Strona główna Blog Strona 3

Walka z dezinformacją zależy od platform cyfrowych. Potrzebna modyfikacja algorytmów

0

66 proc. użytkowników mediów społecznościowych w Unii Europejskiej przyznaje, że aktywnie szuka w nich informacji o bieżących wydarzeniach społecznych i politycznych – wynika z badania Eurobarometru „Social Media Survey” przeprowadzonego w czerwcu 2025 roku. Jednocześnie podobny odsetek obywateli UE zetknął się z dezinformacją i fałszywymi wiadomościami w ciągu siedmiu dni przed badaniem. Eksperci alarmują, że do walki z dezinformacją trzeba w większym stopniu włączyć platformy cyfrowe i powinno się to wiązać z modyfikacją algorytmów.

Musimy rozmontować mechanizmy po stronie technologii, które sprzyjają dezinformacji. Nie możemy traktować jej jak wypadku przy pracy, tylko spójrzmy na fakty. Dezinformacja jest świetnym biznesem dla wielkich platform i jej popularność wynika z zasady działania algorytmów, jak również z tego, jak działa system reklamowy. Oba te systemy – rekomendacji algorytmicznych i reklam – musimy zmodyfikować, naprawić w taki sposób, żeby treści rzetelne, jakościowe były dla ludzi widoczne, a nie te dezinformujące – mówi agencji Newseria Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon.

Jak wynika z badania „Postawy Polaków wobec cyberbezpieczeństwa 2025”, przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Warszawskiego Instytutu Bankowości (WIB), 32 proc. ankietowanych wskazało dezinformację i fake newsy jako największe zagrożenie w przestrzeni cyfrowej. Badani deklarują, że wiedzą, jak się bronić przed tymi zjawiskami. 38 proc. twierdzi, że nie traktuje informacji prezentowanych w mediach społecznościowych jako głównego źródła wiedzy. 31 proc. weryfikuje je w różnych źródłach, ale tylko 17 proc. zgłasza lub blokuje treści o wątpliwym pochodzeniu.

Raport WIB wskazuje, że 43 proc. Polaków twierdzi, że sprawdza wiarygodność informacji w przestrzeni cyfrowej, przy czym 17 proc. z nich weryfikuje je kilkoma różnymi metodami, a 26 proc. tylko w jeden sposób. 45 proc. badanych przyznaje, że robi to nieregularnie i w zależności od źródła.

Platformy cyfrowe argumentują, że już wprowadzają mechanizmy ograniczania dezinformacji, jednak zdaniem ekspertów są one niewystarczające.

Mamy już od dwóch lat obowiązujący akt o usługach cyfrowych. W tych ramach Unia Europejska ma wiele mechanizmów i może naciskać platformy, żeby korygowały swoje algorytmy. Ma art. 34 i 35 DSA, który pozwala na określanie środków zaradczych, które powinny być wdrażane przez platformy – przypomina Katarzyna Szymielewicz.

Przepisy w ramach aktu o usługach cyfrowych (DSA) obowiązują od 17 lutego 2024 roku i muszą przestrzegać ich wszyscy dostawcy usług pośrednich, w tym serwisy społecznościowe, platformy handlu elektronicznego czy hostingodawcy. Celami ich wprowadzenia są m.in.: walka z nielegalnymi treściami w internecie, przeciwdziałanie zagrożeniom społecznym oraz zapewnienie większej przejrzystości korzystania z platform społecznościowych.

Nie chodzi tylko o kary. Chodzi o to, żeby współdziałać z platformami albo zmuszać je, kiedy trzeba, do zmiany logiki działania algorytmów na taką, która służy ludziom, demokracji i społeczeństwu. Nie ma to nic wspólnego z moderacją treści, której słusznie można się obawiać, że jeżeli pojawia się ktoś, kto decyduje o tym, co jest prawdą, a co jest fałszem i moderuje treści, to zaczynamy mówić o cenzurze. Ja takiego podejścia nie proponuję. Proponuję modyfikację algorytmu dla wszystkich w taki sposób, żebyśmy zaczęli ze sobą rozmawiać jako społeczeństwo i jako politycy, a nie oglądać biernie podbijane treści niskiej jakości, które czynią szkodę debacie publicznej – podkreśla prezeska Fundacji Panoptykon.

Podobne zmiany, jak ocenia ekspertka, powinny dotyczyć treści generowanych przez sztuczną inteligencję.

– Coraz taniej jest produkować treści syntetyczne, sztuczne, które udają coś, czym nie są. Jest to potężny problem dla mediów, ale też jest pokusa, żeby tworzyć taki content, a nie treści dziennikarskie – mówi Katarzyna Szymielewicz. – Takie treści powinny być, zgodnie z regulacją o sztucznej inteligencji, oznaczane przez twórców jako syntetyczne, sztuczne, wykreowane. Platformy mogłyby na podstawie takich oznaczeń traktować je jako gorsze, które nie powinny być podbijane na równi z treściami wysokiej jakości, z treściami autentycznymi. Jest to kolejne rozwiązanie technologiczne, na które czekam i które wspiera Unię Europejską w Europejskiej Tarczy Demokracji.

Z badania „Sztuczna inteligencja w mediach” zrealizowanego na zlecenie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wynika, że ponad 92 proc. ankietowanych wie, że dziennikarze w telewizji, radiu czy internetowych portalach informacyjnych wykorzystują AI. Chociaż odbiorcy dostrzegają jej liczne zalety, to podchodzą z dużą dozą ostrożności do tej technologii w mediach. Dwie trzecie obawia się manipulacji opinią publiczną za pomocą treści tworzonych przez algorytmy, a prawie 45 proc. uważa, że może to wpłynąć na wzrost ryzyka dezinformacji. Blisko 80 proc. respondentów jest zdania, że wykorzystywanie AI może się przyczynić do zmniejszenia rzetelności i prawdziwości przekazu w mediach. Jednocześnie prawie 96 proc. odbiorców oczekuje, żeby materiały tworzone z wykorzystaniem sztucznej inteligencji były wyraźnie oznaczone.

Musimy wystąpić razem przeciwko traktowaniu nas jak ludzi, którzy nie zasługują na autentyczne, jakościowe treści. Sprzeciwiamy się temu. Im więcej ludzi taki głos z siebie wydaje, również nie klikając w takie treści, tym szybciej osiągniemy ten cel – ocenia ekspertka. – To, jak dzisiaj działają platformy społecznościowe, jest bardzo niszczące dla społeczności, dialogu i pośrednio również dla procesów demokratycznych, ponieważ one nas polaryzują, wciągają w bańki informacyjne, sprawiają, że coraz bardziej pasywnie przeglądamy treści, nie angażując się w dyskusję. Jeżeli angażujemy się w dyskusję, to jest ona pełna hejtu, sensacji, silnych emocji. W ten sposób nie zbudujemy konsensusu, a konsensus w demokracji jest podstawą jakiejkolwiek decyzji i wyjścia z impasu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/walka-z-dezinformacja,p892840893

Konkurencja z Chin dużym wyzwaniem dla europejskiej branży motoryzacyjnej. Podobnie jak cele w zakresie czystej mobilności

0

Nadregulacja, ambitna ścieżka dążenia do zeroemisyjności i wysokie koszty energii – to jedne z kluczowych czynników wpływających dziś na konkurencyjność branży motoryzacyjnej w Europie. Przy dużej presji ze strony konkurentów z Chin, którzy zdobywają coraz większy udział w rynku, oraz zmieniających się trendach społecznych oznacza to poważne wyzwania, od których zależeć będzie przyszłość jednego z najważniejszych sektorów dla europejskiej gospodarki.

Dla branży motoryzacyjnej bardzo dużym wyzwaniem jest obecność chińskich firm w Europie – mówi agencji Newseria Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Musimy poradzić sobie nie tylko z wyzwaniami dotyczącymi np. przechodzenia na zeroemisyjność, kłopotów związanych z wojną w Ukrainie czy amerykańskimi cłami, ale też z bardzo silną chińską konkurencją, nie tylko w obszarze aut elektrycznych, ale też samochodów hybrydowych, hybryd plug-in czy samochodów z silnikiem benzynowym. To jest kluczowe dla przetrwania branży motoryzacyjnej. Dzisiaj słowo „konkurencyjność” w kontekście branży motoryzacyjnej i w kontekście Polski odmieniamy przez wszystkie możliwe przypadki.

Jak podaje Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar, powołując się na dane z Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, na przestrzeni pierwszych 11 miesięcy 2025 roku producenci z Chin sprzedali w Polsce 39 340 aut osobowych. Tylko w samym listopadzie przybyło ich 5105, czyli o 3,5 proc. mniej niż w październiku, ale o 3477 więcej niż rok wcześniej. To daje ok. 10-proc. udział w rynku.

Z raportu PZPM i jego partnerów „Branża motoryzacyjna 2025/2026” wynika, że w 2025 roku udział chińskich firm wynosi ponad 4 proc. w unijnych rejestracjach. Również w segmencie modeli elektrycznych udział tych marek znacząco rośnie. Wśród zarejestrowanych chińskich modeli przeważająca część to pojazdy hybrydowe i hybrydy plug-in, a ich niskie ceny pozwalają im skutecznie wygrywać konkurencję. Celem chińskich producentów, jak wskazują autorzy raportu, jest zdobycie za kilka lat 15-proc. udziału w europejskim rynku.

