Strona główna Blog Strona 33

Na razie bez boomu w sektorze biogazu. Mimo specustawy barierą wciąż pozostają wysokie koszty takich inwestycji i brak akceptacji społecznej

Wprowadzona we wrześniu ub.r. specustawa o biogazowniach rolniczych jak na razie nie przełożyła się na boom inwestycyjny w tym sektorze – w wykazie KOWR figuruje 136 wytwórców biogazu rolniczego prowadzących łącznie 168 takich instalacji. – Ta ustawa ma wprowadzić ułatwienia w przypadku typowo rolniczych biogazowni, ale ona nie zaskutkowała jeszcze wielkimi inwestycjami – mówi dr hab. inż. Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego. Jak wskazuje, potencjał biogazu wciąż pozostaje w Polsce niewykorzystany, tymczasem to źródło OZE jest niezależne pogodowo, a przy tym stwarza możliwość zagospodarowania strumienia odpadów z rolnictwa i przetwórstwa przemysłowego, wpisując się w założenia gospodarki obiegu zamkniętego.

 Biogaz w naszym kraju nie jest do końca wykorzystywany, a mamy bardzo duży potencjał – szacowany na poziomie 8 mld m3 przy imporcie gazu ziemnego na poziomie 10 mld. Musimy go wykorzystać, ponieważ gospodarka oczekuje tego, abyśmy mieli dobre, stabilne źródła energii elektrycznej i cieplnej – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Krystian Szczepański.

Polska dysponuje bardzo dużym potencjałem surowcowym w zakresie produkcji biogazu. Według przytaczanych przez MRiRW szacunków, opartych jedynie na surowcach z rolnictwa, istnieje możliwość pozyskania ponad 7,8 mld m3 biogazu rolniczego rocznie (2 GW). Przy uwzględnieniu surowców pochodzących również z przetwórstwa rolno-spożywczego ten potencjał może być nawet dwukrotnie wyższy. Jednak w tej chwili moc zainstalowana wszystkich instalacji biogazowych (biogaz składowiskowy, biogaz rolniczy, biogaz z oczyszczalni ścieków) wynosi raptem niecałe 300 MW (w tym biogaz rolniczy tylko niecałe 155 MW).

– Jedną z barier w rozwoju biogazu jest kwestia kosztów inwestycyjnych. To jest ok. 30 mln zł za 1 MW instalacji. To są bardzo wysokie koszty w porównaniu z innymi źródłami odnawialnymi, np. w przypadku fotowoltaiki to jest ok. 2 mln zł za 1 MW, a jeżeli mówimy o wiatrakach – ok. 5 mln zł za 1 MW. Dlatego tutaj potrzeba pewnego rodzaju wsparcia, żeby ten sektor ruszył z miejsca – ocenia dyrektor IOŚ-PIB. – Drugą istotną barierą jest akceptowalność społeczna. Nadal jest takie przeświadczenie w naszym społeczeństwie, szczególnie w społecznościach lokalnych, że biogazownie wydzielają odory i są uciążliwe dla lokalnej społeczności. Nic bardziej mylnego – jeżeli to zostanie zrobione dobrze, jeżeli zostanie dobrana odpowiednia technologia, jeżeli wykorzystamy lokalny substrat, a do tego jeszcze w odpowiedni sposób poddamy recyklingowi odpady, to na dodatek będziemy mieć możliwość uzyskania wymaganego poziomu w recyklingu.

Ekspert wskazuje, że do rozwoju rynku – obok wsparcia finansowego – potrzebna jest również praca nad partycypacją społeczną przy przygotowaniu tego typu inwestycji.

– Inwestorzy od samego początku muszą rozmawiać ze społeczeństwem, muszą te aspekty wyjaśniać, muszą się starać uzyskać jak największą akceptację społeczną dla tego typu inwestycji – mówi Krystian Szczepański.

Biogazownie – jako odnawialne źródło energii – zastępują produkcję energii z paliw kopalnych, zmniejszając emisję dwutlenku węgla. Co istotne, są źródłem stabilnym i niezależnym od warunków pogodowych. Mogą produkować energię nawet przez 8 tys. godz. rocznie (90 proc. czasu), w przeciwieństwie do innych instalacji OZE, których sprawność energetyczna jest zależna od pogody i waha się od 10 do 30 proc.

 Biogaz jest stabilnym źródłem energii elektrycznej i ciepła, niskoemisyjnym, ekologicznym, odnawialnym, pracującym przez 365 dni w roku. To jest bardzo istotne. My inwestujemy teraz w fotowoltaikę i wiatraki, które są źródłami niestabilnymi, i musimy mieć w podstawie określoną moc, która zapewni nam prąd w gniazdkach – mówi dr hab. inż. Krystian Szczepański. – Kolejną zaletą biogazu jest też unieszkodliwianie i domknięcie od strony gospodarki o obiegu zamkniętym odpadów biodegradowalnych, możliwość wykorzystania odpadów czy to z produkcji rolnej, przetwórstwa, czy na przykład z restauracji. Spokojnie możemy to wszystko unieszkodliwić i odzyskać energię elektryczną w postaci biogazu. Możemy również po uzdatnieniu zatłoczyć – wtedy już biometan – do naszej sieci gazowej.

We wrześniu ub.r. weszła w życie większość zapisów specustawy o biogazowniach rolniczych, która ma zdynamizować rozwój tego sektora i pozwolić w większym stopniu wykorzystywać biogaz do produkcji energii na obszarach wiejskich. Jej najważniejszym założeniem jest skrócenie procesu inwestycyjnego i znaczące ułatwienia dla budowy biogazowni rolniczych, w tym m.in. uproszczenia w wydawaniu decyzji dotyczących warunków zabudowy, pozwoleń na budowę oraz przyłączania do sieci.

Zgodnie z nową regulacją do budowy biogazowni na własnym gruncie uprawnione są m.in. gospodarstwa rolne, a także branża przetwórcza. Biogazownie, powstające na mocy nowej specustawy, mają mieć lokalny charakter – takie instalacje mogą mieć maksymalną moc na poziomie 3,5 MW wytwarzanej energii elektrycznej lub 10,5 MW mocy cieplnej, roczną wydajność produkcji biogazu rolniczego nieprzekraczającą 14 mln m3 albo roczną wydajność produkcji biometanu z biogazu rolniczego na poziomie maksymalnie 8,4 mln m3. Jak wskazano w uzasadnieniu do ustawy, te limity odpowiadają mniej więcej średniemu zapotrzebowaniu gminy wiejskiej na energię lub ciepło. W specustawie wskazano też, że w biogazowniach rolniczych trzeba wykorzystywać lokalny surowiec.

 Ta ustawa ma wprowadzić ułatwienia w przypadku typowo rolniczych biogazowni, ale ona nie zaskutkowała jeszcze jakimiś wielkimi inwestycjami – mówi dyrektor IOŚ-PIB.

MRiRW szacuje, że dzięki nowym przepisom w Polsce może powstać nawet ok. 2 tys. biogazowni rolniczych. Jak na razie w rejestrze wytwórców biogazu rolniczego, prowadzonym przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, figuruje 136 wytwórców biogazu rolniczego prowadzących łącznie 168 takich instalacji. Roczna wydajność instalacji OZE, w której jest wytwarzany biogaz rolniczy, wynosi 631 mln m3 rocznie.

Resort ocenia, że pozytywnym skutkiem rozwoju sektora biogazowni rolniczych będzie obniżenie kosztów działalności rolniczej, co związane jest ze spadkiem kosztów energii i wprowadzonymi ułatwieniami w zakresie wykorzystania produktu pofermentacyjnego jako nawozu. To wszystko może doprowadzić do aktywizacji lokalnej społeczności, a w konsekwencji poprawi się także sytuacja na lokalnym rynku pracy. Możliwym skutkiem wprowadzonych zmian, zdaniem MRiRW, będzie powstanie nowych firm i wyspecjalizowanie się już istniejących przedsiębiorstw w zakresie instalacji biogazowni rolniczych, co z kolei przyczyni się do zwiększenia konkurencyjności i atrakcyjności lokalnej gospodarki. Funkcjonowanie biogazowni rolniczych może także przynieść dodatkowe wpływy do budżetów gmin.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-razie-bez-boomu-w,p578946794

Ateiści należą do najbardziej dyskryminowanych grup społecznych w USA. Do głosu coraz mocniej dochodzi nacjonalizm chrześcijański [DEPESZA]

Osoby deklarujące się jako niewierzące spotykają się w amerykańskim społeczeństwie z większymi uprzedzeniami niż m.in. homoseksualiści, Żydzi czy Afroamerykanie – wynika z analizy przeprowadzonej przez naukowca z Uniwersytetu Massachussetts Lowell. Ateiści to grupa wzbudzająca nieufność zwłaszcza wśród nacjonalistów chrześcijańskich, którzy amerykańską tożsamość narodową ściśle wiążą z tożsamością religijną chrześcijan. Rosnące uprzedzenia mogą wynikać z poczucia zagrożenia, związanego ze spadkiem liczebności osób o poglądach konserwatywnych i jednoczesnym wzrostem popularności postawy ateistycznej.

Antypatia wobec ateistów wynika głównie z braku zaufania społecznego wobec nich ze względu na ich brak wiary w siłę wyższą i w konsekwencji brak kontroli tej siły wyższej nad ich moralnym czy niemoralnym postępowaniem. Dlatego, w odróżnieniu od pozostałych mniejszościowych grup wyznaniowych, ateiści mogą się spotykać z kwestionowaniem i podważaniem ich moralności i wiarygodności – komentuje dla agencji Newseria Innowacje dr Fanhao Nie, adiunkt socjologii w UMass Lowell.

Okazuje się, że ateiści pozostają jedną z najbardziej dyskryminowanych grup w Stanach Zjednoczonych, pomimo dynamicznego wzrostu jej liczebności w ostatniej dekadzie. Spotykają się z większą niechęcią ogółu amerykańskiego społeczeństwa niż wiele innych marginalizowanych grup, takich jak muzułmanie, Żydzi, Afroamerykanie czy homoseksualiści. Co ciekawe, w ankiecie przeprowadzonej w 2014 roku wśród dorosłych Amerykanów bycie ateistą uznano za najbardziej niepożądaną cechę kandydata na prezydenta USA.

