Strona główna Blog Strona 35

Utratę sprawności manualnej można zatrzymać. Ważne są regularne ćwiczenia i powtarzanie czynności wymagających precyzyjnych ruchów

Naukowcy z Uniwersytetu Kolorado udowodnili, że sam wiek nie wpływa na umiejętność szybkiego wykonywania ćwiczeń wymagających sprawności manualnej. Jej utracie, zwykle postępującej wraz z wiekiem, można zapobiec dzięki regularnym ćwiczeniom. Eksperci radzą, by osoby starsze nie tylko dbały o siłę mięśni, ale i precyzję ruchów. Wspomagają ją takie czynności jak m.in. szycie, sznurowanie butów czy gra w karty.

Każda cecha fizyczna, na przykład siła czy wytrzymałość, zależy od częstotliwości wykonywania danych czynności. Gdy osoba starsza chce się stać silniejsza lub zachować dotychczasową siłę mięśni, musi wykonywać czynności, które rozwijają siłę mięśni. To samo dotyczy sprawności manualnej – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje prof. Roger Enoka z Uniwersytetu Kolorado w Boulder w USA. – Jej miarą jest to, jak dobrze dana osoba radzi sobie z manipulowaniem przedmiotami, które trzyma w rękach. Jest ona w różnym stopniu rozwinięta u poszczególnych osób i zazwyczaj ulega osłabieniu z wiekiem.

Naukowcy z Wydziału Fizjologii Integracyjnej uczelni sprawdzili, czy sprawność manualna może się z czasem poprawiać. W przeprowadzonym przez nich badaniu wzięło udział 26 osób w wieku od 60 do 83 lat. W ramach sześciu sesji uczestnicy wielokrotnie wykonywali ćwiczenia z testu sprawności manualnej o nazwie Pegboard Test, który polega na kolejnym umieszczaniu kołków w otworach w tablicy. Czas, jaki zajmuje ukończenie zadania, stanowi miarę sprawności manualnej danej osoby.

– Badaliśmy sprawność osób w wieku młodym, średnim i starszym oraz osób z chorobami neurologicznymi, aby zebrać wiedzę na temat zmian, jakie mają miejsce w układzie nerwowym w różnych warunkach. Ogólnie mówiąc, z naszych badań wynika, że czas potrzebny osobie starszej na ukończenie testu tablicy z kołkami jest dłuższy niż w przypadku osoby młodej – wyjaśnia prof. Roger Enoka.

Wśród uczestników badania w przedziale wiekowym 60–83 lata wyłoniono dwie grupy, z których jedna już na wstępie wykonywała test szybciej, a druga wolniej. Po szóstej sesji okazało się, że średni czas potrzebny na wykonanie ćwiczeń z tablicy narzędziowej skrócił się w przypadku wszystkich uczestników.

– W obydwu grupach nastąpiła poprawa sprawności manualnej, jednak przyczyny tej poprawy różniły się w poszczególnych grupach. Obydwie grupy uzyskały lepsze wyniki, jednak zaobserwowano u nich innego rodzaju zmiany w układzie nerwowym. Wyniki badania uzupełniają wiedzę na temat możliwości fizycznych osób starszych. Należy podkreślić, że wiek osoby nie jest wyznacznikiem jej sprawności fizycznej. Na przykład jedną z uczestniczek badania była 65-letnia kobieta, która wykonała test sprawności manualnej szybciej niż jakakolwiek inna osoba, którą badaliśmy, włączając w to młode osoby dorosłe – zauważa naukowiec.

Starzenie się nie musi więc oznaczać konieczności godzenia się z gorszym funkcjonowaniem fizycznym, które w naturalny sposób przeradza się w potrzebę wsparcia opiekunów w codziennych czynnościach. Kluczowe jest jednak zachowanie aktywności, zwłaszcza takiej, która pozwala utrzymać lub wzmocnić siłę mięśni. Ważne jest też utrzymywanie sprawności wykonywania jak najbardziej precyzyjnych ruchów.

– Oprócz dbania o siłę mięśni i wytrzymałość osoby starsze powinny wykonywać czynności, które wymagają manipulowania przedmiotami, aby spowolnić utratę sprawności manualnej postępującą z wiekiem. Jeśli osoba starzejąca się chce zachować tę sprawność, musi wykonywać czynności takie jak wiązanie sznurowadeł, zapinanie guzików koszuli, szycie ręczne, gra w karty czy gra na instrumentach muzycznych – wszystko to są czynności, które wymagają sprawności manualnej – radzi prof. Roger Enoka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/utrate-sprawnosci,p1724951834

PGE planuje rozbudowę elektrowni szczytowo-pompowej w Żarnowcu. Działający od 40 lat obiekt zyska największy w Europie bateryjny magazyn energii

Elektrownia szczytowo-pompowa Żarnowiec na Pomorzu o mocy ponad 700 MW, uruchomiona dokładnie 40 lat temu, do tej pory pozostaje największym w Polsce obiektem tego typu. W jej sąsiedztwie powstanie niedługo największy w Europie, wielkoskalowy magazyn energii, który pomoże w bilansowaniu Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i ułatwi integrację budowanych na Bałtyku morskich farm wiatrowych. – Jesteśmy w tej chwili posiadaczem łącznie 1,5 GW mocy w energetyce szczytowo-pompowej. Będziemy budować kolejną taką elektrownię w Młotach o mocy sięgającej ok. 1 GW. Mocno stawiamy w tej chwili na rozwój energetyki szczytowo-pompowej – mówi Lechosław Rojewski, wiceprezes zarządu PGE.

– Elektrownia w Żarnowcu odgrywa kluczową rolę w krajowym systemie elektroenergetycznym. Po pierwsze, ze względu na moc samej elektrowni, a po drugie, ze względu na wielkość magazynów, które pozwalają na magazynowanie i oddawanie energii z pełną mocą przez ok. 5–5,5 godzin. Jest to istotne nie tylko w kontekście stabilizacji KSE, ale i w warunkach kryzysowych, kiedy zachodzi konieczność odbudowy tego systemu albo mamy ryzyko blackoutu. Elektrownia szczytowo-pompowa ma dużą szybkość reakcji. W ciągu trzech minut jesteśmy w stanie podać tak dużą ilość energii, która będzie mogła np. odbudować Krajowy System Energetyczny albo postawić jedną z elektrowni konwencjonalnych – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Karlikowski, prezes zarządu PGE Energia Odnawialna.

Elektrownia szczytowo-pompowa Żarnowiec, położona nad Jeziorem Żarnowieckim w miejscowości Czymanowo, to największy tego typu obiekt w Polsce. Jej górny zbiornik jest budowlą sztuczną o powierzchni 135 ha i może pomieścić 13,8 mln m3 wody. Kiedy zaczyna brakować energii, np. w godzinach szczytu, następuje zrzut tej wody z górnego zbiornika do dolnego, co napędza turbiny, które przekształcają ruch w energię kinetyczną. Z kolei w momentach nadwyżki energii następuje przepompowanie wody z dolnego zbiornika do górnego, gdzie jest przechowywana jako energia potencjalna.

Z okazji 40-lecia uruchomienia elektrowni wodnej Żarnowiec w Centrum Kultury w Gniewinie odbyła się uroczystość z udziałem pracowników, którzy odebrali Odznaki Honorowe za Zasługi dla Energetyki oraz Zasłużony dla PGE Energia Odnawialna.

 Elektrownia szczytowo-pompowa Żarnowiec o mocy 716 MW jest jednym z naszych największych aktywów. Biorąc pod uwagę, że całe województwo pomorskie ma obecnie zapotrzebowanie na moc wynoszące ok. 600 MW, to ta elektrownia w razie potrzeby jest w stanie je zaspokoić w całości. Jednak ona nie tylko zabezpiecza dostawy energii, ale może też stanowić akumulator tej energii, zgromadzona w niej nadpodaż daje nam możliwość zagospodarowania 3,6 GWh – mówi Lechosław Rojewski, wiceprezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

 Ważne, że ta elektrownia jest niezawodna, co zresztą zawsze podkreślamy, bo liczbą godzin pracy, którą wykonuje bez przerw, bije po prostu rekordy i jest pewnym wyznacznikiem dla innych elektrowni szczytowo-pompowych. A wiemy już, że przed tymi źródłami jest przyszłość – dodaje Marcin Karlikowski.

Elektrownia w Żarnowcu jest jednak ważna nie tylko z punktu widzenia systemu energetycznego, ale i dla regionu. Nie tylko zabezpiecza dostawy energii, ale generuje też m.in. miejsca pracy.

– Sam fakt, że tutaj powstała i funkcjonuje od tylu lat, spowodował, że gmina i okolice się zmieniły. Ta elektrownia jest ważna nie tylko dla gminy Gniewino, ale również dla całego subregionu północnych Kaszub, czyli powiatu puckiego, po trosze lęborskiego, a w szczególności dla powiatu wejherowskiego. To jest m.in. zatrudnienie, współpraca z wieloma firmami, które świadczą usługi na rzecz tej elektrowni. Nie jest też tajemnicą, że duża wartość obiektów energetycznych ma wpływ na podatki lokalne, bez których trudno byłoby sobie wyobrazić realizację szeregu różnych inwestycji na terenie gminy – mówi Zbigniew Walczak, wójt gminy Gniewino.

 Mamy tutaj doskonałą kadrę, która pracuje od pokoleń – dodaje prezes zarządu PGE Energia Odnawialna. – Aktualnie w elektrowni Żarnowiec pracuje ok. 85 osób, to są w większości hydroenergetycy. Są też praktykanci ze szkoły w Wejherowie, nad którą objęliśmy patronat, z której zresztą pochodzi wielu naszych pracowników. To jest cała ścieżka kariery: od hydroenergetyków czy dyżurnych inżynierów ruchu po automatyków, elektryków i mechaników, więc jest to dość szeroka specjalizacja. Ona wymaga dużej fachowości, a dzisiaj już hydroenergetyków jako takich się nie szkoli, dlatego tak ważna jest praktyka, ta kultura pracy w elektrowni i przekazywanie tej wiedzy kolejnym pracownikom.

