzystywane zarówno w sektorze cywilnym, jak i wojskowym. Wojna w Ukrainie przyspieszyła ten trend, pokazując znaczenie rozwiązań dual-use – od dronów i systemów antydronowych po elektronikę, optykę i logistykę. Ten kierunek rozwoju jest dziś wskazywany przez Komisję Europejską jako istotny element budowania odporności przemysłowej i bezpieczeństwa UE.

 – Dual-use to produkty o podwójnym zastosowaniu. To znaczy, że jeśli firma posiada bardzo dobry produkt, który znajdzie zastosowanie w obronności kraju czy krajów w Europie czy na świecie, jest w stanie go przekształcić w produkt stricte wojskowy dla armii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Nowotka, doradca zarządu Demarko.

Technologie dual-use są już wykorzystywane w praktyce. Satelitarny internet, który powstał jako usługa cywilna, jest dziś używany jako element łączności w warunkach wojny w Ukrainie. Technologie obserwacji i detekcji, w tym pasywne radary i sensory, rozwijane pierwotnie do monitoringu przestrzeni i ochrony obiektów, są stosowane w systemach obrony przeciwlotniczej oraz ochronie infrastruktury krytycznej. Systemy antydronowe, tworzone z myślą o zabezpieczaniu wydarzeń masowych i obiektów cywilnych, znajdują zastosowanie w działaniach wojskowych i ochronie granic. Bezzałogowce i rozwiązania z zakresu robotyki, używane w rolnictwie, geodezji i inspekcjach technicznych, są wykorzystywane do zadań rozpoznawczych i logistycznych.

Firmy w tej chwili bardzo mocno interesują się sytuacją w branży defense. To wszystko zaczęło się oczywiście od początku wojny w Ukrainie, która wyzwoliła bardzo duży impuls w przemyśle do tworzenia różnych nowych, ale i uszlachetniania, czyli dostosowywania do systemu dual-use swoich produktów. Ta sytuacja trwa do dzisiaj i z tego wynika olbrzymie zainteresowanie przedsiębiorców wejściem na ten rynek – tłumaczy Marcin Nowotka.

W opublikowanej w 2024 roku Białej Księdze dotyczącej możliwości zwiększenia wsparcia dla badań i rozwoju technologii o potencjale podwójnego zastosowania Komisja Europejska wskazała, że obecny podział pomiędzy finansowaniem badań cywilnych a obronnych nie odpowiada realiom rozwoju technologii. Dokument opisuje dual-use jako obszar pomiędzy rynkiem cywilnym a wojskowym, w którym powstaje coraz więcej kluczowych innowacji – od oprogramowania i sztucznej inteligencji, przez systemy autonomiczne i bezzałogowe, po technologie kosmiczne i zaawansowaną elektronikę. KE wskazuje także, że obecne ramy finansowania badań cywilnych i obronnych mogą ograniczać rozwój technologii podwójnego zastosowania. Z perspektywy przedsiębiorstw oznacza to trudności z finansowaniem projektów, które nie są ani w pełni cywilne, ani stricte wojskowe, mimo że mają potencjał wdrożeniowy i rynkowy.

Małym i średnim firmom nie jest łatwo konkurować z dużymi przedsiębiorstwami w rynku defense, trzeba tu przyznać rację mniejszym, że jest to trudna, rynkowa walka, dlatego że koncerny międzynarodowe skoncentrowały w swoich rękach bardzo duży procent całego rynku zbrojeniowego. To rządy i państwa bardzo często kupują różnego rodzaju technologie. Moja rada jest taka, że jeśli nie posiadamy bardzo dobrego, superpotrzebnego produktu, a chcemy działać na rynku dual-use, możemy przystąpić do kooperacji przemysłowej właśnie w branży defense – mówi doradca zarządu Demarko.