– Branża motoryzacyjna w Polsce i w Europie potrzebuje przede wszystkim dobrej legislacji, bo jest nadregulowana. Ponad 100 różnych aktów prawnych na poziomie europejskim, nie licząc krajowych, reguluje jej działanie. Po drugie, potrzebujemy dobrych przepisów, które pozwolą nam przechodzić na zeroemisyjność w taki sposób, żebyśmy byli konkurencyjni. Po trzecie, potrzebujemy uregulowań na przykład w zakresie energii, potrzebujemy taniej, zielonej i łatwo dostępnej energii, żebyśmy mogli nie tylko przetrwać, ale też się rozwijać – uważa Jakub Faryś.

16 grudnia 2025 roku Komisja Europejska zaprezentowała założenia tzw. pakietu motoryzacyjnego, który ma wspierać sektor w dekarbonizacji przy jednoczesnym wzmacnianiu jego konkurencyjności. Główne propozycje obejmują m.in. zapowiedź zmian w podejściu do norm emisji CO2 dla samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych, co ma pomóc producentom w osiągnięciu celów wyznaczonych na 2035 rok, czy zapowiedź inicjatyw zmierzających do zmniejszenia obciążeń administracyjnych, obniżenia kosztów i wprowadzenia nowej kategorii „małych i przystępnych cenowo samochodów”.

W ocenie Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego pakiet to pierwszy pozytywny krok w kierunku stworzenia bardziej pragmatycznej i elastycznej ścieżki, która umożliwi powiązanie dekarbonizacji nowych pojazdów z celami konkurencyjności. Jednak dalsza transformacja sektora może wymagać bardziej zdecydowanych działań.

Branża europejska, a tym samym polska, jest w momencie wielkiego wyzwania i jeżeli mu nie podołamy, jeżeli okażemy się niekonkurencyjni, niestety możemy się liczyć z tym, że będziemy mieli zwolnienia, a producenci będą przenosili swoją produkcję na inne kontynenty, na przykład do Afryki. Utrzymanie konkurencyjności europejskiej, i tym samym polskiej branży motoryzacyjnej, jest więc absolutnie kluczową rzeczą i największym wyzwaniem – podkreśla prezes PZPM.

Jak wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA), od stycznia do listopada 2025 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Unii Europejskiej wzrosła o 1,4 proc. rok do roku. Mimo dodatniej dynamiki całkowite wolumeny sprzedaży pozostają wyraźnie niższe niż przed pandemią COVID-19.

– Jeżeli popatrzymy na dane rejestracyjne, to od kilku lat w Europie rejestrowanych jest około 10 mln samochodów, czyli co najmniej 2–3 mln mniej niż  jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. Oznacza to duże wyzwanie dla branży motoryzacyjnej, bo niewyprodukowanie rocznie na przykład 1,5 mln samochodów oznacza, że ileś osób straci pracę – mówi Jakub Faryś.

Według danych ACEA, przytaczanych w raporcie „Branża motoryzacyjna 2025/2026”, w motoryzacyjnych fabrykach w Europie pracuje bezpośrednio 2,5 mln osób, zaś w całym otoczeniu sektora zatrudnionych jest łącznie blisko 14 mln pracowników. Jak podkreśla Komisja Europejska, od wielu lat ma on kluczowe znaczenie dla siły przemysłowej Europy i stanowi siłę napędową innowacji technologicznych. 

Dzisiaj mamy bardzo silną presję na to, żeby samochody nie wjeżdżały do centrów miast, żebyśmy przesiadali się na transport publiczny. Wreszcie fundamentalna zmiana jest taka, że jeszcze 30 czy 40 lat temu posiadanie samochodu było pewnym dowodem sukcesu życiowego. Dziś samochód bardzo często traktowany jest, szczególnie przez młodych ludzi, jako coś, co nie jest niezbędne do życia albo po prostu jako narzędzie. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: Europa się starzeje, coraz mniej samochodów jest potrzebnych. To wszystko jest wyzwaniem dla branży motoryzacyjnej – mówi prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Nie da się zatrzymać pewnych trendów społecznych. Liczba samochodów będzie się zmniejszała, natomiast bardzo ważne jest to, żebyśmy przede wszystkim kupowali samochody coraz przyjaźniejsze środowisku, ale też żebyśmy zapewnili branży motoryzacyjnej ważne miejsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/konkurencja-z-chin-duzym,p1073740380

Większość dzieci bez nadzoru w sieci. Jedna trzecia rodziców monitoruje ich aktywność online

0

Średni wiek dziecka w momencie założenia pierwszego konta w mediach społecznościowych wynosi 11 lat, chociaż zgodnie z obowiązującymi regulaminami platform powinno to być 13 lat – wynika z badań Centralnego Ośrodka Informatyki. Wskazują one także, że w 40 proc. domów nie ma żadnych zasad korzystania z internetu przez dzieci. Tylko jedna trzecia nastolatków przyznaje, że rodzice monitorują ich aktywność w sieci. To pokazuje, że w świecie cyfrowym dzieci często są same, choć – jak podkreślają – liczą na przewodnictwo rodziców.

– Przeprowadziliśmy badania grupy dzieci i młodzieży oraz osób dorosłych, które żyją w jednej rodzinie, dotyczące kompetencji cyfrowych, świadomości higieny cyfrowej oraz tego, jak się poruszać w świecie usług cyfrowych. Najbardziej nas zaskoczyło, że dzieci i młodzież oczekują, że ich rodzice, opiekunowie będą przewodnikami w świecie cyfrowym i będą wprowadzać ich w arkana korzystania z usług cyfrowych. Natomiast rodzice i opiekunowie nie do końca w to wierzą – mówi agencji Newseria Radosław Maćkiewicz, dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki (COI), który odpowiada za rozwój aplikacji mObywatel i mObywatel Junior.

Badanie przeprowadzone przez COI w ramach inicjatywy Cyfrowe Mosty wskazuje, że 84 proc. badanych w wieku 10–16 lat podkreśla, że ma zaufanie do rodziców i opiekunów jako źródeł informacji na temat internetu i aplikacji. To znacznie większy odsetek niż w przypadku influencerów czy sztucznej inteligencji. 71 proc. dzieci postrzega rodziców jako swoich cyfrowych przewodników, którzy uczą ich odpowiedzialnego i bezpiecznego korzystania z nowych technologii. Jednocześnie odsetek rodziców, którzy widzą siebie w tej roli, wynosi 55 proc. Część z pozostałej grupy dorosłych przyznaje, że potrzebowałaby do tego wiedzy, szkoleń i praktycznego doświadczenia. Co piąty z nich chciałby w przyszłości stać się takim wsparciem dla swojego dziecka. Dla porównania liczy na to ponad połowa badanych dzieci.

– Dziś mniej niż połowa rodziców aktywnie weryfikuje aktywność dziecka w sieci, natomiast też nie wiemy, gdyż to jest deklaratywne, w jaki sposób to robią. Prowadzi nas to do konkluzji, że jednak dzieci poruszają się w świecie online’owym bez większego nadzoru osób dorosłych. To jest bardzo istotny element, na który powinniśmy zwrócić uwagę – podkreśla Radosław Maćkiewicz.

Centralny Ośrodek Informatyki wskazuje, że średni wiek dziecka w momencie założenia pierwszego konta w mediach społecznościowych wynosi 11 lat. Przed 13. rokiem życia zakłada je 74 proc. dzieci – wbrew zasadom określonym w regulaminach (nie dotyczy wersji Kids), a przed dziewiątym rokiem życia – 18 proc.

6 proc. dzieci przyznaje, że rodzice w ogóle nie rozmawiają z nimi o świecie online, a w 40 proc. domów nie obowiązują żadne zasady dotyczące korzystania z internetu. Jeżeli jakieś się pojawiają, najczęściej dotyczą czasu spędzanego przed ekranem lub dozwolonych pór łączenia (42 proc.) oraz zakazu korzystania z urządzeń podczas posiłków. W 41 proc. rodzin, które wprowadziły jakąś formę kontroli, jest nią rozmowa z dzieckiem o jego aktywności i doświadczeniach w sieci. Jednocześnie co trzeci rodzic przyznaje, że sam monitoruje aktywność swojego dziecka w internecie, a 28 proc. – że stosuje programy do kontroli rodzicielskiej.

Raport COI wskazuje, że zaangażowanie rodziców w cyfrowy świat ich dzieci przynosi efekty. Młodzi ludzie, którzy mogą liczyć na wsparcie opiekunów, spędzają w sieci mniej czasu. Chętniej też dzielą się informacjami o zagrożeniach, z którymi się zetknęli, czy innych negatywnych doświadczeniach.

– Rodzice i opiekunowie mogą być przewodnikami w świecie cyfrowym dla dzieci i młodzieży. Aby to się stało, powinni podnosić swoje podstawowe kompetencje cyfrowe, aby poczuli się pewniej i mogli zasilić młodych informacjami na temat bezpiecznego i odpowiedzialnego poruszania się w sieci. Dzięki badaniom doszliśmy do wniosków, w jaki sposób przygotować dorosłych do odpowiedzialnego przekazywania wiedzy i bycia przewodnikiem, ale też osobą, która sama da przykład, w jaki sposób korzystać z nowych technologii – mówi dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki.