ESP Żarnowiec została uruchomiona w 1983 roku i w tym roku obchodzi 40-lecie pracy. To w tej chwili nowoczesny, zmodernizowany obiekt – w  2012 roku zakończyła się w nim gruntowna modernizacja, która przełożyła się na znaczące usprawnienie jego pracy zarówno w wymiarze operacyjnym, jak i ekonomicznym.

– W tej chwili mamy w planach modernizację górnego zbiornika i posadowienie przy elektrowni w Żarnowcu dodatkowego akumulatora o mocy około 200 MW – zapowiada Lechosław Rojewski.

Wielkoskalowy, bateryjny magazyn energii o mocy powyżej 200 MW i pojemności powyżej 820 MWh przy ESP Żarnowiec ma być największą tego typu instalacją w całej Europie. Zapewni zrównoważony dostęp do energii w okresach zwiększonego zapotrzebowania, zwiększy możliwości stabilizacji Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i ułatwi integrację z systemem elektroenergetycznym OZE zlokalizowanych na północy Polski, zwłaszcza planowanych morskich farm wiatrowych. ESP Żarnowiec jest bowiem oddalona o około 10 km od Morza Bałtyckiego, gdzie Grupa PGE wybuduje w niedalekiej przyszłości morskie farmy wiatrowe.

– Posiadamy w tej chwili łącznie ok. 1,5 GW mocy w energetyce szczytowo-pompowej i niedawno podjęliśmy decyzję o rozwoju tego typu aktywów. Będziemy budować kolejną elektrownię szczytowo-pompową w Młotach, o większej od Żarnowca mocy sięgającej ok. 1 GW. Mocno stawiamy w tej chwili na rozwój energetyki szczytowo-pompowej – mówi wiceprezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

PGE zamierza zrealizować ESP Młoty do końca 2030 roku na Dolnym Śląsku, niedaleko Bystrzycy Kłodzkiej. Pod koniec ubiegłego roku spółka oraz Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podpisały umowę o współpracy przy budowie tej elektrowni, a w marcu br. wystąpiły do UOKiK o zgodę na powołanie spółki celowej, która zajmie się realizacją tego projektu.

ESP Młoty to jedna z trzech strategicznych inwestycji tego typu, ujętych w ubiegłorocznym raporcie opracowanym przez Zespół Ekspercki do spraw Budowy Elektrowni Szczytowo-Pompowych, powołany przez premiera („Rola elektrowni szczytowo-pompowych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym: uwarunkowania i kierunki rozwoju”). W celu usprawnienia takich inwestycji Sejm przyjął w tym roku specustawę w zakresie elektrowni szczytowo-pompowych oraz inwestycji towarzyszących. Jej celem jest skrócenie procedur i zniesienie barier administracyjnych dla takich projektów, które zostały scharakteryzowane jako inwestycje celu publicznego. W Polsce jest sześć głównych elektrowni szczytowo-pompowych (Żarnowiec, Porąbka-Żar, Solina, Żydowo, Niedzica i Dychów), które pełnią też funkcję wielkoskalowych magazynów energii. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pge-planuje-rozbudowe,p1971642152

Cyfryzacja procesów budowlanych przyspiesza. Efektem są lepszej jakości projekty i mniej błędów na budowach

Modelowanie informacji o budynku, czyli BIM, oraz współpraca oparta na platformach wymiany danych to obecnie kluczowe elementy cyfrowej transformacji w branży architektonicznej i budowlanej. W Polsce wdrażanie tej metodyki jest na coraz wyższym poziomie. Stosuje ją ponad 1/3 osób i podmiotów zaangażowanych w procesy inwestycyjne i budowlane. W porównaniu z 2019 rokiem stanowi to aż 70-proc. wzrost – wynika z raportu „BIM, współpraca i zarządzanie informacją w polskim budownictwie”, który na zlecenie Autodesku przygotował Kantar. Z BIM powszechnie korzystają projektanci i architekci, ale w ostatnich kilku latach świadomość i wykorzystanie tej metodyki wzrosły najbardziej wśród firm wykonawczych i inwestorów. Aż 70 proc. przedstawicieli wszystkich tych grup ocenia, że BIM pozwala na obniżenie kosztów w całym cyklu powstawania i życia budynku. 

 Cyfryzacja rynku budowlanego w Polsce przebiega bardzo dobrze – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Nogaj, dyrektor ds. sprzedaży regionalnej w Autodesku. – Raport „BIM, współpraca i zarządzanie informacją w budownictwie”, który we współpracy z agencją badawczą Kantar przygotowaliśmy już po raz trzeci, pokazuje, że mamy bardzo wysoki odsetek osób o dużej świadomości wykorzystania tej technologii w budownictwie.

W tym roku już 34 proc. respondentów zadeklarowało, że stosuje BIM w pracy zawodowej (co stanowi aż 70-proc. wzrost względem 2019 roku), a 59 proc. miało styczność z tą metodyką pracy. Najwyższy odsetek wykorzystania metodyki BIM jest odnotowywany w grupie architektów i projektantów, gdzie utrzymuje się na stabilnym poziomie (41 proc.).

– Mocno zmieniło się wykorzystanie tej metodyki wśród generalnych wykonawców i inwestorów – wskazuje Przemysław Nogaj.

Raport Autodesku pokazuje, że w ostatnich trzech latach w Polsce miał miejsce bardzo dynamiczny wzrost świadomości i wdrożenia BIM wśród generalnych wykonawców (z 9 do 21 proc.) oraz inwestorów i zarządców (z 5 do 37 proc.). To oznacza, że BIM i praca oparta na platformach wymiany danych (ang. common data environment, CDE) stają się metodyką coraz powszechniej stosowaną przez wszystkie grupy związane z przygotowaniem i realizacją procesu inwestycyjnego. 

– Mamy trzy typy danych w procesie budowlanym. Po pierwsze, dane z projektu, które projektantowi są niezbędne do uzyskania pozwoleń formalnych i opracowania szczegółowych projektów. Po drugie, są dane, których inwestor potrzebuje na końcu, do zarządzania obiektem. Dla nas, jako generalnego wykonawcy, jest również grupa danych, które są nam pomocne w trakcie prowadzenia budowy. Dobre zaplanowanie i zarządzanie wszystkimi trzema zbiorami danych jest kluczowe dla sukcesu inwestycji – mówi Maciej Dusza, BIM manager w firmie wykonawczej PORR.

BIM, czyli modelowanie informacji o budynku, stanowi fundament transformacji cyfrowej w branżach architektonicznej, inżynieryjnej i budowlanej. Metodyka ta – oparta na inteligentnym modelu i danych dostępnych na platformie w chmurze – integruje i porządkuje informacje o budowanym obiekcie pochodzące z wielu obszarów, umożliwiając m.in. tworzenie szczegółowych prognoz, analiz i cyfrowych wizualizacji na każdym etapie procesu budowlanego – od planowania, poprzez projekt, po budowę i eksploatację. Innymi słowy, jest to całościowy proces tworzenia informacji o budowanym obiekcie i zarządzania nimi.

– Respondenci wskazują na bardzo wiele korzyści, które płyną z nowych metodyk pracy i cyfryzacji procesu projektowo-budowlanego – mówi Przemysław Nogaj.

70 proc. respondentów w badaniu Kantara wskazało, że zastosowanie BIM pozwala na obniżenie kosztów w całym cyklu powstawania i życia budynku. Wśród wskazywanych głównych zalet tej metodyki pracy są m.in. tworzenie lepszej jakości projektów (62 proc.), mniejsza liczba błędów na etapie realizacji inwestycji (60 proc.) oraz lepsza komunikacja całego projektu i zrozumienie go przez wszystkie zaangażowane strony (53 proc.). Co istotne, prawie 65 proc. badanych zadeklarowało też, że wdrożenie nowych, cyfrowych metod pracy zwiększa konkurencyjność ich firmy.

Rozwiązania związane z modelowaniem informacji o budynku wpisują się również w zrównoważone projektowanie, które wkrótce będzie przeważające na rynku, w związku z wprowadzeniem konieczności raportowania niefinansowego (ESG). Nowy obowiązek będzie obejmował stopniowo coraz więcej firm w całym łańcuchu wartości. Czynnikiem motywującym będą również kwestie zielonych finansów – inwestorzy będą mogli liczyć na wsparcie banków tylko wtedy, gdy wykażą odpowiedni stopień przyjazności środowiskowej budynku i samego procesu budowlanego.

 W zrównoważonym budownictwie rola projektanta jest kluczowa – jako twórcy budynków i projektów zagospodarowania terenu mamy realny wpływ m.in. na obniżanie śladu węglowego czy optymalizację zużycia energii. I ten wpływ będzie najbardziej efektywny, jeżeli zaplanujemy go już na samym początku – mówi Anna Wojcieszek, BIM manager w pracowni APA Wojciechowski. – Dane i cyfryzacja mogą bardzo w tym pomóc, ponieważ organizując pracę w oparciu o dane na każdym etapie procesu projektowego, możemy w kontrolowany i przejrzysty sposób wpływać na jego jakość, mierzyć oraz porównywać  efekty, które finalnie mogą być bardziej zrównoważone. Przemyślany w wyniku analiz design będzie się przekładał również na model energetyczny budynku, zużycie surowców, lepsze ich ponowne wykorzystanie, ale i komfort użytkowników.