Postanowiłem zająć się badaniem związku między nacjonalizmem chrześcijańskim a postawami wobec ateistów. W szczególności chciałem zbadać, w jaki sposób opinia publiczna postrzega ateistów, kiedy w ich otoczeniu społecznym coraz bardziej dominuje nacjonalizm chrześcijański. Wreszcie, biorąc pod uwagę, że stwierdzono związek między nacjonalizmem chrześcijańskim a poglądami rasistowskimi i przekonaniem o wyższości białej rasy, chciałem się przekonać, jak mniejszości rasowe reagują na ateistów, kiedy w ich społecznościach dominuje nacjonalizm chrześcijański – tłumaczy dr Fanhoe Nie.

W tym celu socjolog przeanalizował wyniki badania Baylor Religion Survey z 2017 roku, w którym wzięła udział reprezentatywna próba dorosłych mieszkających w USA. Jak podkreśla, skłoniło go do tego postępujące zjawisko nacjonalizmu chrześcijańskiego, szczególnie wśród konserwatystów religijnych i politycznych.

Nacjonalizm chrześcijański można krótko określić jako zbiór przekonań, które łączą amerykańską tożsamość narodową z chrześcijańską tożsamością religijną. W praktyce nacjonalizm chrześcijański może popierać publiczne prezentowanie symboli chrześcijańskich w życiu codziennym i uwzględnianie wartości chrześcijańskich w istotnych elementach polityki publicznej. Osoby, które nie są chrześcijanami, mogą być uważane za nieprzynależące do narodu amerykańskiego czy postrzegane jako obcy – przekonuje socjolog z UMass Lowell.

Do popularyzacji tego zjawiska, w opinii eksperta, mógł się przyczynić wybór Donalda Trumpa na fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych.

– Wiele czynników może odpowiadać za rozwój nacjonalizmu chrześcijańskiego. Myślę, że jednym z nich może być konserwatyzm. W miarę wzrostu liczby osób nieprzynależących do żadnego wyznania i spadku udziału osób rasy białej w ogólnej liczbie ludności USA biali, konserwatywni chrześcijanie mogą się czuć zagrożeni i w coraz większym stopniu obawiać się utraty dominującej pozycji oraz erozji tradycyjnych wartości kulturowych. W ramach działań defensywnych biali, konserwatywni chrześcijanie mogą się czuć zmobilizowani koncepcją idealnej Ameryki i przekuwać swoje przekonania na działania polityczne, aby bronić tej koncepcji – wyjaśnia dr Fanhao Nie.  

Na podstawie deklaracji z badania socjolog doszedł do wniosku, że im wyższy jest poziom nacjonalizmu chrześcijańskiego u jednostki, tym bardziej negatywne są jej poglądy na temat ateistów. Takiej zależności nie stwierdził jednak na ogólnym poziomie państwa. W stanach, w których nacjonalizm chrześcijański był silniejszy, czarnoskórzy obywatele byli mniej uprzedzeni wobec ateistów w porównaniu z białymi obywatelami. Badanie pokazuje też, że gdy na szczeblu państwowym wzrasta chrześcijański nacjonalizm – ideologia promująca idealistyczny wizerunek „białej” Ameryki i uzasadniająca niesprawiedliwość rasową – osoby czarnoskóre mogą wystąpić przeciwko niemu, nawet przyjmując to, czemu on się  sprzeciwia.

W USA i na świecie istnieje wiele ruchów społecznych i przejawów aktywizmu związanych z religią, które zachęcają swoich członków do otwartej postawy wobec innych postaw religijnych, a nie do ich odrzucania. Gdy religia służy do podkreślania różnic między grupami, stygmatyzacji lub karania osób postrzeganych jako inne, jest większe prawdopodobieństwo, że religia będzie prowadzić do wyższego poziomu uprzedzeń – zauważa ekspert.

Zdaniem badaczy obserwacje poczynione w amerykańskim społeczeństwie mogą rzucić światło na zjawiska mające miejsce w innych częściach świata, m.in. w Europie Środkowo-Wschodniej. Kraje takie jak Polska zmagają się z rosnącym brakiem tolerancji wobec uchodźców, mniejszości religijnych i innych grup mniejszościowych. Wzrostowi populizmu towarzyszą również zmiany religijne.

– Mam nadzieję, że to badanie zachęci kolejnych badaczy do poszerzania toczących się obecnie dyskusji na temat nacjonalizmu chrześcijańskiego, wykraczając poza kontekst społeczny USA – mówi socjolog z UMass Lowell. – Czy istnieje polska wersja nacjonalizmu chrześcijańskiego? W jakim stopniu polski nacjonalizm chrześcijański wpływa na opinie społeczeństwa polskiego o napływie uchodźców i przedstawicieli religii mniejszościowych do Polski? Jeśli chodzi o wpływ społeczny, w czym polski nacjonalizm chrześcijański przypomina amerykański nacjonalizm chrześcijański, a w jakim zakresie różni się od niego?

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ateisci-naleza-do,p2089829343

Przepisy dotyczące dostępu do broni bez wpływu na zapobieganie aktom terroryzmu. Skala problemu rośnie

Ustawodawstwo regulujące dostęp do broni nie ma przełożenia na liczbę ataków terrorystycznych w danym kraju – wykazali badacze z Leuphana University w niemieckim Lüneburgu i Metropolitan University w Pradze. Większą zależność stwierdzono z liczbą broni na legalnym i nielegalnym rynku. Stąd tak liczne ataki w Stanach Zjednoczonych, na które przypada 40 proc. sztuk broni znajdującej się globalnie w rękach ludności cywilnej. Eksperci ostrzegają, że w Europie również jej przybywa, m.in. ze względu na trwającą wojnę w Ukrainie. 

­Według Global Terrorism Database użycie broni palnej w atakach terrorystycznych rośnie, a to właśnie ataki z użyciem broni palnej są najbardziej śmiercionośne. Po każdym takim zdarzeniu nasila się dyskusja nad zaostrzeniem przepisów, aby ograniczyć terrorystom dostęp zarówno do legalnej, jak i nielegalnej broni.

 Zaskoczył mnie fakt, że na ten temat nie ma zbyt wiele badań naukowych ani publikacji. Spodziewałem się co najmniej kilkudziesięciu, jak nie kilkuset artykułów analizujących korelacje pomiędzy ustawodawstwem dotyczącym broni i jej dostępności a występowaniem aktów terrorystycznych. Byłem zdziwiony, że nie ma ich aż tak wiele. To był pierwszy impuls do rozpoczęcia naszych badań – mówi agencji Newseria Innowacje prof. Oldrich Bures z Metropolitan University w Pradze, dyrektor Centrum Studiów nad Bezpieczeństwem.

W badaniu opublikowanym w czasopiśmie „Terrorism and Political Violence” naukowcy wykorzystali bazę Global Terrorism Database, w której rejestrowane są dane dotyczące ataków terrorystycznych. Zawiera ona dużo szczegółowych informacji na temat taktyki sprawców, ofiar, lokalizacji oraz użytej broni. Naukowcy zestawili je z wynikami badania dotyczącego broni strzeleckiej ­– Small Arms Survey – które określa, ile sztuk broni pozostaje w rękach ludności cywilnej na całym świecie. W 2017 roku ta liczba wynosiła 857 mln, podczas gdy w 2006 roku było to 650 mln. Dla porównania w arsenałach wojskowych w 2017 roku było 133 mln sztuk broni, a w organach ścigania – 23 mln. Na Stany Zjednoczone przypada 40 proc. liczby broni w rękach ludności cywilnej, co oznacza, że na jednego obywatela przypada tam więcej niż jedna sztuka.

Potem naukowcy przyjrzeli się ustawodawstwu regulującemu dostęp do broni na świecie. Przepisy w poszczególnych krajach okazały się bardzo zróżnicowane, od bardzo restrykcyjnych, jak w Japonii, po liberalne, jak w Serbii. Na podstawie tych danych przeprowadzono analizę obejmującą okres od 2015 do 2019 roku, sprawdzając, czy przepisy spełniły swoją funkcję.

Ustawodawstwo regulujące kontrolę dostępu do broni zasadniczo nie ma żadnego wpływu na zapobieganie aktom terroryzmu. Zamiast tego zidentyfikowaliśmy bardzo mocny predyktor terroryzmu, którym jest łączna liczba broni pozostającej w obrocie w danym kraju. Zasadniczo im więcej sztuk broni, tym łatwiej jest terrorystom ją pozyskać i przeprowadzić atak. Potwierdza to rezultaty dotychczasowych badań nad przemocą grup przestępczych w Ameryce Północnej, zgodnie z którymi liczba sztuk broni pozostającej w obrocie jest najważniejszym wyznacznikiem występowania aktów przemocy – mówi dr Alex Burilkov z Centrum Badań nad Demokracją na Leuphana University w Lüneburgu.

Jest to widoczne szczególnie w przypadku tzw. samotnych wilków, czyli osób dokonujących aktów terroru w pojedynkę, bez powiązań ze zorganizowanymi grupami czy komórkami terrorystycznymi. Analiza wykazała, że tylko w niestabilnych krajach ogarniętych konfliktem ścisła kontrola dostępu do broni ogranicza ataki samotnych wilków, nie działa jednak odstraszająco w przypadku zorganizowanych ataków. Ponadto restrykcyjne przepisy tylko w niewielkim stopniu wpływają na rodzaj wybieranej do ataku broni. Jak wskazuje prof. Oldrich Bures, najczęściej są to karabiny typu kałasznikow, które są łatwe w obsłudze, dostępne i tańsze od alternatywnych rozwiązań. Zorganizowane grupy wspierają się ładunkami wybuchowymi, które pozwalają im się dostać do danego obiektu, w którym przebywają ludzie, rzadko sięgają po broń masowej zagłady.

