Rejestry administracyjne pomogą dokładniej policzyć ludność. GUS testuje nowe metody badania

Z eksperymentalnego badania Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na koniec 2025 roku w Polsce przebywało 38,8 mln osób, w tym ok. 2,3 mln cudzoziemców. Do badania wykorzystano jednostkowe dane pochodzące z rejestrów administracyjnych i różne metody ich integracji. Wkrótce będą one wykorzystywane szerzej, ponieważ zgodnie z unijnym rozporządzeniem ESOP od 2028 roku zaczną obowiązywać nowe zasady sporządzania europejskich statystyk ludnościowych.

– Wyniki eksperymentalnego badania pokazały, że według stanu na koniec 2025 roku w Polsce przebywało 38,8 mln osób, o 40 tys. więcej rok do roku. Oszacowaliśmy liczbę cudzoziemców na ok. 2,3 mln. Jeśli zestawimy to z danymi z 2024 roku, to oznacza wzrost o ok. 215 tys. osób. Największe skupiska cudzoziemców są oczywiście w województwie mazowieckim i dolnośląskim – mówi agencji Newseria Joanna Hausman-Czerwińska, dyrektorka Departamentu Integracji i Zarządzania Danymi w Głównym Urzędzie Statystycznym, odpowiedzialna za opracowanie merytoryczne badania.

Badanie wskazuje także, że w miastach wojewódzkich – według stanu na 31 grudnia 2025 roku – przebywało łącznie 8 mln osób, czyli 20 proc. ogółu ludności. Najwięcej w Warszawie – ponad 2 mln osób, z czego ok. 300 tys. to cudzoziemcy. W stolicy ich udział w liczbie ludności wyniósł 14,5 proc., we Wrocławiu było to 19,5 proc., w Poznaniu – 12,5 proc., a w Krakowie – 11,3 proc. Prawie trzy czwarte z 2,3 mln osób posiadających obce obywatelstwo stanowili obywatele Ukrainy.

Eksperymentalna analiza dostarczyła także danych na temat struktury wiekowej osób przebywających w poszczególnych regionach w Polsce. Wynika z nich m.in., że w większości gmin udział w populacji dzieci do 14. roku życia był niższy niż osób 60+. Tylko w 73 gminach (3 proc.) był on wyższy, a w kolejnych 47 (niecałe 2 proc. ogółu) był na zbliżonym poziomie.

GUS zastrzega, że przedstawione informacje nie są oficjalnymi statystykami dotyczącymi liczby ludności w Polsce i nie należy ich porównywać z oficjalnymi danymi o ludności publikowanymi przez urząd. Wynika to z eksperymentalnego charakteru badania, które zostało w całości oparte na rejestrach administracyjnych. Głównymi źródłami danych były m.in. Powszechny Elektroniczny System Ewidencji Ludności, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, Narodowy Fundusz Zdrowia, Urząd do Spraw Cudzoziemców, a także ministerstwa: nauki, rodziny i pracy oraz edukacji. Badacze szukali w nich tzw. śladów życia.

– To są rejestry, które wyselekcjonowaliśmy jako najbardziej aktualne i najlepsze jakościowo. Po ich integracji i wcześniejszym zestandaryzowaniu przyjęliśmy założenie, że daną osobę zaliczymy do populacji według śladów życia, jeśli wykazuje aktywność w co najmniej dwóch źródłach administracyjnych. Czyli musi mieć numer PESEL i później szukamy jej w jeszcze jednym źródle administracyjnym. Jeśli taka osoba na danym obszarze przebywa i pracuje, to musi płacić podatki, czyli jest oznaczona w Krajowej Ewidencji Podatników. Dzieci chodzą do szkoły, więc występują w systemie SIO. Jeśli ktoś jest ubezpieczony, mamy zbiory ubezpieczonych, ktoś jest emerytem, rencistą, więc dostaje świadczenia. To już jest dla nas podstawa, żeby taką osobę zakwalifikować do populacji celu – wyjaśnia Joanna Hausman-Czerwińska.

Jak podkreśla, ślady życia to informacje potwierdzające aktywność danej osoby na danym terenie, w jej centrum życia.

– Główny Urząd Statystyczny od dawna prowadzi badania eksperymentalne i integracja rejestrów administracyjnych jest absolutną podstawą. Są ich setki i są przede wszystkim bezpłatne, więc nie musimy angażować środków – wskazuje dyrektorka Departamentu Integracji i Zarządzania Danymi w GUS. – W naszym badaniu kluczowe jest właśnie to, że te dane możemy analizować na obwody i rejony spisowe. Granularność tych danych jest bardzo duża, możemy prezentować je w siatce kilometrowej.

Jak dodaje, integracja rejestrów administracyjnych jest przyszłością i to nie tak odległą. Od 2028 roku w krajach Unii Europejskiej zaczną obowiązywać nowe zasady sporządzania europejskich statystyk dotyczących ludności i mieszkań. Wynikają one z rozporządzenia ESOP, które m.in. ujednolica definicje i zakres danych przekazywanych przez państwa członkowskie.

– Nasze nowe badanie to jest taki trening, który ma silne założenia metodologiczne do tego, żeby wykorzystać nasze doświadczenia w pracach ESOP-owych. I tak będzie się działo. Tylko trzeba dołożyć jeszcze inne założenia. Naszym głównym założeniem było to, żeby obliczyć populację, liczbę ludności, więc nie skupialiśmy się na tym, czy ta osoba przebywa tutaj krótko, czy długo, to nie było naszym celem – wyjaśnia Joanna Hausman-Czerwińska.

– Do tej pory statystyki ludnościowe były publikowane według dwóch obowiązujących kategorii: ludności krajowej i rezydującej, które bazowały na wynikach z ostatniego spisu powszechnego. Polegało to na tym, że w kolejnych latach dodawaliśmy urodzenia, odejmowaliśmy zgony, uwzględnialiśmy imigrację i emigrację, i w ten sposób liczba ludności była publikowana. Nie uwzględnialiśmy wielu osób, które były za granicami Polski długotrwale, ani tych, które były w Polsce, ale nie było ich w rejestrach. Te informacje bazują na zdarzeniach udokumentowanych, w urzędach stanu cywilnego – mówi dr Anita Abramowska-Kmon, dyrektorka Departamentu Badań Demograficznych GUS.

Rozporządzenie ESOP, czyli European Statistics on Population and Housing, ma pomóc stworzyć jeden wspólny system europejskich statystyk dotyczących ludności i mieszkań. Dzięki temu dane mają być lepiej porównywalne, bardziej aktualne i szczegółowe.

– Musimy dokładniej raportować liczbę ludności, ale też jej strukturę w ujęciu regionalnym, łącznie z niskim poziomem, czyli na siatce kilometrowej. Oznacza to, że musimy trochę inaczej podejść do obliczania liczby ludności. Sugerowane jest wykorzystanie przede wszystkim danych pochodzących z rejestrów administracyjnych. Możemy też wykorzystywać inne źródła danych, np. pochodzących od firm prywatnych lub z rejestrów innych krajów o Polakach – wymienia dr Anita Abramowska-Kmon.

Jak podkreśla, zmiana podejścia wiąże się z poważnym wyzwaniem dla GUS. W związku z tym przygotowania już się rozpoczęły i są na dość zaawansowanym etapie.

– Największym wyzwaniem są oczywiście osoby, które, po pierwsze, są cudzoziemcami i nie mamy o nich dokładnych informacji, czyli mają nieuregulowany status. To musimy jakoś metodologicznie rozwiązać i prace nad tym tematem też trwają. Kolejna kwestia to osoby, które przebywają np. w gospodarstwach zbiorowych. Do tej pory informacje o tych osobach były publikowane tylko na podstawie danych ze spisu, a będziemy musieli publikować je corocznie, więc musimy zbierać o nich informacje – podkreśla dyrektorka Departamentu Badań Demograficznych GUS. – Poza tym musimy uwzględniać długość pobytu w Polsce, i to ma być co najmniej 12 miesięcy na danym terenie, a także musimy uwzględniać te osoby, które długotrwale, czyli co najmniej 12 miesięcy, przebywały poza krajem.

Bardziej dokładne i aktualne dane o liczbie i strukturze ludności mają być wykorzystywane m.in. do prognozowania zmian demograficznych i planowania usług publicznych, takich jak edukacja, ochrona zdrowia czy transport.

– Dane ludnościowe, obecne i pochodzące z prognoz demograficznych, są potrzebne do przygotowania strategii rozwoju gmin czy miast. Są wykorzystywane w wielu ministerstwach, w wielu strategiach. Występują w ponad 100 ustawach w naszym kraju. Od tych informacji są uzależnione chociażby subwencje, które gminy dostają na różne cele. Żeby podział środków był sprawiedliwszy, liczba ludności powinna być odpowiednio raportowana, żebyśmy przygotowywali polityki, które będą jak najbardziej adekwatne do tego, co jest, i tego, co nas czeka w przyszłości – podkreśla dr Anita Abramowska-Kmon.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rejestry-administracyjne,p101164835

Polska wzmacnia kompetencje w sektorze kosmicznym. Misja IGNIS przynosi pierwsze efekty

Misja IGNIS przynosi pierwsze wymierne efekty. Technologiami testowanymi podczas lotu Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego na Międzynarodową Stację Kosmiczną interesuje się m.in. wojsko. Proces przygotowań do misji i jej organizacja przyczyniły się do rozwoju kompetencji polskiego sektora kosmicznego. Dzięki temu Polska ma dziś większe szanse na udział w ambitnych programach realizowanych przez Europejską Agencję Kosmiczną. Wzrosło także zainteresowanie młodych ludzi naukami technicznymi.