– Dane są dziś kluczem do tego, żeby z sukcesem zrealizować obiekt. Kiedyś zaczynaliśmy od modeli 3D i wizualizacji, żeby klient zrozumiał projekt, a my – żebyśmy byli pewni koordynacji geometrycznej. Natomiast teraz jesteśmy na etapie, kiedy kluczowe są właśnie dane i procesy zarządzania ich ogromem. Mamy do tego świetne narzędzia oparte na wielobranżowych modelach oraz platformie CDE. Pozwala to na efektywne wykorzystanie danych z projektu, zarządzanie zmianami oraz zbieranie danych z realizacji niezbędnych do zarządzania obiektem w przyszłości – mówi Maciej Dusza.

W badaniu Autodesku i Kantara respondenci wskazali też na szereg barier, które wciąż utrudniają rozwój i upowszechnienie BIM. Tu ważna okazała się zwłaszcza dostępność kadr – mała liczba specjalistów posiadających umiejętność projektowania lub wykonawstwa na podstawie BIM stanowi barierę dla blisko 70 proc. firm i wyraźnie wzrosła (z 59 proc. wskazań w 2019 roku). Na brak wykwalifikowanych kadr najczęściej wskazywali przede wszystkim inwestorzy (86 proc.). Natomiast 50 proc. firm wykonawczych wskazało, że tym, co mogłoby pomóc rynkowi pełniej korzystać z BIM, byłoby wprowadzenie tej technologii na uczelniach.

Badanie Kantara na zlecenie Autodesku zostało przeprowadzone na grupie blisko 350 osób reprezentujących firmy architektoniczne i projektowe, budowlane i zajmujące się realizacją inwestycji, zarządzające nieruchomościami oraz inwestorów prywatnych i publicznych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyfryzacja-procesow,p2118790428

Czworo wybitnych polskich naukowców otrzymało po 200 tys. zł. Ich badania i osiągnięcia przyczyniają się do realnych postępów w nauce

Fundacja na rzecz Nauki Polskiej po raz 32. przyznała swoje prestiżowe nagrody, uznawane za najważniejsze wyróżnienie naukowe w Polsce. Wśród nagrodzonych w tym roku osiągnięć są badania nad mechanizmem działania białek opiekuńczych, zaprojektowanie i otrzymanie nowych związków aromatycznych o unikatowej strukturze i właściwościach, psychologiczna koncepcja pamięci miejsca i przywiązania do miejsca oraz opracowanie narzędzi matematycznych, które umożliwiły udowodnienie pewnej hipotezy. – Te nagrody stanowią uhonorowanie pracy naukowej, ale coraz częściej mają też pośrednie przełożenie na gospodarkę w postaci nowych, innowacyjnych firm – zauważa prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, prof. Maciej Żylicz.

 Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej mają duże znaczenie dla społeczności akademickiej, to jest wyróżnienie najlepszych spośród naszego środowiska. Do tej nagrody nie można się zapisać, nie można się zgłosić, trzeba zostać nominowanym przez osobę ze środowiska naukowego. To jest uhonorowanie naszej pracy, ale z drugiej strony te nagrody coraz częściej mają też bezpośrednie przełożenie na otwieranie nowych firm, które pracują nad innowacyjnymi produktami i technologiami. Otrzymując taką nagrodę, dużo łatwiej jest rozpocząć na przykład sprzedawanie swojej własnej licencji czy patentu – mówi agencji Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej przyznawane są w drodze konkursu za szczególne osiągnięcia i odkrycia naukowe, które przesuwają granice poznania i otwierają nowe perspektywy poznawcze, wnoszą wybitny wkład w postęp cywilizacyjny i kulturowy naszego kraju oraz zapewniają Polsce znaczące miejsce w podejmowaniu najbardziej ambitnych wyzwań współczesnego świata. Laureaci otrzymują też po 200 tys. zł. Obecnie lista nagrodzonych liczy blisko 120 osób, wśród których znajdują się najwybitniejsi polscy uczeni z różnych dziedzin – od nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich aż po literaturę i nauki humanistyczne.

Nagrody fundacji przyznawane są w czterech obszarach. Nagrodę FNP w obszarze nauk humanistycznych i społecznych odebrała w tym roku prof. Maria Lewicka, psycholożka społeczna i środowiskowa z Wydziału Filozofii i Nauk Społecznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, uhonorowana za sformułowanie i weryfikację psychologicznego modelu przywiązania do miejsca i pamięci miejsca. Wiele instytucji i organizacji w całej Polsce – m.in. Forum Dialogu, Centrum Żydowskie w Oświęcimiu czy Muzeum POLIN – prowadzi swoją praktyczną działalność, opierając się na koncepcji prof. Lewickiej.

– Miejsce to nie jest tylko lokalizacja, koordynaty geograficzne, umiejscowienie gdzieś na mapie. To nie jest również treść wypełniająca to miejsce, czyli budynki, ulice, parki. Miejsce to przede wszystkim znaczenie, które to dane miejsce dla nas ma. Razem z moimi asystentami, doktorantami, współpracownikami zajmujemy się bardzo szeroko tym zagadnieniem, sprawdzamy, jak znaczenie miejsca przekłada się na różne sfery funkcjonowania człowieka – mówi prof. Maria Lewicka.

Jak podkreśla, ma nadzieję, że kiedyś koncepcja dotycząca miejsc pamięci znajdzie zastosowanie także w szkolnych ławkach.

Moim marzeniem jest to, żeby wprowadzić lokalną historię do szkół, i to lokalną rozumianą nie na zasadzie pewnych treści, które się podaje odgórnie do wierzenia, w dodatku jeszcze wysyconych pewną polityką historyczną ogólnonarodową, tylko taką historię, gdzie sami uczniowie będą odkrywać przeszłość swojego miejsca, swojego domu, w którym mieszkają, swojej dzielnicy, ulicy, gdzie będą pytać swoich dziadków, dopóki jeszcze żyją, co tu kiedyś było. Jak zainteresujemy ich korzeniami tego miejsca, w którym mieszkają, to przełoży się to później na ich znacznie większą otwartość również na współczesność – wyjaśnia laureatka Nagrody FNP.

W obszarze nauk chemicznych i o materiałach Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej 2023 odebrał prof. Marcin Stępień z Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego – uznany w międzynarodowym środowisku autorytet, kształtujący dziedzinę badań nad związkami aromatycznymi. W trakcie dotychczasowej kariery ściśle współpracował z badaczami z Hiszpanii, Francji, Niemiec, Korei, Chin, Indii i USA, co zaowocowało publikacją ponad 30 międzynarodowych artykułów naukowych. Jest też autorem lub współautorem ponad 90 publikacji i laureatem wielu prestiżowych nagród naukowych.

Badania wyróżnione Nagrodą Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dotyczą związków aromatycznych, czyli dużej grupy związków organicznych, które są interesujące zarówno z punktu widzenia niektórych ich zastosowań, jak i ze względów poznawczych, ponieważ pozwalają chemikom dowiedzieć się dużo na temat tego, jakie relacje rządzą właściwościami i strukturą związków chemicznych w ogóle – mówi prof. Marcin Stępień. – Moja grupa badawcza interesuje się wprowadzaniem nietypowych modyfikacji do budowy tych cząsteczek aromatycznych z nadzieją, że zaobserwujemy jakieś niezwykłe właściwości albo niezwykłe zmiany w ich właściwościach.

Wśród zsyntetyzowanych przez profesora związków aromatycznych są m.in. takie, które naśladują swoją budową fragmenty grafenu i które – dzięki obecności nietypowych pierścieni oraz atomów innych niż węgiel – wykazują unikatowe właściwości optyczne i elektronowe. Mogą one stanowić bazę w poszukiwaniach nowych materiałów organicznych, w szczególności barwników funkcjonalnych. Materiały takie mogą znaleźć różnorodne zastosowania, m.in. w urządzeniach LED i fotowoltaice, ale także w diagnostyce medycznej i fototerapii.

Przykładem tego, gdzie te barwniki funkcjonalne mogą być stosowane, jest np. bioobrazowanie w medycynie albo terapia fotodynamiczna – wskazuje prof. Marcin Stępień.

Kolejnym z nagrodzonych jest prof. Krzysztof Liberek z Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, który otrzymał tegoroczną Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej 2023 w obszarze nauk o życiu i o Ziemi za wykazanie roli białek opiekuńczych w odzyskiwaniu białek z agregatów i zwijaniu ich do aktywnej formy. Badania w tym zakresie umożliwiają zrozumienie molekularnych mechanizmów leżących u podstaw zaburzeń neurodegeneracyjnych, takich jak choroba Alzheimera, i mogą pomóc w walce z tymi chorobami.

Czwartym laureatem Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej jest prof. Rafał Latała z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, który został wyróżniony w obszarze nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich za opracowanie narzędzi matematycznych umożliwiających udowodnienie hipotezy Talagranda dotyczącej procesów Bernoulliego.

Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej zostały w tym roku przyznane po raz 32., a laureaci odebrali je podczas uroczystej gali 6 grudnia br. w Warszawie. Fundacja, która jest ich fundatorem, od ponad 30 lat realizuje misję wspierania nauki w Polsce poprzez przyznawanie m.in. stypendiów, nagród i grantów dla wybitnych naukowców i zespołów badawczych oraz wspieranie transferu osiągnięć naukowych do praktyki gospodarczej. Fundacja angażuje się też w stymulowanie międzynarodowej współpracy naukowej i zwiększanie samodzielności naukowej młodego pokolenia badaczy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/czworo-wybitnych-polskich,p1003453723

Jedzenie orzechów pomocne w zapobieganiu depresji. Ryzyko wystąpienia choroby można zredukować nawet o niemal jedną piątą

Regularne spożywanie orzechów może zmniejszyć ryzyko depresji. Do takich wniosków doszli naukowcy, którzy przeanalizowali dane dotyczące dużej grupy dorosłych Brytyjczyków. U tych, którzy jedli małe albo umiarkowane ilości orzechów (maksymalnie garść dziennie), zaobserwowano zmniejszenie ryzyka depresji o 17 proc. w pięcioletniej perspektywie.  