– Karabin AK-47 i ładunki wybuchowe od dawna są ulubionym uzbrojeniem terrorystów i wykorzystywane są w wielu atakach, więc nie jest to nowe zjawisko. Jeżeli chodzi o powody, które udokumentowano w literaturze przedmiotu, to broń półautomatyczna jest bardzo skuteczna w zabijaniu dużej liczby ludzi w krótkim czasie. W porównaniu z innymi opcjami broń palna jest relatywnie łatwa w obsłudze, co jest bardzo ważne, w szczególności dla tak zwanych samotnych wilków, którzy nie muszą mieć wyszkolenia w pozyskiwaniu i budowie złożonych ładunków wybuchowych. Im łatwiejsza broń, tym lepsza dla tych, którzy ją faktycznie wykorzystują – tłumaczy ekspert ds. stosunków międzynarodowych z Metropolitan University w Pradze.

W krajach mierzących się z problemem narastającej liczby ataków z użyciem broni palnej pojawiają się pomysły na ograniczenie dostępu do niej, zarówno legalnych, jak i nielegalnych. W tym pierwszym przypadku zwykle chodzi o odpowiednie przepisy dotyczące tego, kto może nabyć broń, jak łatwo, jakie kontrole należy przejść w przypadku chęci zakupu, jaki rodzaj broni można kupić. Można uregulować także kwestie dotyczące okoliczności korzystania z broni, jej noszenia i przechowywania. W przypadku nielegalnego rynku chodzi o działania zmierzające do zatrzymania przemytu i zamknięcia dróg dystrybucji.

– Jest jeszcze kwestia, która jest często omawiana w Europie, czyli jak zapobiec wykorzystaniu lub ponownemu montażowi broni uprzednio pozbawionej cech użytkowych, która może być sprzedawana w sposób zgodny z prawem na różnych platformach online, przebudowana i sprzedawana przez kolekcjonerów – mówi prof. Oldrich Bures. – Pytanie, czy działania te odnoszą jakikolwiek skutek, było jednym z najważniejszych, jakie sobie postawiliśmy, a nasze wnioski są niestety pesymistyczne. Być może tak zwane wykupy, próby władz rządowych ukierunkowane na ograniczenie ogólnej liczby broni pozostającej w obrocie i ograniczenie podaży, mogą się przyczynić do zmiany sytuacji.

Serbia należy do państw europejskich, w których na mieszkańca przypada najwięcej legalnej broni palnej. W pierwszej połowie tego roku, po dwóch strzelaninach w szkole i we wsi, w których zginęło w sumie 19 osób, ogłosiła amnestię na oddawanie nielegalnej broni. Obywatele tego kraju zwrócili ok. 80 tys. sztuk broni krótkiej i długiej oraz 26 tys. różnego rodzaju ładunków wybuchowych. Władze Serbii zapowiedziały kontrole zmierzające do rozbrojenia kraju, wprowadzając kary i konfiskaty za nielegalne jej posiadanie lub nieodpowiednie przechowywanie.

Terroryści mogą pozyskiwać broń z nielegalnych źródeł, kupując ją na czarnym rynku albo przemycając np. z Bałkanów Zachodnich i Azji Zachodniej. Z danych, na które powołuje się Komisja Europejska, wynika, że w 2013 roku globalne roczne przychody z nielegalnego obrotu bronią opiewały na kwotę od 125 do 236 mln euro. To mniej więcej jedna piąta rynku legalnego handlu bronią.

– W grę wchodzi również po prostu kradzież, występująca w zmarginalizowanych wielkomiejskich społecznościach, które obserwujemy na przykład w Belgii lub Francji, gdzie pozostaje w obrocie dużo broni z powodu przestępczości zorganizowanej i przemocy ze strony gangów. Broń jest kradziona i sprzedawana. Jest to również widoczne w wielu obszarach miejskich Ameryki Północnej – zauważa Alex Burilkov.

Drugą drogą są legalne kanały. To powszechne wśród europejskich prawicowych ekstremistów. Uzyskują oni dostęp do broni poprzez członkostwo w klubach strzeleckich albo po prostu kupują ją, jeśli prawo kraju na to zezwala.

– Na przykład sprawca ataku w niemieckim Hanau posiadał swoje trzy sztuki broni legalnie, a czwartą, którą wykorzystał podczas ataku, wypożyczył z klubu strzeleckiego. Pomimo że wysyłał do władz Hessen liczne manifesty, w których odnosił się do swoich planów, nigdy nie został poddany badaniu psychologicznemu – mówi ekspert ds. stosunków międzynarodowych z Leuphana University.

W kręgach prawicowego ekstremizmu w niemieckojęzycznych krajach istnieje jeszcze jedna ścieżka, która ma istotne znaczenie. To kolekcjonowanie zabytkowej broni palnej, zazwyczaj przez starszych mężczyzn.

­– Tym sposobem co kilka miesięcy w Niemczech, a nawet w Szwajcarii policja zatrzymuje prawicowych ekstremistów, którymi kierują pobudki związane z faszyzmem lub założenia ruchu „suwerennych obywateli”. Służby znajdują setki sztuk broni przechowywanych w pomieszczeniach gospodarczych. Są one w pełni sprawne i mogą być wykorzystane podczas ataku – mówi Alex Burilkov.

Dostępność broni na rynku rośnie wraz z jej napływem w wyniku konfliktów zbrojnych. Tak było na Bałkanach pod koniec lat 90. XX wieku. To z tego regionu obserwowano duży napływ broni do innych krajów europejskich.

 Źródłem obaw jest obecnie Ukraina, gdzie oczywiście pojawiło się ostatnio wiele różnego rodzaju broni i gdy zakończy się aktywna faza konfliktu lub uzgodnione zostanie zawieszenie broni, istnieje duże prawdopodobieństwo, że część broni zostanie wywieziona z Ukrainy i pojawi się na nielegalnym rynku, głównie w Europie. Jest to jedna z rzeczy, które chcemy analizować w przyszłości w ramach kontynuacji obecnych badań – kwituje prof. Oldrich Bures.

W ogarniętej wojną Ukrainie obowiązuje uchwała, zgodnie z którą cywile mogą otrzymywać broń palną od Policji. Jest ona rozdawana w obwodach przyfrontowych, graniczących z Białorusią, a także w Kijowie i obwodzie kijowskim.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przepisy-dotyczace,p36349113

Odkrycie polskiego naukowca może mieć znaczenie w leczeniu chorób neurodegeneracyjnych. Pomaga zrozumieć działanie białek opiekuńczych

Zrozumienie mechanizmów działania białek opiekuńczych może być kluczowe dla celów praktycznych w medycynie, farmakologii i biotechnologii. Pozwala bowiem zrozumieć zmiany zachodzące w komórkach leżące u podstaw zaburzeń neurodegeneracyjnych, na przykład choroby Alzheimera czy Parkinsona. To właśnie za prace nad rolą białek opiekuńczych w naprawianiu innych wadliwych białek prof. Krzysztof Liberek z Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego został nagrodzony Nagrodą Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej 2023 w dziedzinie nauk o życiu i Ziemi.

– Białka opiekuńcze są we wszystkich komórkach wszystkich organizmów. Te białka „opiekują się” innymi białkami. Dbają one o to, żeby białka komórkowe były w tak zwanej formie aktywnej, żeby nie ulegały denaturacji, a w formie zdenaturowanej one są nieaktywne. Badania, które prowadzę, to są badania podstawowe, interesują nas podstawowe procesy zachodzące w komórce – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje prof. Krzysztof Liberek z Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, kierownik Zakładu Biochemii Białek.

Białka opiekuńcze odgrywają zasadnicze funkcje w ochronie komórek i całych organizmów przed niekorzystnymi warunkami środowiskowymi. Ich rola polega na kontroli jakości stanu innych białek. Kiedy białka nie przyjmują prawidłowej struktury przestrzennej, wówczas białka opiekuńcze pozwalają im powtórnie zwinąć się do prawidłowej struktury. Zapobiegają tym samym tworzeniu się agregatów białkowych. To niezwykle istotna funkcja, ponieważ zagregowane białka mogą być toksyczne dla komórki. Wiele dowodów wskazuje na to, że takie agregaty białkowe występują w przypadku niektórych chorób neurodegeneracyjnych (np. w chorobie Alzheimera). Niektóre z tych agregatów mogą być rozpuszczane w komórce przy udziale białek opiekuńczych.

– W chorobach neurodegeneracyjnych dochodzi do agregacji specyficznych białek. Dotyczy to choroby Alzheimera, Parkinsona, chorób prionowych. Gdyby udało się w jakiś sposób wpłynąć na białka, które agregują w tych chorobach, to być może udałoby się wpłynąć na przebieg tych chorób. Jest to trudne, na razie umiemy to robić do pewnego stopnia w próbówkach, ale to, co się dzieje w mózgu osób chorych, to jest zupełnie inna sprawa, tak że jesteśmy od tego bardzo daleko – podkreśla laureat „polskiego Nobla”.

Profesor w cyklu pięciu prac opublikowanych w latach 2016–2021 wykazał złożoność procesu, w którym białka opiekuńcze doprowadzają do odzyskiwania białek z agregatów białkowych i ich zwijania do aktywnej struktury przestrzennej. Pokazał, że obecność małych białek szoku cieplnego (sHsp) przy agregacji białek istotnie zmienia strukturę agregatów, co ułatwia pracę białkom opiekuńczym. Dzięki sHsp białka opiekuńcze w pierwszej kolejności usuwają właśnie je z powierzchni agregatu. Równocześnie inicjują wówczas rozwijanie białek wchodzących w skład agregatu, a potem ich uwolnienie. Jeśli proces jest powtarzany wielokrotnie, to dochodzi do całkowitego rozpuszczenia agregatu i odzyskania puli aktywnych białek.