– Ta misja była ogromnym sukcesem zarówno pod kątem technologicznym, naukowym, jak i edukacyjnym. Już mamy pierwsze wymierne efekty tej misji, związane z większym zainteresowaniem młodzieży i osób dorosłych naukami technicznymi, a także z wykorzystaniem wyników eksperymentów, na przykład przez Siły Zbrojne RP – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Aleksandra Bukała, szefowa misji IGNIS i ekspertka PIAP Space.

Misja IGNIS była pierwszą polską misją technologiczno-naukową na Międzynarodową Stację Kosmiczną, realizowaną w ramach komercyjnej misji Axiom Mission 4 (Ax-4) Europejskiej Agencji Kosmicznej. Polski astronauta dr Sławosz Uznański-Wiśniewski spędził na orbicie blisko trzy tygodnie, poświęcając ponad 105 godzin na realizację polskiego programu badawczego. W tym czasie przeprowadził 13 eksperymentów przygotowanych przez krajowe uczelnie, instytuty badawcze i przedsiębiorstwa. Obejmowały one różne dziedziny: od medycyny, biologii i psychologii po materiałoznawstwo i nowe technologie. Konkretne projekty dotyczyły m.in. wpływu mikrograwitacji na układ odpornościowy, mikrobiom jelitowy, aktywność mózgu oraz tkanki mięśniowo-szkieletowe, badania odporności organizmów na promieniowanie kosmiczne, a także testowania miniaturowych monitorów promieniowania, systemów sztucznej inteligencji, technologii fotonicznych i nowoczesnych nanomateriałów. Część tych rozwiązań może znaleźć zastosowanie podczas przyszłych misji załogowych na Księżyc i Marsa.

– W tej chwili możemy mówić o jeszcze fragmentarycznych korzyściach, ponieważ dwa z 13 eksperymentów cały czas są na orbicie, więc na ich wyniki jeszcze będziemy czekać. Ale na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zostały już opracowane i przetestowane dozymetry, czyli czujniki badające promieniowanie, którymi zainteresowani są piloci wojskowi. Oni też są narażeni na wyższe promieniowanie z racji przebywania w powietrzu bardzo wysoko, jak w przypadku pilotów myśliwców, albo bardzo długo w przypadku pilotów samolotów transportowych. Równie ważne są eksperymenty psychologiczne związane z tym, w jaki sposób zachowują się ciało i umysł w warunkach odosobnienia, silnej presji i dużego stresu – wskazuje dr Aleksandra Bukała.

Jednym z istotnych rezultatów misji jest zdobycie przez polskie instytucje naukowe i przedsiębiorstwa tzw. flight heritage, czyli potwierdzenia, że opracowane technologie zostały przetestowane w warunkach kosmicznych. Taki dorobek zwiększa wiarygodność zespołów badawczych i firm przy ubieganiu się o kolejne kontrakty realizowane przez Europejską Agencję Kosmiczną i partnerów międzynarodowych. Możliwość praktycznego zweryfikowania technologii w kosmosie może być decydująca dla ich dalszego rozwoju i komercjalizacji.

– Nigdy nie mielibyśmy aż tylu eksperymentów i 105 godzin pracy astronauty na orbicie poświęconych wyłącznie polskim eksperymentom – ocenia kierowniczka misji IGNIS. – Misja oznacza też ogromny postęp we współpracy międzynarodowej zarówno z Europejską Agencją Kosmiczną, jak i innymi agencjami, partnerami, ze Stanami Zjednoczonymi, ale też z Indiami czy Węgrami.

Równie ważnym efektem misji jest zdobycie doświadczenia organizacyjnego. Polska po raz pierwszy przygotowała i zrealizowała tak rozbudowany program badań kosmicznych, angażując ponad 500 osób z uczelni, instytutów badawczych, administracji, przedsiębiorstw oraz partnerów zagranicznych.

– Na pewno w tej chwili mamy większą szansę na to, żeby uczestniczyć w innych misjach załogowych i bezzałogowych, bo dużo lepiej rozumiemy, jak taką misję się organizuje i co w niej jest trudnego. Mamy wykształcone kadry, które pracowały przy misji, mamy też polskiego astronautę – mówi dr Aleksandra Bukała. – Polska – częściowo dzięki misji, a częściowo poprzez dojrzałość technologiczną – wkroczyła do klubu krajów już dojrzałych kosmicznie. Jesteśmy już ich równoprawnym partnerem, żeby brać udział w najambitniejszych przedsięwzięciach Europejskiej Agencji Kosmicznej czy misjach międzynarodowych związanych z eksploracją Księżyca, takich jak program Artemis. Mamy już dojrzały przemysł i naukę oraz duże zainteresowanie społeczne, tak że zdecydowanie jest na czym budować.

W lipcu ESA poinformowała o planach utworzenia centrum technologii kosmicznych w Warszawie. Będzie to pierwsza w historii organizacji placówka tego typu zlokalizowana poza państwami założycielskimi agencji. Jej działalność skoncentruje się na bezpieczeństwie, odporności oraz technologiach podwójnego zastosowania (dual-use). Zadaniem centrum jest wzmocnienie potencjału ESA poprzez rozwój niszowych i nowatorskich obszarów, a główne filary jego działalności to zarządzanie kryzysowe, czyli tworzenie innowacyjnych rozwiązań na potrzeby ochrony ludności, operacje na orbicie, czyli prowadzenie symulacji zaawansowanych misji kosmicznych, oraz monitorowanie usług satelitarnych, czyli analiza zakłóceń wpływających na ich poprawne funkcjonowanie.

Josef Aschbacher, dyrektor generalny ESA, podkreślił, że centrum przyczyni się do realizacji europejskich ambicji kosmicznych, bazując na rosnącej wiedzy eksperckiej i zaangażowaniu Polski w obszarze technologii kosmicznych. Jak dodał, nasz kraj w szybkim tempie stał się jedną z sił napędowych europejskiego sektora kosmicznego.

Technologie rozwijane na potrzeby sektora kosmicznego coraz częściej znajdują zastosowanie także w medycynie, przemyśle, transporcie, ochronie środowiska oraz systemach opartych na sztucznej inteligencji.

– To wciąż jest obszar nie do końca wykorzystany, zarówno przez AWF, jak i inne uczelnie, zarówno techniczne, jak i ekonomiczne. Wymaga on doskonalenia i zacieśnienia współpracy. Generalnie musimy zmienić mentalność i przestawić nasze wartościowanie, że badania kosmiczne to nie tylko przygotowanie astronauty do lotu w kosmos, ale to są badania, które mają służyć społeczeństwu tutaj na Ziemi – podkreśla prof. dr hab. Bartosz Molik, rektor AWF.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wzmacnia,p917235048

Mała reforma programu Czyste Powietrze wchodzi w życie. Łatwiejszy dostęp do dotacji i wyższe wsparcie na niektóre prace

Zwiększone wsparcie na termomodernizację, skrócenie wymaganego okresu własności nieruchomości i usprawnienia w dokumentacji – to tylko niektóre zmiany, które 20 lipca br. wejdą w życie w programie Czyste Powietrze. Mają one ułatwić beneficjentom dostęp do dofinansowania na wymianę nieefektywnych źródeł ciepła. Jednocześnie NFOŚiGW zapowiada dalsze zmiany w programie, m.in. bon na audyt energetyczny.

– Zmiany w programie Czyste Powietrze mają na celu zwiększenie liczby wniosków przy zachowaniu bezpieczeństwa zarówno beneficjentów, jak i wykonawców. Chcemy, aby ten program rozwijał się jak najlepiej, ale też aby bezpieczeństwo po stronie wszystkich uczestników tego systemu było zachowane – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Dorota Zawadzka-Stępniak, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

– 31 marca 2025 roku wprowadziliśmy program po reformie i zapowiadaliśmy, że będzie cały czas ewoluował, że będą następować kolejne zmiany i będziemy się wsłuchiwać w rynek czy to wykonawczy, czy beneficjentów, czy też w apele samorządowców i NGO-sów. Dlatego zdecydowaliśmy się na dokonanie tej małej reformy – podkreśla Robert Gajda, zastępca prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. – W tej chwili chcemy ułatwić wejście beneficjentom do tego programu, ponieważ słyszeliśmy o kilku problemach.

