Strona główna Blog Strona 34

Mięso komórkowe może się stać realną alternatywą dla tego pochodzącego z uboju. Za rozwojem technologii musi też podążyć prawo

Alternatywne dla uboju źródła pozyskiwania mięsa, takie jak namnażanie komórek w bioreaktorach, będą w najbliższych latach zyskiwać na znaczeniu. Próby „wyhodowania” mięsa toczą się już od co najmniej dwóch dekad i mniej więcej jeszcze kolejnych 10 lat potrzeba, by weszło ono na rynek. Na razie barierą pozostaje technologia, która umożliwiłaby produkcję na masową skalę, wysoka cena wytworzonych w ten sposób produktów, ale też niechęć konsumentów. Wyzwaniem będą także przepisy, które umożliwią wprowadzenie mięsa komórkowego do obrotu i konsumpcji.

Minęła dekada od degustacji pierwszego burgera wyhodowanego metodą in vitro przez naukowców z Uniwersytetu w Maastricht w Holandii. Był to tylko symboliczny moment, bo pierwszy patent na produkcję mięsa w procesie inżynierii tkankowej został nadany w USA w 2001 roku. Trzy lata temu w Izraelu powstała pierwsza na świecie restauracja serwująca drobiowe burgery z probówki.

– W Stanach Zjednoczonych dwie firmy w kilku wysokoprofilowych, gwiazdkowych restauracjach już dziś sprzedają swoje mięso wyhodowane w sposób komórkowy. W bardzo ograniczonych ilościach wciąż, aczkolwiek to już się rzeczywiście dzieje – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Otrębski, strategic partnerships manager w RoślinnieJemy, współzałożyciel Polskiego Związku Producentów Żywności Roślinnej.

Rolnictwo komórkowe na szerszą skalę wydaje się nieuniknioną i wcale nie tak odległą wizją. Dla dobra klimatu potrzebna jest transformacja systemów żywnościowych, w tym produkcji mięsa. Według analityków z Chatham House uprawa roślin i hodowla zwierząt zajmują połowę zamieszkanych terenów na świecie, przy czym niemal 80 proc. gruntów rolnych przeznaczonych jest właśnie na hodowlę zwierząt. Produkcja żywności stała się główną przyczyną utraty różnorodności biologicznej. Zamiast dzikich zwierząt w globalnej biomasie dominują zwierzęta hodowlane, głównie krowy i świnie. Eksperci przestrzegają, że system żywnościowy jest odpowiedzialny za większą emisję gazów cieplarnianych niż jakakolwiek inna działalność człowieka. W obliczu pogłębiającego się kryzysu klimatycznego produkcja mięsa z próbówki może w najbliższych latach zyskać na znaczeniu.

Docelowo takie produkty mają niejako odciążyć planetę, więc produkcja powinna być mniej kosztowna dla systemów środowiskowych, dla naszego klimatu. Drugi wątek jest taki, że mięso komórkowe nie będzie kompromisem, na jaki część konsumentów się godzi, wybierając roślinne alternatywy. Myślę więc, że odbiorcami będą przede wszystkim osoby, które z jedzenia mięsa nie chcą bądź nie mogą rezygnować. Według prognoz Food and Agriculture Organization konsumpcja mięsa do 2050 roku wzrośnie o 70 proc. – zauważa ekspert. – Myślę więc, że nie będziemy się zastanawiać, jak tę konsumpcję zmniejszyć czy odmienić tę trajektorię, ale bardziej nad tym, jak dostarczyć mięso w sposób, który jest etyczny, przyjazny planecie i który daje możliwość zaspokojenia tego popytu za dwadzieścia kilka lat.

Jak wynika z danych, na które powołuje się RoślinnieJemy, do 2035 roku udział mięsa hodowanego komórkowo w światowym rynku białka może wynieść nawet 22 proc., pod warunkiem wsparcia regulacyjnego i technologicznego. W ciągu najbliższych dekad start-upy zajmujące się tym sektorem odbiorą producentom tradycyjnego mięsa znaczną część udziału w 1,7-bilionowym rynku. 

 Dzisiaj możemy mówić o około 100, być może 150 firmach, projektach naukowych, które zajmują się tą działką. Istnieje jednak jeszcze wiele wąskich gardeł, które utrudniają masową komercjalizację tego produktu, przede wszystkim jest to kwestia skalowania produkcji. To, co wielu firmom już udaje się osiągnąć w warunkach laboratoryjnych, okazuje się być wyzwaniem w produkcji bardziej masowej ­– podkreśla Maciej Otrębski.

Congressional Research Service w raporcie „Cell-Cultivated Meat: An Overview” przytacza dane, że obecnie koszt hurtowy wyprodukowania 1 kg takiego mięsa to średnio 63 dol., a w sprzedaży detalicznej ponad 100 dol. za kilogram.

Kolejną przeszkodą są kwestie legislacyjne. Obecnie tylko w Singapurze, Izraelu oraz Stanach Zjednoczonych produkty z mięsa in vitro zostały dopuszczone do spożycia przez ludzi.

­– W Europie ten proces może być dość długotrwały ze względu na to, że jest to niejako nowa żywność i proces dopuszczenia jej przez European Food and Safety Authority, czyli europejski odpowiednik naszego sanepidu, bywa czasochłonny. Ważną rolę mogą tu odegrać decydenci, rządy, które powinny zadbać o to, by w momencie, gdy technologia i możliwość skalowania już osiągnie ten pułap, w którym będziemy mogli takie mięso produkować, szły za tym regulacje, które umożliwią tę komercjalizację – ocenia współzałożyciel Polskiego Związku Producentów Żywności Roślinnej.

Nie jest to jednak oczywiste, ponieważ są kraje, które nie ukrywają niechęci do wprowadzenia na rynek mięsa in vitro. Niedawno włoski parlament zakończył prace nad przepisami, które zakazują produkcji takiego mięsa i obrotu nim.

W Polsce nad wyprodukowaniem komórkowego mięsa drobiowego pracuje firma LabFarm, która w 2025 roku planuje uruchomienie linii pilotażowej. Produkcja rozpocznie się od pobrania komórek macierzystych od zwierzęcia. Następnie trafią one do bioreaktora, w którym będą panować warunki imitujące te w żywym organizmie. W efekcie komórki zaczną się dzielić, tworząc całe struktury. Po kilku tygodniach powstanie mięso gotowe do spożycia, bez antybiotyków, zanieczyszczeń i produktów ubocznych. Twórcy LabFarmu przewidują, że w najbliższych trzech–czterech latach drobiowe mięso z probówki zagości na naszych stołach, jeśli pojawią się odpowiednie regulacje prawne. 

– Słyszałem, że pojawiła się firma, która planuje się zajmować kawiorem hodowanym komórkowo w Polsce. Więc ten temat się mocno rozwija również nad Wisłą i nie jest już tylko mrzonką z przyszłości – mówi Maciej Otrębski.

Jak podkreśla, mięso komórkowe to jedna z kilku innowacji, które zmieniają i napędzają przemysł spożywczy w jego segmencie roślinnych alternatyw.

– Są dwie ścieżki innowacji. Z jednej strony poprawianie smaku, tekstury, wartości odżywczych. I tutaj bardzo ciekawym wątkiem jest fermentacja precyzyjna, czyli sposób produkcji żywności przy wykorzystaniu procesów fermentacji, które znamy chociażby z robienia kiszonek, kapusty czy ogórków kiszonych, ale w bardzo kontrolowanych warunkach. To pozwala przekształcać chociażby drożdże w inne substancje, jak na przykład serwatka przy odpowiednio zaprojektowanym procesie fermentacji precyzyjnej. Dzięki temu mamy możliwość wytwarzania produktów, które już nie tylko są alternatywami dla na przykład zwierzęcej serwatki, ale rzeczywiście mają taki profil jak ten produkt tradycyjny, odzwierzęcy. To jest świetna szansa dla wszystkich, którzy produkują żywność i na przykład dążą do obniżania kosztów. Oczywiście dużą innowacją są również mykoproteiny, czyli białko z pochodzenia korzenia grzybni, i to jest również obszar, który się dynamicznie rozwija – wymienia ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mieso-komorkowe-moze,p1029873232

Od stycznia zmiana na stacjach paliw. Kierowcy muszą sprawdzić, czy mogą tankować nowy rodzaj benzyny

Benzyna z 10-proc. udziałem bioetanolu pojawi się z początkiem nowego roku na stacjach paliw w miejsce popularnej E5 95-oktanowej. Nie wszystkie starsze auta będą mogły być nią jednak zasilane, więc trzeba będzie je tankować paliwem 98-oktanowym, które obecnie jest droższe. Eksperci przewidują jednak, że ostatecznie dojdzie do zbliżenia cen obu paliw. Kierowcy mogą sprawdzić, czy ich auto jest kompatybilne z nowym paliwem, w specjalnej wyszukiwarce lub za pośrednictwem maila. Tymczasem zapotrzebowanie na biopaliwa ma do końca dekady wzrosnąć ponad dwukrotnie.

 Paliwo E10 jest uważane za paliwo, które będzie nie tylko zastępowało paliwo w pewnym sensie tradycyjne, ale również jest paliwem bardziej przyjaznym środowisku. Stąd też wszystkie wytyczne Unii Europejskiej zmierzają ku możliwości używania takich paliw, które będą zaspokajały potrzeby transportowe, ale przede wszystkim też chroniły środowisko – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Biznes Halina Pupacz, prezeska zarządu Polskiej Izby Paliw Płynnych. – Średnio w Unii paliwa kopalne wykorzystane w całej energetyce, nie tylko w paliwach transportowych, stanowią już 38 proc., w Polsce jest to w dalszym ciągu 78 proc. całego koszyka energetycznego.