– Są duże szanse, że podobne procesy mogą dziać się w mózgu osób chorych. I gdybyśmy umieli wpłynąć na białka opiekuńcze, żeby działały bardziej efektywnie, to może lekarze byliby w pewien sposób w stanie zapanować nad progresją choroby. Należałoby tylko tę chorobę diagnozować na bardzo, ale to bardzo wczesnym etapie, kiedy jeszcze proces agregacji nie jest nasilony – podkreśla prof. Krzysztof Liberek.

Jak podkreślają neurolodzy, choroba Parkinsona jest diagnozowana na dość późnym etapie. Średnio od wystąpienia pierwszych objawów do postawienia diagnozy mijają dwa lata, a w Polsce jest to proces jeszcze dłuższy. Wczesne wykrycie nieprawidłowości charakterystycznych m.in. dla choroby Parkinsona czy Alzheimera mogłoby być możliwe m.in. poprzez oznaczanie markerów w płynie mózgowo-rdzeniowym i surowicy krwi. Przykładowo chorobę Alzheimera dałoby się wówczas rozpoznać na etapie przedobjawowym, nawet 10–20 lat przed jej manifestacją. Według Alzheimer’s Disease International w 2050 roku na różnego rodzaju demencje będzie cierpieć 131,5 mln ludzi.

Nagroda FNP jest często określana mianem „polskiej Nagrody Nobla”. Otrzymują ją wybitni uczeni za szczególne osiągnięcia i odkrycia naukowe, które przesuwają granice poznania i otwierają nowe perspektywy poznawcze. Wysokość nagrody to 200 tys. zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/odkrycie-polskiego,p618413142

Unijne przepisy mają zmniejszyć skalę wylesiania. Firmom został rok na przygotowanie się do zmian

W ciągu ostatnich 30 lat wylesianie doprowadziło do utraty 420 mln ha, czyli ponad 10 proc. powierzchni lasów. W walce z tym zjawiskiem ma pomóc unijne rozporządzenie EUDR (European Union Deforestation Regulation). Zakazuje ono wprowadzania na rynek UE lub eksportowania z niego produktów, które nie spełniają wymogów zrównoważonego rozwoju. Regulacje obejmą siedem grup towarów, m.in. drewno, ale też produkty spożywcze takie jak olej palmowy czy kawa. Firmy będą miały obowiązek wykazania, z jakiej lokalizacji pochodzi dany produkt, i podania jej współrzędnych. – To przełomowe rozwiązanie, ale będzie dużym wyzwaniem dla biznesu – ocenia Karolina Tymorek, dyrektorka krajowa FSC Polska.

– Wylesianie jest problemem globalnym. W największym stopniu występuje w krajach Afryki, Azji Południowo-Wschodniej i Ameryki Południowej, ale my, konsumenci w Unii Europejskiej, również mamy na to wpływ. Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych w ciągu ostatnich 30 lat utraciliśmy 420 mln ha lasów na całym świecie – to obszar porównywalny z powierzchnią Unii Europejskiej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karolina Tymorek.

Ponad 700 mln ha lasów znajduje się na prawnie ustanowionych obszarach chronionych. To stanowi tylko 18 proc. całkowitej powierzchni lasów. Raport „The State of the World’s Forests 2022” wskazuje, że choć tempo wylesiania spada, w latach 2015–2020 każdego roku znikało ok. 10 mln ha lasów. Według danych dostępnych na platformie Global Forest Watch (GFW) w 2022 roku ubyło 4,1 mln ha pierwotnych lasów deszczowych, nieco więcej niż w 2021 roku (3,75 mln ha). Doszło do tego mimo zobowiązań 145 krajów złożonych podczas COP26 dwa lata temu do zwiększenia wysiłków na rzecz ograniczenia wylesiania i jego zatrzymania do 2030 roku.

FAO wskazuje, że jeśli nie zostaną podjęte dodatkowe działania w tym zakresie, między 2016 a 2050 rokiem z powierzchni Ziemi zniknie kolejne 289 mln ha lasów deszczowych. To zaś spowoduje emisję 169 gigaton ekwiwalentu CO2.

– Lasy są płucami Ziemi, więc wylesianie przyczynia się bezpośrednio do zmian klimatu, a zmiany klimatu z kolei przyczyniają się do coraz częściej występujących zjawisk takich jak powodzie, susze i mają wpływ na życie każdego z nas. Wylesianie przyczynia się również do utraty gatunków roślin i zwierząt zamieszkujących tereny leśne, gatunków, które tracą swoje ekosystemy. To wszystko zaburza harmonię ekosystemów na całym świecie – ocenia dyrektorka FSC Polska.

Głównym czynnikiem napędzającym procesy wylesiania jest powiększanie się gruntów rolnych. Jest to powiązane z produkcją niektórych towarów, m.in. drewna, kakao, soi, oleju palmowego, kawy, gumy i niektórych produktów pochodnych, skór, czekolady, opon lub mebli. Jednocześnie Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) stwierdził, że powstrzymanie wylesiania i regeneracja ekosystemów są jednymi z najskuteczniejszych sposobów ograniczenia emisji CO2, a tym samym walki ze zmianą klimatu. Dlatego Unia Europejska, aby poprawić stan istniejących lasów i zapewnić wsparcie dla bioróżnorodności, wprowadziła rozporządzenie przeciwko wylesianiu (EUDR). Jego celem jest zapewnienie, że kluczowe grupy produktów sprzedawanych i konsumowanych w UE lub z niej eksportowanych nie przyczyniają się do degradacji lasów.

– Rozporządzenie skupia się na tym, aby siedem grup produktów było sprowadzanych lub wywożonych z Unii Europejskiej tylko wtedy, gdy firma, która się tym sprowadzaniem lub wywozem zajmuje, wykaże, że zostały one pozyskane legalnie i co więcej, że nie przyczyniły się do wylesiania. Grupy produktów ujęte w rozporządzeniu EUDR to drewno, soja, olej palmowy, kawa, kakao, kauczuk i wołowina. To grupy produktów, które według szacunków UE w największym stopniu przyczyniają się obecnie do wylesiania na całym świecie – mówi Karolina Tymorek.

Ma to promować zrównoważone i odpowiedzialne pozyskiwanie surowców. KE szacuje, że dzięki nowym przepisom emisja dwutlenku węgla spowodowanego konsumpcją i produkcją wskazanych towarów w UE zmniejszy się o co najmniej 32 mln t rocznie.

– To jest całkowicie przełomowe rozporządzenie. Będzie m.in. obowiązek wykazania dokładnie, z jakiej działki pochodzi dany produkt, będą potrzebne współrzędne geograficzne danej lokalizacji, informacje, czy produkt został pozyskany bądź wyprodukowany zgodnie z prawem lokalnym danego kraju pochodzenia. Firmy będą miały bardzo poważne obowiązki dotyczące dochowania należytej staranności. Jeśli ich nie wypełnią, nie będą mogły wprowadzić do obrotu określonych produktów – tłumaczy dyrektorka FSC w Polsce.

W stosunku do drewna wprowadzono dodatkowe ograniczenia – produkty z drewna nie mogą pochodzić z terenów, na których doszło do wylesiania i degradacji lasów po 31 grudnia 2020 roku, muszą być wyprodukowane zgodnie z odpowiednimi przepisami kraju produkcji, w tym przepisów związanych z poszanowaniem praw człowieka i praw ludności rdzennej, a także muszą być opatrzone oświadczeniem firmy o dochowaniu należytej staranności.

 Jeśli chodzi o produkty drzewne, tutaj pomocna może być certyfikacja, choć Komisja Europejska określiła, że żaden certyfikat nie zwalnia z obowiązków przestrzegania EUDR. FSC stara się dostosować w jak największym stopniu system certyfikacji produktów drzewnych i system certyfikacji gospodarki leśnej do rozporządzenia EUDR, tak aby było ono w jak największym stopniu pomocne dla firm. Niewątpliwie jednak EUDR będzie dużym wyzwaniem – ocenia Karolina Tymorek.

Certyfikaty mogą być kluczowe w ograniczaniu ryzyka w ramach obowiązków firm w zakresie należytej staranności. FSC nawiązało też współpracę z firmami technologicznymi, aby wykorzystać takie technologie jak blockchain czy geolokalizacja jako metody umożliwiające identyfikowalność produktów z drewna i kauczuku. Od czerwca 2024 roku FSC zamierza uruchomić EUDR Toolbox, który ułatwi firmom, operatorom i podmiotom handlowym w całym łańcuchu dostaw spełnienie wymogów EUDR.

Przepisy EUDR weszły w życie w czerwcu 2023 roku, a zaczną obowiązywać w państwach członkowskich po 18 miesiącach, czyli 30 grudnia 2024 roku. Odstępstwa i przepisy szczególne będą miały zastosowanie do mikroprzedsiębiorstw i małych przedsiębiorstw, które będą mogły skorzystać z dłuższego o sześć miesięcy okresu przejściowego. Do końca roku Komisja Europejska przeprowadzi także klasyfikację państw członkowskich według poziomu ryzyka wylesiania i degradacji lasów. Od niej będą zależeć obowiązki w zakresie należytej staranności. Przykładowo firmy z krajów o niskim poziomie ryzyka będą mogły korzystać z uproszczonych procedur.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unijne-przepisy-maja,p742794798

Długie dojazdy do pracy mogą nasilać objawy depresji. Optymalny czas naukowcy obliczyli na maksymalnie 30 minut

Długi czas dojazdów do pracy jest istotnie powiązany z nasileniem objawów depresyjnych – wykazali koreańscy naukowcy. Osoby, których droga do pracy zajmowała ponad godzinę, częściej wykazywały objawy depresji. Zdaniem ekspertów optymalna jest sytuacja, w której czas dotarcia do pracy zamyka się w 30 minutach i towarzyszy mu aktywność fizyczna. Naukowcy wzięli na celownik pracowników w Korei Południowej. To kraj, w którym występuje z jednej strony najdłuższy średni czas dojazdu do pracy, a z drugiej – największe nasilenie objawów depresyjnych wśród krajów OECD.