Jedną z najważniejszych zmian jest rozszerzenie wyjątków od obowiązującej zasady posiadania nieruchomości przez co najmniej trzy lata przed złożeniem wniosku o dofinansowanie. Teraz z programu będą mogły skorzystać również osoby, które nabyły nieruchomość przez zasiedzenie, a także właściciele lub współwłaściciele nieruchomości od co najmniej roku, którzy nabyli minimum 50 proc. udziałów w drodze zakupu lub darowizny od rodziców lub dziadków. Dzięki temu wsparcie będzie mogło szybciej trafić np. do nowych właścicieli starszych domów wymagających termomodernizacji.

Beneficjenci korzystający z prefinansowania będą mieli więcej czasu na realizację prac objętych zaliczką.

– Ustandaryzowaliśmy też okres realizacji danej inwestycji przy prefinansowaniu. Jeżeli chodzi o KPO i FEnIKS, mieliśmy okres 180 dni, a w przypadku Funduszu Modernizacyjnego – 120 dni, więc zrównaliśmy ten termin do 180 dni. Czyli w sytuacjach, kiedy mamy do czynienia chociażby z warunkami pogodowymi, jak w tym roku, jest możliwość wydłużenia realizacji inwestycji ze 120 do 180 dni – tłumaczy Robert Gajda.

Kolejną zmianą, która wchodzi w życie 20 lipca, jest wyższe o 10 proc. dofinansowanie wybranych prac termomodernizacyjnych. Chodzi o dotacje na ocieplenie ścian i innych przegród budowlanych oraz wymianę okien, drzwi zewnętrznych i bram garażowych. Podwyżka jest odpowiedzią na wzrost kosztów realizacji inwestycji w ostatnim czasie. Zmiany nie wpływają na maksymalne kwoty dofinansowania przewidziane dla poszczególnych poziomów wsparcia.

– Ważnym elementem jest też możliwość wprowadzania wniosku bezpośrednio do generatora wniosków o dofinansowanie, czy to przez pełnomocników, czy beneficjentów. Co najważniejsze, jego wprowadzenie zakończy operator, który sprawdza, czy wniosek spełnia warunki dofinansowania. Przez to zyskujemy szybsze zajęcie się wnioskiem, nie marnujemy papieru na wypełnianie dokumentów. Każdy może z domu złożyć taki wniosek, a w sytuacji kiedy jest niepełny, dostaniemy informację od operatora, co trzeba uzupełnić – podkreśla zastępca NFOŚiGW.

Dokumenty potwierdzające trwałe odłączenie starego źródła ciepła oraz dostosowanie przewodów kominowych będą mogli wystawiać nie tylko mistrzowie kominiarscy, ale również osoby posiadające odpowiednie uprawnienia budowlane. Ma to ułatwić i przyspieszyć rozliczanie inwestycji.

Ponadto wprowadzono zmiany dotyczące wspieranych urządzeń grzewczych. Spośród elektrycznych źródeł ogrzewania po 2026 roku program będzie wspierał wyłącznie pompy ciepła. 

– Do końca tego roku będzie można jeszcze finansować urządzenia elektryczne razem z pompami ciepła. Od 1 stycznia 2027 roku zostają już tylko pompy elektryczne ciepła. Inne urządzenia elektryczne nie będą dofinansowywane. Dajemy prawie pół roku okresu przejściowego, żeby beneficjenci mogli się zastanowić nad innym źródłem ciepła. Rezygnujemy z dofinansowania kotłów elektrycznych, ale ich udział w programie był na poziomie 0,4 proc., więc mówimy to o bardzo niewielkiej grupie. Skupiamy się na tych urządzeniach, które są sprawdzone i najefektywniejsze ekologicznie – tłumaczy Robert Gajda.

Ostatnia duża reforma programu zaczęła obowiązywać 31 marca 2025 roku. Warunki najwyższego dofinansowania uzależniono od kryterium dochodowego i standardu energetycznego budynku. Zaczął działać również ogólnopolski system operatorów oferujący bezpłatne wsparcie dla beneficjentów najwyższego i podwyższonego poziomu dofinansowania. Operatorzy programu bezpłatnie pomagają osobom o najniższych dochodach na ścieżce dofinansowania, realizacji przedsięwzięcia i jego rozliczenia. Jak podkreśla Robert Gajda, duża reforma efektywnie ograniczyła nadużycia i podniosła jakość dofinansowanych inwestycji, ale też wpłynęła na zmniejszenie liczby wniosków. Wprowadzono wówczas także obowiązek wykonania audytu energetycznego przed inwestycją.

– Wprowadzenie audytu energetycznego zapewnia, że dana inwestycja będzie realizowana zgodnie ze sztuką budowlaną, a nie zgodnie z tym, co zostało wykonawcy na półce – mówi zastępca prezesa NFOŚiGW.

– W następnym etapie chcemy się pochylić nad kolejnymi zmianami, również nad wprowadzeniem bonu na audyt, który zapewni finansowanie audytu energetycznego dla potencjalnych beneficjentów programu Czyste Powietrze. Chcemy zapewnić finansowanie audytu z góry, zanim potencjalny beneficjent wejdzie w program – podkreśla Dorota Zawadzka-Stępniak. – Jesteśmy gotowi z projektem tego programu, natomiast chcemy, aby był on wypracowany z samorządami, które będą naszym partnerem w tym projekcie. Potrzebujemy jeszcze chwili czasu na dialog i wypracowanie najlepszych rozwiązań. Chcemy, aby bon na audyt wszedł na pewno w tym roku, jak najszybciej, kiedy wypracujemy koncepcję z samorządami.

Obecnie na audyt energetyczny można uzyskać dofinansowanie do 100 proc. jego kosztów netto, ale nie więcej niż 1200 zł. Warunki konieczne to podsumowanie audytu sporządzone według obowiązującego w ramach programu wzoru oraz zrealizowanie prac dla wybranego wariantu (wynikającego z audytu) niepóźniej niż do dnia zakończenia realizacji wnioskowanego przedsięwzięcia.

Przedstawiciele funduszu zapowiadają dalsze prace nad zmianami w programie. Analizy dotyczą m.in. kwestii wkładu własnego beneficjentów.

– Nawet przy maksymalnym dofinansowaniu 170 tys. zł mówimy o podatku VAT na poziomie 12 tys. zł, a wiemy, że w wielu przypadkach jest to kwota zaporowa dla beneficjentów. Staramy się znaleźć dla nich źródło finansowania tego podatku VAT. Tutaj też liczymy na urzędy marszałkowskie, że wprowadzając uchwały antysmogowe, będą wspomagać takich mieszkańców – dodaje Robert Gajda.

Dzięki programowi Czyste Powietrze funkcjonującemu od 2018 roku do tej pory wymieniono ponad 603 tys. tzw. kopciuchów, których użytkowanie jest głównym powodem smogu w Polsce. Zawarto do tej pory 971 tys. umów o dofinansowanie, z czego ponad 645 tys. zakończono i wypłacono łącznie blisko 22 mld zł. W nowej odsłonie programu, która obowiązuje od 31 marca 2025 roku, przyjęto 70 tys. wniosków i podpisano 53 tys. umów o wartości 3,3 mld zł. Obecny program z budżetem 10 mld zł jest finansowany ze środków Funduszu Modernizacyjnego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mala-reforma-programu,p1680920411

Europa walczy o inwestycje w AI. Nadmiar regulacji może osłabiać te wysiłki

Unia Europejska podejmuje kolejne inicjatywy, które mają pomóc rozwinąć europejski sektor sztucznej inteligencji. To m.in. wsparcie dla inwestycji w ten obszar, działania na rzecz suwerenności technologicznej i ograniczania cyberzagrożeń związanych z AI. Według europosła Piotra Müllera nadmiar regulacji dotyczących AI i wysokie ceny energii mogą jednak osłabiać atrakcyjność Starego Kontynentu dla inwestorów. Jego zdaniem rozwój własnego potencjału i asertywna polityka wobec dostawców z krajów trzecich będą skuteczniejsze niż kolejne regulacje.

– Największym problemem w kontekście inwestycji są nowe regulacje. Widzimy to w kilku obszarach. Ja w Parlamencie Europejskim zajmuję się sztuczną inteligencją i widzimy, że inwestorzy w Europie właściwie nie inwestują w rozwój tej technologii, która jest przełomowa i rozwija się najszybciej w historii ludzkości. Wybierają albo Stany Zjednoczone, albo Chiny, dlatego że Europa stała się przestrzenią niezwykle uregulowaną w tym obszarze – mówi agencji Newseria Piotr Müller, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości. – Mało kto chce podjąć ryzyko zainwestowania milionów euro. Woli to zrobić w Stanach Zjednoczonych, a później wyeksportować tę usługę na teren Unii Europejskiej. Największym wyzwaniem dla inwestycji w Europie jest kwestia regulacji oraz cen energii. To dwie rzeczy, na które wskazują inwestorzy z całego świata.