– Przyglądamy się tylko pojedynczemu rodzajowi żywności i nie może on być magicznym rozwiązaniem ani kluczową strategią zapobiegania depresji. Zajęliśmy się tym zagadnieniem w ramach badania zdrowych wzorców żywieniowych, takich jak dieta śródziemnomorska. Zdrowe wzorce żywieniowe z uwzględnieniem orzechów wiążą się z korzyściami dla układu sercowo-naczyniowego i metabolizmu. Stworzyliśmy hipotezę, że mogą one również przynosić korzyści dla zdrowia psychicznego – mówi agencji Newseria Innowacje Arthur Mesas z Centrum Badań Zdrowotnych i Społecznych na Uniwersytecie Castilla-La Mancha w Cuence w Hiszpanii.

Naukowcy przeanalizowali informacje pochodzące z brytyjskiego Biobanku, czyli badania epidemiologicznego prowadzonego w latach 2006–2010 wśród pół miliona osób zarejestrowanych w brytyjskiej służbie zdrowia.  Przyjrzeli się dużej grupie ponad 13 tys. uczestników w średnim i starszym wieku, którzy mieli prawidłowe dane wyjściowe na temat spożycia orzechów i depresji. Analizowali dane z lat 2007–2012 (wartość wyjściowa) i 2013–2020 (obserwacja).

Incydenty depresji były potwierdzane z kolei za pomocą badań ankietowych i wywiadów bezpośrednich. Określaliśmy depresję na podstawie diagnoz zgłoszonych przez pacjentów i stosowania antydepresantów – wyjaśnia Bruno Bizzozero-Peroni z Centrum Badań Zdrowotnych i Społecznych na Uniwersytecie Castilla-La Mancha w Cuence w Hiszpanii.

Okazało się, że osoby, które regularnie spożywają orzechy (włoskie, brazylijskie, laskowe, nerkowce, migdały i pistacje) w niskiej lub umiarkowanej ilości (jedna porcja ok. 30 g dziennie), są mniej podatne na rozwój depresji niż osoby niejedzące orzechów. W ciągu pięcioletniej obserwacji ryzyko depresji było mniejsze o 17 proc., niezależnie od takich czynników jak np. otyłość, słaba aktywność fizyczna czy choroby.

Naukowcy mają na to dwa wyjaśnienia. Po pierwsze, korzyści związane ze spożyciem orzechów, takich jak orzechy włoskie, migdały, orzechy laskowe, nerkowce i orzechy ziemne, mogą wynikać z ogólnych wzorców zdrowego stylu życia. Osoby, które jedzą orzechy, mogą stosować zdrową dietę, zastępując nimi niezdrowe przekąski czy nałogi, takie jak palenie papierosów. Po drugie, za obniżenie ryzyka depresji mogą odpowiadać czynniki biologiczne.

– Orzechy mają dużą gęstość odżywczą, zawierają nienasycone kwasy tłuszczowe, na przykład omega-3 oraz fitosterole, melatoninę i inne bioskładniki, które biorą udział w tworzeniu neuroprzekaźników i wpływają na plastyczność synaptyczną. Aminokwasy, takie jak arginina czy tryptofan, uczestniczą w wytwarzaniu serotoniny, jednego z aminokwasów biorących udział w patofizjologii depresji. Oprócz tego orzechy są bogate w błonnik, który w połączeniu z nienasyconymi kwasami tłuszczowymi wspiera zdrowie mikrobiomu, tj. bakterii i mikroorganizmów, które zamieszkują nasze jelita. Najnowsze badania wskazują, że zdrowie mikrobiomu jest bezpośrednio związane ze zdrowiem psychicznym. Jest to kolejny potencjalny korzystny czynnik biologiczny – wyjaśnia Arthur Mesas.

Świat nauki coraz wnikliwiej przygląda się depresji, która stała się istotnym problemem społecznym.

 Depresja ma ogromny wpływ na zdrowie: zwiększa śmiertelność, występowanie chorób współistniejących i niepełnosprawność. Ostatni raport dotyczący wskaźnika obciążenia chorobami z 2019 roku przedstawia alarmujące statystyki. Zaburzenia psychiczne są siódmą główną przyczyną chorób na świecie. Depresja stanowi główną przyczynę obciążenia niepełnosprawnością od wczesnej dorosłości do wieku podeszłego i dotyka 280 mln ludzi. Według oszacowań odnotowano wzrost występowania zaburzenia depresyjnego na świecie w 2020 roku o 53 mln – mówi Bruno Bizzozero-Peroni. – Zwiększył się także znacznie bezpośredni i pośredni wpływ depresji na globalną gospodarkę i społeczeństwo. Na przykład utrata produktywności w związku z zaburzeniami psychicznymi takimi jak depresja kosztuje globalną gospodarkę 1 bln dol. rocznie.

W Polsce na depresję choruje 1,2 mln osób. Według Narodowego Funduszu Zdrowia świadczenia z rozpoznaniem głównym lub współistniejącym depresji udzielono 682 tys. pacjentów w 2021 roku. Leki przeciwdepresyjne wykupiło 1,5 mln osób, o 59 proc. więcej niż w 2013 roku. NFZ jako sposoby profilaktyki i leczenia depresji wymienia aktywność fizyczną i dietę. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jedzenie-orzechow-pomocne,p821675261

Elektryfikacja floty będzie wyzwaniem dla warsztatów i producentów części zamiennych. Popyt na klasyczne komponenty znacząco spadnie

Dopiero w 2038 roku po europejskich drogach będzie jeździć więcej elektryków niż samochodów spalinowych – wynika z prognoz kancelarii Roland Berger i Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych CLEPA. Rynek części zamiennych i warsztatów musi jednak już dziś się przygotować na znaczące przyspieszenie elektryfikacji, która pociągnie za sobą spadek popytu na klasyczne komponenty. Z drugiej strony musi być także gotowy na konieczność równoległej obsługi jeszcze przez wiele lat floty spalinowej oraz elektrycznej. Chociaż nadchodzące lata będą okresem dużych zmian i wyzwań, to rynek widzi też dla siebie szanse.

– Od 2035 roku spodziewamy się wprowadzenia zakazu sprzedaży samochodów z silnikami spalinowymi. To oznacza, że w Polsce, Francji czy Niemczech sprzedawane będą już tylko samochody elektryczne. Sądzę jednak, że będą wtedy współistniały dwa rodzaje rynków. Niezależnie od kraju w dużych miastach – takich jak Warszawa, Paryż czy Berlin – prawdopodobnie pojawią się strefy niskich emisji, a mieszkańcy będą musieli jeździć pojazdami ekologicznymi. Restrykcje uniemożliwią wjazd do takich stref pojazdów silnie zatruwających powietrze. Z drugiej strony będą strefy poza miastem, gdzie będzie większa liczba samochodów z silnikami spalinowymi. Nawet jeśli ostatnie z nich zostaną sprzedane w 2035 roku, to one będą mogły jeździć po ulicach jeszcze przez 20–25, może 30 lat – mówi agencji Newseria Biznes Matthieu Simon, partner w kancelarii doradztwa strategicznego Roland Berger w Paryżu.

Parlament Europejski w połowie lutego br. zagłosował za wprowadzeniem przepisów, zgodnie z którymi od 2035 roku producenci aut będą mogli wprowadzać na rynek UE jedynie pojazdy bezemisyjne, głównie na prąd lub wodór. Dotyczy to jednak tylko nowych samochodów. Po 2035 roku zarejestrowane już wcześniej samochody z silnikami benzynowymi i diesle będą mogły być wykorzystywane i odsprzedawane dalej aż do kresu ich żywotności. W UE ta średnia żywotność samochodu wynosi jednak około 15 lat, dlatego Komisja Europejska chce zacząć zmiany już w 2035 roku, żeby do 2050 roku wszystkie samochody były neutralne pod względem emisji CO2. Ma to umożliwić UE dojście do neutralności klimatycznej w założonym terminie.

Obecnie wprowadza się regulacje na poziomie europejskim, lokalnym i krajowym, strefy niskiej emisji, zachęty – wszystko po to, żeby ulicami jeździło więcej elektryków. W efekcie widzimy wzrost penetracji rynku przez pojazdy elektryczne, co stopniowo przełoży się też na obecność elektryków na rynku wtórnym – mówi Matthieu Simon.

Z danych ACEA wynika, że w I półroczu br. udział elektryków w łącznej sprzedaży nowych samochodów osobowych na europejskim rynku wyniósł 12,9 proc. (wobec 9,9 proc. przed rokiem). Najczęściej odbywa się to „kosztem” diesli, których udział w ciągu roku spadł z 17,4 do 14,5 proc. W Polsce w pierwszym półroczu tego roku BEV-y stanowiły zaledwie 3,6 proc. wszystkich nowo zarejestrowanych osobówek. Ich liczba szybko rośnie – w ciągu 10 miesięcy tego roku na polskim rynku zarejestrowano blisko 19 tys. nowych elektryków, co stanowi aż 55-proc. wzrost względem analogicznego okresu rok wcześniej.

Z raportu opublikowanego przez kancelarię Roland Berger i CLEPA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Części Motoryzacyjnych) wynika, że ta transformacja rynku spowoduje spadek na europejskim rynku wtórnym. Wielu producentów części i podzespołów oraz warsztatów mechanicznych obecnie nastawionych jest przede wszystkim na klasyczną motoryzację, a pojazdy w pełni elektryczne (BEV) mają o ok. 30 proc. mniejsze zapotrzebowanie na te komponenty. W zależności od scenariusza i przyjętego tempa elektryfikacji eksperci oceniają, że popyt na rynku obniży się o 13–17 proc. do 2040 roku. Najbardziej dotknięte spadkami kategorie produktów to silnik spalinowy i układ napędowy.