Stwierdziliśmy, że im więcej czasu dana osoba spędza na dojeździe do pracy, tym więcej objawów depresji u niej występuje. Związek między długim czasem dojazdu a depresją był szczególnie widoczny u nieżonatych mężczyzn, mężczyzn bezdzietnych, pracujących przez wiele godzin dziennie oraz kobiet wielodzietnych i pracujących w systemie zmianowym – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dong-Wook Lee, specjalista medycyny pracy i medycyny środowiskowej z Inha University Hospital w Inczhon w Korei Południowej.

Na podstawie danych z Koreańskiego Badania Warunków Pracy, w którym wzięło udział prawie 23,5 tys. pracowników w wieku od 20 do 59 lat, naukowcy przeanalizowali powiązania między czasem dojazdów do pracy, objawami depresyjnymi i zmiennymi towarzyszącymi, takimi jak płeć, wiek, wykształcenie, dochód, region, stan cywilny, posiadanie dzieci, zawód, tygodniowy czas pracy i występowanie pracy zmianowej.

Wyniki naszego badania wskazują, że osoby, które dziennie przeznaczają ponad 60 min na dojazd do pracy w jedną stronę, są o 1,16 raza bardziej skłonne do wykazywania objawów depresji w porównaniu do osób, których czas dojazdu wynosi mniej niż 30 min – wskazuje Dong-Wook Lee.

Wyniki badań Koreańczyków potwierdzają obserwacje dokonane wcześniej w krajach Ameryki Łacińskiej i w Wielkiej Brytanii. W pierwszym badaniu wykorzystano dane prawie 13 tys. osób z 11 miast. W drugim zaś niemal 5,5 tys. uczestników z brytyjskiej bazy Biobanku. Oba wykazały zależność między występowaniem i nasileniem objawów depresyjnych u osób, których czas dojazdu do pracy był długi.

– Długa droga do pracy może być źródłem stresu psychicznego i fizycznego. Nie tylko zajmuje ona czas, ale także ogranicza czas, jaki możemy przeznaczyć na zainteresowania i inne aktywności, które sprzyjają rozładowywaniu stresu i regeneracji organizmu. Nasze badanie sugeruje, że długi czas dojazdu do pracy może również prowadzić do zaburzenia równowagi między pracą a życiem osobistym, akumulacji stresu i zmniejszonej odporności psychicznej – wymienia badacz.

Średni czas dojazdu w Korei Południowej wynosi natomiast 101 min dziennie i jest najwyższy wśród krajów OECD. Dla przykładu w Szwecji droga do pracy zajmuje średnio 18 min, w Stanach Zjednoczonych 21 min, Wielkiej Brytanii 22 min, a w Japonii – 40 min. Jak wynika z danych Eurostatu za 2019 rok, w UE-27 średni czas dojazdu do pracy to 25 min. W Polsce był on o minutę krótszy.

Zdaniem ekspertów optymalny czas dojazdu do pracy wynosi do 30 min. Może być to korzystne dla zdrowia, zwłaszcza gdy przemieszczaniu się do miejsca zatrudnienia towarzyszy aktywność fizyczna, nawet taka jak zwykły spacer przez park. Nie zawsze jednak jest to możliwe.

W Korei ze względu na ekstremalne warunki pogodowe aktywność na powietrzu nie zawsze jest wykonalna. W idealnej sytuacji, jeśli pozwalają na to warunki, dojazd do pracy może stanowić korzystną dla zdrowia psychicznego aktywność fizyczną, o ile korzyści przewyższają stres związany z dojazdem. W Korei jednak negatywne skutki bardzo długiego czasu dojazdu do pracy przeważają wobec jego pozytywnych stron – podkreśla lekarz.

Naukowiec w swojej pracy przytacza również dane, że Korea Południowa jest też znana jako kraj o najwyższej wśród państw OECD częstości występowania depresji. Według WHO to najpoważniejszy problem zdrowia psychicznego na świecie. Zmaga się z nią 3,8 proc. całej populacji, czyli ok. 280 mln ludzi.

Obserwacje dokonane przez naukowców rodzą postulaty wobec zarządców infrastruktury i pracodawców.

– Ograniczenie czasu dojazdu jest kluczowym celem, który można osiągnąć dzięki takim rozwiązaniom jak ulepszenie transportu publicznego i strategie dotyczące rozkładu miejsc pracy i obszarów mieszkalnych w ich pobliżu. Praca zdalna jest kolejną możliwością, jednak ma ona również wpływ na zdrowie. Oprócz tego istotne znaczenie mają strategie wspierające równowagę między życiem zawodowym a rodzinnym, szczególnie dla kobiet, które często łączą pracę z obowiązkami rodzinnymi – wymienia Dong-Wook Lee.

Z badania „Polacy o dojazdach do pracy” przeprowadzonych przez LeasingTeam Group wynika, że dla ponad 80 proc. dojazd do miejsca zatrudnienia ma kluczowe znaczenie i wpływa na decyzję o przyjęciu oferty pracy. Ponad połowa przyznaje, że zaczęłaby się rozglądać za nowym pracodawcą w przypadku nagłej zmiany warunków dojazdu, spowodowanej np. przeniesieniem siedziby firmy, długotrwałym remontem arterii komunikacyjnej czy zmianą częstotliwości kursowania komunikacji publicznej. Co piąta z tej grupy osób zrobiłaby to bez wahania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dlugie-dojazdy-do-pracy,p853688328

Polskie firmy z obawami wchodzą w 2024 rok. Największe dotyczą rynku pracy

Aż 67 proc. polskich firm wskazuje, że wysokie koszty pracownicze stanowią dla nich obecnie największą barierę działalności. Nie przekłada się to jednak na decyzje o zwolnieniach – blisko 80 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać dotychczasowy poziom zatrudnienia, a ponad połowa skarży się na niedobór pracowników – wynika z grudniowego badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego. – Brak rąk do pracy będzie w Polsce głównym wyzwaniem także w nadchodzących latach – ocenia Wojciech Ratajczyk, prezes Trenkwalder Polska. Jak wskazuje, rodzime firmy w 2024 rok wchodzą z wieloma obawami dotyczącymi m.in. otoczenia gospodarczego.

– Rok 2023 na rynku pracy można scharakteryzować czterema zjawiskami. To po pierwsze niskie bezrobocie, które teraz wynosi 5 proc. i jest nawet odrobinę niższe niż w zeszłym roku. Drugie zjawisko to znaczący brak kandydatów do pracy. W tej chwili w Polsce jest zarejestrowanych 110 tys. wakatów i to jest znaczna liczba. Kolejna rzecz to oczywiście presja płacowa związana z inflacją i podwyżką płacy minimalnej. I ostatnia jest niepewność ekonomiczna, związana po pierwsze z sytuacją ekonomiczną w ogóle, czyli lekkim spowolnieniem w ostatnich dwóch kwartałach, ale też z niepewnością fiskalną – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk.

Według Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej pod koniec listopada br. stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wyniosła 5 proc. Ten wskaźnik utrzymuje się na niezmienionym poziomie już od kilku miesięcy, a rok do roku obniżył się o 0,1 pkt proc. Natomiast w porównaniu do stanu z końca lutego 2020 roku, czyli tuż przed wybuchem pandemii COVID-19, stopa bezrobocia rejestrowanego obniżyła się o 0,5 pkt proc., liczba bezrobotnych spadła o 145,1 tys. osób. Co istotne, bezrobocie w Polsce jest obecnie na jednym z najniższych poziomów w UE. Liczona metodologią Eurostatu stopa bezrobocia w październiku br. wyniosła w Polsce 2,8 proc. wobec 6 proc. w całej Unii Europejskiej i 6,5 proc. w strefie euro. To drugi najlepszy wynik za Maltą.

Utrzymujące się od dawna rekordowo niskie bezrobocie nie cieszy jednak pracodawców, którzy zmagają się z brakiem rąk do pracy i niedoborem wykwalifikowanych kadr. Według ostatniego raportu „Niedobór talentów” Manpower Group” w Polsce 72 proc. firm ma w tej chwili trudności w obsadzaniu stanowisk pracy nowymi pracownikami o pożądanych kompetencjach (o 2 pkt proc. więcej niż rok wcześniej). Z kolei w grudniowym badaniu Miesięczny Indeks Koniunktury, publikowanym cyklicznie przez PIE i BGK, na problemy związane z niedostępnością pracowników wskazało 51 proc. przedsiębiorstw (wzrost o 4 proc. w stosunku do września br.), wymieniając je wśród głównych barier utrudniających obecnie prowadzenie działalności gospodarczej – obok rosnących kosztów pracowniczych, na które wskazało 67 proc. firm.

– Główne zmiany, które czekają nas w 2024 roku, to przede wszystkim kolejne podwyżki płacy minimalnej, w dwóch etapach, w styczniu i w lipcu. Razem to będzie około 20-proc. wzrost – mówi prezes Trenkwalder Polska.

Wysokie koszty pracownicze na razie nie przekładają się jednak na decyzje o zwolnieniach – w badaniu PIE i BGK blisko 80 proc. firm zadeklarowało, że zamierza utrzymać dotychczasowy poziom zatrudnienia. Pomimo dużej przewagi negatywnych nastrojów przedsiębiorstwa wciąż chcą też zatrudniać i zgłaszają potrzeby rekrutacyjne.

– Najważniejsze czynniki mające wpływ na zatrudnianie nowych pracowników to przede wszystkim popyt, czyli sytuacja gospodarcza, to wydajność pracy, planowane inwestycje i dostępność kandydatów. One wszystkie się łączą w jedną całość, bo trudno planować inwestycje, kiedy się nie ma kandydatów lub nie ma popytu. Popyt, według prognoz ekonomistów, będzie co najmniej na poziomie tego roku lub nieznacznie wyższy. Jeśli chodzi o inwestycje, trudno jest mi dzisiaj powiedzieć, dlatego że nie wiemy, jakie decyzje będą podejmowane przez nowy rząd, jaka będzie sytuacja ekonomiczna, czy, kiedy i jakie środki unijne będą uruchomione. Ogólnie rzecz ujmując, przewidujemy, że poziom zatrudnienia nowych pracowników pozostanie na obecnym poziomie – mówi Wojciech Ratajczyk. – Brak kandydatów i rąk do pracy będzie w Polsce głównym wyzwaniem w nadchodzących latach. Dlatego tutaj priorytetem powinno być zdefiniowanie polityki migracji zarobkowej do Polski.