Obszaru AI dotyczy jeden z zaproponowanych przez Komisję Europejską Omnibusów, czyli pakietów uproszczeń prawa. Pod koniec czerwca br. Rada UE zatwierdziła rozporządzenie, będące częścią Omnibusa VII, które m.in. przesuwa termin ustanowienia przez właściwe organy krajowe piaskownic regulacyjnych w zakresie sztucznej inteligencji do 2 sierpnia 2027 roku. Skraca także termin dla dostawców systemów AI na wdrożenie rozwiązań zapewniających przejrzystość w odniesieniu do sztucznie generowanych treści z sześciu do trzech miesięcy. Nowy termin ustalono na 2 grudnia 2026 roku. Część regulacji w ramach AI Act już jest w mocy, a kolejne wejdą w życie 2 sierpnia br., m.in. te związane ze znakowaniem treści wygenerowanych lub zmodyfikowanych przez AI, oznaczaniem deepfake’ów czy informowaniem użytkowników o kontakcie z AI.

– Europa posiada zasoby finansowe [do konkurowania z USA czy Chinami – red.], natomiast nie posiada zasobów w obszarze swobody działania. Nadmiar regulacji w obszarze sztucznej inteligencji, ale także w innych obszarach powoduje, że światowe talenty nie zjeżdżają się do Europy, żeby budować nowe firmy, tylko wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej, Nowej Zelandii, Australii czy Chin. W Europie niestety mamy mało tego typu przykładów, mamy za to masę Europejczyków, którzy osiągają ogromne sukcesy poza Unią Europejską – mówi Piotr Müller.

Problem w tym, że Europa potrzebuje tego typu inwestycji ze względu na wysoki stopień uzależnienia technologicznego od krajów trzecich. Spoza UE pochodzi blisko 80 proc. infrastruktury cyfrowej i technologii wykorzystywanych w państwach członkowskich. Komisja Europejska uruchomiła m.in. instrument InvestAI mający na celu mobilizację 200 mld euro na inwestycje w sztuczną inteligencję, w tym utworzenie nowego europejskiego funduszu w wysokości 20 mld euro na gigafabryki AI. W czerwcu zaproponowała także pakiet dotyczący suwerenności technologicznej, który ma na celu wzmocnienie potencjału Europy w dziedzinie półprzewodników, sztucznej inteligencji, technologii chmurowych i oprogramowania typu open source.

Bruksela zwraca również uwagę na aspekt rosnących cyberzagrożeń związanych z rozwojem AI. W tym obszarze zaproponowała plan działania, który z jednej strony ma ograniczać zagrożenia wynikające z rozwoju zaawansowanych modeli, a z drugiej – lepiej wykorzystywać sztuczną inteligencję do ochrony przed cyberatakami.

– Generalnie rozwój sztucznej inteligencji jest ogromnym wyzwaniem dla cyberbezpieczeństwa. Te modele umożliwiają zmasowane ataki na infrastrukturę krytyczną w taki sposób, który do tej pory był niemożliwy. Jest wiele przykładów infrastruktury z obszaru AI pozwalającej na tego typu ataki, która jest stworzona w Stanach Zjednoczonych czy Chinach. Przed Europą ogromne wyzwanie, żeby się przed tym bronić – uważa europoseł. – Tu regulacje same w sobie aż tak bardzo nie pomogą, tylko rozwój własnych technologii, które będą w stanie się bronić przed tego typu atakami.

Dokument Komisji Europejskiej zakłada m.in. stworzenie europejskich zdolności do oceny bezpieczeństwa modeli sztucznej inteligencji, ułatwienie dostępu do najbardziej zaawansowanych systemów AI dla instytucji publicznych i firm oraz uruchomienie platformy do testowania ich zastosowania w sektorach krytycznych, takich jak energetyka, finanse, transport czy ochrona zdrowia.

– Ważne jest również to, żeby infrastruktura krytyczna w Europie była odpowiednio budowana. Tu największym wyzwaniem jest to, i to akurat popieram, aby prowadzić bardzo asertywną politykę wobec producentów różnego rodzaju sprzętu i oprogramowania z krajów, które mają charakter autorytarny, niedemokratyczny, takich jak chociażby Chiny, ponieważ jest to ogromne ryzyko dla bezpieczeństwa europejskiego – wskazuje Piotr Müller. – Niestety nie wszyscy to robią, ostatnio widzieliśmy decyzję chociażby rządu hiszpańskiego, który zautoryzował urządzenia chińskie i dopuścił je do używania w najbardziej krytycznych elementach infrastruktury hiszpańskiej. To jest absolutnym błędem i uważam, że coś takiego kategorycznie nie powinno się wydarzyć.

Agencja Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) w raporcie „ENISA Threat Landscape 2025” wskazuje, że najbardziej narażonym na cyberataki sektorem jest administracja publiczna, której dotyczyło ponad 38 proc. analizowanych incydentów. Drugie miejsce przypadło sektorowi transportu (7,5 proc.), a kolejne pozycje – infrastrukturze i usługom cyfrowym (4,8 proc.), finansom (4,5 proc.) i produkcji (2,9 proc.).

– Te ataki odbywają się nie tylko dzięki temu, że sztuczna inteligencja jest bardzo zaawansowana. W elementach infrastruktury krytycznej często są stare urządzenia, które pozwalają na dostęp do niej. AI jest narzędziem do tego, aby wykorzystywać luki w tych urządzeniach, które nie zostały zmodyfikowane i zabezpieczone – zaznacza europoseł z PiS.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europa-walczy-o-inwestycje,p1765322202

Nowe technologie zmieniają statystykę. Wpłyną także na sposób prowadzenia spisów ludności

– Nowoczesne technologie odgrywają coraz większą rolę w prowadzeniu badań statystyki publicznej, przyczyniając się m.in. do sprawniejszej analizy ogromnych zbiorów danych oraz ich integracji z nowymi źródłami informacji – wskazuje prezes Głównego Urzędu Statystycznego Marek Cierpiał-Wolan. Pozwala to nie tylko podnieść jakość gromadzonych danych, ale też wypełnić dotychczasowe luki badawcze. W kolejnych latach wpłynie to na sposób prowadzenia spisów powszechnych.

– W kontekście statystyki publicznej dochodzą przede wszystkim nowe źródła danych. Zwykle korzystała ona z danych administracyjnych i badań próbkowych i pełnych. W tej chwili mamy ogromną ilość tzw. big data: danych z telefonii komórkowej, kart płatniczych czy systemów smart city. Po pierwsze, statystyka publiczna musi sobie z tym poradzić – mówi agencji Newseria Marek Cierpiał-Wolan, prezes GUS. – Po drugie, musi ona wziąć je pod uwagę w procesie integracji danych, aby pokryć pewne zjawiska i procesy.

GUS prowadzi działania, które mają zwiększyć potencjał informacyjny swoich zasobów poprzez m.in. prowadzenie statystyk eksperymentalnych. Prace badawcze wykraczają poza standardową praktykę działań wykorzystywanych w opracowaniach metodologicznych, wypełniając tym samym lukę informacyjną.

– Na przykład możemy zidentyfikować jednodniowych turystów, których dotychczas nie badaliśmy w sposób tak systematyczny, jak możemy to robić za pomocą danych z kart, telefonii czy systemów smart city. Integrując dane z tych źródeł, jesteśmy w stanie nie tylko policzyć turystów, ale także oszacować ich wydatki. Ma to wpływ na produkt krajowy brutto nie tylko Polski, ale także w podziale na regiony – wyjaśnia Marek Cierpiał-Wolan. – Uwzględnienie nowych źródeł to nie tylko konieczność pójścia z duchem czasu, ale także pokrywanie pewnych luk badawczych, których statystyka publiczna nie pokrywała dotychczas przy standardowym podejściu.

Jak wskazuje raport GUS „Dane o Polsce w 2025 roku”, statystyka eksperymentalna wykazała, że rzeczywista liczba jednodniowych podróży krajowych była o 12,6 proc. wyższa, niż wynikało to z badań ankietowych, z kolei dane dotyczące wydatków na ten cel okazały się o 7,2 proc. wyższe. Również informacje na temat jednodniowych podróży cudzoziemców do Polski i ich wydatków zaktualizowano w górę – odpowiednio o 3,7 proc. i 5,1 proc.

W grudniu 2025 roku GUS oraz Ministerstwo Sportu i Turystyki zawarły porozumienie o współpracy przy realizacji grantu badawczego Narodowego Centrum Badań i Rozwoju „Zaangażowane narzędzia i algorytmy SI w oparciu o dane publiczne wspomagające rozwój gospodarczy w obszarze turystyki”. Jego celem jest rozwój nowoczesnych narzędzi statystycznych i analitycznych, które pozwolą lepiej monitorować ruch turystyczny i skuteczniej planować działania publiczne.

– Turystyka to jeden z takich obszarów – wskazuje prezes GUS. – Wspólnie ze Światową Organizacją Zdrowia i UNHCR mamy duży projekt, za pomocą którego możemy śledzić codzienne przemieszczanie się uchodźców praktycznie w trybie rzeczywistym. Jesteśmy więc w stanie prewencyjnie – nie tylko z punktu widzenia potrzeb zdrowotnych, ale także logistycznych – dostarczać informacje osobom, które podejmują decyzje – podkreśla Marek Cierpiał-Wolan.