Raport „Rethinking dual use”, przygotowany na potrzeby instytucji unijnych, wskazuje, że technologie podwójnego zastosowania powinny być projektowane z założenia, a nie traktowane jako wyjątek lub efekt uboczny badań cywilnych. Raport zwraca uwagę na potrzebę lepszego połączenia ekosystemów innowacji cywilnych i obronnych, przy jednoczesnym wzmocnieniu mechanizmów zarządzania ryzykiem, etyki i bezpieczeństwa. Jego autorzy wskazują, że w efekcie część projektów o potencjale rynkowym pozostaje na etapie badań lub jest rozwijana poza Unią Europejską. Jednym z kluczowych problemów pozostaje luka pomiędzy finansowaniem badań cywilnych w ramach programu Horyzont Europa a projektami obronnymi finansowanymi z Europejskiego Funduszu Obronnego.

Żeby korzystać z pieniędzy na innowacje, musimy zaproponować bardzo dobre rozwiązanie produktowe. Musimy zaproponować technologię, która jest innowacyjna, ma to być coś nowego, co pomoże naszej armii bronić kraju w razie zagrożenia – tłumaczy Marcin Nowotka. – Często firmy uważają, że wystarczy lekko zmienić produkt cywilny na produkt dual-use i to załatwia sprawę. Niestety tak nie jest, trzeba wykonać więcej pracy, która wymaga totalnej innowacji oraz współpracy na przykład z wojskowymi instytutami uzbrojenia czy inżynierii.

Technologie dual-use coraz szybciej przechodzą drogę od cywilnego prototypu do wdrożenia w sektorze obronnym. Systemy antydronowe, które początkowo powstawały z myślą o ochronie wydarzeń masowych i infrastruktury krytycznej, są dziś wykorzystywane w działaniach wojskowych. Bezzałogowce i robotyka rozwijane na potrzeby rolnictwa, geodezji czy inspekcji technicznych trafiają do zastosowań rozpoznawczych i logistycznych. Komisja Europejska wskazuje te obszary jako jedne z najbardziej perspektywicznych dla budowy konkurencyjności przemysłu Unii Europejskiej w warunkach napięć geopolitycznych. Dla polskich przedsiębiorstw dual-use staje się realną ścieżką rozwoju biznesowego i eksportowego.

Polska posiada bardzo wiele firm zbrojeniowych, a wszystkie z nich są zrzeszone przy Ministerstwie Rozwoju i Technologii. W tej chwili jest tworzona strategia współpracy prywatnej branży zbrojeniowej z instytucjami rządowymi i z tych firm wyłania się bardzo dobra gama produktów m.in. w logistyce, elektronice czy optyce – mówi doradca zarządu Demarko.

Polskie firmy dual-use korzystają już z dofinansowań krajowych i unijnych. Według danych Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej tradycyjne fundusze unijne zostały wykorzystane na wsparcie polskich przedsiębiorców produkujących technologie o podwójnym zastosowaniu. W ramach środków z Krajowego Planu Odbudowy uruchomiono Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności o wartości ponad 22 mld zł, przeznaczony m.in. na rozwój infrastruktury i technologii podwójnego zastosowania. Z kolei z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki zaplanowano 4 mld zł na wsparcie produkcji oraz innowacji dual-use, które mają ruszyć w tym roku.

Posiadamy już wiele firm, które mają bardzo dużo zastosowań w kwestii produkcji komponentów do różnego rodzaju elektronicznych rzeczy, a także drony. Posiadamy firmy, które mają całą infrastrukturę produkcyjną, od zera do finalnego produktu, który może być sprzedawany do innych rządów. Polskie firmy mają pierwsze kontrakty zagraniczne, nie tylko w Ukrainie, ale także w Azji czy Stanach Zjednoczonych oraz Europie. Polskie systemy antydronowe, w tej chwili przetestowane w Ukrainie, są bardzo popularne i prawdopodobnie również kupi je polski rząd – ocenia Marcin Nowotka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojna-w-ukrainie,p681558722

Nawrót szpiczaka równie trudny jak pierwsza diagnoza. Nowe terapie wydłużają czas wolny od choroby

0

Ponad 40 proc. pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym wskazuje, że nawrót choroby jest równie trudny lub nawet trudniejszy niż pierwsza diagnoza, a niemal połowa ogranicza aktywność zawodową po jej wznowie – wynika z badania „Potrzeby i oczekiwania pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym”. To choroba nieuleczalna, więc większość pacjentów musi się liczyć z jej nawrotem. Jednocześnie rozwój nowoczesnych terapii wydłużył znacząco czas wolny od progresji. Eksperci podkreślają, że dla pacjentów kluczowy jest dostęp do kolejnych terapii w pierwszym nawrocie oraz kompleksowej opieki, w tym m.in. rehabilitacji i wsparcia psychologicznego.