Benzyna E10 pojawi się na stacjach benzynowych 1 stycznia 2024 roku. Zmiana ta wynika z dyrektywy unijnej, wpisującej się w politykę Wspólnoty, która zakłada odchodzenie od paliw kopalnych na rzecz paliw alternatywnych. Jak wyjaśnia Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Polska będzie 19. krajem w UE, który wprowadzi to paliwo. Jest ono już dostępne m.in. w Austrii, Bułgarii, Danii, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Słowacji i Węgrzech. Dodatkowo w Europie E10 jest dostępna także m.in. w Wielkiej Brytanii i Norwegii. Benzyna E10 jest już szeroko stosowana na całym świecie, w tym w Europie, Stanach Zjednoczonych i Australii. Od 2016 roku jest również paliwem wzorcowym, na którym nowe samochody są testowane pod kątem emisji i osiągów.

Zgodnie z raportem organizacji zajmującej się wykorzystaniem biokomponentów ePure bioetanol ma mniejszy ślad węglowy – średnio o ok. 70 proc. w porównaniu z paliwami kopalnymi takimi jak benzyna silnikowa pochodząca z przeróbki ropy naftowej. Wprowadzenie E10 na rynek ma pomóc Polsce osiągnąć unijny cel 14 proc. udziału paliw pochodzących z surowców odnawialnych w paliwach zużytych w transporcie oraz zmniejszy zależność od paliw kopalnych.

Bioetanol, stanowiący komponent tego rodzaju benzyny, to paliwo odnawialne, produkowane z roślin uprawianych w sposób zrównoważony, a także z odpadów. Jest wytwarzany w biorafineriach w procesie fermentacji. Najczęściej biorafinerie są nastawione na przetwarzanie zbóż i buraków cukrowych, ale paliwo może być wytwarzane również na przykład ze słomy. Wytworzony bioetanol jest dostarczany do rafinerii przygotowujących benzynę do dystrybucji.

 Rafinerie muszą zblendować to paliwo, czyli przygotować i dostarczyć do stacji paliwo z 10-proc. dodatkiem etanolu. Stacje paliw muszą zmienić w swoich obiektach oznaczenia na odmierzaczach paliw, żeby klient tankujący paliwo wiedział, że tankuje paliwo z dodatkiem alkoholu do 10 proc. Jedyny wymóg informacyjny jest taki, żeby każdy klient mógł na stacji paliw znaleźć informację, gdzie i w jaki sposób może sprawdzić, czy jego pojazd może zostać zatankowany paliwem E10 – dodaje Halina Pupacz.

Sposób oznakowania, formułowania i udostępniania informacji o rodzaju paliwa wykorzystywanego do napędu pojazdu samochodowego został określony w rozporządzeniu MKIŚ.

Przez dwa–trzy miesiące dla wszystkich będzie to pewna trudność, bo i pracownicy stacji, i właściciele samochodów muszą się wzajemnie wyedukować w przekazywaniu tych informacji, jak sprawdzić, żeby tankować bezpieczne paliwo – mówi prezeska Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Okazuje się, że nie wszystkie starsze auta będą mogły być tankowane takim paliwem. Przystosowanie silnika do zasilania benzyną E10 można sprawdzić w instrukcji pojazdu, na klapie wlewu paliwa lub u sprzedawcy czy producenta pojazdu, ale także w specjalnej wyszukiwarce udostępnionej przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Znajduje się w niej formularz z rozwijanymi listami, w którym trzeba określić markę auta, model i rocznik. Wyszukiwarka wskaże następnie, które z poszczególnych silników stosowanych w tym modelu może być zasilane paliwem ze zwiększonym udziałem biokomponentu. W ciągu zaledwie kilku dni od uruchomienia strony odnotowano ponad 2,5 mln wyszukiwań. W obejmującej około 8 tys. rekordów wyszukiwarce można znaleźć informacje o większości modeli jeżdżących po polskich drogach. Ministerstwo uruchomiło także specjalny adres mailowy do zgłaszania wszelkich nieścisłości w funkcjonowaniu wyszukiwarki.

Według Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego średni wiek samochodu osobowego w 2020 roku wynosił w Polsce 14,3 roku. Znaczna większość pojazdów osobowych z silnikiem o zapłonie iskrowym wyprodukowanych po 1 stycznia 2010 roku jest przystosowana do stosowania benzyn silnikowych E10. Pojazdy, które nie będą mogły być nią tankowane, będą musiały „przerzucić się” na benzyną 98-oktanową, która jest dziś o kilkadziesiąt groszy droższa na litrze. 10-proc. udział bioetanolu ma dotyczyć tylko benzyny 95-oktanowej. Z kolei 98-oktanowe paliwo nadal będzie miało 5-proc. udział biokomponentu.

– Liczymy na to, że te ceny się zbliżą, że zróżnicowanie nie będzie takie duże, jak w tej chwili jest na benzynie 98-oktanowej – mówi Halina Pupacz.

Jak podkreśla MKiŚ, zwiększenie zawartości bioetanolu w benzynie jedynie w niewielkim stopniu wpłynie na wzrost zużycia paliwa (rzędu 1 do 2 proc.), co jest trudne do wyodrębnienia z innych czynników wpływających na zużycie paliwa, takich jak np. styl jazdy czy ciśnienie w oponach.

Z danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej wynika, że popyt na biopaliwa w 2022 roku osiągnął rekordowy poziom 4,3 eksadżuli (EJ), co odpowiada 170 mld l. Do 2030 roku zapotrzebowanie ma wzrosnąć do 10 EJ.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-stycznia-zmiana-na,p1558145098

Polska w ogonie Europy pod względem leczenia astmy ciężkiej przyczyniającej się do wielu zgonów. Tylko 3 tys. pacjentów otrzymuje skuteczne leczenie terapią biologiczną, a diagnoza trwa nawet siedem lat

Szacuje się, że w Polsce astma dotyka ok. 4 mln. osób, z tej liczby 2,2 mln chorych jest zdiagnozowanych i podjęto u nich leczenie. Niestety 38 tys. pacjentów doświadcza astmy ciężkiej, która objawią się dusznością, uporczywym kaszlem, problemami z oddychaniem, zaostrzeniami choroby prowadzącymi do inwalidztwa i często do przedwczesnej śmierci. Wprawdzie obecny program lekowy B.44 zapewnia pacjentom leczenie biologiczne, ale chorzy mogą z niego skorzystać dopiero po wcześniejszym zastosowaniu doustnych leków systemowych (kortykosteroidów), które powodują liczne powikłania w postaci dodatkowych chorób, np. cukrzycy, zaćmy, nadciśnienia tętniczego czy osteoporozy. Szansą na poprawę jakości życia osób z astmą ciężką jest poszerzenie dostępu do terapii biologicznej poprzez zmianę zapisów kryteriów włączania do programu lekowego i zwiększenie leczenia w warunkach domowych.

Astma to choroba przewlekła, a jej rozwój zależy od predyspozycji genetycznych i czynników środowiskowych. Zaczyna się najczęściej w dzieciństwie i towarzyszy choremu przez całe życie. Ze względu na wysoki wskaźnik zachorowalności astma staje się chorobą społeczną, a wzrost zapadalności na nią wpisuje się w trend epidemii chorób alergicznych.

– W Polsce na rozpoznanie astmy czeka się średnio ponad siedem lat i to jest zdecydowanie za długo. Średnia europejska wynosi 3,5 roku. Można to zmienić, edukując lekarzy, bo tylko wyedukowany lekarz rozpozna objawy – kaszel, świsty, duszności – które wydają się proste. Problem w tym, że astma jest chorobą zmienną i często się zdarza, że jej objawy nie występują w gabinecie lekarza, niemniej wtedy musimy uwierzyć pacjentowi. W przypadku pacjentów, którzy wchodzą na ścieżkę diagnostyczną w kierunku astmy, mamy dobre standardy leczenia, standardy GINA, standardy Polskiego Towarzystwa Alergologicznego, które mówią wprost, co należy zrobić. Stawiamy rozpoznanie: astma oskrzelowa, dajemy leki wziewne i ten pacjent zdrowieje. Jednak dotyczy to jedynie połowy chorych, druga połowa ma objawy i nie ma postawionego rozpoznania. Chorzy stosują niepotrzebnie antybiotyki na infekcje, które wcale nie są infekcjami, ale zaostrzeniami choroby – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP.

Szacuje się, że w Polsce objawy astmy ma ponad 4 mln osób, ale tylko ok. 2,2 mln ma świadomość choroby i jest aktywnie leczonych – pokazuje najnowszy raport „Życie z astmą ciężką. Punkt widzenia pacjenta”, opracowany w ramach Koalicji na rzecz Leczenia Astmy.

– Ważne jest, abyśmy umieli odróżniać astmę ciężką od tak zwanej astmy trudnej. To są dwie różne sytuacje, niekoniecznie rozpoznawalne przez lekarzy pierwszego kontaktu, a czasami nawet i przez specjalistów – mówi prof. dr hab. n. med. Karina Jahnz-Różyk, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii, Alergologii i Immunologii Klinicznej Wojskowego Instytutu Medycznego. – Z astmą trudną mamy do czynienia wtedy, kiedy pacjent na przykład nie bierze leków i wtedy jego choroba systematycznie się pogarsza i wchodzi w etap ciężki. Natomiast astma ciężka, kwalifikująca się do potencjalnego leczenia biologicznego, to taka, w której nie uzyskujemy kontroli choroby pomimo stosowania maksymalnej dawki glikokortykosteroidów wziewnych i innych leków, które są dla  ciężkiej postaci astmy przeznaczone.

Grupa pacjentów z ciężką astmą stanowi w Polsce ok. 10 proc. wszystkich chorych, czyli ok. 38 tys. osób. Jednak pomimo tego, że ciężka astma występuje stosunkowo rzadko, to wiąże się ona z poważnymi powikłaniami i złym rokowaniem.

– Pacjent, który ma ciężką postać astmy, żeby normalnie żyć, musi często stosować doustne sterydy. Tymczasem już nawet kilka dni leczenia wysoką dawką to jest tyle, ile powinno wynosić całoroczne zużycie leków wziewnych sterydowych. To jest bardzo silna terapia, która oczywiście pomaga pacjentowi (brak kaszlu, duszności, zaostrzeń), ale jednocześnie oznacza szereg powikłań. Jaskra, zaćma, osteoporoza, cukrzyca typu 2, choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, nadciśnienie, ryzyko sepsy – to wszystko są koszty zdrowotne używania doustnych sterydów. Ale pacjent z ciężką postacią astmy, żeby żyć, musi je brać – podkreśla dr n. med. Piotr Dąbrowiecki.