Wyzwaniem będzie także to, że przez długi czas rynek wtórny będzie obsługiwać zarówno pojazdy elektryczne, jak i spalinowe, nawet po 2035 roku. Eksperci Rolanda Bergera i CLEPA na postawie swoich scenariuszy oszacowali, że w 2030 roku pojazdy BEV będą mieć w sprzedaży od 53 do 82 proc.. Do tego dochodzi także cała flota pojazdów spalinowych, które zostaną zarejestrowane przed 2035 rokiem i będą użytkowane wiele lat po nim.

Prognozy na rok 2040 mówią o tym, że tylko połowa wykorzystywanej floty będzie elektryczna, a druga połowa pozostanie spalinowa. Oznacza to, że rynek wtórny wciąż ma czas, aby przygotować się do nowej sytuacji, doposażyć się, przeszkolić mechaników – wymienia ekspert Rolanda Bergera. – Widzimy też nie tylko minusy, ale także plusy upowszechnienia samochodów elektrycznych. Na przykład w tym, że produkujemy i regenerujemy, ale też działamy poprzez recykling.

Szczególnie ważne dla graczy na rynku wtórnym będzie rozwinięcie możliwości regeneracji elementów. O tym już dzisiaj wiele się mówi w kontekście zazieleniania motoryzacji. Jak podkreślali eksperci podczas Kongresu Przemysłu i Rynku Motoryzacyjnego, organizowanego przez SDCM, podczas regeneracji ograniczana jest produkcja materiałów służących do tworzenia nowych podzespołów. Zużycie surowców w procesie regeneracji jest od 50 do 90 proc. niższe niż w przypadku produkowania nowej części zamiennej od podstaw. Z badania Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych wynika, że fabryczna regeneracja części pozwoliła w 2020 roku zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 800 tys. t, co jest odpowiednikiem emisji śladu węglowego pozostawionego przez 120 tys. statystycznych mieszkańców Unii Europejskiej.

Eksperci oceniają, że na znaczeniu zyskają także usługi konserwacji zapobiegawczej, naprawy systemów baterii, nowe rozwiązania diagnostyczne dla warsztatów, w szczególności w przypadku wymagającego oprogramowania i zarządzania danymi pojazdów elektrycznych z akumulatorem z nową elektroniką i platformami łączności. Warsztaty mogą się pozycjonować jako specjaliści od pojazdów z napędem elektrycznym i oferowania usług warsztatom ogólnym w swojej okolicy. Z kolei dystrybutorzy części będą mogli pomóc w zarządzaniu zużytymi komponentami, stając się dostawcami materiałów.

Wartość europejskiego rynku wtórnego części przeznaczonych do pojazdów BEV eksperci szacują na ok. 6–7 mld euro.

Cały rynek wtórny był w ostatnim roku dość popularny, jego wartość sięgnęła blisko 100 mld euro. Rynek skorzystał na wzrostach inflacji w 2022 i 2023 roku. Według prognoz w przyszłości będzie rósł o ok. 2 proc. rocznie aż do 2030 roku – mówi Matthieu Simon.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/elektryfikacja-floty,p1189553335

Algorytmy mają niższą skuteczność w wykrywaniu plagiatów muzycznych niż ludzie. Mogą być jednak cennym narzędziem pomocniczym

Sztuczna inteligencja nie zastąpi ludzi w ocenianiu, czy dany utwór muzyczny jest plagiatem – uważają naukowcy z Auckland. Analizie poddano 40 historycznych spraw o plagiat. Sztuczna inteligencja wykazała o 8 pkt proc. niższą skuteczność niż ludzie. Do podstawowych ograniczeń zastosowania algorytmów w takich sprawach zalicza się zbyt małą i obarczoną błędem selekcji bazę wiedzy. Sztuczna inteligencja opiera się bowiem na sprawach, w których zapadły wyroki, nierzadko kontrowersyjne. Większość sporów z oczywistym wynikiem było natomiast rozstrzyganych poza wokandą.

Zasady rozstrzygania o plagiacie różnią się nieco w zależności od kraju, jednak głównym modelem, jaki ma zastosowanie, jest ten stosowany w USA. Decyzje podejmuje zespół sędziów na podstawie odsłuchu utworu. Nie jest to więc podstawa naukowa oparta o kryteria ilościowe. Decyzja opiera się na opinii grupy osób, które po przesłuchaniu danych utworów stwierdzają, czy są one do siebie zbyt podobne. Jeśli tak, kwestionowany utwór zostaje uznany za plagiat, a jeśli osoby nie stwierdzą, że utwory są do siebie nadmiernie podobne, wtedy nie ma plagiatu. Jest to uproszczony opis tego procesu. Problem polega na tym, że oceny ludzi, w jakim stopniu dane rzeczy brzmią podobnie, mogą być dość subiektywne – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje dr Patrick Savage z Uniwersytetu w Auckland.

Naukowiec wspólnie z prof. Quentinem Atkinsonem stworzył algorytm Percent Melodic Identity, a dr Dominik Schnitzer z Austriackiego Instytutu Badawczego Sztucznej Inteligencji opracował algorytm Musly. Oba te narzędzia są uznawane za najlepsze w wykrywaniu plagiatów muzycznych. W ramach pracy badawczej zespół naukowców próbował odpowiedzieć na pytanie, czy zautomatyzowane algorytmy mogą zapewnić nowy obiektywizm w decyzjach o naruszeniu praw autorskich do muzyki, ograniczając tym samym liczbę, skalę i koszt spraw sądowych.

Chcieliśmy się przekonać, czy można przewidzieć historyczne przypadki naruszenia prawa autorskiego na podstawie obiektywnych kryteriów, takich jak podobieństwo stwierdzone na podstawie algorytmu i spostrzeżeń, oceny ludzi. Staraliśmy się zgromadzić jak największą próbę historycznych spraw. Zebraliśmy około 40 spraw z całego świata, w większości ze Stanów Zjednoczonych, ale także z krajów takich jak Japonia, Chiny, Nowa Zelandia i Tajwan – wyjaśnia dr Patrick Savage.

W badaniu analizowanych spraw naukowcy zastosowali algorytmy podobieństwa, z których jeden opierał się na melodii, a drugi na całej ścieżce dźwiękowej, z uwzględnieniem takich elementów jak rytm i barwa dźwięku oraz brzmienie wokalu i instrumentów. Prowadzili również eksperymenty z udziałem ponad 50 osób, które słuchały wersji oryginalnych pełnych nagrań dźwiękowych oraz wersji zmodyfikowanych z samą melodią, a także wersji midi na pianinie. Uczestnicy mieli za zadanie ocenić podobieństwo tekstu.

– Wyniki nieco nas zaskoczyły. Myśleliśmy, że melodia będzie najlepszym czynnikiem predykcyjnym, ponieważ w przeszłości była uważana za najlepszy miernik oryginalności, jednak nasze przewidywania nie spełniły się w całości. Najlepszą wartość predykcyjną miały pełne wersje audio słuchane przez ludzi. Ocena melodii na podstawie algorytmów również była dość dokładna i sprawdzała się w  około 75 proc.  przypadków, jednak nie była tak dobra jak ludzka ocena po wysłuchaniu pełnego materiału dźwiękowego, w przypadku której poprawność oceny historycznych przypadków wynosiła 83 proc. – wskazuje badacz z Uniwersytetu w Auckland.

W ocenie naukowców algorytmy nie zastąpią oceny ludzkiej w sprawach o plagiat, ale mogą być istotnym wsparciem w ich pracy. Jednym z podstawowych ograniczeń sztucznej inteligencji w takich zastosowaniach jest fakt, iż jest ona szkolona na ograniczonej bazie utworów. Odnosi się to zarówno do ich liczby, jak i miejsca, gdzie powstawały.

Jeżeli zaprojektujemy algorytmy w oparciu o muzykę zachodnią i przypadki naruszenia praw autorskich z USA, będą one działały lepiej w tych przypadkach, ale mogą nie sprawdzać się tak dobrze w innych systemach czy kulturach. Jest to uniwersalny problem związany z algorytmami. Jeśli chodzi konkretnie o prawa autorskie i plagiat, niektórych rzeczy nie można usłyszeć na ścieżce dźwiękowej, na przykład tego, czy dana strona miała dostęp do utworu drugiej strony, czy go słyszała. Jest to element oceny, którego nie można wywnioskować z samego utworu. Należy również wziąć pod uwagę, na ile oryginalny jest dany materiał. Może on być dość podobny, jednak jeśli określony motyw występuje w wielu różnych materiałach, to podobieństwo nie powinno znacząco wpływać na ocenę. Można spróbować uwzględnić ten element w algorytmach, ale trudno tutaj osiągnąć stuprocentową niezawodność – ocenia dr Patrick Savage.

Poza tym baza opiera się wyłącznie na analizie spraw, co do których w przeszłości zapadły wyroki, a to dodatkowo zawęża objętość danych wsadowych. Co więcej, wyroki niekiedy były kontrowersyjne. Tak było chociażby w przypadku piosenki „Blurred Lines” Robina Thicke’a, który powstał we współpracy z Pharellem Williamsem i raperem T.I. Rodzina amerykańskiego piosenkarza soulowego, Marvina Gaye&HASH39;a, pozwała twórców, twierdząc, że ich dzieło jest plagiatem jego utworu „Got to Give It Up”. Sąd przyznał rację powodom, z czym wiele osób do dziś się nie zgadza. Decyzją sądu muzycy musieli zapłacić rodzinie artysty 7,4 mln dol. z zarobionych na utworze niemal 17 mln dol.

Musimy polegać na orzeczeniach sądu, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Być może poważniejszym problemem jest w tym przypadku błąd selekcji próby. Ze wszystkich roszczeń w sprawach o naruszenie praw autorskich na świecie wiele jest dość przejrzystych. Utwory są w oczywisty sposób identyczne, czyli prawa autorskie zostały ewidentnie naruszone. Zazwyczaj te najbardziej oczywiste sprawy nie trafiają do sądu, ponieważ jeśli podobieństwo jest zbyt oczywiste, nie warto poświęcać czasu i pieniędzy na postępowanie sądowe. Strony zawierają ugodę lub rezygnują. W ten sposób uzyskujemy próbę obciążoną błędem selekcji, która zawiera wyłącznie sprawy najbardziej skomplikowane, interesujące i toczące się o największą stawkę – tłumaczy naukowiec z Auckland.