Takie są też cele programu edukacyjnego Cyfrowe Mosty przygotowanego przez ośrodek. We współpracy z partnerami (Fundacją Dbam o Mój Z@sięg, Ministerstwem Cyfryzacji i Rzecznikiem Praw Dziecka) dostarcza rodzicom, opiekunom i nauczycielom wiedzę i praktyczny know-how, ale też różne narzędzia do wdrożenia w domach i szkołach: materiały edukacyjne, rozmowy z ekspertami czy wskazówki do rozmowy z dziećmi i przygotowywania wspólnie z nimi zasad funkcjonowania online.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wiekszosc-dzieci-bez,p50182957

Zużyte opony w Polsce wciąż częściej są oddawane do spalania niż recyklingu. Dodatkowo z systemu „znika” ponad 2 mln opon rocznie

0

System obiegu opon w gospodarce, zgodnie z przepisami, obejmuje 75 proc. masy opon wprowadzonych na rynek. Pozostała jedna czwarta „gubi się”, ponieważ nikt nie odpowiada za ich zagospodarowanie. To powoduje, że nie są one poddawane ani odzyskowi energetycznemu, ani recyklingowi, a często po prostu trafiają do lasów. Eksperci podkreślają potrzebę zmiany obowiązujących od 2007 roku limitów odzysku i recyklingu, które mogłyby zwiększyć osiągane wyniki w tym zakresie. Większy udział recyklingu oznacza nie tylko korzyści środowiskowe, lecz także możliwość wykorzystania pozostałości jako surowca.

Zużyte opony trafiają do recyklingu surowcowego, ale również do odzysku energetycznego, a część z nich niestety również do środowiska. Zgodnie z przepisami niezmienionymi od 18 lat obowiązkowy poziom recyklingu w Polsce wynosi tylko 15 proc. Łącznie recykling oraz odzysk energetyczny to zgodnie z ustawą 75 proc., natomiast co się dzieje z pozostałymi 25 proc., trudno powiedzieć – mówi agencji Newseria Andrzej Kubik, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Recyklerów Opon.

Jak wynika z raportu PSRO „Historia, która kołem się toczy (2025)”, Polska zajmuje w Unii Europejskiej ostatnie miejsce pod względem poziomu recyklingu i odzysku opon oraz liczby niezagospodarowanych opon. Mamy jedne z najmniej wymagających przepisów wśród państw członkowskich.

– Recykling z tego wszystkiego stanowi od około 15 proc. do 30 proc., w zależności od rodzaju opon. Pewne rodzaje opon w ogóle nie podlegają obowiązkowi recyklingu. To tzw. opony masywne, które nie zostały uwzględnione przez jakiekolwiek ustawodawstwo, w związku z tym ich producenci nie muszą się martwić rozszerzoną odpowiedzialnością producenta. Podobnie zresztą nie muszą się tym martwić prywatni importerzy pojazdów, ponieważ opony, które wjeżdżają z każdym samochodem do Polski, nie są w żaden sposób ewidencjonowane – podkreśla Andrzej Kubik.

Te dwa strumienie opon, które nie są objęte systemem rozszerzonej odpowiedzialności producenta, to w sumie kilka milionów sztuk. Choć nie są one ewidencjonowane, to po zużyciu wymagają jednak zagospodarowania.

– Aby poprawić istniejącą i absolutnie niezadowalającą sytuację, potrzebujemy przede wszystkim zmian legislacyjnych. Jest to konieczne, żeby rozszerzona odpowiedzialność producenta zadziałała w pełnym wymiarze, wówczas będziemy mieli zarówno wyższe poziomy recyklingu, jak i mniej zanieczyszczonych lasów – mówi wiceprezes PSRO.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez stowarzyszenie wśród ok. 100 samorządów i nadleśnictw, w latach 2019–2024 (do marca) na dzikich wysypiskach na terenie 64 podmiotów (które wiedziały o istnieniu wysypisk) porzucono ponad tysiąc ton opon. Daje to średniorocznie ok. 250 t (ok. 25 tys. sztuk) w środowisku. Natomiast w latach 2024–2025 nielegalnie składowano 840,63 t (84 630 szt.) zużytych opon – to dane zebrane z 69 jednostek, które posiadały o nich informacje.

– Do środowiska opony trafiają w wyniku pewnych zaniedbań legislacyjnych, które doprowadziły do tego, że gospodarka komunalna nie jest zainteresowana odbiorem tych opon, ponieważ nie przewidują tego budżety zakładów. W zależności od orzeczeń sądu opona raz jest odpadem komunalnym, a raz nim nie jest. W związku z tym zbiórka opon nie stanowi dla zakładów komunalnych realizacji ich obowiązku recyklingu – podkreśla Andrzej Kubik.

Jak zaznacza, branża od 2021 roku zabiega o zmianę obowiązującego prawa. W 2025 roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska przeprowadziło prekonsultacje nowych przepisów. Jak poinformowało w październiku, w przypadku wszystkich opon pneumatycznych widzi zasadność podniesienia poziomów do 95 proc. dla odzysku i 50 proc. dla recyklingu. Zapowiedziano także rozszerzenie obowiązku na opony pełne, gdyż możliwości ich stosowania i udział w rynku wzrastają, co przekłada się na wzrost powstałych z nich odpadów. Rozważane przez MKiŚ limity odzysku i recyklingu to odpowiednio 80 proc. i 40 proc. W ślad za zmianami minimalnych poziomów resort zapowiada także dostosowanie stawek opłaty produktowej za nieosiągnięcie tych poziomów.  

Oczywiście my jako recyklerzy jesteśmy w stanie przetworzyć 100 proc. opon wprowadzanych na krajowy rynek, natomiast te 90 proc. już nas w zupełności satysfakcjonuje, zwłaszcza że podzielimy się tutaj mniej więcej pół na pół z cementowniami, które będą dokonywać odzysku energetycznego – mówi ekspert.

Jak wynika z raportu PSRO, około 8,5 mln (ponad 85 tys. t) opon w Polsce każdego roku jest spalanych w piecach cementowych. Jeśli zostałyby przekazane do recyklingu mechanicznego, można by było zaoszczędzić dodatkowo ok. 60 tys. t ekwiwalentu CO2. Analiza śladu środowiskowego w całym cyklu życia, na którą powołano się w raporcie, wykazała, że ślad węglowy recyklingu mechanicznego opon jest od czterech do pięciu razy niższy w porównaniu do spalania. Mechanizmy rynkowe powodują jednak, że bardziej opłaca się przekazać opony do odzysku energetycznego.

– Recykling surowcowy, czyli odzysk surowców wtórnych ze zużytych opon, to proces mimo wszystko bardzo pracochłonny i energochłonny. Producenci są zobligowani w ramach rozszerzonej odpowiedzialności producenta do dokonywania dopłat do tego typu procesu. Wolą więc oddać opony np. cementowni, gdzie dostają za nie pieniądze, tak jak za paliwo alternatywne. Opony mają bardzo wysoką wartość energetyczną, ponad 30 gigadżuli na tonę, w związku z czym bardziej opłaca się od strony ekonomicznej skierować je do spalania niż do recyklingu – wyjaśnia Andrzej Kubik.

Roczne możliwości recyklingu opon w firmach zrzeszonych w PSRO szacuje się na ponad 400 tys. t. Oznacza to, że można w nich zagospodarować blisko 100 proc. opon wprowadzanych rocznie na polski rynek. Zgodnie z danymi pozyskanymi dla PSRO z resortu klimatu w 2024 roku było ich 405 tys. t. W zestawieniach nie ujęto jednak opon sprowadzonych z zagranicy wraz z autami używanymi osób fizycznych.

– Łącznie zakładów zajmujących się mechanicznym recyklingiem opon mamy ponad 10 w całym kraju. Ich potencjał jest w tej chwili wykorzystywany w zaledwie połowie. I nie są to tylko opony pozyskiwane z krajowego rynku. Są to również opony, które jako recyklerzy importujemy z krajów ościennych, czyli z krajów bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii, również z krajów Europy Zachodniej, czyli Niemiec, Belgii, Holandii, a nawet Francji – podkreśla wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Recyklerów Opon.

Zużyte opony mogą być źródłem wielu cennych surowców wtórnych. W efekcie recyklingu mechanicznego powstają trzy frakcje materiałowe: granulat gumowy (około 70 proc.), drut stalowy (około 15 proc.) oraz kord tekstylny (około 15 proc.).

– Frakcja stalowa trafia po prostu do hut jako złom stalowy, natomiast granulat gumowy, czyli największa frakcja, ma szereg rozmaitych aplikacji, między innymi asfalty modyfikowane gumą, cała infrastruktura drogowa, nawierzchnie sportowe, produkty, galanteria. Tych aplikacji jest sporo – tłumaczy Andrzej Kubik.

W hodowli zwierząt maty wykonane z granulatu gumowego zapewniają odpowiednią amortyzację i izolację termiczną. Znajduje on zastosowanie także w produkcji wykładzin przemysłowych, podkładek antywibracyjnych oraz różnych wyrobów technicznych. Kord tekstylny może zostać wykorzystany jako paliwo alternatywne w procesach przemysłowych, co pozwala na bardziej zrównoważony odzysk energii.

PSRO informuje, że w Polsce powstały już pierwsze nawierzchnie wybudowane z wykorzystaniem recyklatów z opon. Takie rozwiązanie z jednej strony poprawia wytrzymałość i trwałość dróg, a z drugiej zwiększa przyczepność, obniża poziom hałasu i skraca drogę hamowania pojazdów.