W przypadku chorych na ciężką postać astmy uporczywe objawy – ciągły kaszel, problemy z oddychaniem i zaostrzenia – często powodują konieczność hospitalizacji, mocno obniżają jakość życia chorych, którzy są zmuszeni m.in. do rezygnacji z aktywności zawodowej i społecznej, a ponadto żyją w ciągłym strachu przed kolejnymi atakami choroby. To prowadzi do nadużywania sterydowych leków wziewnych i systemowych.

– Z raportu wynika, że tolerujemy nadużywanie przez naszych pacjentów leków ratunkowych w astmie – aż 2/3 specjalistów, u których leczą się chorzy na astmę, nadużywa krótko działających leków rozszerzających oskrzela. To jest za dużo. Kiedy pacjent stosuje lek ratunkowy, powinna się nam zapalić czerwona lampka, bo to znaczy, że nie jest stabilny i trzeba się nim mocniej zaopiekować,  zmienić sposób leczenia – mówi przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP. – Większość lekarzy dobrze sobie radzi z tym tematem, ale jest też pewna grupa, która nadal tkwi w zaszłościach terapeutycznych, sięgających jeszcze poprzedniego wieku, że antidotum na ciężką astmę to steryd doustny. Nie, antidotum na ciężką astmę to leczenie biologiczne.

Leczenie biologiczne dla chorych z ciężką postacią astmy jest w Polsce dostępne w ramach programu lekowego B.44, który funkcjonuje od ponad 10 lat. Dla pacjentów, którzy często nie mają już innej, skutecznej opcji terapeutycznej, jest to jedyna szansa na poprawę jakości życia. Obecnie w programie lekowym B.44 jest leczonych ok. 3,1 tys. pacjentów w ponad 60 ośrodkach w Polsce. To wciąż o wiele za mało. – Biorąc pod uwagę fakt, że liczba pacjentów z astmą ciężką, którzy kwalifikują się do włączenia do programu lekowego, to grupa ok. 35–38 tys. chorych, to tylko ok. 10 proc. z nich jest objętych leczeniem biologicznym. Zadajemy sobie pytanie, z czego to może wynikać, jakie są bariery? Wydaje się, że ośrodki prowadzące leczenie biologiczne są dość równomiernie rozłożone na mapie całego kraju, ale praktyczne znaczenie mogą mieć tu logistyka i kwestia dojazdów – tłumaczy prof. Maciej Kupczyk.

– Jako Polskie Towarzystwo Alergologiczne staramy się, żeby ten program lekowy był usprawniany, żeby były w nim najnowsze leki i żeby było w nim coraz więcej pacjentów – dodaje prof. Karina Jahnz-Różyk.

Lekarze podkreślają, że leczenie biologiczne w przypadku astmy ciężkiej przynosi u pacjentów ogromną poprawę: uczucie duszności i kaszel występują rzadziej lub całkowicie zanikają. Zmniejsza się liczba zaostrzeń choroby i poprawia jakość życia. W przypadku chorych leczonych tą terapią zmniejsza się istotnie stosowanie leków wziewnych i zazwyczaj pacjenci przestają stosować systemowe sterydy doustne, co zmniejsza liczbę późniejszych powikłań. Poprawiają się parametry czynnościowe płuc (spirometria), wyniki badania PEF się normalizują.

– Do leczenia biologicznego, z definicji, włączamy tych pacjentów, którzy mają astmę ciężką niekontrolowaną, czyli częste zaostrzenia, nasilone objawy dzienne i nocne, przebudzenia z powodu duszności, mają potrzebę stosowania sterydów systemowych i powikłania tego rodzaju leczenia, mają kłopoty związane z częstymi, nieplanowanymi wizytami lekarskimi, wizytami pogotowia ratunkowego, hospitalizacjami – mówi prof. Maciej Kupczyk. – Po włączeniu terapii biologicznej, kiedy dobrze dobierzemy lek, osiągamy spektakularną poprawę kliniczną. Ci pacjenci nie muszą przyjeżdżać do szpitala, wracają do codziennej aktywności w domu, pracy, szkole, poprawia się również ich jakość życia.

– Stosując leki biologiczne, jesteśmy w tej chwili w stanie uwolnić pacjenta od objawów astmy ciężkiej, zmniejszyć lub w ogóle pozwolić na odstawienie doustnych sterydów, które bardzo obciążają pacjenta i za które on płaci później, ponosząc duże koszty zdrowotne – dodaje dr n. med. Piotr Dąbrowiecki.

– Obecnie dostęp pacjentów z astmą ciężką do leczenia biologicznego jest najważniejszy. Lecząc się tradycyjnymi metodami, pozostają niezaopiekowani, ich życie jest naznaczone tą chorobą, która wyklucza ich z życia codziennego. Ci pacjenci w efekcie często są też obciążeni problemami psychicznymi, mają problemy finansowe i rodzinne, ponieważ leczenie to jest kosztochłonne, ciężkie dla ich bliskich. Pacjenci mają poczucie, że są stygmatyzowani, przeżywają stygmat kaszlu, przeżywają stygmat wykluczenia, zaburzają się ich relacje społeczne i relacje z przyjaciółmi, często zrywają się przyjaźnie przez to, że nie mogą nawet wyjść z domu – podsumowuje Katarzyna Kunert, rzeczniczka Fundacji Centrum Walki z Alergią. – Leczenie biologiczne dla pacjentów z astmą ciężką powinno być szerzej dostępne, powinno obejmować również takie grupy jak osoby palące czy kobiety w ciąży. Z naszego raportu wyraźnie wynika, że leczenie biologiczne jest medycznym fenomenem, który ma szansę przywrócić pacjentów do normalnego funkcjonowania w rodzinie i społeczeństwie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-w-ogonie-europy-pod,p711075008

Specjalne etykiety mogłyby zniechęcać konsumentów do kupowania mięsa. To skuteczniejsza metoda na ograniczenie jego spożycia niż zakazy czy wzrost cen

Badanie przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Durham pokazuje, że umieszczenie ostrzeżeń na etykietach produktów mięsnych może skutecznie ograniczyć ich spożycie. Miałoby to działać na takiej zasadzie jak kontrowersyjne zdjęcia na paczkach papierosów, a ostrzeżenia mogłyby dotyczyć aspektów środowiskowych, zdrowotnych lub epidemiologicznych spożycia mięsa. To właśnie te aspekty są wskazywane przez ekspertów jako powód, dla którego konsumpcję produktów mięsnych należy ograniczyć. – Jest wiele rodzajów interwencji, jakie można wprowadzić w tym zakresie, jednak najlepiej, gdyby nie miały one charakteru zbyt nakazowego lub nie wiązały się z nadmierną kontrolą decyzji podejmowanych przez ludzi – mówi Jack Hughes, doktorant w Instytucie Psychologii Behawioralnej na Uniwersytecie w Durham.

Jak podaje WWF, sektor spożywczy odpowiada za ok. 27 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych, z czego 60 proc. pochodzi z rolnictwa i jest związane z produkcją zwierzęcą. Na poczet produkcji wołowiny ogromne obszary leśne są przekształcane w pastwiska, co wraz z nadmiernym wypasem zwierząt może prowadzić do skrajnej utraty wierzchniej warstwy gleby i materii organicznej. Produkcja wołowiny wymaga również znacznej ilości wody, której większość jest wykorzystywana do uprawy roślin na paszę dla bydła.

– Według Komisji ds. Zmian Klimatycznych, która formułuje rekomendacje dla rządu Wielkiej Brytanii dotyczące realizacji celów środowiskowych, jeśli chcemy osiągnąć neutralność pod względem emisji dwutlenku węgla, musimy ograniczyć spożycie mięsa o 20 proc. do 2030 roku. Jest to samo w sobie dobrą zachętą do ograniczenia spożycia mięsa w skali kraju. Ponadto fakt, że w Wielkiej Brytanii spożycie mięsa przekracza dzienną ilość zalecaną przez NHS, dodatkowo potwierdza zasadność ograniczenia udziału mięsa w diecie – mówi agencji Newseria Biznes Jack Hughes, doktorant w Instytucie Psychologii Behawioralnej na Uniwersytecie w Durham.

Naukowiec przeprowadził badanie, w którym wzięło udział ponad tysiąc osób i które miało sprawdzić skłonność konsumentów do wyboru między mięsnymi, rybnymi i roślinnymi daniami.  

– Celem było przekonanie się, czy można wpływać na decyzje uczestników, prezentując w przypadku dań zawierających mięso etykiety ostrzegawcze podobne do tych umieszczanych na paczkach papierosów – mówi Jack Hughes. – Ostrzeżenia, które okazały się skuteczne według mojego badania, to oznaczenia, które prezentują informacje na temat konsekwencji środowiskowych lub zdrowotnych albo związku między spożyciem mięsa a rozwojem pandemii. Umieszczenie tego rodzaju ostrzeżeń na produktach mięsnych lub na daniach mięsnych w restauracji, jak sugeruje badanie, mogłoby teoretycznie odnieść podobny skutek. I rodzaj ostrzeżenia nie ma tu znaczenia.

Wszystkie etykiety ostrzegawcze, na których, obok tekstu, znajdował się obraz graficzny, ograniczały wybór produktów mięsnych od 7 do 10 proc. Jak podkreśla autor badania, celem umieszczenia etykiet jest przyciągnięcie uwagi konsumentów.

– Ludzie prędzej zauważą takie ostrzeżenie niż innego rodzaju informację, która nie zawiera sugestywnych obrazów ani wiadomości o charakterze ostrzegawczym – tłumaczy psycholog z Uniwersytetu w Durham. – Mamy do czynienia ze zjawiskiem negatywnej reakcji emocjonalnej. Jeśli widzimy obraz, który budzi negatywne skojarzenia, oraz treść o dość konfrontacyjnym charakterze, jesteśmy mniej skłonni wybrać produkt, na którym umieszczono taki komunikat.