 Szpiczak plazmocytowy to nowotwór wywodzący się z plazmocytów, komórek układu odporności. Jest to jeden z najczęstszych nowotworów układu chłonnego. Ta choroba jest nieuleczalna, czyli możemy ją zaleczyć i mamy coraz więcej możliwości, ale jeszcze nie potrafimy jej wyleczyć. To oznacza, że nawrót będzie u każdego pacjenta. Odpowiedź na leczenie, na nowe terapie jest coraz dłuższa, więc nawrotów widzimy mniej niż kiedyś – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria prof. dr hab. n. med. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Szpiczak plazmocytowy stanowi 1–2 proc. wszystkich nowotworów oraz około 18 proc. nowotworów hematologicznych. Jest drugim co do częstości nowotworem układu limfoidalnego po przewlekłej białaczce limfocytowej. W Polsce choruje na niego około 10 tys. osób, a mediana wieku w chwili rozpoznania wynosi około 70 lat. W ciągu ostatnich 15 lat zarejestrowano 18 nowych leków stosowanych w terapii tej choroby. Postęp terapeutyczny przełożył się na istotne wydłużenie przeżycia.

Jednym z kluczowych momentów w przebiegu choroby jest jej wznowa. Może mieć ona charakter kliniczny, z nasileniem objawów takich jak bóle kości, niedokrwistość czy nawracające infekcje, albo zostać wykryta wcześniej – wyłącznie na podstawie wzrostu parametrów biochemicznych. Nowoczesne monitorowanie pozwala w części przypadków rozpocząć leczenie jeszcze przed pojawieniem się objawów klinicznych.

 Moment, kiedy choroba wraca, jest bardzo trudny. Czasami jest trudny medycznie, bo choroba może mieć agresywny przebieg w momencie wznowy, pacjenci wymagają intensywnego leczenia, ale prawie zawsze jest intensywny psychicznie, bo jest to ten moment, kiedy pacjentom podcinane są skrzydła – mówi dr n. med. Tadeusz Kubicki z Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku UM w Poznaniu.

Badanie „Potrzeby i oczekiwania pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym” organizacji Myeloma Patients Europe objęło 40 osób z nawrotem choroby. Najliczniejszą grupę stanowili pacjenci po pierwszym nawrocie (37,5 proc.). U większości remisja poprzedzająca wznowę trwała od roku do trzech lat. 45 proc. respondentów uznało nawrót za równie trudny lub trudniejszy niż pierwsza diagnoza.

 W naszym raporcie przeanalizowaliśmy cztery obszary. Po pierwsze, samopoczucie i życie codzienne, po drugie, potrzeby medyczne, a także potrzeby społeczne i potrzeby informacyjne. Pacjenci, pomimo że już otrzymali intensywne leczenie w trakcie wcześniejszych linii, deklarują dobre samopoczucie, natomiast wiemy też, że borykają się z licznymi skutkami ubocznymi, wynikającymi z natury choroby, ale też z samego leczenia. To jest neuropatia, przewlekłe zmęczenie, częste infekcje i obniżona odporność – mówi Barbara Leonardi, prezeska Myeloma Patients Europe AISBL, współautorka raportu. – Na pewno należy podkreślić znaczenie kompleksowej opieki, ponieważ jest to bardzo złożona choroba. 