Jak wskazuje, priorytetem nowego rządu powinno być również większe wsparcie dla szkolnictwa zawodowego i wypełnienie tzw. luki kompetencyjnej, która powoduje że obecnie umiejętności potencjalnych pracowników nie odpowiadają potrzebom biznesu i rynku pracy.

– Kompetencje młodzieży opuszczającej szkoły branżowe, a nawet wyższe uczelnie, nie są dokładnie tymi kompetencjami, których potrzebuje biznes czy przemysł. Dlatego będzie trzeba wrócić do tego, aby szkolnictwo branżowe – na podstawie istniejącej już, niezłej ustawy – zaczęło rzeczywiście szkolić w kooperacji z biznesem takie kadry, które będą odpowiadały potrzebom rynku pracy – podkreśla ekspert.

Z badań PIE wynika, że polscy przedsiębiorcy wchodzą w 2024 rok z obawami dotyczącymi także podwyżek cen energii – aż 80 proc. firm uważa, że ceny nośników energii w przyszłym roku wzrosną. Nieco mniejsze obawy dotyczą inflacji, chociaż 57 proc. przedsiębiorców przewiduje w nadchodzącym roku jej wzrost. Prawie 40 proc. ankietowanych spodziewa się też, że stopy procentowe będą rosły, co w tym momencie wydaje się jednak mało prawdopodobne. Obawy polskich przedsiębiorców budzi jednak również ogólna niepewność gospodarcza i sytuacja geopolityczna – ponad połowa firm uważa, że w 2024 roku nie skończy się wojna w Ukrainie.

– Przed 2024 rokiem możemy zaobserwować lekki optymizm, co jest związane m.in. z powołaniem nowego rządu, szansami na odblokowanie funduszy unijnych i tym, że prognozowany jest niewielki co prawda, ale jednak wzrost PKB. Z drugiej strony jest też niepewność związana z nie najlepszymi informacjami chociażby z gospodarki niemieckiej, bo Niemcy są naszym największym partnerem gospodarczym – wskazuje Wojciech Ratajczyk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-firmy-z-obawami,p1041644774

Od 1 stycznia obowiązuje nowa lista substancji zakazanych w sporcie. Znalazł się na niej popularny, silny lek przeciwbólowy

Światowa Agencja Antydopingowa zaktualizowała listę substancji i metod zabronionych w sporcie, która będzie obowiązywać w 2024 roku. Znalazł się na niej popularny, silnie działający lek przeciwbólowy z grupy opioidów, po który dotychczas chętnie sięgali zwłaszcza piłkarze. Substancje są wpisywane na listę m.in. ze względu na potencjalnie negatywny wpływ na zdrowie sportowców. – Stosowanie dopingu jednak nie dotyczy tylko profesjonalnych zawodników, ale także sportowców amatorów – wskazuje dr Michał Rynkowski, dyrektor Polskiej Agencji Antydopingowej. To o tyle niebezpieczne, że część substancji wspomagających jest produkowana nielegalnie, bez nadzoru i zachowania warunków dotyczących bezpieczeństwa i higieny, co czyni je jeszcze groźniejszymi. 

O wpisaniu substancji bądź metody zabronionej na listę decyduje komitet Światowej Agencji Antydopingowej. Kryteria, jakimi się kieruje, są związane po pierwsze z tym, że dana substancja może mieć wpływ lub potencjalny wpływ na wynik sportowy. Drugim kryterium jest wpływ lub potencjalny negatywny wpływ na zdrowie sportowca. I trzecie, bardzo ogólne kryterium, to jest sprzeczność z duchem sportu. Jeżeli dwa z tych trzech kryteriów zostaną spełnione, wtedy komitet listy może zdecydować o tym, żeby daną substancję czy też metodę wpisać do rejestru – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Michał Rynkowski.

Pod koniec grudnia br. Światowa Agencja Antydopingowa (World Anti-Doping Agency, WADA) opublikowała zaktualizowaną listę substancji i metod zabronionych, która będzie obowiązywać w 2024 roku. To międzynarodowy standard, który jest częścią Światowego Programu Zwalczania Dopingu w Sporcie. Lista szczegółowo wymienia substancje i metody, których użycie spowoduje pozytywny wynik badania antydopingowego. Są one zabronione na zawodach i poza zawodami, a niektóre substancje dotyczą określonych dyscyplin sportu. Lista ma charakter bezwzględnie obowiązujący. W tym roku jedną z głównych zmian jest wpisanie tramadolu – popularnego, silnie działającego leku przeciwbólowego z grupy opioidów. Widnieje on w grupie S7 – Narkotyki. 

– Tramadol jest lekiem przeciwbólowym, który był szeroko stosowany przez zawodników reprezentujących dyscypliny sportu takie jak piłka nożna, rugby i kolarstwo. Popularność tego specyfiku zadecydowała o tym, że Światowa Agencja Antydopingowa zdecydowała o wpisaniu go do wykazu substancji zakazanych, ale nie był to jedyny powód – silny charakter uzależniający tej substancji powoduje, że może być ona traktowana też jak narkotyk. To jest substancja opioidowa, jej stosowanie może prowadzić do uzależnienia, pojawiania się stanów depresyjnych. Był zresztą głośny przypadek jednego z piłkarzy, Chrisa Kirklanda, który miał próbę samobójczą i nie ukrywał tego, że już po trzech miesiącach stosowania tramadolu dochodziło u niego do problemów z odstawieniem tego produktu – mówi dyrektor POLADA.

Między innymi z powodu ryzyka uzależnienia i przedawkowania tramadol już od 2019 roku jest zakazany przez Międzynarodową Unię Kolarską (UCI). W ubiegłym roku w kolarstwie wybuchł jednak duży skandal, ponieważ ta substancja została wykryta w próbce moczu Kolumbijczyka Nairo Quintany, który został za to zdyskwalifikowany z Tour de France 2022. Nie stanowiło to jednak naruszenia przepisów antydopingowych, ponieważ ówczesna lista WADA nie uwzględniała tramadolu.

– Na tegorocznej liście pojawiły się też nowe przykłady różnych substancji zabronionych z różnych grup, natomiast to ma charakter bardziej porządkujący niż rewolucyjny. Obecność tramadolu to zdecydowanie najważniejsza zmiana – zaznacza dr Michał Rynkowski. – Te substancje, które znajdują się na liście, są na nią wpisane nie bez kozery, ponieważ mogą negatywnie oddziaływać na zdrowie. Przykładem są chociażby steroidy anaboliczno-androgenne, których stosowanie wpływa na zaburzenie całej gospodarki hormonalnej, choroby układu krążenia czy wątroby. Skutki są później nieodwracalne, nawet po odstawieniu steroidów często ciężko jest już wrócić do równowagi.

W poprzednich aktualizacjach listy kluczowe znaczenie miały m.in. reguły związane z podawaniem glikokortykoidów. Od 2022 roku zabroniono ich podawania podczas zawodów w postaci jakichkolwiek iniekcji. Z kolei w 2021 roku wyodrębniono nową kategorię tzw. substancji nadużywanych (ang. substances of abuse), do których zalicza się: kokaina, diamorfina (heroina), metylenodioksymetamfetamina (MDMA/„ekstazy”), tetrahydrokanabinol (THC). Jak podkreśla ekspert, aktualizowanie listy substancji zakazanych jest korzystne dla zawodników – im więcej konkretnych substancji się na niej znajduje, tym łatwiej ustrzec się przed błędami i nieświadomym dopingiem.

Jeżeli chodzi o substancje zabronione, które mogłyby potencjalnie się znaleźć na liście, są to różnego rodzaju analogi substancji stymulujących, które nie są literalnie wymienione na tej liście. Ich wpisanie dałoby zawodnikom większy komfort funkcjonowania w świecie sportu i niepopełniania potencjalnych błędów. Ponieważ trzeba zwrócić uwagę na jeden aspekt: lista ma charakter otwarty, niektóre grupy substancji są jedynie przykładami i istnieje dopisek „inne substancje o podobnej budowie chemicznej lub działaniu biologicznym” – dodaje ekspert.

Jak wskazuje, statystycznie ok. 1–1,5 proc. badań przeprowadzanych wśród sportowców kończy się wykryciem substancji zakazanych lub innych naruszeń przepisów antydopingowych.

 Biorąc pod uwagę, że rocznie pobieranych jest ok. 300 tys. próbek, to nie jest szalenie wielka liczba, choć w ostatnich latach było różnie. Pandemia COVID-19 wpłynęła na cały rynek sportowy, ale też na to, w jaki sposób były realizowane kontrole antydopingowe – mówi dyrektor Polskiej Agencji Antydopingowej. – Pytanie oczywiście, na ile ten 1 czy 1,5 proc. faktycznie oddaje rzeczywistość, bo naruszeń przepisów antydopingowych na pewno jest więcej. Pokazuje to chociażby przykład igrzysk w Londynie, gdzie stwierdzono tylko jeden przypadek wykrycia substancji zabronionych, ale po reanalizach próbek wykryto ich już ponad 100. To pokazuje, że przypadki stosowania substancji zabronionych występują. Dzisiejsze metody czasami nie pozwalają na to, żeby wykryć wszystko to, co zawodnicy stosują, a po latach się dowiadujemy, że jednak skala dopingu jest większa, niż mogłaby się wydawać.

Ekspert zauważa, że stosowanie dopingu nie dotyczy tylko profesjonalnych zawodników, ponieważ sięgają po niego również sportowcy amatorzy.