Konsekwencje pozostawienia sytuacji na obecnym poziomie, czyli niezmiennym od 18 lat, mogą być dramatyczne zarówno dla gospodarki, jak i dla środowiska. Opony są cennym źródłem surowców wtórnych, których wartość można liczyć w miliardach złotych, i jeżeli będą one nam uciekać, czy to z dymem, czy też zanieczyszczając środowisko, doprowadzimy do wyraźnych strat w ekonomii państwa – tłumaczy wiceprezes PSRO.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zuzyte-opony-w-polsce,p717589254

Giełdowy rynek Catalyst nabiera rozpędu. Emitenci i inwestorzy indywidualni coraz śmielej sięgają po obligacje

0

Rynek Catalyst, na którym notowane są obligacje korporacyjne, komunalne i skarbowe, wchodzi w kolejny etap przyspieszenia. Z danych Giełdy Papierów Wartościowych wynika, że pod koniec 2025 roku było na nim notowanych blisko 800 serii instrumentów dłużnych o łącznej wartości ponad 1,5 bln zł, licząc razem z listami zastawnymi.

– Widzimy, że w ostatnich latach rynek Catalyst nabiera rozpędu, jeśli chodzi o liczbę debiutantów oraz wprowadzanych serii obligacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Mikołajczyk, dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego na Giełdzie Papierów Wartościowych. – W ostatnich dwóch–trzech latach faktycznie obserwowany jest istotny boom na tym rynku, co wynika z dużych napływów do funduszy dłużnych i potrzeb finansowych przedsiębiorców.

Catalyst wystartował w 2009 roku jako pierwszy w Polsce zorganizowany rynek instrumentów dłużnych. Umożliwia obrót obligacjami korporacyjnymi, komunalnymi oraz skarbowymi na rynku wtórnym, w ramach kilku segmentów prowadzonych przez GPW i BondSpot. Na Catalyst w 2024 roku wartość nowych emisji obligacji korporacyjnych wprowadzonych do obrotu przekroczyła 15 mld zł, co oznacza wzrost o ok. 77 proc. w ciągu dwóch lat. Obecnie pod względem liczby serii dominują spółki deweloperskie i z sektora wierzytelności, jednak jeśli spojrzeć na wartość emisji, rośnie rola największych spółek notowanych w kluczowych indeksach GPW.

 Obserwujemy coraz większe zainteresowanie emisją obligacji wśród spółek z kluczowych indeksów giełdowych – relacjonuje Izabela Mikołajczyk. – Liczymy, że kolejny rok również będzie dobry dla tego rynku. Cały czas mamy rekordowe napływy do funduszy dłużnych, co powinno wspierać stronę popytową. Widzimy duży potencjał rozwoju tego rynku: obligacje korporacyjne stanowią ciągle niewielki udział w finansowaniu dłużnym przedsiębiorstw – w stosunku do PKB w 2023 roku było to zaledwie 2 proc. wobec średniej dla UE wynoszącej 35 proc., a obligacje stanowią atrakcyjną alternatywę dla finansowania bankowego i dają szansę na dywersyfikację źródeł finansowania.

Napływy do funduszy dłużnych rzeczywiście są imponujące. Po bardzo dobrym 2023 roku, kiedy do funduszy inwestycyjnych popłynęło łącznie ok. 23 mld zł, z czego istotna część trafiła do strategii obligacyjnych, rok 2024 przyniósł kolejny rekord – saldo sprzedaży jednostek TFI przekroczyło 42 mld zł, a największym beneficjentem były fundusze obligacji krótkoterminowych.

Kolejnym czynnikiem wspierającym rynek Catalyst jest otoczenie stóp procentowych. Wraz ze spadkiem kosztu pieniądza finansowanie obligacyjne stało się dla wielu firm atrakcyjną alternatywą dla kredytu bankowego. Tylko w tym roku Rada Polityki Pieniężnej obniżała stopniowo stopy procentowe o łącznie 175 punktów bazowych. W przypadku stopy referencyjnej oznacza to spadek z 5,75 proc. do 4,00 proc.

– Wobec spadku stóp procentowych rynek obligacyjny staje się rynkiem korzystnym z perspektywy emitentów pod kątem emisji obligacji w stosunku do finansowania kredytowego, bankowego. Mamy to odzwierciedlone w ostatnich emisjach reprezentowanych przez spółki bluechipowe, które uplasowały miliardowe emisje przy atrakcyjnych poziomach marż – zaznacza dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego GPW.

Jak dodaje, trend ten może się utrzymać, a sam Catalyst powinien stopniowo zyskiwać na zróżnicowaniu sektorowym. Dla emitentów obligacje są sposobem na zmniejszenie zależności od banków oraz lepsze dopasowanie źródeł finansowania do potrzeb biznesu.

 Finansowanie obligacyjne jest elastycznym narzędziem, zapewniającym odpowiednią dywersyfikację i dopasowanie warunków finansowania do potrzeb emitentów – ocenia Izabela Mikołajczyk. – W ostatnim czasie obserwowaliśmy emisje obligacji dużych emitentów, o wysokim standingu finansowym, które  były plasowane przy atrakcyjnych poziomach marż.

Giełda Papierów Wartościowych aktywnie wspiera rozwój rynku długu. Dla spółek zainteresowanych emisją obligacji przygotowała m.in. moduł poświęcony Catalyst w ramach programu edukacyjnego IPO Academy, który pokazuje krok po kroku, jak pozyskać finansowanie na rynku kapitałowym. GPW rozszerzyła po raz pierwszy w historii program wsparcia pokrycia analitycznego (PWPA) o obszar finansowania obligacyjnego. W ramach PWPA wybrane firmy inwestycyjne przygotowują biuletyny kwartalne na temat rynku Catalyst finansowane przez GPW, a ich celem jest zwiększenie dostępności analiz dla średnich i mniej płynnych spółek oraz zwiększenie świadomości inwestorów na temat rynku notowanych obligacji.

Dodatkowym wsparciem dla rozwoju rynku długu w Polsce mogą być zmiany regulacyjne wprowadzane przez tzw. Listing Act – unijny pakiet reform służących zwiększeniu atrakcyjności europejskich rynków kapitałowych i uproszczeniu procedur emisyjnych. Rozporządzenie weszło w życie 4 grudnia 2024 roku. Reforma upraszcza m.in. zasady dotyczące prospektów emisyjnych, wprowadza nowe wyłączenia z obowiązku prospektowego dla mniejszych ofert oraz ma obniżyć koszty wejścia na rynek publiczny dla emitentów, w tym z segmentu MŚP.

Obecny boom na Catalyst nie byłby możliwy bez rosnącej aktywności inwestorów indywidualnych. Po okresie bardzo niskich stóp procentowych, a następnie zawirowań inflacyjnych obligacje – zwłaszcza krótkoterminowe – stały się realną alternatywą dla lokat bankowych.

 Inwestorzy indywidualni interesują się rynkiem obligacyjnym. Widzimy to w statystykach tego rynku, gdzie cały czas mamy rekordowe poziomy emisji obligacji skierowanych do inwestorów detalicznych. Potwierdzają to poziomy redukcji zapisów, definiowane przez poziom nadsubskrypcji – tłumaczy dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego na GPW. – W ostatnich latach poziom popytu był średnio dwa razy wyższy niż podaż oferowanych akcji. Widzimy to też w rosnących średnich wielkościach zapisu na daną obligację i przede wszystkim w napływie do samych funduszy dłużnych, które są rekordowe – w ostatnim roku wzrosły one o ponad 130 proc. w stosunku do poprzedniego roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gieldowy-rynek-catalyst,p523883912

Komisja Europejska walczy z kryzysem dostępności mieszkań. Zapowiada wsparcie dla miliardowych inwestycji w mieszkalnictwo

0

W ostatnich 12 latach ceny mieszkań w Unii Europejskiej wzrosły średnio o nieco ponad 60 proc., a czynsze – o prawie 30 proc. Dostęp do przystępnych cenowo mieszkań dla Europejczyków staje się coraz trudniejszy, a Dan Jørgensen, europejski komisarz ds. energii i mieszkalnictwa, mówi już otwarcie o kryzysie i stanie wyjątkowym. To dlatego Komisja Europejska przygotowała plan działań, po raz pierwszy obejmujący ten rynek na poziomie wspólnotowym.

Wielu mieszkańców Europy, widząc, jak bardzo brakuje mieszkań, chciałoby, aby to było trochę centralistycznie sterowane, przez Komisję Europejską czy Parlament Europejski. Z drugiej strony my jesteśmy w obszarze wolnego rynku, gdzie popyt i podaż kształtują ceny. Rzeczywiście mieszkania są dziś często niedostępne dla młodego pokolenia, dla ludzi uboższych – mówi agencji Newseria Elżbieta Łukacijewska, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, z frakcji Europejska Partia Ludowa.

Plan przygotowany przez Komisję Europejską to odpowiedź na rosnące koszty zakupu, ale też wynajmu nieruchomości w całej Europie, szczególnie w dużych miastach. Dodatkowym problemem jest poważny niedobór nieruchomości.