Jak podkreśla, algorytmy mogą pomóc członkom zespołów oceniających w zdecydowaniu, czy mają do czynienia z plagiatem

– W naszym opracowaniu mamy do czynienia z 40 sprawami przedstawionymi w dwóch wymiarach – podobieństwo  na podstawie oceny i podobieństwo melodii. Jeśli by przedstawić nowe przypadki w sądzie i umieścić na mapie podobieństwa melodii i innych cech, byłby to lepszy kontekst do podjęcia decyzji. Mimo mniejszego podobieństwa utworów, ale przy wystąpieniu określonych kontekstów być może dany przypadek powinien zostać uznany za naruszenie praw autorskich, chociaż w poprzedniej sprawie tak się nie stało. Dysponując kontekstem i ilościowym przedstawieniem podobieństw oraz możliwością porównania ich z historycznymi sprawami, będzie można wyeliminować w pewnym stopniu subiektywny element oceny i stworzyć bardziej niezawodne podstawy dla przyszłych spraw sądowych – ocenia dr Patrick Savage.

Mimo ograniczeń znacznie obniżających skuteczność zautomatyzowanych narzędzi wykrywających plagiat firmy z branży muzycznej zaczynają eksperymentować z ich wdrażaniem. Tak jest m.in. w przypadku Spotify. Operator platformy udostępnił w 2020 roku narzędzie Plagiarism Risk Detector and Interface, przeznaczone dla autorów muzyki. Działa na zasadzie analizy partytur zawierających podstawowe elementy utworu, w tym jego melodię, tekst i harmonię. Dzięki temu muzycy mogą zgłaszać własne utwory do analizy pod kątem ryzyka plagiatu, a detektor krzyżuje dane ze wszystkimi utworami, które znajdują się w bazie danych. Po analizie użytkownik widzi okno, w którym zaznaczone są fragmenty utworu pojawiające się w dziełach innych twórców.

Oprócz wspomnianego wyżej sporu z udziałem Robina Thicke’a do najsłynniejszych spraw o plagiat zalicza się m.in. tę, która wiąże się z utworem „Frozen” Madonny. Belgijski sąd uznał w 2005 roku roszczenia kompozytora Salvatore’a Acquavivy, który stwierdził liczne podobieństwa ze swoją skomponowaną wcześniej piosenką „Ma Vie Fout L’camp”.

Również w Polsce nie brakuje podobnych sporów. Kilka głośnych spraw toczyło się z udziałem Sławomira Świerzyńskiego, lidera zespołu Bayer Full, tworzącego muzykę z nurtu disco polo. W 2021 roku sąd orzekł, że twórca przywłaszczył piosenkę „Tawerna »Pod Pijaną Zgrają«” autorstwa Grzegorza Bukały. Zespół został pozwany także przez Mariusza Gabrycha, który uznaje się za autora piosenki „Wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Jeszcze wcześniej, w 2012 roku, Sąd Apelacyjny w Łodzi uznał, że zespół, nagrywając piosenkę „Taka muzyka”, dopuścił się częściowego plagiatu „Takiej piosenki” Karola Płudowskiego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/algorytmy-maja-nizsza,p750840033

Coraz więcej inicjatyw na rzecz zmniejszenia zanieczyszczenia plastikiem. Branża opakowaniowa szuka alternatyw dla tego surowca

Odpady opakowaniowe stanowią potężny problem dla środowiska, a ich ilość rośnie wraz ze wzrostem konsumpcji oraz popularności internetowego handlu. Na walkę z problematycznym plastikiem i odpadami opakowaniowymi z tworzyw sztucznych nakierowanych jest jednak coraz więcej inicjatyw na forum UE i ONZ, w tym m.in. unijna dyrektywa w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych (PPWR), która ma przybliżyć kraje członkowskie do wdrożenia GOZ, czy porozumienie End Plastic Pollution, sygnowane przez 175 państw świata. Rośnie również świadomość samych konsumentów, którzy przykładają coraz większą wagę do aspektów związanych z ekologią. Wszystko to skłania producentów do coraz większej odpowiedzialności za opakowania wprowadzane na rynek i szukania innowacyjnych, bardziej przyjaznych dla środowiska rozwiązań.

– Potrzebujemy radykalnej zmiany w podejściu do opakowań, bo  stanowią one źródło ogromnego zanieczyszczenia. To jest zresztą nie tylko kwestia zanieczyszczenia środowiska opakowaniami, których jako konsumenci używaliśmy przykładowo przez 20 sekund, ale też produkcji ogromnej ilości tworzyw sztucznych, której moglibyśmy uniknąć – mówi agencji Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektorka generalna UNEP/GRID-Warszawa. – Często podnoszony jest argument, że dzięki dużej ilości opakowań możemy zmniejszyć straty żywności. Patrząc na statystyki, mimo wzrostu ilości opakowań te straty żywności ciągle są na poziomie bardzo wysokim, około 30 proc.

Zanieczyszczenie plastikiem jest w tej chwili jednym z największych problemów środowiskowych. Jak podaje WWF, w ciągu ostatnich 65 lat produkcja tego surowca wzrosła z 2 mln t do 348 mln t rocznie (z czego ok. 58 mln t przypada na Europę). Każdego roku ponad 8 mln t plastiku trafia do mórz i oceanów – to tak, jakby co minutę wrzucać do wody całą śmieciarkę odpadów. Około połowy z nich stanowią produkty i opakowania jednorazowego użytku.

– W ten sposób nie tylko zanieczyszczamy morza i oceany, ale też wytwarzamy coraz więcej gazów cieplarnianych, wpływając na zmianę klimatu. A jednocześnie niszczymy środowisko przyrodnicze, bo chyba każdy z nas miał już do czynienia z obrazami zwierząt, które zginęły po zetknięciu się z plastikowymi odpadami – mówi Maria Andrzejewska.

Jak podaje WWF, ok. 40 proc. całkowitej produkcji plastiku przypada na opakowania. Według danych GUS na polski rynek wprowadzono w 2020 roku aż 6,5 mln ton opakowań i ta liczba stale rośnie. Przeciętny Europejczyk wytwarza rocznie ponad 188 kg odpadów opakowaniowych, ale statystyki pokazują, że w latach 2009–2019 ilość wytwarzanych odpadów opakowaniowych na terenie UE wzrosła o ponad 1/5, przy czym w największym stopniu (o 26,4 proc.) wzrosła właśnie ilość odpadów opakowaniowych z plastiku. Do 2030 roku spodziewane są dalsze wzrosty – do poziomu 209 kg na osobę.

Coraz większa świadomość środowiskowa konsumentów, jak i unijne regulacje – w tym m.in. przyjęty w 2018 roku tzw. pakiet odpadowy, który ma przybliżyć państwa UE do wdrożenia gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ) – skłaniają jednak producentów do coraz większej odpowiedzialności za opakowania wprowadzane na rynek i szukania nowych, bardziej przyjaznych dla środowiska rozwiązań.

Motorem innowacji w obszarze opakowań jest z pewnością coraz większa świadomość społeczeństwa i regulatorów, związana z ogromną ilością mikroplastików, które znajdują się w środowisku i wpływają na nasze zdrowie, a także rosnąca świadomość postępujących zmian klimatu, które są nierozerwalnie powiązane ze zbyt dużą produkcją i konsumpcją opakowań – mówi dr inż. Agnieszka Sznyk z Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju. – Obecnie na poziomie Komisji Europejskiej są dyskutowane i wprowadzane nowe rozwiązania prawne, które mają skłonić producentów do zmiany surowca, z którego wytwarzane są opakowania.

UE jest w tej chwili bliska uzgodnienia kształtu nowelizacji dyrektywy PPWR – Packaging and Packaging Waste Regulation, która ma przede wszystkim ograniczyć ilość odpadów opakowaniowych i jeszcze bardziej przybliżyć kraje członkowskie do wdrożenia GOZ. Europarlament proponuje wyznaczenie szczegółowych celów redukcji odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych (do 10 proc. do 2030 roku, 15 proc. pięć lat później i 20 proc. do 2040 roku).

Ważnym surowcem w produkcji opakowań jest papier. Sam jego charakter sprzyja wykorzystaniu go w obiegu zamkniętym – można go produkować, odzyskiwać i wykorzystywać ponownie. W tej chwili ok. 82 proc. materiałów takich jak papier czy tektura falista pochodzi z recyklingu, dzięki czemu powstaje system obiegu zamkniętego, który pozwala na ponowne wykorzystanie surowców bez zanieczyszczania środowiska – mówi Reinier Schlatmann, prezes zarządu DS Smith w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

W tej chwili w opakowaniach pojawia się bardzo dużo nowych rozwiązań, innowacyjnych technologii, materiałów. To nie musi być tylko plastik, ale przede wszystkim materiały oparte na biomateriale, na różnego rodzaju bioodpadach, które zostają z naszej kuchni czy restauracji, ponieważ technologie pozwalają na przekształcenie tego rodzaju surowca, biomasy w opakowania. Jednym z przykładów są fusy z kawy, z której możemy produkować również opakowania i coraz więcej tego typu rozwiązań pojawia się na rynku. Również możemy wykorzystać grzybnię i już teraz są firmy, które ją produkują, a następnie przekształcają w różnego rodzaju surowce do produkcji tekstyliów czy właśnie opakowań – tłumaczy Agnieszka Sznyk.