– Nie ma na to twardych badań, bardziej jesteśmy w stanie to stwierdzić na podstawie informacji pochodzących z Policji czy innych służb, które skutecznie doprowadzają do zamykania nielegalnych laboratoriów zajmujących się chociażby produkcją steroidów anaboliczno-androgennych czy magazynów takich substancji. Dochodzimy do wniosku, że skala problemu jest poważna, ponieważ tych substancji produkowanych jest mnóstwo. A jeżeli ich produkcja jest duża, to oznacza, że i popyt jest spory – mówi dr Michał Rynkowski. – Głównie sportowcy amatorzy czy osoby aktywne fizycznie, korzystające z klubów fitness i siłowni, które tak naprawdę są nastawione bardziej na to, żeby popracować nad sylwetką niż nad osiągnięciami sportowymi – to właśnie oni są użytkownikami tego rodzaju substancji.

Stosowanie substancji dopingowych czy zwiększających wydolność organizmu nie pozostaje bez wpływu na ogólny stan zdrowia. Jednak w przypadku nielegalnie produkowanych specyfików czy suplementów diety problemem są też warunki, w jakich powstają, i brak jakiejkolwiek pewności tego, co faktycznie się w nich znajduje.

– One produkowane są w strasznych warunkach, które nie spełniają żadnych warunków dotyczących bezpieczeństwa i higieny, to jest szalenie niebezpieczne. Dla przykładu NIK w 2017 roku zbadała 100 produktów, suplementów diety, które znajdowały się wtedy na rynku, i 50 proc. z tych produktów zawierało albo substancje zabronione w sporcie, albo takie, które są niebezpieczne dla zdrowia. Część z nich w ogóle nie zawierała deklarowanych substancji aktywnych. Tak więc ten rynek suplementów – oprócz twardego dopingu – też jest specyficzny i trzeba mieć ograniczone zaufanie do produktów, które się stosuje – podkreśla dr Michał Rynkowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-1-stycznia-obowiazuje,p168537143

Kopalnie coraz bardziej inteligentne. Międzynarodowy projekt z udziałem Polaków ma scyfryzować cały sektor górniczy

Sektor wydobywczy – dotąd postrzegany jako zacofany i oparty w dużej mierze na pracy manualnej – zaczyna w coraz większym stopniu wdrażać technologie takie jak sztuczna inteligencja, cyfrowe bliźniaki, Big Data, blockchain czy przetwarzanie danych w chmurze. Ich zastosowanie przekłada się m.in. na poprawę wydajności i bezpieczeństwa pracy w kopalniach oraz redukcję kosztów i negatywnego wpływu górnictwa na środowisko. Polskie i europejskie podmioty – w tym gigant miedziowy KGHM i jednostki Sieci Badawczej Łukasiewicz – pracują właśnie nad projektem, który ma skoordynować i zoptymalizować całość procesów cyfryzacji w sektorze górniczym. To część międzynarodowej inicjatywy Mine.io, w której uczestniczą partnerzy z 11 krajów Europy. Jej celem jest całkowita zmiana sposobu myślenia i podejścia do wydobywania i przetwarzania surowców.

Sektor wydobywczy, który generuje kilka procent polskiego PKB i zatrudnia ok. 80 tys. ludzi, jest jedną ze strategicznych branż polskiej gospodarki. Podobnie jak wszystkie inne podlega jednak regulacjom związanym z zieloną transformacją i ekologią.

 Przemysł górniczy do tej pory kojarzył się głównie z zastosowaniami analogowymi, ale od jakiegoś czasu występuje w tym przemyśle silny trend cyfryzacji. Wykorzystujemy w nim m.in. elementy związane z internetem rzeczy i przetwarzaniem dużych zasobów danych. Wszystko to powoduje, że górnictwo jest bardziej ekologiczne – mówi agencji Newseria Biznes Marek Kościelski z Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Tele- i Radiotechnicznego.

Zastosowane technologie wpisują się w koncepcję górnictwa 4.0. Ten trend spowodował, że w polskim przemyśle wydobywczym coraz częściej pojawiają się pojęcia takie jak cyfryzacja, automatyzacja i inteligentne kopalnie.

Górnictwo 4.0 to nowe podejście jakościowe do całego sektora górniczego. Polega na zastosowaniu nowych technologii, które są już w tej chwili rozwijane. To są właśnie technologie internetu rzeczy, czyli połączenie różnego rodzaju sensorów w jeden system, sztuczna inteligencja, która jest wschodzącą technologią i ma potencjał, żeby zoptymalizować procesy i zarządzanie przemysłem górniczym. To są też technologie mobilne, które doprowadzą do tego, że praca w górnictwie, w kopalniach będzie bezpieczniejsza, a maszyny pod nadzorem systemów komputerowych będą optymalnie wykorzystywane. Dalej wchodzimy w erę dużych ilości danych, które są przetwarzane w chmurze w trakcie tych wszystkich procesów optymalizacyjnych czy nadzorczych. Wszystko to prowadzi do coraz większej digitalizacji zakładów górniczych i to właśnie nazywamy górnictwem 4.0 – wyjaśnia dr Jacek Galas z Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Tele- i Radiotechnicznego.

Celem górnictwa 4.0 jest zapewnienie tej branży możliwości rentownego i efektywnego funkcjonowania w dłuższej perspektywie czasowej. Cyfryzacja i zastosowanie w niej nowych technologii przekłada się m.in. na poprawę wydajności, redukcję kosztów i poprawę bezpieczeństwa pracy w kopalniach. Pozwala też na dokładne monitorowanie i optymalizację procesów wydobywczych w zakresie całego łańcucha usług (począwszy od poszukiwania potencjalnych złóż, przygotowanie wyrobisk, przez wydobycie, obróbkę i przetwarzanie rud, aż do zarządzania odpadami), co jest kluczowe w kontekście ekologii oraz obniżenia negatywnego wpływu przemysłu wydobywczego na środowisko naturalne.

– Górnictwo ogólnie ma dość duży wpływ na środowisko, a technologie opracowane w ramach Mine.io mają za zadanie likwidowanie tego negatywnego wpływu – mówi Marek Kościelski. – Projekty pilotażowe Mine.io dotyczą wielu etapów, jednym z nich jest opracowanie wspólnej architektury, która będzie pomagała kopalniom przyszłości. 

Celem międzynarodowego projektu Mine.io, finansowanego z programu „European Union’s Horizon Europe research and innovation programme”, jest opracowanie nowego Całościowego Zdigitalizowanego Ekosystemu Przemysłu Górniczego 4.0, czyli nowej organizacji procesu wydobycia, przetwarzania i wykorzystania surowców mineralnych. To kompleksowe podejście do przemysłu górniczego, które ma na celu nie tylko wdrożenie nowych technologii w całym łańcuchu dostaw związanych z przemysłem wydobywczym, ale też całkowitą zmianę sposobu myślenia i podejścia do wydobywania i przetwarzania surowców.

 Projekt Mine.io jest skoncentrowany na całym przemyśle górniczym, który składa się z podstawowych trzech segmentów. Pierwszy to są oczywiście kopalnie, drugi to zakłady przeróbki surowców mineralnych, a trzeci segment to hutnictwo. Do tej pory te elementy systemu pracowały rozdzielnie. Były ze sobą powiązane np. w ramach jednej korporacji, natomiast brakowało szerszego spojrzenia, że to wszystko powinno być jakoś ze sobą skoordynowane. Projekt Mine.io ma służyć właśnie takiej koordynacji, ma doprowadzić do digitalizacji zasobów, które są w tej chwili rozproszone po wielu zakładach przemysłowych – tłumaczy dr Jacek Galas.

Projekt Mine.io to wspólna inicjatywa konsorcjum 25 partnerów – zarówno przemysłowych, jak i naukowych – z 11 krajów: Polski, Włoch, Niemiec, Finlandii, Szwecji, Hiszpanii, Grecji, Cypru, Portugalii, Węgier i Norwegii. Każdy z partnerów wnosi do projektu swoje unikalne kompetencje i technologie. Ta rozległa współpraca międzynarodowa ma pokazać, że rozwiązanie globalnych problemów ekologicznych i energetycznych wymaga szerokiego zaangażowania. Polskę w projekcie Mine.io reprezentują: Instytut Tele- i Radiotechniczny oraz Instytut Technik Innowacyjnych EMAG, należące do Sieci Badawczej Łukasiewicz, krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza oraz polski gigant miedziowy, czyli spółka KGHM jako odbiorca technologii.

– Nasz instytut jest w szczególnej sytuacji, ponieważ nasza praca jest ukierunkowana na zastosowania w KGHM. To jest bardzo duży podmiot o randze światowej, w związku z czym każda innowacja, którą opracujemy i wdrożymy w KGHM, będzie mogła później przechodzić do innych podmiotów, które są zarządzane przez tę spółkę – mówi ekspert z Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Rozwiązania opracowywane w ramach projektu Mine.io są cyfrowe, więc dają się stosunkowo łatwo skalować. Oczywiście problemami będą standaryzacja i dostęp do informacji, jednak w przypadku niezbyt zaawansowanej technologii damy radę je dostosować – dodaje Marek Kościelski.

W ramach części projektu, która jest prowadzona w Polsce, KGHM udostępni linię technologiczną flotacji miedzi, na której następuje – za pomocą procesów mechanicznych i chemicznych – wypłukiwanie z rudy metalu gromadzącego się w tzw. pianie flotacyjnej. Natomiast pozostałe jednostki opracują system pomiarowy – wykorzystujący technologię sztucznej inteligencji – który umożliwi ciągły monitoring zawartości metalu w pianie flotacyjnej oraz sterowanie i optymalizację procesem flotacji rud miedzi na bazie algorytmów. Efektem projektu, opracowanego przez polskie podmioty, ma być technologia możliwa do zaimplementowania w KGHM, prowadząca do optymalizacji technologii flotacji w zakładach spółki.