Szkodliwość mięsa potwierdzają wyniki badań Międzynarodowej Agencji ds. Badań nad Rakiem (IARC, International Agency for Research on Cancer). Większe niż zalecane spożycie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre rodzaje nowotworów. Także ryzyko przedwczesnego zgonu – zarówno z powodu nowotworów, jak i chorób układu sercowo-naczyniowego – rośnie wraz z ilością przetworzonego mięsa w diecie – przypominają eksperci Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

– Ludzie obawiają się drastycznych środków w kontekście działań na rzecz ograniczenia spożycia mięsa, na przykład podniesienia cen mięsa, ograniczenia wyboru lub zakazów, czyli wszelkich ograniczeń wolności ludzi, co nie jest naszym celem. Możemy skłonić ludzi do podejmowania korzystniejszych decyzji bez odbierania im możliwości wyboru. Badanie pokazuje jednak, że można pomóc ludziom w podejmowaniu korzystniejszych dla środowiska i zdrowszych decyzji bez pozbawiania ich możliwości wyboru. W ramach tego rozwiązania ludzie mogą więc nadal spożywać mięso bez ograniczeń, nie stanie się ono droższe – chodzi wyłącznie o tanie i skuteczne ostrzeżenia, które rząd teoretycznie mógłby wprowadzić bez naruszania niczyjej wolności, aby osiągnąć pozytywne skutki. Nasze badanie pokazuje, że nawet jeśli ktoś je mięso na każdy posiłek, może być skłonny ograniczyć jego spożycie – mówi Jack Hughes

Nie ma jednak łatwej odpowiedzi na fakt, jak ograniczyć konsumpcję mięsa, gdyż jego spożywanie jest silnie zakorzenione w niektórych tradycjach, np. świątecznej. Hughes zwraca też uwagę, że mięso i produkty mięsne wciąż bywają tańsze niż posiłki roślinne, co również utrudnia propagowanie odejścia od mięsa.

– Ludzie są bardzo przyzwyczajeni do jedzenia mięsa i jego smaku – na przykład stek jest daniem dla smakoszy. Trudno nakłonić ludzi do tego, żeby przestali jeść coś, co im smakuje. Chodzi więc o połączenie aspektów kulturowych, ceny, smaku, a także o to, że mięso jest dobrze znanym rodzajem żywności, który ludzie umieją przyrządzać i wiedzą, jak można je wykorzystać, natomiast w przypadku pozostałych opcji żywieniowych wiedza lub umiejętności mogą być mniejsze – zwraca uwagę naukowiec.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/specjalne-etykiety,p44045746

Medyczne fake newsy rozprzestrzeniają się jak choroby zakaźne: szybko i łatwo. Najbardziej podatni są ludzie młodzi

44 proc. Polaków zdecydowanie poparło przynajmniej jedną nieprawdziwą informację o tematyce zdrowotnej – pokazało badanie GfK przeprowadzone w ubiegłym roku dla Fundacji Digital Poland. Obszar zdrowia jest jednym z najczęściej wykorzystywanych motywów w fake newsach. Zjawisko to mocno przybrało na sile zwłaszcza w pandemii COVID-19 i wciąż jest obecne, a walka z nim jest bardzo trudna, ponieważ nieprawdziwe informacje w internecie – podobnie jak wirusy – szybko i łatwo się rozprzestrzeniają. Z serwisów fact-checkingowych do weryfikowania informacji korzysta tylko ok. 5 proc. Polaków. Co istotne, na pseudonaukowe teorie i fake newsy bardziej podatni są ludzie młodzi, ufający mediom społecznościowym, którzy nie są w stanie samodzielnie odróżnić, co jest prawdą, a co fałszem.

Medyczne fake newsy są ogromnym problemem. One mogą prowadzić do ludzkich dramatów, czasem nawet do śmierci, ponieważ wpływają na nasze złe wybory zdrowotne. Zachowujemy się nieracjonalnie, bo jesteśmy zindoktrynowani, wydaje nam się, że to, co zostaje nam przekazane, jest jedynie słuszne, a to jest wielki błąd – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n med. Jarosław Pinkas, dyrektor Szkoły Zdrowia Publicznego CMKP, konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego.

Dostępne w internecie źródła mają już ugruntowaną pozycję w dostarczaniu wiedzy. Jak pokazał ubiegłoroczny raport Digital Poland, 61 proc. Polaków czerpie ją z portali informacyjnych, 45 proc. korzysta w tym celu z mediów społecznościowych, 42 proc. – z wyszukiwarek, a 30 proc. czyta internetowe blogi i fora. Z drugiej strony, to właśnie internet i social media są jednym z głównych źródeł fake newsów, z którymi zetknęło się aż 82 proc. Polaków. W badaniu GfK przeprowadzonym na potrzeby raportu ponad połowa respondentów (51 proc.) wskazała, że natrafiła na nie w mediach społecznościowych. Średnio co trzeci wskazał też na blogi i fora (32 proc.), a co piąty – portale internetowe (27 proc.). Co ciekawe, 13 proc. badanych zadeklarowało, że natrafili na fake newsy nawet w wyspecjalizowanych serwisach branżowych dostępnych w internecie. Nieprawdziwe informacje w największym stopniu dotyczą obszaru klimatu i energii, ale kolejny obszar to właśnie zdrowie.

Fake newsy dotyczą na ogół tych zagadnień, których najczęściej szukamy w internecie i to są m.in. szczepienia ochronne, dieta czy różnego typu zalecenia, w jaki sposób radzić sobie z chorobami – mówi prof. Jarosław Pinkas. – Dla przykładu, szukamy w internecie informacji, jak sobie poradzić z przeziębieniem i nagle czytamy, że powinniśmy zastosować jakiś preparat, który bardzo często nie ma w ogóle najmniejszego znaczenia, ale ktoś po prostu chce go sprzedać i to jest jakaś forma marketingu tego produktu.

Zdaniem 63 proc. Polaków producenci ukrywają informacje o szkodliwych składnikach lub dodatkach do żywności. 57 proc. respondentów wierzy, że genetycznie modyfikowane rośliny są niezdrowe dla człowieka. W obszarze zdrowia nie brakuje też fałszywych teorii dotyczących szczepionek i pandemii – 1/3 Polaków jest przekonana, że pandemia została wcześniej zaplanowana, 19 proc. – że stoi za nią Bill Gates. Natomiast 13 proc. zgadza się z teorią, że szczepionki powodują autyzm oraz że SARS, świńska grypa czy COVID-19 stanowią konsekwencję uruchomienia technologii 3G, 4G i 5G.

Fake newsy są tworzone głównie przez denialistów, którzy odrzucają prawdziwą wiedzę – mówi konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego. – One nie są tworzone przez profesjonalistów medycznych, naukowców, wszystkich tych, którzy się znają. Są tworzone przez ludzi, którzy za pomocą ogłupienia próbują coś uzyskać, zmonetaryzować swoje bardzo złe pomysły. I często nie potrafimy z tym walczyć, ponieważ nie zdajemy sobie sprawy z tych intencji i nie potrafimy sprawdzać tego, co jest w internecie.

Raport „Dezinformacja oczami Polaków” Fundacji Digital Poland pokazuje, że zdecydowana większość Polaków wie, czym są fake newsy i rozumie, że mają one olbrzymi, destruktywny wpływ na społeczeństwo. 3/4 badanych za główną przyczynę pojawiania się fałszywych informacji uznaje celowe działanie. Mimo to wciąż spora grupa Polaków daje się nabrać. Wynika to z faktu, że większość fałszywych treści ciężko odróżnić od prawdziwych – zwłaszcza kiedy czytamy je szybko, pobieżnie, scrollując jedynie ekran smartfona. Poza tym, fake newsy to coraz częściej nie tylko ewidentnie sfabrykowane informacje wpuszczane do medialnego obiegu, ale umiejętnie wyjmowane z kontekstu fakty, nierzadko potwierdzone naukowo i przedstawione w odpowiedni sposób, który celowo wprowadza odbiorcę w błąd.

Na pseudonaukowe teorie i fake newsy bardziej podatni są mieszkańcy wsi, osoby z niższym wykształceniem i korzystające z tzw. alternatywnych źródeł informacji (alternatywne serwisy internetowe, grupy na Facebooku, kanały na YouTubie), jednak przede wszystkim ludzie młodzi, ufający mediom społecznościowym, którzy nie są w stanie samodzielnie odróżnić, co jest prawdą a co fałszem. Dla przykładu, w grupie wiekowej 18–34 lata 42 proc. badanych wierzy, że pandemia COVID-19 została wcześniej zaplanowana. W gronie starszych osób 55+ w tę teorię wierzy już tylko 19 proc.

– Zjawisko medycznych fake newsów jest bardzo groźne, ponieważ często rozszerza się szybciej niż najbardziej zakaźny wirus – podkreśla prof. Jarosław Pinkas.

Potwierdzają to m.in. badania opublikowane w 2018 roku przez naukowców z Massachusetts Institute of Technology (MIT), którzy udowodnili, że aby dotrzeć do 1,5 tys. osób na Twitterze, fake news potrzebuje średnio sześć razy mniej czasu niż prawdziwa informacja i ma średnio 70 proc. więcej szans na bycie retweetowanym. Wynika to m.in. z tego, że fake newsy są tak konstruowane, żeby wykorzystywać ludzkie słabości i błędy poznawcze. Często są też często bardziej atrakcyjne niż prawdziwe informacje – ich twórcy używają emocjonalnych form przekazu, odwołując się m.in. do strachu czy niechęci. Tym, co nadaje fake newsom wręcz wirusowego charakteru i zwiększa tempo rozprzestrzeniania się jest również wysokie prawdopodobieństwo prawdy.

Jak wskazuje dyrektor Szkoły Zdrowia Publicznego, zjawisko medycznych fake newsów mocno przybrało na sile zwłaszcza w pandemii COVID-19, kiedy internet zalała fala nieprawdziwych informacji dotyczących koronawirusa. SARS-CoV-2 stał się pożywką zarówno dla internetowych trolli, jak i cyberprzestępców, którzy próbowali wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Eksperci nadali nawet temu specjalną nazwę: infodemia, czyli dezinformacja w czasie pandemii, ponieważ zarówno fałszywe treści, jak i COVID-19 miały jeden wspólny mianownik: błyskawicznie się rozprzestrzeniały.