Ceny mieszkań są nieprzyzwoicie wysokie. Każde dofinansowanie dla tych, którzy mieszkania budują, wcale nie czyni tych mieszkań tańszymi. Popyt przewyższa podaż na rynku i dlatego deweloperzy często kształtują ceny z kosmosu. Gdy popatrzymy na młode rodziny i młodych ludzi, mieszkanie dla nich jest absolutnie niedostępne, więc powinna się zmienić polityka, ale w stosunku do tych, którzy budują, a nie w stosunku do tych, którzy kupują. Także gdy popatrzymy na osiedla, chociażby w Polsce, brakuje tam często przestrzeni zielonej, dróg i całej infrastruktury, które czynią to osiedle dostępne i nowoczesne, ale też przyjazne rodzinie – uważa Elżbieta Łukacijewska.

Jak wynika z raportu „To my. Polacy o nieruchomościach. IV kwartał 2025” serwisu Nieruchomosci-online.pl, ośmiu na 10 badanych jest zdania, że obecne ceny nieruchomości są wysokie lub bardzo wysokie. 71 proc. uważa, że obecnie niewiele osób z ich otoczenia może pozwolić sobie na zakup mieszkania lub domu.

– Jest jakaś cena, którą ludzie powinni płacić za metr kwadratowy, bo te ceny urastają do tragicznych wysokości i chyba nikt nie umie powiedzieć dlaczego. Może mniej zarobku dla tych, którzy budują, więcej szans dla tych, którzy chcieliby kupić, ale mam świadomość, że nie jest to łatwy temat, bo nie mamy gospodarki nakazowo-rozdzielczej, nie mamy gospodarki socjalnej. To rynek kształtuje ceny, ale pewne propozycje legislacyjne na pewno mogłyby spowodować, że ten obszar będzie przyjaźniejszy konsumentowi i trochę tańszy – przyznaje europosłanka KO.

Przedstawiony 16 grudnia „Europejski plan na rzecz przystępnych cenowo mieszkań” zakłada przede wszystkim zwiększanie podaży przystępnych cenowo mieszkań, które jednocześnie będą zrównoważone i wysokiej jakości. Zaproponowano w nim środki na rzecz wydajniejszego i bardziej innowacyjnego sektora budownictwa i renowacji, które rozwiążą problem niedopasowania podaży mieszkań do popytu w ramach europejskiej strategii na rzecz budownictwa mieszkaniowego. Plan zakłada zwiększenie podaży mieszkań dzięki nowym budynkom i renowacjom, a co się z tym wiąże – także zmniejszenie obciążeń administracyjnych, wspieranie innowacji w sektorze budowlanym, działania na rzecz poprawy efektywności energetycznej budynków, a tym samym niższych rachunków, mobilizację inwestycji publicznych i prywatnych.

Przedstawione szacunki mówią o konieczności budowania ponad 2 mln mieszkań rocznie, aby zaspokoić obecny popyt. To o ok. 650 tys. więcej, niż jest budowanych obecnie. Komisja Europejska ocenia, że realizacja tych dodatkowych inwestycji będzie wymagać 153 mld euro rocznie.

Ta dyskusja i głosowanie kwestii mieszkaniowej w Parlamencie Europejskim rodzi od razu oczekiwania, zwłaszcza samorządów, że będzie specjalna linia finansowa, która będzie wspierała samorządy i miasta finansowo w budowie tańszych mieszkań. Nie jest to łatwe, natomiast ja się bardzo cieszę, że Komisja Europejska dostrzega problem mieszkaniowy w Europie i że zakłada różne cele, ile więcej powinno się budować mieszkań, jakie są potrzebne uproszczenia w zamówieniach publicznych i wsparcie dla państw członkowskich – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Komisja Europejska zmobilizowała ponad 43 mld euro na budownictwo mieszkaniowe w perspektywie finansowej 2021–2027. W latach 2026 i 2027 planuje dodatkowo przeznaczyć na ten cel 10 mld euro. KE zapowiedziała, że opracowuje nową ogólnoeuropejską platformę inwestycyjną we współpracy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, krajowymi i regionalnymi bankami prorozwojowymi oraz innymi międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Do 2029 roku 375 mld euro ma zostać zmobilizowane przez partnerskie instytucje finansowe.

 W sytuacji, którą mamy, trudno oczekiwać, że powstanie dodatkowy fundusz, ale dyskusja w Parlamencie Europejskim daje nadzieję, że zwłaszcza tam, gdzie powstaje budownictwo socjalne, powinny iść za tym specjalne fundusze. Cały czas pracujemy nad nową perspektywą finansową i zobaczymy, co ostatecznie tam się znajdzie, ale problem jest duży i to w każdym kraju członkowskim – mówi posłanka do PE.

Jak podaje Komisja Europejska, tylko około 6–7 proc. wszystkich mieszkań w UE to lokale socjalne. Zaproponowany plan zakłada zmianę unijnych zasad pomocy państwa, które mają ułatwić finansowe wspieranie zasobów przystępnych cenowo mieszkań, w tym socjalnych.

Samorząd może cały czas budować mieszkania socjalne, ważne, żeby miał dostęp do dobrych linii kredytowych i tanich obszarów. Być może to, co jest w zasobach spółek Skarbu Państwa i w różnych instytucjach, mogłoby być przekazane dla gminy z przeznaczeniem na cele mieszkaniowe, aby nie musiała kupować ziemi. Pewnie specjaliści musieliby się wypowiedzieć na ten temat, ja nie jestem specjalistką, więc tutaj nie chcę wymyślać, ale na pewno jest wiele rozwiązań, które w różnych krajach funkcjonują i fajnie im się przyjrzeć – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Plan koncentruje się także na rozwiązaniu problemu najmu krótkoterminowego na obszarach znajdujących się w trudnej sytuacji mieszkaniowej. Z danych KE wynika, że w latach 2019–2024 nastąpił prawie 70-proc. wzrost czynszów krótkoterminowych.  

– To dobry pomysł, aby ograniczyć możliwość wynajmowania w dużych skupiskach mieszkaniowych mieszkań, które są wynajmowane na jedną, dwie, trzy doby. Tutaj dotykamy nie tylko kwestii dostępu do mieszkań, ale też spokoju, odpoczynku tych, którzy dookoła takich lokali mieszkają z rodzinami. Ten problem jest dostrzegalny w Europie – mówi europosłanka z Koalicji Obywatelskiej.

Jak wynika z opracowania Parlamentu Europejskiego, w 2025 roku na platformach cyfrowych w całej UE znajdowało się około 4 mln ofert wynajmu krótkoterminowego. Dane Eurostatu pokazują, że liczba rezerwacji za ich pośrednictwem w 2024 roku osiągnęła rekordowy poziom 854 mln noclegów. To o 18,8 proc. więcej niż w 2023 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/komisja-europejska-walczy,p628694777

UE przyspiesza rozwój sztucznej inteligencji i infrastruktury cyfrowej. Na terenie Unii powstanie 19 fabryk AI, w tym dwie w Polsce

0

Unia Europejska intensyfikuje działania na rzecz wzmocnienia swojej pozycji technologicznej. W projekcie nowych wieloletnich ram finansowych Komisja Europejska zapowiedziała ponad 400 mld euro z Europejskiego Funduszu Konkurencyjności na inwestycje w obszarze m.in. transformacji cyfrowej i przestrzeni kosmicznej. W ramach programu Horyzont Europa 175 mld euro ma trafić na prace nad innowacjami światowej klasy. Kolejne zapowiedzi dotyczą strategii związanych z produkcją półprzewodników w Europie, rozwojem centrów danych i AI. Celem tych inicjatyw jest zwiększenie suwerenności technologicznej i poprawa zdolności konkurowania ze światowymi liderami.

– Unia Europejska musi budować swoje kompetencje cyfrowe, technologiczne, bo to jedyny sposób na zachowanie suwerenności technologicznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Gawkowski, wicepremier i wiceminister cyfryzacji. – Europa stawia na innowacyjność, skok technologiczny i suwerenność technologiczną. Stąd różne programy, które mają wzmocnić nasze kompetencje i dać państwom UE szanse na to, żeby mogły konkurować ze światowymi gigantami.

Ważnym elementem zmiany strategii Unii są projekty nakierowane na suwerenność cyfrową. Jednym z przykładów jest Europejski akt w sprawie czipów, który ma na celu zwiększenie produkcji półprzewodników w Europie, wzmocnienie łańcuchów dostaw i uniezależnienie UE od zewnętrznych dostawców. Komisja Europejska dąży do tego, by w 2030 roku udział Unii w globalnej produkcji czipów wynosił 20 proc.

W ubiegłym roku Komisja rozpoczęła także proces wspierania budowy europejskich fabryk AI – infrastruktury mającej umożliwić trening dużych modeli i zaawansowanych systemów uczenia maszynowego na europejskim sprzęcie. Łącznie jest to 19 fabryk AI w 16 państwach członkowskich, w tym dwie w Polsce. Wzmocnieniu roli UE w rozwoju sztucznej inteligencji ma służyć instrument InvestAI, który zakłada fundusz w wysokości 20 mld euro na utworzenie do pięciu gigafabryk AI.

– Coraz lepiej oceniam działania Unii Europejskiej w kontekście wsparcia innowacyjności. Przestajemy wpatrywać się wyłącznie w regulacje. Wymusza to na nas obecna relacja między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi i administracją Donalda Trumpa – mówi dr Maciej Kawecki, prezes Instytutu Lema, dyrektor Centrum Innowacji Uniwersytetu WSB Merito w Warszawie. – Z drugiej strony zaledwie 11 firm europejskich z obszaru sztucznej inteligencji jest wartych ponad miliard dolarów – rodzi się więc pytanie, gdzie my w tym wyścigu jesteśmy i jaka ma być nasza rola. 