Sztuczna inteligencja prowadzi do optymalizacji procesów technologicznych. Przy takiej ilości materiału, który jest przerabiany w zakładach przeróbki surowców mineralnych, każda zmiana prowadzi do bardzo dużych oszczędności finansowych. Jeśli doprowadzimy do optymalizacji tej technologii, to po pierwsze będziemy w stanie zoptymalizować czas przetwarzania, po drugie, ilość energii, która jest potrzebna do tych procesów, co też pozwoli uzyskać znacznie lepsze wyniki ekonomiczne. W tym kierunku idzie praca, którą prowadzi między innymi nasz instytut – wyjaśnia dr Jacek Galas.

Wśród innych technologii, które będą testowane i wdrażane w ramach międzynarodowego projektu, są między innymi obrazowanie i monitoring zasobów górniczych za pomocą promieniowania kosmicznego (miony) czy technologie dronowe oraz sensory zintegrowane z podwodnymi dronami do monitorowania zalanych wyrobisk i procesów wydobywczych.

Jest również druga technologia, też dronowa, która będzie służyła monitorowaniu różnych wysypisk kopalnianych, nasypów, gdzie są przechowywane odpady. Chodzi o to, żeby można było zdiagnozować, w jakim stanie są odpady, czy nie ma problemu z przedostawaniem się niektórych niebezpiecznych związków do środowiska zewnętrznego. To przede wszystkim będzie robione za pomocą różnego rodzaju sensorów elektrostatycznych, elektromagnetycznych, magnetycznych. Następnie odpady będą monitorowane poprzez technologię blockchain, która została wprowadzona przez kolegów z Hiszpanii, i ta technologia służy do lepszej orientacji w tym, co się z tymi odpadami dzieje – mówi ekspert Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Tele- i Radiotechnicznego.

Specjaliści pracują także nad wdrożeniem technologii podwodnej mobilności oraz elektryfikacji pojazdów z wykorzystaniem technologii bezprzewodowych.

W tej chwili w kopalniach maszyny pracują w oparciu o silniki Diesla czy benzynowe, co jest bardzo niewygodne, dlatego że są potrzebne duże systemy wentylacyjne. Jest propozycja, żeby doprowadzić do tego, aby wszystkie maszyny były zasilane bezprzewodowo i żeby to były w dużej mierze systemy automatyczne, żeby można było te systemy sterować z powierzchni ziemi, a nie bezpośrednio poprzez ludzi, którzy są już pod ziemią – wyjaśnia dr Jacek Galas. – Technologia mobilności bezprzewodowej służy temu, żeby kopalnie były bardziej ekologiczne i bardziej przyjazne dla ludzi, żeby ludzie nie musieli przebywać pod ziemią w oparach czy spalinach, które produkują maszyny, bo systemy wentylacyjne nie są do końca optymalne.

W ramach projektu Mine.io zamierzamy przeprowadzić wieloetapową cyfryzację górnictwa. Jednym z nich będzie wdrażanie tych technologii w ramach pilotaży zlokalizowanych w siedmiu lokalizacjach – od Portugalii i Polski, poprzez Finlandię, Niemcy i Grecję. W części z nich są aktywne kopalnie, jak w przypadku KGHM, niektóre z nich są zamknięte, inne są dostępne tylko dla celów badawczych. Tam będziemy demonstrowali nasze technologie i przeprowadzali ich analizę – dodaje Marek Kościelski. – Ponieważ jesteśmy w pierwszym roku naszej działalności, to na razie mamy opracowaną architekturę samego procesu. Efektami projektu Mine.io będą zarówno etapy ściśle technologiczne, jak i społeczno-ekonomiczne, czyli analiza wpływu pracujących kopalni na środowisko i ludzi, którzy w nich pracują i niedaleko nich mieszkają.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kopalnie-coraz-bardziej,p1525612728

Naukowcy przyjrzeli się roli wdzięczności w relacjach par. Najbardziej niedoceniane przez partnerów czują się kobiety i osoby w długoletnich związkach

Wdzięczność wydaje się być ważnym elementem układanki w romantycznych związkach, ale do tej pory nie poświęcano jej wiele uwagi w badaniach naukowych. Zajęli się nim naukowcy z Uniwersytetu w Illinois, którzy zbadali relacje w parach zgłaszających się na terapie i interwencje kryzysowe. Z ich obserwacji wynika, że na brak poczucia docenienia w związku najczęściej skarżą się kobiety, osoby pozostające w długoletnich relacjach oraz posiadające dzieci. – W związkach małżeńskich nie chodzi tylko o docenianie partnera, ale także o poczucie, że jest się przez niego docenianym. W kwestii wdzięczności niewiele się zmienia samo z siebie, potrzebny jest pewien wysiłek – mówi autor badania Allen Barton.

– Obserwując pary, widzę, że kiedy sprawy idą gorzej, to jedną z pierwszych rzeczy, które zanikają, jest właśnie wdzięczność. Jest szereg innych kwestii, na które trzeba zwracać uwagę, ale wdzięczność często jest naprawdę ważna. Bez niej chowamy urazę, stajemy się zgorzkniali i sfrustrowani tym, że to, co robimy, nie jest doceniane. Gdy myślimy o wdzięczności w małżeństwie lub związku, to jest to coś, czym wymieniają się ze sobą partnerzy, to coś, co się daje, i coś, co się otrzymuje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Allen Barton, adiunkt na Wydziale Rozwoju Społecznego i Badań nad Rodziną na Uniwersytecie Illinois w Urbanie i Champaign. – Wdzięczność wydaje się być dość ważnym czynnikiem w związkach. Gdy myślimy o wdzięczności, szczególnie w  małżeństwie czy związku, nie chodzi nam tylko o bycie wdzięcznym swojemu partnerowi. Powstało wiele badań na temat roli wdzięczności w tym kontekście, ale bardzo ważne jest też odczuwanie wdzięczności ze strony partnera, bycie docenionym, świadomość, że nasz wysiłek jest ceniony i zauważany.

W badaniu wzięło udział 615 par, które – poszukując pomocy – zapisały się do internetowych programów terapeutycznych. W jego trakcie uczestnicy zostali podzieleni na dwie grupy: jedna otrzymała wsparcie w udziału postaci programu dla par, drugą wpisano na listę oczekujących.

– Najpierw przyglądaliśmy się grupie osób, która nie otrzymała wsparcia, żeby zobaczyć, jak zmienia się u nich w czasie kwestia wdzięczności. Na podstawie tej próby wywnioskowaliśmy, że chociaż inne aspekty związków z czasem w pewnym stopniu się poprawiały, na przykład większa i lepsza komunikacja, mniejsza liczba konfliktów, większe wzajemne wsparcie, mniejsze obawy, że związek nie przetrwa, to aspekt wdzięczności nie zmieniał się – był dość ugruntowany i stabilny – tłumaczy naukowiec. – Okazuje się zatem, że w kwestii wdzięczności niewiele się zmienia samo z siebie, potrzebny jest pewien wysiłek.

Na podstawie badania tej grupy kontrolnej naukowcy przyjrzeli się także czynnikom, które wpływały na poziom odczuwania wdzięczności ze strony partnera. Okazało się, że kobiety częściej odczuwają mniejszą wdzięczność ze strony partnera, częściej czują się mniej doceniane w związku.

Ustaliliśmy także, że osoby w dłuższych związkach zgłaszały niższe wskaźniki wdzięczności, na co mogły mieć wpływ takie czynniki jak wiek czy liczba dzieci. Rzuca to nieco światła na coś, co potwierdzają nasze osobiste doświadczenia. Kiedy poznajemy kogoś i zaczynamy związek, niemal zasypujemy drugą osobę komplementami i dziękujemy jej za wszystko, co dla nas robi. Wystarczy, że nasz partner zapamiętał nasz numer telefonu albo wiadomość od nas, że specjalnie podjechał dla nas po coś do jedzenia, kiedy nie czuliśmy się najlepiej i tak dalej. Wtedy jesteśmy nastawieni bardzo pozytywnie i gotowi wyrażać to, jak bardzo doceniamy drugą osobę i wszystko, co dla nas robi. Z czasem możemy być mniej skłonni do zauważania tego, bierzemy te rzeczy za pewnik, myślimy sobie, że nasz partner przecież od tego jest. Z czasem u par obserwujemy poczucie niedocenienia u jednego lub obojga partnerów – mówi Allen Barton.

W drugiej części badania naukowcy przyjrzeli się parom, które otrzymały psychologiczne wsparcie w ramach terapii dla par.

– Wybrane dwa programy realizowane przez internet wykazały skuteczność we wzmacnianiu relacji w związku w szeregiem różnych sfer, takich jak komunikacja, rozwiązywanie problemów, zaangażowanie, pewność i tym podobne. Osoby, które wzięły udział w tych dwóch programach online – jeden nazywa się ePREP, a drugi OneRelationship – w porównaniu z grupą, która w nich nie uczestniczyła, zgłaszały wyższe poziomy postrzeganej wdzięczności w czasie, czuły się bardziej docenione przez partnerów. Sugeruje to, że ukończenie tego typu programu faktycznie wpływa na to, że czujemy się bardziej docenieni przez drugą osobę w związku – wskazuje badacz.

Allen Barton zaznacza, że wdzięczność nie pojawia się automatycznie, ale wymaga świadomego wysiłku partnerów. Jak dodaje, nad tym czynnikiem można pracować, dziękując drugiej osobie i dając jej do zrozumienia, że docenia się to, co robi dla związku i rodziny. To szczególnie istotne również wówczas, kiedy dana osoba sama nie czuje się doceniana w relacji.

– Chodzi jednak o to, żeby obrać właściwy kierunek – zacząć wyrażać naszą wdzięczność i zauważać wdzięczność drugiej strony – mówi naukowiec. – Po drugie, bardzo dobrym pomysłem jest zwrócenie się bezpośrednio do partnera z pytaniem, w jakich obszarach związku, rodziny czuje się on niedoceniony i uważa, że jego starania nie są odpowiednio zauważane. Jeśli czujemy, że nasz partner nie dostrzega problemu, to znajdźmy odpowiedni czas i poruszmy tę kwestię – powiedzmy, że dużo robimy, ale nie czujemy się docenieni.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-przyjrzeli-sie,p444921711