– Pandemia doprowadziła do sytuacji, w której coraz więcej informacji szukaliśmy w internecie. Nie mieliśmy kontaktów z profesjonalistami, były tylko porady telemedyczne, nie było bezpośredniego kontaktu z lekarzem i nie można go było zapytać. Dlatego szukaliśmy informacji w internecie i bardzo często trafialiśmy na złe informacje – mówi konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego. 

Jak wskazuje, walka z tym zjawiskiem jest trudna. W badaniu GfK dla Digital Poland tylko 5 proc. Polaków zadeklarowało, że korzysta z serwisów fact-checkingowych do weryfikowania informacji. Big Techy – mimo deklaracji walki z rozprzestrzenianiem fałszywych informacji – robią w tym kierunku za mało.

Problem stanowi też fakt, że bardzo często sami użytkownicy social mediów są nieświadomym bądź świadomym kanałem dalszego rozprzestrzeniania fake newsów. W badaniach NASK z 2019 roku prawie co piąty badany zadeklarował, że przesyła bądź lajkuje na portalach społecznościowych informacje, o których wie, że są fałszywe. Niesprawdzone, nieprawdziwe newsy często są też przekazywane werbalnie, przez rodzinę i znajomych. Dlatego eksperci wskazują zarówno na potrzebę regulacji, jak i szerokiej edukacji medialnej, obejmującej naukę weryfikowania treści i korzystania ze sprawdzonych źródeł.

– Musimy mieć zaufanie do profesjonalistów medycznych i umiejętność znajdowania dobrych informacji, sięgania do różnych źródeł, które są sprawdzone, jak chociażby instytuty naukowo-badawcze, strony zaufanych instytucji, bazujących na wiedzy i dowodach naukowych – podkreśla prof. Jarosław Pinkas.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/medyczne-fake-newsy,p83148159

Poranne drzemki nie mają negatywnego wpływu na sen i funkcjonowanie w ciągu dnia. Dosypianie rano jest częste zwłaszcza u ludzi młodych

Wbrew powszechnemu przekonaniu poranne drzemki po przebudzeniu wcale nie są szkodliwe dla naszego organizmu – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu w Sztokholmie. Okazuje się, że półgodzinna drzemka nie ma wpływu na jakość snu. Przestawianie budzika może nawet pomóc w łagodniejszym obudzeniu się i przekłada się na większą jasność umysłu tuż po wstaniu z łóżka.

Dotychczas uważano poranne dosypianie za szkodliwy nawyk. Panowała opinia, że osoby, które kilkukrotnie nastawiają rano funkcję drzemki, tracą w ten sposób czas, który mogłyby poświęcić na dłuższy, wartościowy sen. O ile istnieje sporo badań poświęconych drzemkom ucinanym w ciągu dnia, o tyle tematowi porannego przestawiania budzika nauka nie poświęca wiele uwagi. Podjęli go naukowcy z Uniwersytetu w Sztokholmie, którzy niedawno opublikowali wyniki swojej pracy w „Journal of Sleep Research”.

­Przeprowadzili dwa badania. Pierwszym była ankieta, w ramach której naukowcy chcieli się dowiedzieć, kto korzysta z drzemek, jak często i ile one trwają. Pytania zostały zadane 1732 dorosłym osobom, z których niemal 70 proc. przyznało, że przynajmniej od czasu do czasu korzysta z funkcji ustawiania wielu budzików w swoim urządzeniu. Najchętniej korzystali z niej młodzi ludzie, którzy późno chodzili spać, a rano skarżyli się na senność.

­­– W badaniu ankietowym zapytaliśmy respondentów także o to, dlaczego korzystają z drzemek. Jeśli dana osoba przyznała, że ma taką tendencję, była proszona o podanie przyczyny. Stwierdziliśmy, że najczęstszą przyczyną drzemek jest to, że osoba czuje się zbyt zmęczona, żeby wstać, i chce pospać dłużej. Kolejnym często podawanym powodem była przyjemność czerpana z możliwości pozostania w łóżku nieco dłużej i wolniejszego wybudzania się – mówi agencji Newseria Innowacje Tina Sundelin z Wydziału Psychologii Uniwersytetu w Sztokholmie.

Do drugiego badania zaproszono 31 osób, które regularnie rano ustawiają drzemki. Ich średnia wieku wynosiła 27 lat. Uczestnicy zostali poddani eksperymentowi w laboratorium snu podczas dwóch nocy. W obu badaniach spędzili w łóżku tyle samo czasu.

 Jednego poranka mogli uciąć sobie drzemkę, a kolejnego nie dano im tej możliwości. Chcieliśmy się przekonać, czy u badanych wystąpiły jakieś różnice w jakości i długości snu oraz w jakim stopniu byli oni senni lub rozbudzeni rano po przebudzeniu. Ustaliliśmy, że drzemka około 30-minutowa przedłużana co 10 min nie ma negatywnego wpływu na sen czy funkcjonowanie w ciągu dnia ­­– wyjaśnia Tina Sundelin.

Naukowcy zaobserwowali, że drzemki skracały czas snu średnio o 6 min, ale nie wpływało to na jego ogólną strukturę. Uczestnicy zostali ponadto poddani testom badającym ich zdolności poznawcze tuż po przebudzeniu (po drzemce i bez niej) oraz 40 min później. Poproszeni o opisanie swoich subiektywnych odczuć, nie widzieli różnicy w swoim samopoczuciu. Okazało się jednak, że po drzemce radzili sobie lepiej z zadaniami pamięciowymi, sprawdzającymi czas reakcji i obliczeniami matematycznymi niż wtedy, gdy wstawali z pierwszym dźwiękiem budzika. Te pozytywne efekty były jednak widoczne tylko tuż po wstaniu z łózka. Testy wykonane w późniejszych godzinach nie wychwyciły już różnicy między jasnością umysłu po drzemce i bez niej.

Faktyczny średni czas drzemki przerywanej dźwiękiem budzika wynosił 22 min. Po uciszeniu alarmu uczestnicy zapadali w płytszy sen niż poprzednio. Oznacza to, że nie zostali wyrwani z fazy snu głębokiego, tylko łagodnie budzili się etapami.

– Nie chcemy powiedzieć, że drzemki są dobre dla wszystkich – nie zalecalibyśmy rozpoczęcia praktykowania drzemek osobom, które do tej pory z nich nie korzystały. Możemy jednak stwierdzić, że jeśli ktoś lubi ucinać sobie drzemki rano i bez nich trudno mu wstać, najprawdopodobniej może bez szkody dla organizmu dalej korzystać z drzemek – podsumowuje psycholożka Uniwersytetu w Sztokholmie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/poranne-drzemki-nie-maja,p1357875378

Ochrona zdrowia stopniowo wkracza na zieloną ścieżkę. Barierą jest brak dedykowanych budżetów i odpowiednich przepisów

W Polsce sześciu na 10 liderów ochrony zdrowia wskazuje, że wdrażanie nowych technologii i innowacyjnych modeli opieki przyniesie korzyść nie tylko pacjentom, ale i planecie – wynika z ósmej edycji raportu „Future Health Index” Philips Healthcare. Pokazuje on, że zrównoważony rozwój i zielona transformacja są obecnie w ochronie zdrowia ważnym zagadnieniem, szczególnie dla młodych przedstawicieli personelu medycznego. Chociaż wszyscy polscy liderzy opieki zdrowotnej podejmują inicjatywy na rzecz zrównoważonego rozwoju, to mierzą się z wieloma wyzwaniami. Aby im sprostać, stawiają na współpracę, uczą się od siebie i dzielą najlepszymi praktykami.

Opieka zdrowotna odpowiada za 4,4 proc. globalnych emisji CO2. Gdyby była państwem, byłaby piątym największym na świecie emitentem gazów cieplarnianych. Co istotne, emisje tego sektora wciąż rosną – w scenariuszu „business as usual”, bez działań na rzecz klimatu, do 2050 roku osiągnęłyby 6 gigaton CO2 rocznie (raport „Zielone szpitale”, Philips i UN Global Compact Network Poland). Ponad 70 proc. całkowitych emisji gazów cieplarnianych sektora zdrowotnego pochodzi z łańcucha dostaw, czyli np. produkcji i transportu leków, urządzeń medycznych czy wyżywienia i wyposażenia dla szpitali, które w większości nadal są zasilane energią pochodzącą z paliw kopalnych. Ogromnym wyzwaniem środowiskowym są również odpady medyczne, w tym miliony ton tworzyw sztucznych i jednorazowych narzędzi wykorzystywanych podczas zabiegów, które ze względów regulacyjnych nie mogą być efektywnie zagospodarowane. Pandemia COVID-19 mocno zaostrzyła ten problem – według danych GUS w 2021 roku tylko w Polsce liczba wytworzonych odpadów medycznych wzrosła prawie o 50 proc. r/r i przekroczyła 120 tys. t. Wszystko to powoduje, że w sektorze ochrony zdrowia coraz częściej mówi się o zrównoważonym rozwoju i zielonej transformacji.

– Zrównoważony rozwój rzeczywiście jest w tej chwili ważnym zagadnieniem w ochronie zdrowia. Z przeprowadzonego na zlecenie Philips badania wynika, że w zasadzie wszyscy liderzy ochrony zdrowia w Polsce podejmują prośrodowiskowe działania – mówi agencji Newseria Biznes Michał Grzybowski, prezes zarządu Philips Polska.

Obejmuje to m.in. efektywność energetyczną szpitali i placówek medycznych, zmiany w zarządzaniu nimi, cyfryzację i modyfikację łańcuchów dostaw. Eksperci wskazują, że to niezbędny krok, ponieważ opieka zdrowotna ma szczególną pozycję: z jednej strony sama kontrybuuje do zmian klimatu, z drugiej – mocno odczuwa ich konsekwencje. Zanieczyszczenie powietrza już w tej chwili przyczynia się globalnie do ok. 3,3 mln zgonów, a zmiany klimatu sprzyjają rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych, co dodatkowo obciąża systemy opieki zdrowotnej (dla przykładu na przełomie lat 2010–2019 liczba miesięcy odpowiednich do przenoszenia wirusa malarii wzrosła na świecie o 39 proc. względem lat 50. XX wieku).