Prawie połowa badanych ograniczyła aktywność zawodową po wznowie choroby, a 22 proc. wskazało na problemy finansowe wynikające z jej przebiegu. Respondenci zwracali uwagę na konieczność przemodelowania życia zawodowego i rodzinnego, a także na zwiększone poczucie niepewności i lęku o przyszłość. Organizacje pacjenckie zwracają uwagę, że poza leczeniem onkologicznym istotne znaczenie mają skutki uboczne terapii oraz społeczne konsekwencje choroby.

– Z raportu jasno wynika, że największą potrzebą jest nadal dostęp do rehabilitacji, również rehabilitacji uzdrowiskowej – podkreśla Dominik Romiński, prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Wyniki badania wskazują, że rehabilitacja wyprzedza inne potrzeby, w tym wsparcie psychologiczne i potrzeby informacyjne. Pacjenci podkreślają konieczność szybkiego dostępu do świadczeń rehabilitacyjnych oraz lepszej koordynacji leczenia skutków ubocznych.

– Pacjenci mają poczucie izolacji i bardzo silnie wybrzmiała potrzeba reintegracji społecznej. To jest zdecydowanie zadanie dla organizacji pacjenckich, żeby taką integrację umożliwić – podkreśla Barbara Leonardi.

W Polsce leczenie szpiczaka odbywa się w ramach programu lekowego B.54. Dostęp do nowych terapii w programie lekowym jest oceniany przez hematologów jako dobry, choć są oczekiwania, że w najbliższym czasie pojawią się nowe schematy leczenia zarówno w pierwszej linii, jak i w nawrocie choroby.

– Dwie największe niezaspokojone potrzeby w zakresie leczenia to dostęp do nowoczesnej immunoterapii komórkowej, czyli terapii CAR-T, i dostęp do koniugatów przeciwciał monoklonalnych z immunotoksyną, czyli preparatu belantamab mafodotin, które moglibyśmy zastosować przy pierwszej wznowie choroby. To, co aktualnie daje nam program lekowy, nie do końca odpowiada międzynarodowym standardom – zauważa dr Tadeusz Kubicki.

– W krajach Unii Europejskiej zarejestrowana jest terapia CAR-T, immunoterapia komórkowa, wytwarzana dla każdego pacjenta indywidualnie, zarejestrowana również w innych nowotworach układu chłonnego. Czyli pobieramy określony rodzaj komórek układu chłonnego, limfocyt T, poza organizmem pacjenta je namnażamy, aktywujemy i wprowadzamy receptor, który ma poznawać komórki nowotworowe, łączyć się i aktywować układ odpornościowy i niszczenie komórek nowotworowych. To terapia zarejestrowana dla części pacjentów od drugiej linii, a możliwa właściwie dla wszystkich od trzeciej linii – wskazuje prof. Iwona Hus.

W krajach UE rozwijane są również koniugaty przeciwciał monoklonalnych z lekiem cytotoksycznym, które pozwalają na precyzyjne dostarczenie terapii do komórki nowotworowej.

– Dzięki temu możemy zastosować chemioterapię w większej dawce, niż gdybyśmy ją podawali dożylnie. Ta terapia jest dostępna, w połączeniu z innymi lekami, już od drugiej linii leczenia. My na tę terapię również bardzo czekamy, bo są przeciwciała o podwójnej swoistości i my je mamy w programie lekowym, ale dopiero od czwartej linii – tłumaczy kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Wydłużenie czasu wolnego od progresji jest jednym z kluczowych parametrów oceny skuteczności nowych terapii w pierwszym nawrocie choroby.

– EMA w zeszłym roku zarejestrowała nową immunotoksynę, na którą bardzo liczymy. Immunotoksyna wydłuża czas wolny od progresji z 13 do 36 miesięcy, jeśli chodzi o medianę. To jest ogromna, prawie trzykrotna zmiana, dlatego jest to tak pożądane w tej grupie chorych – podkreśla Dominik Romiński.

Respondenci w badaniu zwracali uwagę, że przy rosnącej liczbie nowych terapii i dynamicznych zmianach w hematoonkologii pacjenci muszą się samodzielnie orientować w dostępnych możliwościach leczenia.