Na razie Europa pozostaje w tyle, jeśli chodzi o liczbę tzw. jednorożców AI – wśród 10 czołowych firm na świecie oraz w gronie najbardziej wartościowych jednorożców brakuje europejskich podmiotów.

– Odpowiedź na pytanie, czy Europa ma szansę być liderem w obszarze dużej sztucznej inteligencji, brzmi: oczywiście nie ma – ocenia dr Maciej Kawecki. – Rewolucja, w której jesteśmy, to jest jednak coś więcej niż tylko modele językowe. To jest również sztuczna inteligencja na poziomie aplikacyjnym, integracja komputerów kwantowych, algorytmów kwantowych z mechanizmami sztucznej inteligencji, obszar bezzałogowych statków powietrznych i wykorzystywania sztucznej inteligencji w obszarach predykcyjnych. To cała masa obszarów, w których, moim zdaniem, Europa ma szansę być liderem.

– Uważam, że Europa potrzebuje projektów, które będą łączyły kraje w poszczególnych regionach w silne organizmy. Gigafabryka jako jeden z projektów dzisiaj funkcjonujących na Starym Kontynencie jest przykładem, jak należy budować silną regionalną kooperację opartą na technologiach cyfrowych. Mam nadzieję, że takich projektów będzie więcej, szczególnie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, która jako region ma bardzo silne poczucie wspólnej historii, wspólnych potrzeb i dzisiejszej pozycji w zakresie rozwoju technologii. Stąd też ważne jest, żebyśmy właśnie w tym regionie tworzyli jeden silny głos i budowali silny cyfrowy hub dla Europy – ocenia Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Eksperci zwracają uwagę na potrzebę zwiększenia środków na badania naukowe i rozwój. W ramach UE służy do tego Horyzont Europa, który stał się największym programem badawczym w historii. W grudniu Komisja Europejska przyjęła plan prac w ramach programu na najbliższe dwa lata. Zgodnie z nim w latach 2026–2027 14 mld euro trafi na badania naukowe i innowacje we wszystkich celach strategicznych Unii. Z kolei w projekcie nowego budżetu UE na lata 2028–2034 na program przeznaczono 175 mld euro. Finansowanie innowacji światowej klasy ma być ściśle powiązane także z Europejskim Funduszem Konkurencyjności, na który KE przewidziała 409 mld euro. Wśród priorytetowych obszarów w ramach tego funduszu znalazły się m.in. obronność, przemysł kosmiczny i transformacja cyfrowa. Zgodnie z zapowiedziami program Horyzont Europa i Europejski Fundusz Konkurencyjności będą oferować wsparcie dla całego procesu inwestycyjnego projektu (od etapu koncepcji do zwiększenia skali) oraz ograniczą zarówno koszty ponoszone przez potencjalnych beneficjentów, jak i czas wypłaty środków. 

Zdaniem dr. Macieja Kaweckiego w zwiększeniu wydatków na badania i rozwój pomocne mogą być również duże inwestycje prywatnych podmiotów w centra danych w Europie.

 Rozwój sztucznej inteligencji to jest również obszar nauki i researchu. Jedną z dróg jest doprowadzenie do sytuacji, w której duże koncerny technologiczne będą otwarte na to, żeby wydawać miliardy dolarów na terytorium Unii Europejskiej. Sposobem na ich przyciągnięcie jest otwieranie ogromnych, budowanych za miliardy dolarów centrów danych – chłodzonych wodą z Bałtyku czy wykorzystujących odnawialne źródła energii, ponieważ tego dzisiaj brakuje nawet w Stanach Zjednoczonych – tłumaczy dr Maciej Kawecki. – Jeżeli doprowadzilibyśmy do sytuacji, w której takie centra danych powstają w Unii Europejskiej, miliardy dolarów trafiałyby do nas, a potem my te środki retransferowalibyśmy na naukę i innowacje. Wtedy mielibyśmy szanse doprowadzić do momentu, w którym nie tylko liczymy się w świecie technologii. To jest do zrobienia w ciągu trzech–czterech lat.

Poza inicjatywami inwestycyjnymi Komisja Europejska zapowiedziała także uproszczenie przepisów dla przedsiębiorstw technologicznych, dotyczących m.in. sztucznej inteligencji i cyberbezpieczeństwa. Obejmie to również konsolidację unijnych przepisów dotyczących danych (za pomocą Data Act, czyli Aktu w sprawie danych) i pobudzanie rozwoju europejskich przedsiębiorstw zajmujących się sztuczną inteligencją poprzez odblokowanie dostępu do wysokiej jakości zbiorów danych na potrzeby AI. To właśnie deregulacja ma się stać elementem przyspieszenia, na które od lat czeka sektor nowych technologii. Firmy często wskazywały, że tempo rozwoju technologii jest większe niż tempo tworzenia przepisów. Komisja Europejska w odpowiedzi rozpoczęła przegląd regulacji, które utrudniają inwestycje w technologie o szybkim cyklu życia.

– Mamy dzisiaj pozytywny sygnał z Komisji Europejskiej świadczący o zrozumieniu, że aby zbudować konkurencyjność europejskiej gospodarki, musimy uprościć prawo, zlikwidować nadmierne bariery w innowacyjności. Innowacyjność potrzebuje przestrzeni regulacyjnej do rozwoju, żeby tworzyć nowe produkty, usługi cyfrowe. Zobaczymy, jak się ten proces zakończy – mówi Michał Kanownik.

Branża oczekuje, że połączenie deregulacji i finansowania przełoży się na większą konkurencyjność europejskich firm na globalnym rynku.

Wicepremier podkreśla, że tocząca się rewolucja cyfrowa jest jednym z elementów budowania bezpieczeństwa państwa.

– Im więcej inwestujemy na tym rynku, im więcej staramy się wydobyć nowych talentów, im więcej pomagamy firmom, im więcej współpracy administracji, instytucji publicznych z biznesem, tym lepiej dla państw i ich rozbudowy. To tym większa szansa, że nikt nas nie zaatakuje, a w przypadku gdyby ten atak nastąpił, będziemy się umieli skutecznie obronić – podkreśla Krzysztof Gawkowski. – W czasach przedwojennych, w których żyjemy, w których trzeba się zbroić, zarówno w konwencjonalnym wydaniu, jak i w cyberprzestrzeni, odpowiedzialność za naukę, nowe technologie, badania podstawowe musi być w centrum uwagi rządu. Tak ten obszar traktuje Polska. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ue-przyspiesza-rozwoj,p2007883327

Hyundai notuje czterokrotny wzrost sprzedaży elektryków. Najmocniej rośnie popyt na auta miejskie

0

W ciągu 11 miesięcy 2025 roku Hyundai sprzedał 2035 samochodów elektrycznych. To czterokrotnie więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Dynamiczne wzrosty tego segmentu – które w tym roku charakteryzują cały rynek motoryzacyjny – to przede wszystkim zasługa programu dopłat do zakupu e-auta. Konstrukcja tego programu sprawia, że dużym zainteresowaniem cieszą się mniejsze miejskie elektryki – w przypadku Hyundaia liderem był model INSTER.

W 2025 roku wzrost sprzedaży na całym rynku wyniósł 140 proc. Hyundai natomiast pomnożył przez cztery swoją sprzedaż e-samochodów. W zeszłym roku po 11 miesiącach wynosiła ona niecałe 500 sztuk, a teraz ponad 2 tys. – mówi agencji Newseria Stanisław Dojs, PR manager, Hyundai Motor Poland. – Widać też, że klienci najbardziej chcą samochodów elektrycznych w niedużym formacie i tańszych. W ich przypadku dopłata stanowi dużą część wartości całego auta. 

Najpopularniejsze są mniejsze samochody.

– Naszym liderem był Hyundai INSTER – małe miejskie auto, które bardzo korzystało z rządowych dopłat. Drugie miejsce zajęła KONA, czyli samochód, który może służyć jako auto rodzinne i nadaje się w trasy – wymienia Łukasz Borak, dyrektor ds. marketingu w Hyundai Motor Poland.

Model INSTER po 11 miesiącach odpowiadał za 747 rejestracji, czyli niemal 40 proc. sprzedaży bezemisyjnych aut Hyundaia w Polsce w tym okresie. Elektryczna KONA zanotowała 669 rejestracji, a jej sprzedaż wzrosła niemal trzykrotnie. Podium zamyka IONIQ 5 z wynikiem 452 rejestracji. Czwartą pozycję zdobył IONIQ 6 (148 sztuk), a za nim IONIQ 9 (19 aut). Jak podkreślają przedstawiciele koncernu, sprzedaż tego ostatniego auta dopiero się rozkręca, statystyki objęły pierwsze egzemplarze, jakie dotarły do Polski.

Statystyki producenta wskazują, że BEV odpowiadają dziś za 8 proc. sprzedanych w tym roku samochodów. Oznacza to wzrost o 6,5 pkt proc., kosztem udziału przede wszystkim tradycyjnych silników spalinowych oraz tzw. miękkich hybryd. Prezes Hyundai Motor Europe zapowiedział niedawno, że do 2027 roku w europejskiej ofercie Hyundaia każdy model będzie miał wersję zelektryfikowaną, a do 2030 roku Hyundai na całym świecie będzie miał aż 21 elektrycznych modeli. 