– Część celów zrównoważonego rozwoju Organizacji Narodów Zjednoczonych bezpośrednio wiąże się z działalnością ochrony zdrowia i powinniśmy je traktować priorytetowo, szczególnie te związane z bezpieczeństwem zdrowotnym czy obniżaniem śmiertelności. Tą drogą będziemy oczywiście zmierzać i myślę, że dzięki innowacjom i rozwojowi technologii jesteśmy w stanie te cele osiągać – mówi dr hab. n. med. Tomasz Stefaniak, dyrektor ds. lecznictwa Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku.

Jak pokazuje najnowsza, ósma edycja raportu „Future Health Index”, publikowanego przez Philips, liderzy ochrony zdrowia i personel medyczny są zgodni, że należy wdrażać technologie i innowacyjne modele opieki, aby móc sprostać rosnącym potrzebom pacjentów i podnieść jakość systemu ochrony zdrowia przy coraz bardziej ograniczonych zasobach. Dlatego w Polsce już w tej chwili 64 proc. decydentów, dyrektorów szpitali i placówek medycznych wdraża bądź planuje wdrażać takie rozwiązania jak automatyzacja, sztuczna inteligencja i opieka wirtualna.

Co istotne, respondenci w Polsce – częściej niż w pozostałych badanych krajach – są przekonani, że przyniesie to korzyści nie tylko pacjentom i placówkom medycznym, ale również szeroko rozumianemu środowisku naturalnemu. Sześciu na 10 uważa, że nowe sposoby świadczenia opieki są bardziej przyjazne dla środowiska, co ma potwierdzenie w statystykach. Z danych europejskich za lata 2020–2021 wynika, że każda wizyta zdalna pozwalała uniknąć średnio 3,057 kg emisji netto CO2, a pobranie dokumentacji medycznej w wersji cyfrowej zamiast drukowanej przekłada się na oszczędność 1,5 kg emisji netto CO2.

– Najmłodsze pokolenie polskich medyków i profesjonalistów medycznych jest znacznie bardziej czułe i wrażliwe na kwestie związane ze zrównoważonym rozwojem – zauważa dr n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego i dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. – Z badań międzynarodowych wyraźnie wynika, że wśród młodych profesjonalistów medycznych wrażliwość na kwestie środowiskowe i związane z kulturą pracy może rozstrzygać o tym, czy będą chcieli pracować dla danego pracodawcy. Tymczasem dla wielu menedżerów, którzy reprezentują starsze pokolenie, te kwestie są może nie mało ważne, ale na pewno nie pierwszorzędne. Wydaje się, że ten dialog pokoleniowy, który toczy się również w polskim systemie ochrony zdrowia, będzie wyrównywał poziom wiedzy na temat zrównoważonego rozwoju, poziom odpowiedzialności i świadomości tego, że cele powinny być wspólne.

Jak wskazuje, większa świadomość jest potrzebna, ponieważ obecnie w sektorze ochrony zdrowia koncepcja zrównoważonego rozwoju została w dużej mierze sprowadzona tylko do wąskiego aspektu zmniejszania śladu węglowego.

– Zgodnie z koncepcją ESG powinniśmy patrzeć na zrównoważony rozwój w bardzo wielu obszarach naszej działalności, czyli m.in. relacji, które tworzymy z naszymi interesariuszami wewnętrznymi i zewnętrznymi, efektywności procesów, za które jesteśmy odpowiedzialni, aspektów społecznych czy efektywności ekonomicznej gospodarowania zasobami – mówi ekspertka Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego. – Dyskutując o koncepcji zrównoważonego rozwoju, musimy więc najpierw zadać sobie pytanie, na ile w gronie kadr z sektora ochrony zdrowia rozpoznane jest to pojęcie, na ile rozumiemy jego odcienie, metody i narzędzia dochodzenia do zrównoważonego rozwoju.

Oprócz niewystarczającej świadomości i wiedzy na ten temat w polskiej ochronie zdrowia są też inne bariery utrudniające wdrażanie koncepcji zrównoważonego rozwoju. To m.in. brak odpowiednich budżetów na ten cel – w badaniu „Future Health Index 2023” na ten aspekt wskazało 36 proc. decydentów, dyrektorów szpitali i placówek medycznych (vs. 24 proc. globalnie). Blisko połowa liderów ochrony zdrowia w Polsce (48 proc. vs. 33 proc. globalnie) deklaruje też, że wyzwaniem są luki w prośrodowiskowych przepisach dla tego sektora.

– Przepisy nakładają na różne branże – w tym m.in. branżę farmaceutyczną – chociażby obowiązek raportowania swojej działalności w obszarze ESG, ale sama ochrona zdrowia nie jest nim objęta. Niemniej to wręcz wpisuje się w DNA sektora ochrony zdrowia, aby o takich kwestiach rozmawiać bez względu na to, czy one są czy nie są wymogiem prawnym. Im szybciej zainicjujemy wspólną dyskusję na temat standardów w tym obszarze, tym większy będzie nasz wkład w to, aby sektor ochrony zdrowia rozwijał się w sposób zrównoważony – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. – Standardy są bardzo dobrym narzędziem do tego, abyśmy wszyscy wyrównali nasz poziom wiedzy i granice odpowiedzialności. Jestem przekonana, że rozmowa na temat tych standardów w zakresie zrównoważonego rozwoju w sektorze ochrony zdrowia powinna się odbyć w bardzo bliskiej perspektywie.

Z badania Philips wynika, że według 30 proc. liderów ochrony zdrowia i 38 proc. przedstawicieli młodego personelu medycznego to szpitale i systemy opieki zdrowotnej powinny być odpowiedzialne za tworzenie standardów zrównoważonego rozwoju w tej branży. W drugiej kolejności wymienione zostały natomiast firmy z sektora technologii medycznych (ponad 20 proc.).

– Rola firm technologicznych z branży medycznej jest kluczowa we wspomaganiu szpitali i opieki zdrowotnej we wdrażaniu różnych rozwiązań z zakresu zrównoważonego rozwoju. W naszym badaniu połowa respondentów wskazała, że taka współpraca między nimi już się dzieje – podkreśla Michał Grzybowski.

Jak pokazuje raport „Future Health Index”, polscy liderzy ochrony zdrowia różnie sobie radzą wyzwaniami dotyczącymi zrównoważonego rozwoju. Przede wszystkim blisko połowa z nich dzieli się najlepszymi praktykami i uczy się od innych. Co trzeci znajduje uzasadnienie biznesowe dla takich inicjatyw. Podobny odsetek zatrudnia dodatkowy personel posiadający specjalistyczne umiejętności w tym zakresie. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ochrona-zdrowia-stopniowo,p367159663

Kluczowa dla uczenia maszynowego hipoteza została udowodniona przez polskiego naukowca. Odkrycie ma znaczenie także dla innych działów matematyki

Prof. Rafał Latała, specjalista z zakresu rachunku prawdopodobieństwa z Uniwersytetu Warszawskiego, opracował narzędzia, które umożliwiły udowodnienie hipotezy Talagranda dotyczącej procesów Bernoulliego. W praktyce oznacza to odpowiedź na pytania o procesy stochastyczne, które są kluczowe dla rozwoju uczenia maszynowego, statystyki i teorii prawdopodobieństwa. Matematyk z UW został właśnie laureatem Nagrody FNP 2023 w obszarze nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich.

Proces Bernoulliego jest jednym z procesów losowych. Odnosi się do sytuacji, w których badamy zdarzenia związane z wielokrotnym powtarzaniem pojedynczego eksperymentu losowego o dwóch możliwych, w równi prawdopodobnych wynikach, jak na przykład rzut monetą. W procesie Bernoulliego można określać na przykład to, jakie jest prawdopodobieństwo, że dokładnie trzy razy wypadnie reszka przy pięciu rzutach monetą. Podstawowym pytaniem przez lata pozostawało to, jaka jest maksymalna wartość takiego procesu. Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku matematyk Michel Talagrand z Francji sformułował hipotezę, zgodnie z którą istnieć miałyby tylko dwa sposoby szacowania kresu górnego tego procesu. Problemem pozostawało przeprowadzenie dowodu na tę hipotezę i tego właśnie dokonał polski matematyk, wspólnie z prof. Witoldem Bednorzem.

– To była hipoteza dotycząca procesów stochastycznych, czyli takich zmiennych zmieniających się w czasie – wyjaśnia w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje prof. Rafał Latała, matematyk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Procesy stochastyczne są częścią probabilistyki, działu matematyki zajmującego się zdarzeniami losowymi. Dla udowodnienia hipotezy Bernoulliego polski matematyk zastosował i połączył wiele wyrafinowanych metod, m.in. miary majoryzujące i związane z nimi konstrukcje partycji, nierówności koncentracyjne, oszacowania minoryzacyjne typu Sudakowa, „zachłanne” algorytmy indukcji oraz nierówności maksymalne dla wektorów losowych.

– Wybitny jest jednak nie tylko sam wynik, czyli przeprowadzony dowód, ale także sam pomysł na jego zrealizowanie. Idea dowodu i opracowane w tym celu przez prof. Rafała Latałę narzędzia matematyczne są nietrywialne i mogą okazać się przydatne w rozwiązywaniu wielu problemów, których dzisiaj nawet nie możemy przewidzieć – napisano w uzasadnieniu Nagrody FNP 2023.

Michel Talagrand przeznaczył nagrodę 5 tys. dol. dla tego, kto opracuje dowód na istnienie jego hipotezy. Pieniądze te trafiły do naukowców z Warszawy. O wynikach ich prac w 2014 roku donosił „Annals of Mathemathics”. Jak wyjaśniono w uzasadnieniu Nagrody FNP, pytanie poruszone w hipotezie Talagranda, na które znalazł odpowiedź prof. Rafał Latała, jest kluczowe dla teorii prawdopodobieństwa, statystyki czy uczenia maszynowego. Ale znaczenie tego dokonania wykracza daleko poza dziedzinę, w której zostało osiągnięte, i wpływa na rozległe obszary czystej i stosowanej matematyki, a także na wiele innych, bardzo różnych dziedzin nauki.