– Pacjenci z nawrotem choroby w szpiczaku często się do nas zwracają o pomoc organizacyjną, psychologiczną, ale też z potrzebą wiedzy o tym, jak mogą się zabezpieczyć przy kolejnym nawrocie. Bardzo często pytają też o to, jakie terapie są dostępne w drugiej linii, bo ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki, ale nie zawsze jest tak oczywista dla osób wiekowo dojrzałych – wskazuje prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nawrot-szpiczaka-rownie,p1786119270

Polska wciąż wypada blado pod względem innowacyjności na tle Europy. Brakuje określonej strategii i systemu wsparcia

0

W 2025 roku Polska zajęła 23. miejsce w Europejskim Rankingu Innowacyjności (EIS), a za nią uplasowały się tylko Słowacja, Łotwa, Bułgaria i Rumunia. Nie znalazła się też w czołówce Global Innovation Index (GII), w którym zajęła 39. miejsce. Zdaniem ekspertów Instytutu Sobieskiego słaba pozycja Polski w tych zestawieniach jest efektem m.in. przestarzałego modelu gospodarki i braku instytucjonalnego wsparcia dla innowacji. Rozwój utrudnia także brak odpowiedniej strategii i niewystarczający proces komercjalizacji opracowywanych technologii.

– Mapa innowacji jest kształtowana przez różnego rodzaju indeksy, które pokazują, gdzie jest dany kraj względem innych. Jednym z nich jest European Innovation Scoreboard, a drugim Global Innovation Index. W pierwszym na 27 państw Polska znalazła się na 23. miejscu, czyli na piątym od końca. W globalnym indeksie na sto dwadzieścia parę państw jesteśmy na 39. miejscu, więc daleko za liderami – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Bartłomiej Pawlak z Instytutu Sobieskiego.

Wynik Polski w Europejskim Rankingu Innowacyjności sukcesywnie poprawia się od 2015 roku, w którym wyniósł 52 proc. średniej unijnej. W ciągu dekady wzrósł do 66 proc., jednak to wciąż nie pozwala na wyjście ze strefy „wschodzącego innowatora”. Kolejnymi kategoriami są „umiarkowani innowatorzy” (od 70 do 100 proc. średniej unijnej), „silni innowatorzy” (od 100 do 125 proc.) i „liderzy innowacji” (powyżej 125 proc.).

– Jest szereg czynników, które powodują, dlaczego tak słabo wypadamy w indeksach innowacji. To przede wszystkim model naszej gospodarki, która przez trzy czy cztery dekady była oparta na założeniu 3T: taniej siły roboczej, taniej energii i taniej ziemi. W związku z tym byliśmy podwykonawcą dużych koncernów albo podwykonawcą podwykonawców. Liczyła się tania siła robocza, często bardzo niska marża i polski spryt, prężność, szybkość działania – tłumaczy Bartłomiej Pawlak.

Jak wynika z raportu Instytutu Sobieskiego „Innowacje albo dryf. Polska mapa wzrostu 2026–2035”, innowacyjność polskich przedsiębiorstw opiera się głównie na adaptacji i usprawnieniach procesowych. Jednocześnie współpraca nauki z biznesem stoi na niskim poziomie. Do tego dochodzi ograniczony dostęp do prywatnego kapitału, który mógłby wspierać rozwój innowacji.

– Brakuje również odpowiednich instytucji wsparcia dla technologii, innowacji i tzw. local contentu, czyli tego, co tutaj wytwarzamy. Przede wszystkim jednak najsilniejsze i najlepsze ekosystemy mają swoją strategię rozwoju innowacji, a my jej po prostu nie mamy – zaznacza współautor raportu.

Raport wskazuje na brak skutecznej koordynacji systemu wsparcia innowacyjności. Wśród rekomendowanych zmian znalazło się skupienie najważniejszych agend, w tym PFR, PARP, NCBR, PAIH, ABM i nowej agencji innowacji obronnych ORION w jednym pionie gospodarczym, odpowiedzialnym za politykę rozwojową państwa. Cel? Odejście od rozproszenia odpowiedzialności i dublowania instrumentów na rzecz spójnego sterowania portfelem interwencji – od wsparcia kompetencji firm, przez finansowanie wzrostu, po zamówienia publiczne i technologie o znaczeniu strategicznym. 