Także DS Smith, jeden z największych producentów ekologicznych opakowań, w ramach swojego wartego ok. 100 mln funtów planu badań i rozwoju poszukuje coraz nowszych rozwiązań, które zastąpią tworzywa sztuczne w produkcji opakowań. Są wśród nich m.in. słoma, łupiny kakaowe, wodorosty, odpady rolnicze, a nawet stokrotki, których włókna mogą zwiększać wydajność papieru. Takie pilotażowe projekty są prowadzone m.in. ze szwedzkim The Research Institute of Sweden (RISE) W ramach strategii zrównoważonego rozwoju firma zamierza do 2025 roku wyeliminować ze sklepowych półek co najmniej miliard opakowań z tworzyw sztucznych. 

Bardzo ważne w procesie eliminowaniu plastiku i zastępowania go papierem jest przyjrzenie się całemu procesowi projektowania opakowania. Dlatego wspólnie z Ellen MacArthur Foundation stworzyliśmy wskaźniki projektowania dla obiegu zamkniętego (CDM – Circular Design Metrics), które obejmują wiele różnych aspektów, pozwalając naszym klientom ocenić, na ile  stosowane przez nich opakowania są przyjazne dla środowiska – mówi Reinier Schlatmann. – Jednym z niedawnych przykładów podjęcia decyzji przez naszego klienta o zamianie opakowania na kartonowe są truskawki. Dotychczas można je było znaleźć na półce w plastikowym opakowaniu. Dzisiaj możemy zastąpić ten plastik kartonową podstawką, którą potem będzie można wykorzystać ponownie.

Prośrodowiskowy postęp w branży opakowaniowej widać gołym okiem – w restauracjach na wynos nie ma już jednorazowych naczyń z plastiku, a zamawiając mrożoną kawę, dostajemy papierową słomkę. Wciąż jest jednak wiele do zrobienia, co widać chociażby na sklepowych półkach ze środkami czystości, słodyczami czy napojami bezalkoholowymi.

W ostatnim czasie nawiązaliśmy współpracę z jednym z wiodących producentów napojów gazowanych, który korzystał wcześniej z plastikowej folii termokurczliwej do pakowania wielopaków dużych butelek. My zastąpiliśmy ją uchwytem z tektury falistej, nadającym się w 100 proc. do recyklingu, który jednocześnie ułatwia transport produktów. Wdrożenie tego rozwiązania pozwoli ograniczyć zużycie plastiku w samej tylko Austrii aż o 200 t rocznie – mówi prezes DS Smith w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Warto także wspomnieć o kanale e-commerce, w którym kwestie środowiskowe odgrywają kluczową rolę. Jakże często zakupione online produkty, które trafiają do naszych domów, pakowane są w niewspółmiernie duże opakowania. W niedawno przeprowadzonym badaniu policzyliśmy, że tylko w Polsce w zbyt dużych paczkach przewozi się rocznie aż 40 mln m3 zbędnego powietrza. Odpowiednio projektując opakowania, możemy się pozbyć większości tego naddatku.

Z badań zleconych przez firmę DS Smith wynika, że 40 proc. polskich konsumentów zdarza się odbierać paczki, które są zbyt duże w stosunku do wysłanego produktu.

– Ściśle współpracujemy z naszymi klientami, spotykamy się razem w pracowni i wspólnie staramy się przyjrzeć projektowi opakowania pod kątem zastosowania mniejszej liczby materiałów czy optymalizacji przestrzeni – dodaje Reinier Schlatmann

Wspomniana PPWR ma m.in. nałożyć na sprzedawców internetowych obostrzenia dotyczące pakowania produktów w źle dopasowane, za duże opakowania. W ten sposób UE chce zmniejszyć pustą przestrzeń w paczkach, a ponadto zakazać wprowadzania na rynek paczek, które mają podwójne ściany, fałszywe dna czy inne elementy mające na celu stworzenie wrażenia zwiększonej objętości produktu.

Podobne cele ma również inicjatywa ONZ – End Plastic Pollution. To porozumienie 175 państw, które zadeklarowały, że wypracują konwencję wymierzoną w zanieczyszczenia plastikiem. Ma ona dotyczyć pełnego cyklu życia plastiku – jego produkcji, projektowania i utylizacji.

Inicjatywa End Plastic Pollution została powołana do życia przez UNEP/GRID Warszawa na początku 2023 roku jako odpowiedź na działania realizowane przez ONZ na poziomie globalnym. Mówimy o tzw. Plastic Treaty, czyli globalnym traktacie plastikowym, który ma na celu zatrzymanie zanieczyszczenia tworzywami sztucznymi do 2040 roku. Oczekiwania i cele są takie, że to prawo międzynarodowe zostanie przyjęte do końca 2024 roku i że działania zostaną w miarę szybko podjęte we wszystkich krajach świata, aby zatrzymać zanieczyszczenie plastikiem – mówi dyrektorka generalna UNEP/GRID-Warszawa.

Organizacja szacuje, że przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym może m.in. zmniejszyć ilość tworzyw sztucznych trafiających do oceanów o ponad 80 proc. do 2040 roku, a także zmniejszyć produkcję pierwotnego plastiku o 55 proc. i emisje gazów cieplarnianych o 25 proc.

– Polski wskaźnik cyrkularności wynosi jedynie 10,2 proc., czyli tak naprawdę mamy prawie 90-proc. dziurę, gdzie te wszystkie surowce trafiają – one nie są zwracane z powrotem do produkcji. Jeśli spojrzymy na cały świat, jest jeszcze gorzej, ponieważ wskaźnik cyrkularności wynosi około 7 proc., więc widzimy, jak dużo jest jeszcze przed nami do zrobienia, jak wiele materiałów, wiele surowców musi zostać w sposób bardziej zrównoważony traktowanych i zawracanych do różnych cyklów produkcyjnych – podkreśla prezeska INNOWO.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-wiecej-inicjatyw-na,p2138448449

Programy mentoringowe pomagają start-upom pokonać początkowe bariery w działalności. PARP szuka operatorów mogących zapewnić innowatorom takie wsparcie

Brak dopracowanego pomysłu na biznes i kłopoty z opracowaniem biznesplanu, brak wiedzy i doświadczenia biznesowego czy trudności w pokonaniu biurokracji i pozyskaniu kapitału na rozwój – to na ogół pierwsze bariery, z jakimi na starcie muszą się mierzyć początkujący innowatorzy i założyciele start-upów. W poradzeniu sobie z nimi ma pomóc prowadzony przez PARP program Laboratorium Innowatora finansowany w ramach Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki 2021–2027. Obecnie agencja poszukuje podmiotów, które będą pełnić w nim rolę operatorów programów wsparcia. Na wdrożenie i prowadzenie działań mentoringowych i doradczych oraz wsparcie nowatorskich pomysłów biznesowych mogą one pozyskać nawet do 7 mln zł, a na złożenie wniosku mają czas do 19 grudnia.

– Konkurs Laboratorium Innowatora ma na celu wyłonienie operatorów, którzy podejmą się realizacji autorskich programów wspierających innowatorów, czyli osoby, które mają innowacyjne pomysły biznesowe. Z eksperckim wsparciem naszego operatora one będą mogły swój pomysł zweryfikować, szukając odpowiedzi na pytanie, czy i jak zrobić z niego start-up – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksandra Krechel, starsza specjalistka w Departamencie Rozwoju Start-upów Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

W Polsce blisko co piąty start-up (19 proc.) wskazuje, że zbyt małe doświadczenie i brak odpowiedniej wiedzy niezbędnej dla prowadzenia własnego biznesu jest dla niego jedną z głównych barier działalności – wynika z ostatniej edycji raportu Fundacji Startup Poland. Dla obecnych i przyszłych founderów problemem są również bariery biurokratyczne – w tym częste zmiany przepisów (22 proc.) i nadmierna biurokracja w prowadzeniu działalności (29 proc.) – oraz problemy z pozyskiwaniem finansowania na kolejnych etapach rozwoju (42 proc.). Pokazuje to, że rozwój polskiego ekosystemu innowacji wymaga zarówno kapitału, jak i dedykowanych programów akceleracyjnych i mentoringowych, które mogłyby pomóc początkującym przedsiębiorcom w rozwijaniu ich działalności.

W Laboratorium Innowatora pomysłodawca może liczyć na bezpłatne wsparcie eksperckie, mentorskie, wiedzę i praktyczne wskazówki, które pozwolą mu dopracować pomysł pod względem biznesowym, pomogą określić kierunki dalszego rozwoju i warunki prowadzenia ewentualnej działalności biznesowej. Na nieco późniejszym etapie, w innych programach PARP, dla innowatorów dostępne jest również wsparcie finansowe – mówi Aleksandra Krechel.

PARP poszukuje obecnie podmiotów działających na rzecz innowacyjności, które będą pełnić w tym programie rolę operatorów. Mogą to być m.in. centra transferu technologii, centra innowacji, inkubatory technologiczne, akademickie inkubatory przedsiębiorczości czy parki technologiczne.

Podmioty działające na rzecz innowacyjności mogą pozyskać dofinansowanie ze środków unijnych wynoszące od 4 do 7 mln zł. Te środki mogą przeznaczyć na wdrożenie i prowadzenie działań mentoringowych i doradczych oraz wsparcie nowatorskich pomysłów biznesowych osób fizycznych lub start-upów. Co istotne, wszystkie kwalifikowane koszty projektu mogą być dofinansowane do 100 proc., co oznacza, że od operatorów nie jest wymagany wkład własny.

– Do konkursu zapraszamy wnioskodawców, którzy na co dzień prowadzą działalność na rzecz innowacyjności i faktycznie realizują programy wsparcia innowacyjnych pomysłów biznesowych osób fizycznych lub start-upów. Każdy z wnioskodawców będzie miał za zadanie wykazać swoje doświadczenie w takiej działalności, to znaczy potwierdzić, że w ciągu pięciu lat od ogłoszenia naboru zrealizował program wsparcia polegający na weryfikacji potencjału rynkowego pomysłów, ich rozwoju lub wsparciu w opracowaniu modeli biznesowych czy biznesplanów, a także innych działań, które wymieniliśmy w kryteriach wyboru projektu – wymienia ekspertka PARP.