To nie byłoby dla mnie zaskoczenie, gdyby osoby podejmujące badania w tych obszarach wykorzystywały wyniki, które otrzymałem razem ze współpracownikami – uważa prof. Rafał Latała. – Zawsze trudno jest odpowiedzieć na pytanie, jak mogą być wykorzystane wyniki badań matematycznych, ponieważ ja się zajmuję naukami podstawowymi, czyli bardzo teoretyczną dziedziną nauki. Z drugiej jednak strony procesy stochastyczne nie są zawieszone w powietrzu, one modelują jakiś świat. Przykładowo temperatura na Ziemi, poziom rzeki, położenie cząstki – to wszystko są zmienne losowe zmieniające się w czasie. Bardzo naturalnym jest zadać pytanie, jakie jest maksymalne możliwe położenie, np. jak wysoko trzeba most zbudować czy jak wysokie mają być nasypy, żeby rzeka nie przekroczyła tego poziomu. W związku z tym można tak bardzo szeroko, odpowiadając na pytanie o zastosowania, odpowiedzieć, że moje badania dotyczą procesów, które pojawiają się też w normalnym życiu, w praktycznych zastosowaniach.

Prof. Rafał Latała specjalizuje się w rachunku prawdopodobieństwa. Dziś zajmuje się obszarem macierzy losowych.

Nagroda FNP jest często określana mianem „polskiej Nagrody Nobla”. Otrzymują ją wybitni uczeni za szczególne osiągnięcia i odkrycia naukowe, które przesuwają granice poznania i otwierają nowe perspektywy poznawcze. Wysokość nagrody to 200 tys. zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kluczowa-dla-uczenia,p663864969

Branża nieruchomości analizuje wymogi ESG i ryzyka związane z ich niewdrożeniem. Wśród nich ograniczony dostęp do finansowania i niższe wyceny budynków

Większość inwestorów z branży nieruchomości uważa ryzyko niedopełnienia wymogów ESG za ryzyko finansowe, które może wpłynąć negatywnie na ich finanse lub wartość ich obiektów. Jak pokazuje nowa publikacja przygotowana przez Polską Radę Centrów Handlowych (PRCH) i Polską Izbę Nieruchomości Komercyjnych (PINK), zrównoważony rozwój już w tej chwili jest ważnym elementem długoterminowej strategii wielu podmiotów działających na polskim rynku nieruchomości komercyjnych. W 85 proc. badanych firm są już osoby oddelegowane do zajmowania się tematem ESG, a w prawie 40 proc. przypadków jest to ich jedyny obszar działania. Kwestie ESG zaczynają odgrywać kluczową rolę na każdym etapie cyklu życia nieruchomości – począwszy od planowania inwestycji, poprzez budowę i komercjalizację, aż po kompleksowe zarządzanie obiektem. 

– Kiedy wiele lat temu pojawiły się zielone budynki, początkowo uważano, że to trend lub moda. Natomiast w tej chwili już wiemy, że zrównoważony rozwój i zielone budynki to część ESG i one zostaną z nami na lata. 78 proc. inwestorów uważa, że ryzyko niedopełnienia wymogów ESG jest ryzykiem finansowym, które negatywnie wpłynie na ich finanse lub wartości nieruchomości. To pokazuje, że inwestorzy i właściciele budynków już wiedzą, że te kwestie są bardzo ważne, identyfikują ESG jako jeden z czynników, które przeciwdziałają globalnemu ociepleniu, służą dobru planety i społeczeństwa – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Hryniewiecka-Jachowicz, członkini zarządu i dyrektorka operacyjna stowarzyszenia Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych.

– Korzyści związane z wdrażaniem ESG są dwojakie. Pierwszy aspekt jest oczywiście etyczny – poprzez wdrażanie tych rozwiązań branża realizuje swoje zobowiązania w stosunku do ludzi i środowiska. Natomiast drugi aspekt to korzyści finansowe. Regulacje europejskie nakładają na podmioty z branży nieruchomości handlowych wiele obowiązków i niewywiązanie się z nich będzie skutkowało karami i pewnymi trudnościami – jak choćby to, że budynki niespełniające norm nie będą mogły być sprzedane czy wynajmowane – dodaje Krzysztof Poznański, dyrektor zarządzający Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Według IEA budowa i eksploatacja budynków odpowiada za ponad 1/3 globalnych emisji gazów cieplarnianych, ale najwyższy ślad węglowy – ok. 80 proc. tych emisji – powstaje w fazie operacyjnej, podczas eksploatacji budynków. Nieruchomości w Europie – podobnie jak wszystkie inne gałęzie gospodarki – nieuchronnie zmierzają jednak w zrównoważonym kierunku, który wymuszają m.in. regulacje UE, nastawione na osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku. To m.in. Europejski Zielony Ład, którego częścią jest pakiet regulacyjny Fit for 55, unijna taksonomia (system klasyfikacji działalności gospodarczej zrównoważonej pod względem środowiskowym) i rosnące wymogi w zakresie sprawozdawczości ESG (environmental, social, governance). Mowa tu przede wszystkim o dyrektywie CSDR, która weszła w życie z początkiem 2023 roku i znacząco rozszerzyła krąg podmiotów zobowiązanych do raportowania danych niefinansowych. Szacuje się, że w kolejnych etapach w Polsce obejmie grupę ok. 3–3,5 tys. przedsiębiorstw. Wśród nich także największych graczy na rynku nieruchomości komercyjnych.

Do spełnienia tych wymogów regulacyjnych przygotowuje się jednak cały sektor – nie tylko największe podmioty. Czynniki ESG już zaczęły odgrywać kluczową rolę na każdym etapie cyklu życia nieruchomości – począwszy od planowania inwestycji, poprzez budowę i komercjalizację, aż po kompleksowe zarządzanie obiektem. Z najnowszej publikacji „ESG dla nieruchomości komercyjnych. Wybrane zagadnienia i praktyki”, przygotowanej przez PINK i PRCH, wynika też, że z perspektywy inwestorów i właścicieli, ale również najemców budynków ma to już kluczowe przełożenie na atrakcyjność i wycenę nieruchomości.

Aby sprawdzić, w jaki sposób przedsiębiorstwa z rynku nieruchomości komercyjnych przygotowują się na wyzwania związane ze sprawozdawczością ESG – wynikające z dyrektywy CSRD i unijnej taksonomii – PINK i PRCH przeprowadziły badanie, które objęło podmioty zarządzające lub posiadające ponad 13 mln mkw. GLA, 302 obiekty handlowe, 76 budynków biurowych, 11 projektów mieszkaniowych oraz 211 obiektów przemysłowo-logistycznych. Pokazuje ono, że większość z nich już podjęła działania zmierzające do wypełnienia tych wymogów regulacyjnych, choć w części przypadków wciąż nie można mówić o dojrzałej strategii.

Z naszego badania wynika, że 85 proc. przedsiębiorców wyznaczyło u siebie osoby dedykowane do tematu ESG, ale tylko u 37 proc. zajmują się one wyłącznie tym. To odzwierciedla sytuację na rynku: wiele firm – zwłaszcza tych, które będą objęte obowiązkiem sprawozdawczości – mają ten problem rozeznany i tworzą już całe działy ESG, inne dopiero zaczynają. Jednak tego nie da się uniknąć, ESG jest wprowadzane we wszystkich firmach – mówi Agnieszka Hryniewiecka-Jachowicz.

– Przy wdrażaniu ESG branża napotyka jednak pewne trudności – dodaje Krzysztof Poznański. – Po pierwsze, są to trudności natury mentalnej, ponieważ wszyscy są zdania, że jeśli coś dobrze działa, to po co to zmieniać, dlatego w naturalny sposób mają opór. Drugi obszar, w którym napotykamy trudności, to otoczenie gospodarcze i infrastruktura, które dziś nie są jeszcze gotowe na to, żeby w pełni wdrażać rozwiązania ESG. Stan sieci przesyłowej, dostępność zielonej energii pochodzącej z OZE, regulacje prawne – to wszystko nie jest gotowe i hamuje wdrażanie ESG. I wreszcie trzeci obszar, czyli trudności związane z finansowaniem działań ESG, które wymagają inwestycji. To finansowanie, które nie było uwzględnione w biznesplanach i odnośnie do którego nie wiemy, jaki będzie jego okres zwrotu, jest tutaj dużym problemem i może skutkować opóźnieniami we wdrażaniu ESG.

Z badania przeprowadzonego przez PRCH i PINK wynika, że jak dotąd nie ma też jednolitego zbioru uniwersalnych oczekiwań banków odnoszących się do sektora nieruchomości komercyjnych. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że niektóre banki dopiero tworzą rekomendacje, inne są w trakcie ich zmian. Jednak zdecydowana większość – aż 90 proc. instytucji finansowych – ma już wewnętrzną politykę lub strategię ESG i weryfikuje zgodność planowanej inwestycji ze standardami ESG na podstawie własnej listy kryteriów.

– W momencie, kiedy właściciele nieruchomości lub deweloperzy potrzebują finansowania bankowego, to banki – podlegające już rozporządzeniu SFDR – przekładają te wymagania na kredytobiorców. Tak więc żeby uzyskać w tej chwili finansowanie bankowe, trzeba się nad aspektami ESG pochylić – mówi Agnieszka Hryniewiecka-Jachowicz.

Rynek nieruchomości w kwestii ESG przechodzi w ostatnich miesiącach od teorii do praktyki, co odzwierciedla też fakt, że w umowach najmu coraz częściej stosowane są tzw. zielone klauzule. To dodatkowe postanowienia lub załączniki, które określają wysiłki każdej ze stron umowy, aby budynek i znajdująca się w nim powierzchnia były realizowane, używane i zarządzane w sposób sprzyjający zrównoważonemu rozwojowi i poprawie efektywności środowiskowej.