W zakresie badań statystycznych, metodologii i analiz dotyczących migracji GUS współpracuje również z Międzynarodową Organizacją ds. Migracji (IOM). Współpraca, w sprawie której podpisano memorandum 18 czerwca br., obejmuje m.in. wymianę wyników badań i analiz, rozwój metodologii czy wsparcie działań związanych z gromadzeniem danych. Ma to służyć pogłębianiu wiedzy na temat procesów migracyjnych oraz dalszemu rozwojowi nowoczesnych narzędzi badawczych i analitycznych.

– Nowe źródła danych i nowe technologie powodują ewolucję w zakresie narzędzi badawczych statystyki publicznej. W krótszym i długim okresie będziemy obserwować zastępowanie nimi tradycyjnych metod – zapowiada Marek Cierpiał-Wolan. – Planujemy chociażby zastąpić jedno z badań, które prowadzimy w obiektach zbiorowego zakwaterowania, informacjami z portali rezerwacyjnych, danymi z telefonii komórkowej i kart oraz danymi ze źródeł administracyjnych. 

Wykorzystanie nowych źródeł danych i narzędzi ich integracji ma duże znaczenie w kontekście unijnego rozporządzenia dotyczącego europejskich statystyk na temat ludności i mieszkań (tzw. ESOP). Nowe przepisy wyznaczają standardy zbierania danych demograficznych i mieszkaniowych, w tym w zakresie spisu powszechnego, w sposób bardziej spójny, nowoczesny oraz dostosowany do realiów państw członkowskich. W ich ramach uregulowane zostały m.in. kwestie dotyczące prezentowania liczby ludności, zakresu obowiązkowych estymacji czy też schematu transmisji danych.

– W niektórych krajach, szczególnie skandynawskich, już od lat wykorzystywane są źródła administracyjne, a w niektórych krajach prowadzony jest tzw. spis ciągły. Za pomocą próbek podawane są informacje na temat ludności nie raz na 10 lat, tak jak spis, ale w bardzo krótkich przedziałach czasowych. To rozporządzenie dotyczące ludności i mieszkań, które będzie nas obowiązywać od 2028 roku, wychodzi temu naprzeciw. Będziemy publikować dane dotyczące ludności w siatce kilometrowej i często. Gdy zintegrujemy już te rejestry z pewnymi danymi czy doszacowaniami, przede wszystkim z szarej czy czarnej strefy, wówczas postaramy się, aby te informacje nie były raz na rok czy raz na pół roku, ale w czasie rzeczywistym – zapowiada prezes GUS.

Podkreśla, że bardzo ważnym wyzwaniem dla statystyki publicznej jest integracja danych.

– Metody integracji danych to coś, co w tej chwili wychodzi na plan pierwszy i bezwzględnie potrzebna nam będzie współpraca z akademikami, żeby wypracować efektywne sposoby ich łączenia oraz dostarczać dobrej jakości informacji społeczeństwu i tym, którzy podejmują decyzje – zaznacza Marek Cierpiał-Wolan. – Dobrej jakości infrastruktura informacyjna musi korzystać z danych statystyki publicznej, dlatego że my jesteśmy strażnikami jakości. W zatrutym środowisku informacyjnym współczesnego świata statystyka publiczna ma szansę, szczególnie w okresie sztucznej inteligencji, być tą organizacją, która daje nadzieję na porządek i prawdę.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowe-technologie,p972698641

S. Uznański-Wiśniewski: W sektorze kosmicznym brakuje kadr. Pomóc może nowe centrum technologiczne ESA

Polska coraz mocniej zaznacza swoją obecność w sektorze kosmicznym. Rosnące zaangażowanie w programy Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) i międzynarodowa współpraca otwierają przed branżą nowe możliwości. Wyzwaniami pozostają rozwój kompetencji technicznych i kształcenie kadr. Zdaniem polskiego astronauty dr. inż. Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego ważnym impulsem może być planowane utworzenie Centrum Technologicznego ESA w Polsce.

– Rynek kosmiczny dzisiaj jest dosyć dobrze dofinansowany, bo jest więcej instrumentów finansowych. Nasze zobowiązanie w Europejskiej Agencji Kosmicznej, która jest agencją budującą technologię kosmiczną Europy, jest dużo większe, niż było. Nadal jest potencjał wzrostowy. Trzeba teraz dobrze wykorzystać środki zaalokowane na rozwój, żeby móc później skalować nasze ambicje – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria dr inż. Sławosz Uznański-Wiśniewski, polski astronauta, uczestnik misji IGNIS.

W listopadzie 2025 roku Polska zadeklarowała zwiększenie składki do ESA o 250 mln euro w latach 2026–2028 do 731 mln w euro. W tej kwocie blisko 550 mln euro ma zostać przeznaczone na programy opcjonalne. Jak wskazuje Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w raporcie „Kosmiczne perspektywy”, w okresie 2012–2025, czyli od momentu przystąpienia Polski do agencji, krajowe podmioty uczestniczyły w blisko 700 projektach kosmicznych o łącznej wartości przekraczającej 320 mln euro.

Z raportu Agencji Rozwoju Przemysłu „Polski sektor kosmiczny 2025” wynika, że wartość polskiego sektora kosmicznego w wąskim ujęciu, a więc obejmującym podmioty bezpośrednio zaangażowane w  technologie kosmiczne, wynosi ok. 5,3 mld zł, a w szerszym ujęciu, czyli m.in. z firmami i instytucjami przetwarzającymi i wykorzystującymi dane satelitarne, szacowana jest na 12 mld zł.

– Tego, czego na rynku najbardziej dzisiaj brakuje, to kompetencje techniczne i kadry. Żeby firmy mogły rosnąć, potrzebują ludzi z doświadczeniem i kompetencjami, którzy mogą budować technologie kosmiczne. Widzę tutaj ogromne znaczenie przyszłej siedziby Europejskiej Agencji Kosmicznej w Polsce dla budowy doświadczenia technologicznego poprzez lokalnych specjalistów dzięki współpracy nad dużymi paneuropejskimi programami – uważa polski astronauta projektowy ESA.

W listopadzie 2025 roku Polska podpisała z ESA list intencyjny dotyczący utworzenia Centrum Technologicznego ESA w naszym kraju. W połowie lipca spodziewana jest decyzja o wyborze miasta na jego lokalizację. Centrum ma się koncentrować na takich obszarach działalności jak obserwacja Ziemi, analiza danych satelitarnych oraz rozwój technologii kosmicznych wykorzystywanych w bezpieczeństwie cywilnym i zarządzaniu kryzysowym. Ma uczestniczyć w dużych programach paneuropejskich, co oznacza kontakt z najbardziej zaawansowanymi technologiami. Polscy inżynierowie i naukowcy będą mogli pracować przy projektach ESA w kraju, zamiast wyjeżdżać za granicę

– Utworzenie Centrum Technologicznego Europejskiej Agencji Kosmicznej w Polsce, po raz pierwszy w kraju Europy Środkowo-Wschodniej, który nie jest jednym z państw założycielskich ESA, pokazuje znaczenie naszego rynku i potencjał wzrostowy – podkreśla dr inż. Sławosz Uznański-Wiśniewski. – Możemy wykorzystać tę szansę, żeby stać się liderem regionu, ale jednocześnie, żeby kształcić nasze kadry, a później rozwiązania technologiczne, które mogą być komercjalizowane przez sektor prywatny na rynku europejskim.

Raport NCBR wskazuje, że Polska dysponuje coraz większym potencjałem naukowym w obszarze technologii kosmicznych. Około 50 instytucji nauki i szkolnictwa wyższego zajmuje się tą tematyką w miarę regularnie, a 30 sporadycznie, w ramach pojedynczych projektów badawczych. Ponadto na studiach istotnych dla kształcenia potencjalnych kadr na potrzeby sektora kosmicznego kształci się ok. 27 tys. osób. Zdaniem polskiego astronauty obszar edukacji jest szczególnie istotny dla przyszłego rozwoju przemysłu.

– Z tym wiąże się kolejny obszar, czyli to, w jaki sposób zainteresować ludzi najzdolniejszych, z największym talentem i największą motywacją, pozostaniem na rynku technologicznym w Polsce i budowaniem tu technologii kosmicznych. Tutaj zdecydowanie pomocne są programy, które są siłą napędową rozwoju najbardziej innowacyjnych produktów. To programy przede wszystkim eksploracyjne, które pozwalają nam trochę marzyć i są ogromną inspiracją – tłumaczy polski astronauta projektowy.

W ramach programów eksploracyjnych wymienia kilka obszarów technologicznych, na których polskie firmy mogłyby się skupić.

– To, co obserwujemy w programie bazy księżycowej ogłoszonej przez NASA w marcu, jak również w programie Artemis, to ogromna potrzeba budowy infrastruktury, żeby zapewnić stałą obecność człowieka na Księżycu – wyjaśnia dr inż. Sławosz Uznański-Wiśniewski. – To energia atomowa, cieplna i elektryczna na Księżycu, nowe rodzaje paneli słonecznych, możliwości autonomicznego poruszania się po nieznanym terenie księżycowym, poprzez łaziki księżycowe – autonomiczne lub załogowe. To także możliwość budowy systemów podtrzymania życia – wymienia.