Strategia rozwoju innowacji to podstawowy dokument większości rozwiniętych krajów Europy i świata, bo one muszą sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcemy innowacji, jak je chcemy rozwijać, jak chcemy mierzyć efekty i co chcemy osiągnąć. Jeżeli tego nie ma, to się działa po omacku. Tak działaliśmy do tej pory, z wyjątkiem planu Morawieckiego i Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która przez pewien czas dawała namiastkę strategii w obszarze rozwoju innowacji – tłumaczy Bartłomiej Pawlak.

Mowa o Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, którą przyjęto w 2017 roku. Jednym z jej filarów był rozwój innowacyjnych przedsiębiorstw poprzez m.in. pakiet Konstytucji Biznesu, reformę instytutów naukowo-badawczych, program „Start in Poland” czy też stworzenie przyjaznego otoczenia prawnego dla przedsiębiorczości.

– Stany Zjednoczone wykształciły bardzo specyficzny model oparty na amerykańskim podejściu, otwartości na ryzyko, ogromnej skali podaży pieniądza i całej kulturze, która się ukształtowała w Dolinie Krzemowej. Na taką skalę jest to nie do powtórzenia nigdzie na świecie – uważa ekspert Instytutu Sobieskiego. – Natomiast dla nas istotne jest to, co i komu się udaje w Europie. Wszyscy działamy w europejskim otoczeniu regulacyjnym, borykamy się z podobnymi problemami i wyzwaniami, więc warto popatrzeć, kto wybił się na czołowe pozycje i dlaczego. Sięgajmy po bliższe nam przykłady, bo one są łatwiejsze do wdrożenia przez nasz polski system.

W raporcie analitycy biorą na tapet lidera innowacyjności w Europie i na świecie – Szwajcarię, ale również m.in. Finlandię, Francję czy Danię, które są najbliższe polskim realiom, a jednocześnie odniosły sukces w rozwijaniu innowacji, mimo że jeszcze 15–20 lat temu żadne z tych trzech państw nie było liderem innowacyjności.

Eksperci wskazali kilka cech wspólnych analizowanych ekosystemów, które mogą decydować o ich skuteczności. We wszystkich państwach polityka innowacyjna ma charakter długofalowy i strategiczny, spisana jest najczęściej w jednym, nadrzędnym dokumencie. Za jej realizację odpowiada ograniczona liczba instytucji o jasno określonych kompetencjach. Skuteczne ekosystemy innowacji opierają się na współpracy kilku‒kilkunastu strategicznych instytucji o uzupełniających się rolach. Większość instytucji odpowiedzialnych za rozwój innowacji powstała w Europie w ostatnich 10‒15 latach i zachowuje ciągłość działania. Dodatkowo istotną rolę odgrywa prywatny kapitał, który jest jednak aktywizowany przez środki publiczne. Uniwersytety i politechniki pełnią funkcję aktywnych uczestników ekosystemu innowacji, a nie tylko ośrodków wiedzy i edukacji.

Komercjalizacja technologii i innowacji, zamiana nauki na efekt komercyjny jest niezwykle istotnym elementem całego ekosystemu innowacji i edukacji, który nas odróżnia od najlepszych systemów Europy Zachodniej. U nas uczelnie cały czas są mekką nauki i edukacji, a w Europie Zachodniej jest jeszcze trzeci element – komercjalizacja – podkreśla Bartłomiej Pawlak. – Bez tego elementu nie będziemy mieli w wielkiej skali transferu technologii z uczelni do biznesu. Musimy go rozwijać, bo na razie uczelnie są naszą piętą achillesową, mimo bardzo wysokiego poziomu wiedzy.