Jak podkreśla, proponując swoją koncepcję programu, operator powinien uwzględnić możliwość przeprowadzenia zindywidualizowanych działań w odniesieniu do każdego zgłoszonego mu pomysłu na biznes.

– Adekwatność proponowanego wsparcia to podstawowy warunek, którego będziemy wymagać od operatorów – zaznacza Aleksandra Krechel. – Dlatego właśnie ważnym, integralnym elementem zaproponowanej PARP koncepcji programu musi być staranne zbadanie potrzeb pomysłodawców rozpoczynających udział w programie. Dopiero potem dopasowywane będą narzędzia i metody rozwoju ich pomysłów. Oczekujemy wsparcia uszytego na miarę i wykluczamy przypadki świadczenia przez operatora usług bez uwzględnienia specyfiki danego pomysłu i pomysłodawcy. 

Konkurs Laboratorium Innowatora jest finansowany z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG). Jego całkowity budżet wynosi 14 mln zł.  Aplikacje konkursowe można składać za pośrednictwem platformy PARP do 19 grudnia br.

 


a

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/programy-mentoringowe,p761373120

Ruchy tektoniczne w ciągu 250 mln lat doprowadzą do ekstremalnego wzrostu temperatury. Większość ssaków wyginie, a los człowieka zależy od rozwoju technologii

Za 250 mln lat na Ziemi powstanie jeden ogromny, pustynny superkontynent, na którym panować będą skrajnie wysokie temperatury, a ilość dwutlenku węgla w atmosferze może być dwukrotnie większa niż obecnie. Takie wnioski płyną z symulacji przeprowadzonej przez naukowców z Uniwersytetu Bristolskiego. Dla większości ssaków będzie to oznaczać zagładę. Łatwiej do zmiany temperatur przystosują się natomiast gady. To, czy ludzkość przetrwa, ma zależeć od tego, na jakim etapie rozwoju będzie wtedy cywilizacja.

Badanie opublikowane w „Nature Geoscience” wskazuje na znaczenie ruchów tektonicznych, składników atmosfery i energii słonecznej dla dalszej przeżywalności ssaków. Biorąc pod uwagę cykliczne powstawanie superkontynentów w przeszłości i ich wpływ na masowe wymieranie gatunków, naukowcy chcieli określić, kiedy nastąpi kolejne takie zjawisko tektoniczne.

 Na początku przyjrzałem się dalekiej przeszłości, czyli okresom, w których nastąpiło tzw. pięć wielkich, masowych wymierań. Wiele z nich miało miejsce w okresach, w których tworzyły się wielkie formacje superkontynentalne, na przykład Pangea ok. 252 mln lat temu, kiedy ponad 90 proc. wszystkich gatunków wymarło. Wiemy więc, że superkontynenty miały ogromny wpływ na ewolucję i różnorodność gatunków – mówi agencji Newseria Innowacje dr Alexander Farnsworth z Uniwersytetu Bristolskiego. – Korzystając z modelowania procesów tektonicznych w przyszłości i wpływu ruchów konwekcyjnych w płaszczu Ziemi na system ziemski, byliśmy w stanie określić, co może się wydarzyć w ciągu kolejnych 250 mln lat. Mam tu na myśli dobrze znany proces nazywany cyklem Wilsona, w ramach którego płyty tektoniczne schodzą się i rozchodzą do czasu uformowania się superkontynentu, co trwa około 400–600 mln lat. Wiedzieliśmy, że to zjawisko z pewnością nastąpi i chcieliśmy dokładnie przewidzieć, jak ten superkontynent będzie wyglądać i gdzie będzie się znajdować.

Według przewidywań naukowców formacje superkontynentalne będą mieć miejsce na obszarach tropikalnych, które są obecnie najgorętszymi miejscami na Ziemi. Ocean Atlantycki się skurczy, a Europa, Azja i Afryka zderzą się z obiema Amerykami, tworząc jeden superkontynent, nazwany przez badaczy Pangea Ultima, na którym panować będą ekstremalnie wysokie temperatury. Regiony wewnątrz superkontynentu stałyby się suche, jałowe i niezdatne do zamieszkania przez ssaki. Badacze zastosowali dla Pangei Ultimy modele klimatyczne, symulując trendy temperatury, wilgotności, wiatru i deszczu. Według naukowców temperatury na Ziemi będą stale rosły, w miarę jak Słońce będzie stawać się jaśniejsze (o 2,5 proc. bardziej niż dziś) i będzie emitować więcej energii, która będzie docierać do Ziemi.

– Gdy wielkie płyty tektoniczne ulegają subdukcji i są wciągane jedna pod drugą, aktywność wulkaniczna jest dużo bardziej intensywna, jak obserwujemy dzisiaj zwłaszcza wokół Obrzeża Pacyfiku – mówi dr Alexander Farnsworth. – Przy formowaniu się superkontynentów występuje intensywna aktywność wulkaniczna, co oznacza emisję dużych ilości dwutlenku węgla do atmosfery, co powoduje dalszy wzrost temperatur.

Aby oszacować przyszły poziom dwutlenku węgla, zespół naukowców wykorzystał modele ruchu płyt tektonicznych i model biogeochemiczny. Według obliczeń za 250 mln lat średnio będzie to dwukrotność dzisiejszego poziomu dwutlenku węgla. W takich warunkach ssaki nie przetrwają. Choć ewoluowały w kierunku obniżenia granicy przeżywalności w niskich temperaturach, to ich tolerancja na wysoką temperaturę zasadniczo się nie zmieniła i narażenie na długotrwałe ciepło może się okazać nie do wytrzymania. Badacze z Bristolu szacują, że za 250 mln lat średnia roczna temperatura na pewno przekroczy 40 stopni Celsjusza, a nawet osiągnie 50 stopni i więcej. Latem temperatury będą jeszcze wyższe. W niektórych miejscach osiągną nawet do 65–70 stopni Celsjusza.

– Gatunki generalnie nie są przystosowane do temperatur powyżej 40 stopni, a kiedy większość kontynentu znajdzie się w strefie temperatur powyżej tego pułapu, wchodzi on jednocześnie w okres wymierania. Gatunki mają dwa wyjścia – mogą się przystosować, potencjalnie mogą ewoluować, co jest możliwe. Drugą możliwością jest migracja z dala od tych wysokich temperatur do stref biegunowych lub oddalonych od obszarów tropikalnych, żeby znaleźć się w chłodniejszych warunkach, ale nawet z dala od równika temperatura nadal będzie dość wysoka – tłumaczy naukowiec z Uniwersytetu Bristolskiego.

Tylko od 8 do 16 proc. lądu ­– w regionach przybrzeżnych i polarnych ­– nadawałoby się do zamieszkania przez ssaki. Dziś jest to ok. 66 proc. Naukowcy podkreślają, że prawdopodobnie przetrwają ptaki, które są mobilne i dobrze przystosują się do ekstremalnych temperatur. Z kolei pustynne obszary superkontynentu będą bardziej sprzyjać egzystencji gadów, tak jak to miało miejsce w mezozoiku, w triasie, zaraz po wielkim wymieraniu permskim, ok. 250 mln lat temu (kiedy ponad 90 proc. wszystkich gatunków wymarło).

 W tym świecie będzie bardzo ograniczony dostęp do żywności, roślinności i wody, ponieważ większość obszarów będzie pustynią. Może to być swego rodzaju reset ewolucji i życia na Ziemi, który miał miejsce wielokrotnie w przeszłości. Dominującym gatunkiem może być wtedy przedstawiciel ssaków – niektóre gatunki ssaków są lepiej przystosowane do wysokich temperatur. Może to być także ptak – ptaki mają lepszą tolerancję temperatur, mogą latać i migrować na duże odległości. Mogą to być także gady, być może nawet nagle pojawią się znowu dinozaury – przewiduje dr Alexander Farnsworth.

Przetrwanie ludzi zależy od tego, na jakim poziomie cywilizacyjnym znajdą się za 250 mln lat.

– Jeśli ludzie będą jeszcze wtedy istnieć, prawdopodobnie dadzą sobie radę. Zakładamy, że technologia będzie wtedy dużo bardziej zaawansowana. Być może ludzie będą w stanie przenieść się na inną planetę, a nawet jeśli nie będzie to możliwe, będą dysponować rozwiązaniami geoinżynieryjnymi, dzięki którym można ograniczyć ilość CO2 w powietrzu za pomocą jego sekwestracji lub nawet zablokować część energii słonecznej za pomocą substancji odblaskowych między Słońcem a Ziemią, ograniczając ilość docierającą do Ziemi, co dodatkowo doprowadzi do obniżenia temperatury. Technologicznie zaawansowana cywilizacja będzie więc miała możliwość przetrwania – mówi brytyjski naukowiec. – Nie da się jednak zatrzymać zmian tektonicznych. Superkontynent i tak powstanie.

Inny istotny aspekt badań dotyczy planet poza Układem Słonecznym. Okazuje się, że tektonika ma wielkie znaczenie w kontekście oceny, w jakim stopniu mogą się one nadawać do zamieszkania. Świat znajdujący się w tak zwanej ekosferze Układu Słonecznego może nie być przyjazny dla ludzi, jeśli kontynenty nie będą rozproszone, jak ma to miejsce obecnie.

– Żyliśmy dotychczas w chłodnym okresie i teraz wymuszamy zmiany przez emisję dużych ilości dwutlenku węgla do atmosfery. Przy naszej ograniczonej tolerancji wysokich temperatur, jeśli będziemy nadal postępować w taki sposób, nasz świat stanie się bardzo nieprzyjazny do życia – przestrzega dr Alexander Farnsworth. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ruchy-tektoniczne-w-ciagu,p851555335