Właśnie dokonaliśmy głębokiego faceliftingu technicznego i wizualnego modeli IONIQ 5 i IONIQ 6. Największą różnicą – poza wizualną – jest to, że będą one miały dużo większe akumulatory trakcyjne – 84 kWh, co wpływa na zasięg – podkreśla PR manager koncernu. – Drugą nowością, która już stoi w blokach startowych, jest zapowiedziany model Concept THREE. Ten samochód ma być kompaktowy, nieduży, o długości mniej więcej 4,2 m, z niską linią nadwozia. Będzie to też propozycja do miasta.

Concept THREE miał światową premierę na targach IAA Mobility, które odbyły się we wrześniu br. w Monachium. To pierwszy kompaktowy koncept auta elektrycznego w rodzinie IONIQ i jednocześnie zapowiedź rozszerzenia oferty o nową kategorię pojazdów, która uzupełni dotychczasową gamę średnich i dużych elektryków w ofercie Hyundaia.

– Będą także zelektryfikowane duże samochody typu van. Nasza niedawna nowość – IONIQ 9 – też się będzie rozpędzać. Pod koniec roku zobaczymy kolejne samochody, auta hybrydowe, auta w innych formatach, głównie SUV-y – zapowiada Stanisław Dojs. – Hyundai będzie rozszerzał zarówno flotę aut elektrycznych, jak i samochodów nieelektrycznych, hybrydowych.

SUV segmentu C – Hyundai TUCSON – to lider sprzedaży koncernu. Od stycznia do listopada sprzedaż wyniosła ponad 10,6 tys. egzemplarzy. Na podium znalazły się również i30 oraz i20 z wynikami odpowiednio 3,97 tys. i 3,77 tys. Łączna sprzedaż Hyundaia w tym okresie sięgnęła prawie 26 tys. aut.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/hyundai-notuje,p1402295053

Innowacje przyspieszą transformację energetyczną i walkę ze zmianą klimatu. Ich twórcy mogą liczyć na wsparcie

0

Transformacja energetyczna w Polsce to zaplanowany na wiele lat proces, który będzie wymagać nie tylko dużych nakładów, ale i innowacji. Jednym z jej kluczowych elementów jest przeciwdziałanie zmianom klimatu. To na ten aspekt nakierowane są działania start-upów z sektora climate tech. Tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR koncentrowała się na wsparciu właśnie dla innowatorów z tej branży.

Transformacja energetyczna będzie wymagała od nas nie tylko dużych nakładów, ale też szukania wśród lokalnych dostawców rozwiązań. Możemy wykorzystać wiedzę i potencjał polskich inżynierów, naukowców, innowatorów, ludzi, którzy odważnie podejmują wiele różnych prób i działań w celu zmiany bieżącej sytuacji, by udoskonalać procesy i urządzenia. To ważne, żeby otwierać drzwi i stwarzać szanse dla polskich firm i start-upów w procesie transformacji energetycznej – mówi agencji Newseria Michał Jaros, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. – Między innymi Szkoła Pionierów PFR może takim osobom dać szansę na dołączenie do wielkiego procesu transformacji energetycznej w Polsce. 

Jak wynika z szacunków Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), łączny koszt transformacji energetycznej do 2040 roku może się wahać między 1,5 a 1,7 bln zł. Tylko rozwój OZE i magazynów będzie kosztować nas około 600 mld zł, a transformacja sektora ciepłowniczego – ok. 450 mld zł. Ten proces stawia przed Polską nie tylko wyzwania finansowe, lecz również technologiczne.

W przypadku transformacji energetycznej start-upy i technologie związane z climate tech są absolutnie kluczowe dla przyszłości – po pierwsze, żeby zabezpieczyć przyszłość cywilizacji i naszego bezpiecznego życia, po drugie, żeby stymulować gospodarkę. Te rozwiązania wpływają również na rozwój innych technologii i pośrednio stymulują rozwój gospodarki. Skupienie się na tym, co jest związane ze środowiskiem, jak je zabezpieczać i jak lepiej żyć, ale też jak przez to rozwijać gospodarkę, jest naszym priorytetem – mówi Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Allegro, które od początku jest partnerem Szkoły Pionierów PFR.

Climate tech to sektor start-upów, które koncentrują się na problemach klimatycznych, zwłaszcza tych dotyczących ograniczania wysokiej emisji gazów cieplarnianych. Szczególną rolę odgrywa tu sztuczna inteligencja, która może wspierać zrównoważony rozwój i przyspieszać wdrażanie rozwiązań mających realny wpływ na środowisko. Z danych Dealroom wynika, że łączna wartość przedsiębiorstw działających na światowym rynku climate tech w 2024 roku wyniosła 3,4 bln dol., podczas gdy w 2022 roku było to 2 bln dol.

To właśnie na tym obszarze koncentrowała się tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR. Tematyka programu wpisywała się w realizację wybranych Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, m.in.: 2. (Zero głodu), 6. (Czysta woda i warunki sanitarne), 7. (Czysta i dostępna energia) czy 11. (Zrównoważone miasta i społeczności).

Program ma za zadanie znaleźć tych ludzi, którzy chcą w Polsce budować innowacje. To muszą być ludzie nie tylko kreatywni, ale też odważni, bardzo konsekwentni w swoich działaniach, którzy wiedzą, że jest początek i koniec procesu, że ważna jest determinacja i wola działania w zmienianiu rzeczywistości – podkreśla Michał Jaros. – Trzeba też ośmielić tych, którzy mają marzenia, pomysły i chęć zmian, ale nie mają możliwości finansowych, nie mają też mentorów, trenerów, którzy są w stanie im pomóc. Szkoła Pionierów PFR takie możliwości daje.

Szkoła Pionierów PFR to pierwszy krok przed akceleracją dla początkujących przedsiębiorców i wizjonerów technologicznych. Podczas trzech tygodni trwa proces generowania pomysłów, ich walidacji i prototypowania aż do prezentacji przed inwestorami i akceleratorami w trakcie finału. 

– Szkołę Pionierów PFR wyróżnia przede wszystkim to, że stawiamy tutaj na realne doświadczenie budowy start-upu. Przychodzą do nas ludzie, którzy się dopiero poznają, poznają także swoje mocne strony, szukają co-founderów i pracują nad pomysłami. Na początku te pomysły są na kartkach papieru, a po trzech miesiącach, po próbie testów, wdrożeń, rozmów z klientami, uczestnicy przychodzą z konkretnymi rozwiązaniami. Jest to prawdziwe doświadczenie, jak zbudować start-up. Część z nich odnosi sukces – mówi Paweł Huras, p.o. menedżer Zespołu Rozwoju Innowacji w Startupach i MŚP z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Gala finałowa Szkoły Pionierów PFR odbyła się 9 grudnia br. w Warszawie. Najlepszym projektem spośród ośmiu rozwijanych propozycji okazał się Baltic Jungle Lab – rozwiązanie zamieniające niewidoczne zanieczyszczenie mikroplastikiem w mierzalne dane dla branży tekstylnej. Wyróżnienie przyznano FlowIQ, czyli inteligentnej platformie do zarządzania energią w przedsiębiorstwach wodociągowych. Dzięki niej można optymalizować pracę pomp i procesy napowietrzania. Wyróżniony został również samouczący się model sztucznej inteligencji Reactive AI, który rozwiązuje problemy znane z dużych asystentów, takich jak np. ChatGPT. Nie zapomina on kontekstu rozmów, działa taniej i bezpieczniej, a do tego lepiej chroni dane użytkowników. 

W tegorocznej edycji skupialiśmy się na projektach zielonych, które mają z jednej strony generować zyski i oszczędności biznesowe, ale z drugiej  wpływać pozytywnie na zmiany klimatyczne mówi Paweł Huras. – Z bardzo ciekawych rozwiązań mamy też monitorowanie infrastruktury krytycznej rurociągów, ich utrzymania i ewentualnych uszkodzeń, przewidywania, jak długo dana infrastruktura będzie w stanie funkcjonować. Mamy także modele AI nowej generacji, które zużywają dużo mniej energii.

Nagrodę publiczności zdobył zespół tworzący aplikację Vata, która analizuje dane z inteligentnego licznika energii. 

– Łącznie w poprzednich edycjach Szkoły Pionierów PFR powstało ponad 40 rozwiązań, które zebrały łączne finansowanie z rynku venture capital o wartości 290 mln zł. W ciągu ośmiu edycji udało się stworzyć co najmniej kilkanaście start-upów, chociażby Jutro Medical, który zajmuje się branżą healthcare, jak i niedawno powstały Sales Patriot, który automatyzuje zamówienia w sektorze obronnym – wymienia przedstawiciel PFR.

Wspieramy Szkołę Pionierów PFR od ośmiu lat i zamierzamy wspierać w przyszłości, bo to jeden z najbardziej innowacyjnych i najambitniejszych projektów rozwojowych w Polsce. Jesteśmy jego integralną częścią, wspieramy w ujęciu merytorycznym i coachingowym start-upy, przedsiębiorców, żeby kreowali innowacje, żeby mieli jak największy wpływ na gospodarkę – podkreśla Marcin Kuśmierz.