Podkreśla, że równie ważne są rozwiązania, które pomogą bezpiecznie lądować na Księżycu i zabezpieczyć teren.

– Budowa konstelacji nawigacyjnych, obserwacyjnych i telekomunikacyjnych bezpośrednio na orbicie Księżyca jest potrzebna, żeby zapewnić część operacyjności z ekosystemem ziemskim – zaznacza polski astronauta projektowy.

Jednym z przykładów rosnących ambicji i możliwości polskiego sektora kosmicznego była misja IGNIS – pierwsza polska misja technologiczno-naukowa na Międzynarodową Stację Kosmiczną. W ramach projektu dr Sławosz Uznański-Wiśniewski przeprowadził 13 eksperymentów przygotowanych przez krajowe instytucje i firmy.

– Grupy badawcze będą kontynuowały swoje badania przez najbliższe miesiące i lata – mówi. – Ja również nadal jestem obiektem badań, w szczególności medycznych, które przeprowadzałem na orbicie. Nie mogę się doczekać publikacji.

Jednym z projektów był EEG Neurofeedback Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, czyli technika treningu mózgu, która pomaga uczyć się regulowania swoich stanów psychicznych za pomocą informacji o aktywności mózgu otrzymywanych w czasie rzeczywistym. Jak wskazują pomysłodawcy, pierwsze wyniki wskazują, że można potwierdzić skuteczność interwencji neurofeedbackiem w 25-proc. redukcji stanu zapalnego komórki, 30-proc. obniżeniu odczuwania stresu, podwyższenia funkcji kognitywnych oraz reakcji neurofizjologicznej organizmu.

– Dzięki misji wiele grup badawczych nawiązuje szeroką międzynarodową współpracę. Jednym z przykładów jest eksperyment Space Volcanic Algae firmy Extremo Technologies z Wrocławia. Dwa eksperymenty, jako kontynuacja badań, zostały wyselekcjonowane na czeską misję kosmiczną, która będzie przeprowadzana najprawdopodobniej w 2027 roku – wskazuje dr inż. Sławosz Uznański-Wiśniewski.

Space Volcanic Algae to eksperyment biotechnologiczny, który bada potencjał wykorzystania czerwonych mikroalg pochodzących ze środowisk wulkanicznych w warunkach kosmicznych. Glony znane z przetrwania w ekstremalnych warunkach na Ziemi mogą stanowić bazę dla przyszłych systemów podtrzymania życia podczas długoterminowych misji w kosmosie. Zrozumienie, jak zachowują się w przestrzeni kosmicznej, pomoże ocenić, czy mogłyby produkować tlen, absorbować dwutlenek węgla i generować użyteczne substancje i tym samym wspierać załogi lotów na Księżyc czy Marsa.

– Niektóre systemy, które miałem zaszczyt zainstalować na stacji kosmicznej, na przykład dozymetria radiacyjna czy dozymetria szumu, nadal tam są. Mam nadzieję, że dozymetria radiacyjna będzie badała promieniowanie aż do końca życia stacji. System dozymetrii szumu firmy Svantek z Warszawy obserwowaliśmy w kwietniowym locie człowieka na Księżyc – podkreśla uczestnik misji IGNIS.

Skalowalny Monitor Promieniowania Sigma Labs to eksperyment, który mierzy parametry środowiska radiacyjnego na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w europejskim module Columbus i bada, jak promieniowanie kosmiczne wpływa na poprawną pracę układów scalonych, kluczowych dla wszystkich urządzeń elektronicznych. Z kolei eksperyment Svantek Wireless Acoustics w ramach misji IGNIS miał na celu opracowanie bezprzewodowego systemu do ciągłego monitorowania hałasu na ISS, a także osobistej ekspozycji astronautów na hałas. Ma to znaczenie dla zapewnienia bezpiecznego i przyjaznego środowiska pracy w kosmosie – długotrwały hałas może negatywnie wpływać na komfort, koncentrację i wydajność pracy astronautów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/s-uznaskiwisniewski,p1566143362

Architektura i budownictwo stawiają na rozwój cyfrowy. Główną barierą brak kompetencji oraz obawy przed cyberatakami

Poziom dojrzałości cyfrowej w polskiej branży architektonicznej i budowlanej systematycznie rośnie. Przykładem może być wdrażanie metodyki BIM opartej na cyfrowym modelu na coraz szerszą skalę. Z raportów Autodesk wynika, że firmy zdają sobie sprawę z przewag, jakie daje implementacja technologii, choć nadal ich rozwój powstrzymuje szereg barier, m.in. brak kompetencji czy obawy o cyberbezpieczeństwo.

– Wykonujemy badania rynkowe i co cztery lata badamy poziom dojrzałości cyfrowej wśród naszych klientów. Polska wypada w tym badaniu dosyć dobrze, może nie doskonale. Średnio 34 proc. firm, które działają w branży infrastrukturalnej, przeszło już transformację cyfrową, przynajmniej tak deklarują – mówi agencji Newseria Marcin Stecki, ekspert zajmujący się rynkiem infrastrukturalnym w Autodesk, podczas Kongresu Infrastruktury Polskiej. 

Przykładem zmiany podejścia do cyfryzacji jest wdrażanie na coraz większą skalę metodyki pracy BIM wykorzystującej cyfrowy model zarządzania informacjami o danej inwestycji. Z trzeciej edycji raportu Autodesk „BIM, współpraca, zarządzanie informacją w polskim budownictwie” wynika, że w 2023 roku 34 proc. spośród blisko 350 firm branży architektonicznej i budowlanej korzystało z tej metodyki – o 14 pkt proc. więcej niż w 2019 roku. Częściej BIM wykorzystywali specjaliści z branży architektoniczno-projektowej (41 proc.). Wśród firm budowlanych odsetek ten wyniósł 21 proc., a firm inwestujących i zarządzających nieruchomościami – 37 proc.

– Im bardziej firmy są zaawansowane w procesie cyfryzacji, tym bardziej są przygotowane na gwałtowne i niespodziewane zmiany. Pojawienie się takiego czarnego łabędzia jak na przykład COVID-19 nie jest dla nich niczym strasznym – mówi Marcin Stecki.

Eksperci w raporcie Autodesk podkreślają, że pandemia COVID-19 przyczyniła się do wielu zmian w obszarze cyfryzacji branży i zdecydowanie zwiększyła poziom cyfryzacji rynku.

– Jeżeli chodzi o obszary, w których cyfryzacja i transformacja cyfrowa przynoszą największe efekty, to na etapie projektowania jest to bardzo dokładny, precyzyjny model obiektu, bogaty w informację opisową, związaną z kosztami. Wobec tego kosztorysowanie i przedmiary mogą być wykonywane znacznie precyzyjniej i szybciej – podkreśla ekspert

Ankietowani przedstawiciele branży w Polsce dostrzegają wyraźne oszczędności dzięki wykorzystaniu BIM, zmniejszające koszty o co najmniej 30 proc. na wielu różnych etapach inwestycji budowlanej. Prawie 50 proc. inwestorów uważa, że BIM obniża koszty realizacji budowy o przynajmniej 30 proc., a blisko 40 proc. z nich, że o przynajmniej 30 proc. redukuje koszty projektowania branżowego. Respondenci wskazują takie korzyści z BIM jak tworzenie projektów wyższej jakości i ograniczenie liczby błędów na etapie realizacji. Podkreślają też, że metodyka ta obniża koszty w całym cyklu powstawania i życia budynku.

Z globalnego raportu Autodesk „State of Design and Make 2025” wynika, że ponad 30 proc. firm dojrzałych cyfrowo ocenia wyniki swojej organizacji jako „powyżej przeciętnej” lub „wyjątkowe”. Podobny odsetek wśród nich zgadza się ze stwierdzeniem, że jest przygotowany na przyszłość, a 26 proc. twierdzi, że ma poczucie, iż „bardzo dobrze” nadąża za zmianami w branży.

– Cyfryzacja zdecydowanie może skrócić proces projektowo-wykonawczy i obniżyć jego koszty. Nasze badania wykonane wśród liderów firm budowlanych i wykonawczych w branży AEC [architektura, inżynieria i budownictwo – red.] wskazują, że zwrot z inwestycji w cyfryzację osiągany jest na poziomie co najmniej 50 proc., a często znacznie większym – tłumaczy Marcin Stecki.

Ankietowani w globalnym raporcie liderzy twierdzą, że oprócz poprawy zadowolenia klientów, produktywności i innowacyjności transformacja cyfrowa ma również pozytywny wpływ na reputację firmy (72 proc.), ekspansję produktów i usług (68 proc.) oraz usprawnioną wymianę danych (67 proc.). 

– Z naszych badań wynika, że obszarami, które hamują cyfryzację, są brak zaufania do technologii, umiejętności i decyzji na poziomie zarządów. Z wywiadów i panelu dyskusyjnego, który prowadziliśmy na naszej konferencji BIM DAYS, wyłania się taki obraz, że decyzja o transformacji cyfrowej musi być podejmowana na szczeblu co najmniej zarządu i przez cały proces musi być silnie wspierana – zaznacza ekspert.