W tej chwili najczęściej spotykanymi na rynku zielonymi klauzulami są te, które określają prowadzenie prac wykończeniowych w sposób zapewniający oszczędne korzystanie z materiałów budowlanych, o parametrach jak najmniej oddziaływujących negatywnie na środowisko, postanowienia regulujące certyfikację budynku czy klauzule ograniczające zużycie mediów i emisję CO2. Eksperci wskazują, że obecność takich klauzul wkrótce stanie się normą, a ich poziom precyzji będzie coraz większy.

Zielone klauzule, czyli inaczej wytyczne w zakresie zrównoważonego zarządzania nieruchomościami, to pakiet rozwiązań, które umieszczane są w umowach najmu i mają na celu zapewnienie wdrażania wszystkich postanowień ESG dotyczących szczególnie dekarbonizacji, zarządzania energią, wodą, śmieciami – tak, żeby wszyscy uczestnicy rynku nieruchomości komercyjnych, zarówno wynajmujący, jak i najemcy, przestrzegali tych wytycznych i żeby cały budynek – a nie tylko części zarządzane przez wynajmujących – podlegał tym regulacjom. One oczywiście nakładają na obie strony pewne zobowiązania, ciężary i w naturalny sposób mogą powodować trudności w ich wdrażaniu. Ale na koniec wynajem powierzchni w budynkach bardziej atrakcyjnych dla najemców, bardziej atrakcyjnych dla klientów jest łatwiejszy i niesie więcej korzyści – mówi dyrektor zarządzający PRCH.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-nieruchomosci,p1607568706

Konsumenci coraz częściej sięgają po owoce i warzywa z mniejszą ilością pestycydów. Sadownicy zmieniają podejście do produkcji

Rośnie zainteresowanie konsumentów zdrową żywnością. Dla 57 proc. Polaków istotne jest, czy owoce nie zawierają pozostałości środków ochrony roślin i pestycydów – wskazuje badanie Indicatora przeprowadzone dla Związku Sadowników RP. To też zmienia podejście rolników i sadowników do produkcji. W odchodzeniu od rolnictwa opartego na stosowaniu dużej ilości sztucznych nawozów pomocne jest zastosowanie nowych systemów: produkcji integrowanej, ekologicznej i systemu „zero pozostałości”. – Zrównoważona produkcja owoców to konieczność – przekonuje prof. dr hab. Joanna Puławska z Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach.

– W oparciu o aktualne trendy rynkowe, ale także wymagania związane z warunkami przedstawionymi przez Komisję Europejską, istnieje pilna potrzeba, żeby produkcję sadowniczą prowadzić metodami zrównoważonymi. Trzeba analizować, obserwować to, co się dzieje w przyrodzie, jak rozwijają się choroby, szkodniki, jakie wymagania ma gleba, i stosować jak najwięcej praktyk naturalnych, a jak najmniej środków sztucznych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Unijna strategia Europejski Zielony Ład wprowadza wiele zmian dla rolnictwa. Zakłada  m.in. zwiększenie do 2030 roku udziału rolnictwa ekologicznego do 25 proc. wszystkich upraw w UE. Zużycie chemicznych pestycydów ma być mniejsze o 50 proc., a nawozów sztucznych o 20 proc. W Polsce zużycie substancji czynnej na hektar nie jest wysokie, w 2020 roku średnia wyniosła 2,1 kg/ha, czyli poniżej unijnej średniej (ok. 3 kg/ha).

– Zrównoważona produkcja nie jest trudna i jest możliwa do wprowadzenia. Mam głębokie przekonanie, że ona będzie także doceniana finansowo przez konsumentów, finalnych odbiorców naszych produktów – ocenia Mirosław Maliszewski.

Badanie Centrum Badań Marketingowych Indicator, przeprowadzone w ramach kampanii „Czas na zrównoważoną produkcję owoców”, wskazuje, że zdaniem 81 proc. sadowników, 80 proc. handlowców i 70 proc. respondentów indywidualnych zrównoważona produkcja owoców gwarantuje lepsze zyski i jest korzystniejszym dla klimatu sposobem produkcji rolnej. Zdecydowana większość (91 proc. sadowników, 84 proc. handlowców i 80 proc. indywidualnych) uważa, że owoce pochodzące ze integrowanej produkcji są bezpieczne, smaczne i wartościowe.

– Zrównoważona produkcja owoców to na pewno konieczność, dlatego że musimy dbać o naszą planetę, czyli m.in. też o to, jak produkujemy owoce. Poza tym konsumenci są coraz bardziej świadomi, chcą jeść zdrowe, bezpieczne dla siebie owoce, wyprodukowane w taki sposób, aby nie niszczyć środowiska naturalnego – przekonuje prof. dr hab. Joanna Puławska, kierowniczka Zakładu Ochrony Roślin w Instytucie Ogrodnictwa – Państwowym Instytucie Badawczym w Skierniewicach.

– Konsumenci, zwłaszcza po wybuchu pandemii koronawirusa, oczekują produktów stuprocentowo bezpiecznych, bez przekroczeń pozostałości środków ochrony roślin – dodaje Dawid Królikowski, sadownik, który w Błędowie, w powiecie grójeckim prowadzi gospodarstwo metodą integrowanej produkcji.

Dla ponad połowy Polaków (57 proc.) istotne jest, że owoce pochodzące z produkcji zrównoważonej nie zawierają pozostałości środków ochrony roślin oraz mają wysokie walory jakościowe (55 proc.).

Obecnie sadownicy mogą stosować jeden z trzech rodzajów zrównoważonej produkcji: IP – metodę integrowanej produkcji, „zero pozostałości” oraz produkcję ekologiczną.

– W pierwszych dwóch systemach priorytetem są metody niechemiczne. Chemiczne można stosować tylko wtedy, gdy jest uzasadniona potrzeba. W systemie „zero pozostałości” dodatkowo metody chemiczne można stosować tylko do pewnej fazy rozwojowej roślin, tak aby w owocach, które wędrują już do konsumentów, nie było żadnych pozostałości pestycydów. W produkcji ekologicznej w ogóle nie stosuje się sztucznej chemii, a tylko naturalne substancje i naturalne metody – tłumaczy prof. Joanna Puławska.

Rośnie liczba rolników zainteresowanych prowadzeniem upraw w systemie IP, w dużej mierze ze względu na dopłaty. Za realizację ekoschematu mogą uzyskać dopłatę w wysokości 249 euro/ha. W tym systemie chemiczne środki ochrony roślin są zastępowane metodami biologicznymi lub pochodzenia roślinnego i o działaniu mechanicznym, np. olejami roślinnymi.

– Integrowana produkcja to wiele korzyści, m.in. wzrost aktywności organizmów pożytecznych, ograniczenie pewnej liczby zabiegów, oczywiście poszanowanie środowiska naturalnego, możliwość certyfikacji produkcji, dzięki czemu możemy uzyskać po części większe ceny za swoje produkty. Dodatkowo produkt jest w pełni identyfikowalny – wymienia Dawid Królikowski.

– Osiągnięcie „zero pozostałości” nie jest łatwe, ale jest możliwe. W tym systemie produkowane są np. jabłka oznakowane znakiem Amela, w których nie ma żadnych pozostałości pestycydów. Natomiast nie jest to łatwa produkcja, dlatego że cała produkcja rolnicza zależy od wielu czynników, na które człowiek nie ma wpływu – tłumaczy prof. Joanna Puławska.

Jak przekonują eksperci, odejście od dużej ilości nawozów nie musi oznaczać dla rolników wyższych kosztów.

– Dzięki świadomemu zastosowaniu produktów, wyprzedzaniu pewnych zagrożeń oraz stałemu monitoringowi szkodników oraz chorób możemy pominąć pewne zabiegi, które wcześniej wykonywaliśmy na oko. A ograniczenie pewnej liczby zabiegów przynosi nam korzyści ekonomiczne – ocenia Dawid Królikowski.

Związek Sadowników RP już od roku prowadzi kampanię informacyjno-edukacyjną „Czas na zrównoważoną produkcję owoców” skierowaną do polskich, ale też niemieckich i austriackich producentów owoców.

– Podstawowym celem kampanii jest przyswojenie sadownikom możliwości stosowania integrowanych metod produkcji, jak integrowana produkcja owoców, produkcja „zero pozostałości” czy produkcja ekologiczna. Chcemy pokazać zalety z tego tytułu i możliwości ich wdrożenia przy niewygórowanych nakładach finansowych. Kampania ma też na celu przekonanie handlowców i konsumentów, że warto sięgać po produkty wykorzystujące te metody produkcji – mówi Mirosław Maliszewski.

Elementem kampanii jest opracowany przez zespół ekspertów poradnik produkcji owoców w systemach integrowanej produkcji, zero pozostałości i produkcji ekologicznej. Znajdują się tam informacje na temat produkcji, materiału nasadzeniowego, nawożenia, zabiegów ochrony roślin i zbioru.

– Sadownictwo będzie musiało współtworzyć rolnictwo zrównoważone środowiskowo, bez jego chemicznej degradacji. I nie są to tylko fanaberie unijnych urzędników, ale są to oczekiwania społeczeństw w większości krajów świata. Chcąc więc sprzedawać do nich, musimy spełnić ich wymagania. Czasy konkurowania tylko ceną i wygrywania dzięki niej szybko mijają. Tańszą produkcję ma i będzie miała Ukraina, Turcja, Iran, Mołdawia i pod tym względem jesteśmy skazani na porażkę. Wygrać możemy innymi parametrami, cechami wewnętrznymi owoców, w tym ograniczoną zawartością pestycydów, produkcją zero pozostałości i choćby ekologiczną. To ostatni dzwonek, aby sadownicy to zrozumieli, i ostatni moment na wprowadzanie zmian w naszej produkcji – czytamy we wstępie do poradnika. 

Dane z ekspertyzy Instytutu Ogrodnictwa – PIB w Skierniewicach wskazują, że uprawy sadownicze województwa mazowieckiego pochłaniają w ciągu roku ponad 460 tys. t węgla z atmosfery, co równoważy emisję 1,3 mln samochodów osobowych rocznie. Sady są więc istotne dla ograniczania śladu węglowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/konsumenci-coraz,p2046169453