Według raportu „Co blokuje polskich startupowców”, przygotowanego na podstawie doświadczeń z projektu Szkoła Pionierów PFR, stabilne otoczenie podatkowe oraz skuteczny system zachęt inwestycyjnych powinny stanowić fundament polskiego ekosystemu innowacji. Z przytaczanych tam badań Fundacji Startup Poland „Polskie Startupy 2024” wynika, że jako najtrudniejsze do pokonania bariery w ekosystemie innowacji w Polsce 55 proc. respondentów wskazuje brak źródeł finansowania, a 38 proc. – trudności w pozyskaniu finansowania w kolejnych rundach rozwoju.

Żeby rozwijać innowacje, Ministerstwo Rozwoju i Technologii utworzyło program Innovate Poland, w którym na początku będzie kilka miliardów złotych dla innowatorów. W ten program będą zaangażowani przedstawiciele administracji publicznej, także spółki Skarbu Państwa, ale jest on otwarty dla różnych, polskich i zagranicznych firm, które docelowo będą wzmacniały innowacje w Polsce i innowatorów – podkreśla przedstawiciel resortu technologii.

Innovate Poland ma pobudzić rozwój krajowych innowacji z kapitału publicznego (PFR, BGK, EFI) i prywatnego (PZU). Na pierwszą fazę programu przeznaczono 4 mld zł, które zostaną zainwestowane w około 250 przedsiębiorstw – zarówno poprzez fundusze private equity, jak i venture capital.

– Ministerstwo Rozwoju i Technologii widzi potrzebę zmian w obszarze innowacji. Zależy nam też na tym, żeby one się rozwijały w przemyśle i przedsiębiorstwach, tak jak to ma miejsce m.in. w Azji. Tam dzisiaj jest najwięcej innowacji, dużo nowych technologii. My jako Europa i Europejczycy, a przede wszystkim jako Polki i Polacy, też powinniśmy być w tym trendzie obecni – podkreśla Michał Jaros. – Jako Ministerstwo Rozwoju i Technologii musimy być w jakimś stopniu odpowiedzialni za stworzenie ekosystemu innowatorów. Stąd program Innovate Poland, Szkoła Pionierów PFR i wiele innych, które mają wzmocnić innowacyjność polskiej gospodarki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/innowacje-przyspiesza,p1882173312

Jeden zakaz może uderzyć w tysiące polskich gospodarstw. Plantatorzy tytoniu alarmują

0

Polscy plantatorzy tytoniu alarmują, że projekt UD213 – jeśli doprowadzi do zakazu aromatyzowanych saszetek nikotynowych – może zlikwidować jeden z ostatnich stabilnych rynków zbytu ich surowca. To zaś będzie oznaczało kolejne problemy dla tego sektora. Jego przedstawiciele podkreślają, że resort rolnictwa stanął w ich obronie przy poprzedniej próbie wprowadzenia podobnych przepisów, ale obecna wersja projektu nie uwzględnia większości tych zastrzeżeń. W opinii Związku Przedsiębiorców i Pracodawców stabilność krajowych regulacji jest dla plantatorów kluczowa, zwłaszcza w kontekście kurczącego się europejskiego rynku tytoniu i konkurencji ze strony Mercosuru.

– Projekt UD213, którego przedmiotem jest między innymi zakaz obrotu aromatyzowanymi saszetkami nikotynowymi, dotyczy interesów nie tylko dużych koncernów tytoniowych, które tradycyjnie kojarzymy z tymi produktami, ale także rolników, którzy dostarczają surowiec niezbędny do produkcji tej kategorii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jakub Bińkowski, członek zarządu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Branża ostrzega, że likwidacja aromatyzowanych saszetek, które odpowiadają za 90 proc. sprzedaży tej kategorii produktowej, oznacza de facto likwidację całej kategorii.

– Surowiec wykorzystywany do produkcji nikotyny nie bierze się z powietrza. To są z reguły liście tytoniu, które często pochodzą od lokalnych producentów, krajowych rolników, plantatorów, którzy już dzisiaj zwracają uwagę na to, że mogliby w większym stopniu uczestniczyć w tym procesie produkcyjnym – mówi Jakub Bińkowski.

Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że sektor uprawy tytoniu w Polsce od lat znajduje się w trendzie spadkowym. W ciągu ostatniej dekady liczba plantatorów zmniejszyła się o 67 proc., a powierzchnia upraw – o 38 proc. W 2024 roku uprawy prowadziło ok. 2,8 tys. gospodarstw na 9 tys. ha, głównie rodzinnych i położonych na ziemiach słabszej jakości, gdzie możliwości alternatywnej produkcji są ograniczone.

Polska pozostaje – obok Włoch i Hiszpanii – jednym z największych producentów surowca tytoniowego w Unii Europejskiej, wytwarzając ok. 20 tys. t rocznie, z czego większość trafia na eksport. Równocześnie jesteśmy jednym z największych importerów w Europie: tylko w 2024 roku sprowadzono 133 tys. t surowca na potrzeby fabryk czterech światowych koncernów działających w Polsce (głównie z Brazylii, ale też z Argentyny). Według najnowszych danych w całym przemyśle tytoniowym i sektorach powiązanych pracuje ok. 28,9 tys. osób w przeliczeniu na pełne etaty.

Plantatorzy wskazują, że w takim otoczeniu gospodarczym rynek saszetek nikotynowych stał się jednym z niewielu stabilnych odbiorców surowca, dając firmom przetwórczym przestrzeń do planowania długoterminowych kontraktów.

Firmy w Polsce są gotowe do tego, żeby nawiązywać wieloletnie kontrakty z plantatorami, ale potrzebują podstawowej stabilizacji regulacyjnej. Ten projekt naprzeciw tej potrzebie nie wychodzi, on idzie całkowicie w kontrze do tych oczekiwań – mówi członek zarządu ZPP.

Rynek surowca opiera się na współpracy z polskimi firmami chemicznymi, które wytwarzają nikotynę wykorzystywaną w saszetkach na bazie krajowych liści tytoniu. To właśnie ta część rynku pozwala myśleć o wieloletnich kontraktach i budowaniu łańcucha wartości z udziałem lokalnych producentów. Zdaniem branży dalsze prace nad projektem UD213 zagrażają tej współpracy, bo likwidacja kategorii saszetek odcięłaby plantatorów od możliwości uczestniczenia w segmencie, który nadal się rozwija.

Ogólnopolski Związek Plantatorów Tytoniu w Grudziądzu oraz Okręgowy Związek Plantatorów Tytoniu w Augustowie wskazują, że MRiRW już raz skutecznie ochroniło ich interesy, gdy w trakcie prac nad czerwcową nowelizacją wykreślono przepisy dotyczące ograniczenia aromatów w saszetkach nikotynowych. Dlatego też zwrócili się do resortu z prośbą o zorganizowanie konferencji uzgodnieniowej – w ich ocenie obecna wersja UD213 nie odzwierciedla ani uwag strony społecznej, ani części opinii zgłoszonych przez resort.

Zarówno plantatorzy, jak i przedsiębiorcy zwracają uwagę również na fakt, że od kwietnia br. saszetki zostały obłożone akcyzą, zatem likwidacja tej kategorii oznacza zmniejszenie wpływów budżetowych.

– Dzisiaj jesteśmy na etapie, w którym projekt już kilkukrotnie miał być przedmiotem prac Stałego Komitetu Rady Ministrów, natomiast był z tych obrad wycofywany. Liczymy na to, że jest to przejaw pewnego otwarcia na argumenty, które pojawiają się ze strony różnego rodzaju graczy, w tym ze strony rolników, plantatorów zwracających uwagę na to, w jaki sposób proponowane regulacje ograniczą popyt na ich produkcję – ocenia Jakub Bińkowski.

W najbliższych latach także unijne regulacje będą ograniczać popyt na surowiec tytoniowy, UE pracuje bowiem nad kolejnymi elementami polityki zmierzającej do ograniczenia spożycia produktów nikotynowych i tytoniowych. Równolegle trwają negocjacje umowy z krajami Mercosuru, gdzie znajdują się jedni z największych producentów tytoniu na świecie. Otwarcie dla nich rynku europejskiego może zwiększyć presję konkurencyjną na polskich plantatorów.

 To otwiera sytuację, w której popyt na krajową produkcję będzie spadał i podaż krajowa będzie łatwo zastępowalna produkcją pochodzącą z państw Mercosuru – tłumaczy ekspert ZPP. – Jest to z punktu widzenia polskiego rolnictwa sytuacja krytycznie zła.

Jak podkreśla, w dyskusji na temat przyszłości kategorii saszetek nikotynowych pojawia się wiele mylnych informacji, a także błędne skojarzenie z innym, podobnym produktem – snusem. Są to saszetki, dopuszczone do użytku wyłącznie w Szwecji, zawierające poszatkowany i przetworzony tytoń.

– Z drugiej strony mamy saszetki nikotynowe. W ich środku fizycznie nie ma poszatkowanego tytoniu, co nie oznacza jednak, że tytoń nie jest wykorzystywany do ich produkcji – nikotyna zawarta w tych saszetkach z reguły tworzona jest z liści tytoniu, które są potem chemicznie przetwarzane, i nikotyna jest z nich ekstrahowana – wskazuje Jakub Bińkowski.

Saszetki zawierają nikotynę pozyskiwaną z liści tytoniu, a nie syntetyczną. To właśnie ta forma przetwarzania krajowego surowca jest jednym z kluczowych rynków zbytu dla plantatorów. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jeden-zakaz-moze-uderzyc,p622110375