Wśród największych barier we wdrażaniu technologii BIM wskazywanych przez respondentów w raporcie Autodesk znalazły się niski poziom wiedzy na jej temat (74 proc.), mała liczba specjalistów posiadających umiejętność projektowania/wykonawstwa z użyciem BIM (67,7 proc.), niechęć do zmian w metodyce projektowania/wykonawstwa (68,1 proc.) czy też brak odpowiednich uregulowań legislacyjnych sprzyjających BIM (60,8 proc.). 

Globalny raport firmy wskazuje na rolę sztucznej inteligencji w branży. Jak podkreśla Marcin Stecki, choć ta technologia pojawiła się stosunkowo niedawno, jest już obecna zarówno w procesie projektowania, jak i realizacji inwestycji.

– Wymaga to zupełnie innego podejścia do procesu. Sztuczna inteligencja nie jest pojedynczym, dodatkowym narzędziem. Musi być włączona w proces jako równoważny, pełnoprawny członek zespołu – uważa.

Badanie „State of Design and Make 2025” wskazuje, że wśród przedstawicieli branży entuzjazm wobec AI nieco zmalał. 69 proc. liderów w branży architektonicznej i budownictwa na świecie w 2025 roku uważało, że sztuczna inteligencja ulepszy ich branżę. Rok wcześniej odsetek wynosił 78 proc. Wśród najpoważniejszych obaw związanych z AI pojawiało się ryzyko destabilizacji branży – wskazało na nie 48 proc. respondentów, podczas gdy rok wcześniej 41 proc. Wśród przyczyn spadku nastrojów wobec tej technologii są obawy dotyczące incydentów cyberbezpieczeństwa, kwestii prywatności, stronniczych lub szkodliwych wyników, a także ograniczonej kontroli nad tym, jak, gdzie i kiedy wykorzystywane są dane.

– Cyberbezpieczeństwo jest ogromnym tematem, który porusza wszystkich, zarówno projektantów, jak i wykonawców, a przede wszystkim właścicieli, operatorów infrastruktury – podkreśla przedstawiciel Autodesk. – Cyberbezpieczeństwo to nie jest wyłącznie technologia. To jest świadomość ludzi na temat zagrożeń i procesów, które mogą być niebezpieczne. Czynnikiem, który może wywoływać zagrożenia, są sami użytkownicy tych systemów. Powinni być szkoleni i wspierani przez zespoły cyberbezpieczeństwa na poziomie przedsiębiorstwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/architektura-i-budownictwo,p935369331

Globalne firmy coraz częściej wycofują się ze swoich deklaracji ESG. Paradoksalnie może to wzmocnić obszar zrównoważonego rozwoju

– Firmy na całym świecie coraz częściej wycofują się z deklaracji ESG lub przestają o nich mówić – podkreśla John Elkington, światowy autorytet w dziedzinie zrównoważonego rozwoju, twórca koncepcji Triple Bottom Line. W jego opinii nie oznacza to jednak odwrotu od zrównoważonego rozwoju. Przeciwnie, presja związana z polityką administracji Donalda Trumpa może się stać impulsem do potrzebnej zmiany podejścia. – Przechodzimy w kierunku „twardego” zrównoważonego rozwoju związanego z geopolityką – mówi John Elkington.

– Nie ma wątpliwości, że obserwujemy opór wobec ESG, a w pewnym stopniu także wobec zrównoważonego rozwoju. Wynika to przede wszystkim z działań Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych. Uważam jednak, że to dobrze, ponieważ oba te obszary potrzebowały presji i bodźca do ponownego przemyślenia tego, jak działamy i z kim współpracujemy. Dlatego moim zdaniem jest to największa szansa ostatnich 20 lat na ponowne zdefiniowanie naszych priorytetów – mówi agencji Newseria John Elkington, założyciel i prezes Volans.

Podczas swojego wystąpienia w trakcie Targów Idei ESG 2026 w Warszawie, zorganizowanych przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu, John Elkington stwierdził nawet, że druga kadencja Donalda Trumpa może być jedną z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się ruchom na rzecz ESG oraz zrównoważonego rozwoju – o ile właściwie odpowiedzą na tę sytuację.

– Firmy wycofują się z deklaracji ESG, bardziej w Stanach Zjednoczonych niż w Europie, a przynajmniej rzadziej mówią publicznie o swoich działaniach w obszarze ESG i zrównoważonego rozwoju – komentuje John Elkington.

Jego zdaniem wynika to stąd, że wiele przedsiębiorstw nie wiedziało, jak zrealizować cele, które wyznaczyły sobie na 2040 czy 2050 rok. W wielu przypadkach ich strategie były deklaracjami, a nie realnym planem działania. Z ubiegłorocznego raportu ERM Sustainability Institute, GlobeScan i Volans „Sustainability at a Crossroads” wynika, że 93 proc. spośród blisko 850 ekspertów ds. ESG z 72 krajów oceniło, że program zrównoważonego rozwoju wymaga rewizji, a 56 proc. wzywa do radykalnej przebudowy. Siedmiu na 10 ekspertów twierdzi, że program ten spotyka się ze znacznym sprzeciwem, co stanowi wzrost o 13 pkt proc. od 2024 roku. W Ameryce Północnej 91 proc. respondentów doświadczyło znacznego sprzeciwu, a w regionie Azji i Pacyfiku – 38 proc.

John Elkington podkreśla, że jednocześnie nie widać odwrotu od inwestycji w czystą energię. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Jak zauważa, nakłady inwestycyjne na energię odnawialną i transformację energetyczną są już obecnie około dwukrotnie wyższe niż wydatki na paliwa kopalne, a w nadchodzących latach przewaga ta znacznie wzrośnie.

– Rynki kapitałowe dostrzegają nową rzeczywistość i muszą się z nią zmierzyć. Presja polityczna wywierana na osoby wprowadzające zmiany nasiliła się, a jedną z przyczyn jest to, że przedstawiciele branż związanych z paliwami kopalnymi zdają sobie teraz sprawę, iż stanowi to egzystencjalne zagrożenie dla ich przyszłości. Dlatego finansują polityków, aby ci podjęli walkę w ich imieniu. Jednak, choć może się to wydawać sprzeczne z intuicją, postrzegam to jako dobry znak, który świadczy o tym, że robimy postępy. Rzeczywiście, z dużym optymizmem patrzę na najbliższe 15–20 lat – podkreśla założyciel i globalny ambasador firmy Volans.

Według raportu „Sustainability at a Crossroads” wiele organizacji zaangażowanych na rzecz zrównoważonego rozwoju nie jest wysoko ocenianych przez ekspertów biorących udział w badaniu. Rządy krajowe otrzymują najniższe oceny za swój wkład – jedynie 5 proc. ekspertów ds. ESG ocenia ich wkład pozytywnie. Sektor prywatny jest oceniany dobrze przez 14 proc. respondentów, ONZ – przez 29 proc., a organizacje pozarządowe – przez 45 proc. badanych. We wszystkich przypadkach wyniki są znacznie słabsze niż w 2021 roku.

– Jedną z rzeczy, które obserwowaliśmy w ciągu ostatnich 15–20 lat, jest to, że wiele firm w coraz większym stopniu angażuje interesariuszy, sporządza różnego rodzaju raporty dotyczące zrównoważonego rozwoju, stawia wyzwania swoim dostawcom. To się nie zmieni. Jednak ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie chodzi już tylko o te „miękkie” kwestie, którymi musimy się zająć – uważa John Elkington.

Jego zdaniem prezydent Stanów Zjednoczonych wstrząsnął dotychczasowym porządkiem światowym, który raczej nie powróci do poprzedniego stanu. Jednak rozpad starego systemu otwiera przestrzeń dla prawdziwej przebudowy i zmiany systemu. Jak podkreśla ekspert, można obecnie zaobserwować przejście z „miękkiego” zrównoważonego rozwoju, który obejmował inicjatywy skoncentrowane na ludziach, społecznościach lokalnych, środowisku i ładzie korporacyjnym, w kierunku „twardego”, o bardziej strategicznym i geopolitycznym charakterze. Może to oznaczać przesunięcie akcentów z raportowania i dobrowolnych zobowiązań na kwestie bezpieczeństwa surowcowego, odporności łańcuchów dostaw czy polityki przemysłowej.

– Jednym z przykładów jest cieśnina Ormuz. To właśnie tam rzeczywistość geopolityczna nagle wywiera presję na nasze gospodarki i nie mamy innego wyboru, jak tylko na nią zareagować. Myślę, że będziemy świadkami wielu podobnych sytuacji, w tym wykorzystywania zaawansowanych chipów produkowanych przez firmę Nvidia oraz wody jako broni. Dlatego twierdzę, że przejdziemy od „miękkiego” do „twardego” zrównoważonego rozwoju – mówi ekspert.

Innym przykładem jest polityka Chin w kontekście dostępu do metali ziem rzadkich i minerałów, kluczowych dla produkcji baterii, elektroniki i technologii niskoemisyjnych. Azjatycki gigant kontroluje cały sektor: od wydobycia, przez przetwórstwo, po eksport, więc może to wykorzystywać w swojej polityce.