Działalność badawcza ośrodków naukowych jest u liderów innowacyjności ściśle powiązana z efektami gospodarczymi – identyfikacją i ochroną własności intelektualnej, komercjalizacją bezpośrednią przez sprzedaż licencji i pośrednią przez tworzenie firm spin-off. Są to niezależne spółki wyłonione z większej organizacji, np. uczelni,  której celem jest komercjalizacja innowacyjnych technologii, wiedzy lub produktów opracowanych w ramach macierzystej instytucji.

– Dzisiaj mniej więcej 10 proc. start-upów to są tak zwane spin-offy. Czyli start-upy powstają raczej poza systemem uczelnianym. Ale żebyśmy mogli zwiększyć skalę spin-offów, powinniśmy stworzyć narzędzia, które będą motywowały kadrę uczelnianą do tego, żeby myśleć o komercjalizacji – uważa przedstawiciel Instytutu Sobieskiego.

Na wielu polskich uczelniach działają już centra transferu technologii (CTT), czyli jednostki powołane w celu sprzedaży lub przekazywania do gospodarki wyników badań i prac rozwojowych prowadzonych wewnątrz instytucji. Ponadto od grudnia 2015 roku funkcjonuje Porozumienie Akademickich Centrów Transferu Technologii (PACTT), które jest dobrowolnym zrzeszeniem ponad 100 przedstawicieli z jednostek odpowiedzialnych za zarządzanie i komercjalizację własności intelektualnej polskich uczelni, instytutów badawczych oraz PAN.

Powinniśmy tworzyć centra transferu technologii i łączyć sieci uczelniane między sobą, bo młodzi start-upowcy chcieliby wiedzieć, co się dzieje na innej uczelni, w innym kraju, mieć dostęp do wiedzy i do inwestorów. Powinniśmy otaczać uczelnie różnego rodzaju podmiotami, centrami badań i rozwoju, podmiotami komercyjnymi, żeby była bliskość między wiedzą a miejscem, gdzie się tę wiedzę wykorzystuje, czyli w biznesie – uważa Bartłomiej Pawlak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wciaz-wypada,p188823014

Reforma PIP wraca po poprawkach. Przedsiębiorcy mówią o iluzorycznych zabezpieczeniach i obawiają się chaosu

0

W Sejmie rozpoczęły się prace nad rządowym projektem reformy Państwowej Inspekcji Pracy, która ma dać inspektorom narzędzia do skuteczniejszej walki z nadużywaniem umów cywilnoprawnych – w tym „pozornych” zleceń i kontraktów B2B. Zgodnie z przekazem rządu kluczowa w tej reformie jest możliwość narzucenia zmiany takich umów na umowę o pracę, przy jednoczesnym utrzymaniu kontroli sądu pracy nad decyzjami inspekcji.

– W znowelizowanej ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy, niestety wbrew temu, co mówią przedstawiciele rządu, nie widzimy nic, co by się zmieniło na korzyść przedsiębiorców. Ustawa jest skomplikowana, trudna do realizacji i jeżeli komukolwiek przyniesie korzyści, to kancelariom prawnym – wskazuje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich i członek Prezydium Rady Dialogu Społecznego, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Źródłowa ustawa miała sześć stron, ktoś zaczął ją poprawiać i urosła do 30 stron. Ustawa jest skomplikowana.

Reforma jest elementem zobowiązań wpisanych do Krajowego Planu Odbudowy. W komunikatach rządowych podkreślano, że realizacja „kamienia milowego” w obszarze wzmocnienia PIP ma znaczenie dla wypłaty środków z KPO, a Polska ma czas na wdrożenie odpowiednich rozwiązań do końca czerwca. Pierwsza wersja projektu, która budziła duże kontrowersje wśród przedsiębiorców, została zastopowana decyzją premiera Donalda Tuska.

W nowej wersji projektu, przyjętej 17 lutego przez rząd, utrzymano przyznanie Państwowej Inspekcji Pracy uprawnienia do zamiany pozornych umów cywilnoprawnych i B2B w umowy o pracę w drodze decyzji administracyjnej. Doprecyzowano jednak proces odwoławczy. Pracodawca ma mieć 30 dni na odwołanie się od decyzji inspektora do sądu pracy. Rząd przewiduje także szybszą ścieżkę na jego rozpatrzenie przez sąd w ciągu 30 dni. Jak podkreśla resort pracy, na etapie odwołania od decyzji PIP będzie możliwość udzielenia przez sąd pracy zabezpieczenia, aby w toku postępowania odwoławczego umowa mogła być zmieniona, wypowiedziana lub rozwiązana wyłącznie na zasadach prawa pracy.

– Proponowane bezpieczniki w tej ustawie są iluzoryczne. Dzisiaj w sądach się czeka trzy–cztery lata na rozstrzygnięcie. Przy mnogości spraw, które się pojawią, będzie się czekało pewnie pięć lat. Przedsiębiorca do tego momentu nie będzie wiedział, czy robi dobrze, czy robi źle, i za pięć lat może się okazać, że robił źle. Tyle pieniędzy zostanie za to naliczonych, że przedsiębiorca tego nie przetrwa – argumentuje przewodniczący FPP.

Projekt zakłada, że inspektor będzie mógł nie tylko przekwalifikować umowę, ale także określić jej warunki – w tym rodzaj pracy, miejsce jej wykonywania czy wysokość wynagrodzenia. Organ administracji nie powinien samodzielnie kreować treści nowego stosunku zobowiązaniowego między podmiotami i ingeruje nieproporcjonalnie w sferę dotychczas zastrzeżoną dla sądów powszechnych – wskazuje w komunikacie Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy Konfederacji Lewiatan.

Jednym z najbardziej spornych elementów jest kwestia relacji B2B: przedsiębiorcy obawiają się, że przy braku jasnych kryteriów i definicji decyzje o „przekwalifikowaniu” umów mogą rodzić niepewność prawną i finansową, szczególnie tam, gdzie działalność gospodarcza wiąże się z inwestycjami, zakupami sprzętu czy rozliczaniem VAT.

– Jak przekształcić umowę B2B w umowę o pracę? Prowadząc B2B, odprowadzamy VAT, mamy środki trwałe – co mamy z nimi zrobić? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi – podkreśla Marek Kowalski.

Jak ocenia, skutki wprowadzenia ustawy w proponowanym kształcie dla gospodarki mogą być wyłącznie negatywne: od ryzyka paraliżu sądów po zachwianie konkurencji, jeśli kontrole i decyzje obejmą firmy nierównomiernie.

Wprowadza ona duży element niepewności. Zachwieje też konkurencyjnością na rynku, dlatego że ci, którzy będą skontrolowani, znajdą się w dużo gorszej sytuacji niż ci, którzy nie będą skontrolowani – wskazuje przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Jeżeli mielibyśmy uznać reformę za sukces, to mielibyśmy 4 mln spraw, bo mamy 1,8 mln zatrudnionych na umowach-zleceniach i 2,2 mln zatrudnionych w formie B2B. Jeżeli chcielibyśmy te wszystkie umowy zmienić na umowę o pracę, to po pierwsze, potrzebujemy na to 87 lat, to dokładnie policzyliśmy, a po drugie, polskie sądownictwo tego nie wytrzyma.

Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawia alternatywę: stopniowe dochodzenie do pełnego oskładkowania umów-zlecenia – z dłuższym okresem dostosowawczym, aby uniknąć „szoku” regulacyjnego i jednocześnie ograniczyć nierówności konkurencyjne na rynku.

– Rynek nie lubi szoku. Już w 2018 roku powiedzieliśmy, że można do tej zmiany dochodzić w ciągu czterech lat i rynek się doskonale dostosuje – przypomina Marek Kowalski.

Resort pracy zaproponował wprowadzenie instytucji interpretacji indywidualnej wydawanej przez Głównego Inspektora Pracy na wniosek pracodawcy, której celem jest wyjaśnienie sposobu stosowania przepisów prawa pracy w zakresie ustalenia, czy określony stosunek prawny spełnia przesłanki umowy o pracę. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/reforma-pip-wraca-po,p686821