– Historia pełna jest konfliktów. Nie muszę tego podkreślać w kraju takim jak Polska. Jednak wiele osób zaangażowanych w ruch na rzecz zrównoważonego rozwoju wierzyło, że pokój jest niemal pewny. Paradoksalnie za każdym razem, gdy nasz gatunek dochodzi do takiego wniosku, wybuchają konflikty. Inwazja Rosji na Ukrainę wywarła głęboki wpływ na sposób myślenia przedsiębiorców – podkreśla John Elkington. – Podczas lockdownu związanego z COVID-19 współpracowałem z brytyjskim ministerstwem obrony, z admirałami, generałami i wyższymi oficerami sił powietrznych. Doskonale rozumieją oni konsekwencje zagrożeń związanych z bezpieczeństwem wodnym, chaosem klimatycznym i przymusową migracją. Jest to również, w pewnym sensie, ilustracja „twardego” zrównoważonego rozwoju. Biznes sądzi, że może zwolnić tempo, ale bardzo szybko się przekona, że agenda zrównoważonego rozwoju powróci z większą siłą, szybciej i w różnych formach.

Ekspert ocenia, że środowisko ESG i zrównoważonego rozwoju stało się zbyt wygodne i skupiło się głównie na raportowaniu, jednocześnie nie do końca wiedząc, czemu to raportowanie i gromadzone dane miałyby służyć. Jego zdaniem organizacje zbytnio skupiają się na dostarczaniu informacji, zamiast dbać o to, by były one właściwie wykorzystywane przez odpowiednie osoby. W tym zakresie rozwój technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji, może się okazać szansą, ponieważ umożliwi ona syntezę i analizę tych danych. Rola dyrektorów ds. ESG czy sama sprawozdawczość nie stracą na znaczeniu, ale z pewnością będą ewoluować.

W ramach badania „Business Breakthrough Barometer 2026”, opublikowanego niedawno przez WBCSD, przeprowadzono wywiady z ponad 500 członkami kierownictwa wyższego szczebla z 50 krajów, których łączny przychód wynosi 2 bln dol. 92 proc. z nich postrzega zrównoważony rozwój jako źródło przewagi konkurencyjnej w ciągu najbliższych 5–10 lat. 89 proc. twierdzi, że w ciągu ostatniego roku utrzymało lub zwiększyło inwestycje. Jednak 68 proc. uważa, że chaotyczna transformacja jest bardziej prawdopodobna niż rok temu, a 40 proc. postrzega to jako poważne ryzyko. Tylko 15 proc. przedsiębiorstw jest przekonanych, że jest w pełni przygotowanych do sprostania tym wyzwaniom.

– Zamiast więc tracić na znaczeniu, kwestia ta wkrótce wkroczy do głównego nurtu w dość nieoczekiwany sposób – podkreśla założyciel i prezes Volans.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/globalne-firmy-coraz,p984089802

Kaucjomaty jak paczkomaty. System kaucyjny przenosi się na polskie osiedla

Od początku działania systemu kaucyjnego Polacy zwrócili już ponad 1,5 mld opakowań. Przed operatorami stoją jednak kolejne wyzwania – w tym roku muszą osiągnąć 77-proc. poziom zbiórki, a docelowo 90 proc. Jednym ze sposobów na zwiększenie liczby zwracanych opakowań jest rozwój punktów zwrotu poza sklepami, m.in. na osiedlach mieszkaniowych. Pierwszy taki pilotaż uruchomiono na warszawskich Młocinach.

 – Konsumenci oczekują systemu kaucyjnego, dostępności punktów zbiórki, prostoty zwrotu i sprawnego odzyskania pieniędzy, które zapłacili za kaucję. Naszą rolą jest usprawnianie procedur, proponowanie takich metod, aby cały proces zwrotu opakowania był płynny, efektywny, jak najprostszy i jak najbliżej konsumenta – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Dariusz Dworzecki, dyrektor ds. rozwoju i sieci zbiórki w Kaucja.pl.

System kaucyjny działa w Polsce od października 2025 roku. Zgodnie z ustawą operatorzy muszą stopniowo zwiększać poziom selektywnej zbiórki opakowań – w tym roku do 77 proc., a w kolejnych latach do 90 proc. Osiągnięcie tych wskaźników ma zapewnić większy odzysk surowców i ich ponowne wykorzystanie do produkcji nowych opakowań.

Jak wynika z danych resortu środowiska, do końca maja konsumenci zwrócili już ok. 1,6 mld opakowań. Około 85 proc. z nich trafiło do systemu za pośrednictwem automatów kaucyjnych działających w 13 tys. lokalizacji. Łącznie w Polsce funkcjonuje już 62 tys. punktów zwrotu, jednak większość z nich znajduje się w placówkach handlowych. Dlatego operatorzy zaczynają rozwijać również punkty działające poza sklepami, m.in. na osiedlach mieszkaniowych.

– Rozwiązanie, które wdrażamy we współpracy z naszym operatorem, wykonującym zbiórkę, i Spółdzielnią WSM Młociny polega na organizacji publicznych miejsc, w których konsumenci mogą zwrócić opakowanie. Są to miejsca niezależne od jednostek handlu, niezależne od innych punktów zbiórki, blisko miejsc zamieszkania, w dużych skupiskach ludzi. Zależy nam na prostym systemie zbiórki – tłumaczy Dariusz Dworzecki.

Rozwój dodatkowych punktów zwrotu ma zwiększyć dostępność systemu i ułatwić mieszkańcom oddawanie opakowań poza sklepami. Operator liczy, że przełoży się to na większą liczbę zwracanych butelek i puszek oraz pomoże osiągnąć wymagane poziomy zbiórki.

– Wszelkie modele ułatwiające zbiórkę powodują, że my jako operator i cały rynek jesteśmy w stanie odzyskać butelki i puszki zgodnie ze wskazaniem ustawodawcy i zgodnie z celami środowiskowymi. Jest to wiodący element całego systemu kaucyjnego – odzyskać opakowanie kaucyjne jak najszybciej z rynku i móc je przetworzyć, aby mogło być z powrotem wykorzystane w produkcji – mówi przedstawiciel Kaucja.pl. –  Każde ułatwienie dla klienta ma przede wszystkim na celu zaprzyjaźnienie z systemem kaucyjnym i ułatwienie zbiórki.

Projekt na warszawskich Młocinach ma charakter pilotażowy, jednak operator nie traktuje go jako jednorazowej inicjatywy. Jeśli rozwiązanie się sprawdzi, podobne punkty zwrotu mają się również pojawić w innych częściach Warszawy i kolejnych miastach.

– Nasza współpraca z partnerem, z firmą Recyclo nie mówi o jednym, dwóch czy trzech urządzeniach, tylko o szerokiej skali i w różnych miejscach kraju – dodaje Dariusz Dworzecki.

Projekt na Młocinach ma być początkiem szerszej rozbudowy sieci recyklomatów. Za dostarczenie i obsługę urządzeń odpowiada Recyclo, które docelowo planuje rozwijać sieć również na kolejnych osiedlach i w innych miastach. W przeciwieństwie do większości recyklomatów działających dziś przy sklepach urządzenia mają funkcjonować jako ogólnodostępne punkty zwrotu zlokalizowane w pobliżu miejsc zamieszkania.

– Sama mechanika nie różni się od tych automatów, które znamy ze sklepów, jednak kluczową zmianą jest to, że jest możliwość zwrotu środków z kaucji bezpośrednio na kartę. Wkrótce będzie też możliwość odkładania środków na tzw. walleta, czyli na aplikację – wskazuje Piotr Kocoń, współtwórca Recyclo.

Po oddaniu opakowań użytkownik może otrzymać zwrot kaucji bezpośrednio na kartę płatniczą. W przygotowywanej aplikacji środki będzie można gromadzić w wirtualnym portfelu i wykorzystać w dogodnym momencie. Nadal dostępna pozostanie również forma vouchera dla osób, które nie chcą korzystać z płatności kartą.

Obsługa rozproszonej sieci automatów wymaga także bieżącego monitorowania ich pracy oraz sprawnej organizacji odbioru opakowań.

– Podzieliliśmy, zaczynając od Warszawy, całe miasto na sektory i do sektorów przypisaliśmy osoby odpowiedzialne za to, żeby te automaty się nie zapełniały. Prewencyjnie opróżniamy automaty – jeśli widzimy, że zapełnienie sięga 80 proc., kierowca natychmiast otrzymuje sygnał, żeby podjechać i opróżnić maszynę – tłumaczy Piotr Kocoń.

Rozbudowa sieci nie ma się ograniczyć do pilotażu na Młocinach. Recyclo prowadzi już kolejne instalacje i zapowiada rozwój infrastruktury.

– Planujemy zainstalować ponad 400 automatów w Warszawie i okolicach, 4 tys. automatów w ciągu trzech–czterech lat. Liczymy, że staną się naturalnym wyborem, tak jak się stało w przypadku paczkomatów. Obecnie nasz cykl zakłada umieszczanie 15 automatów tygodniowo, będziemy się starali szybko zwiększać tę liczbę – zapowiada współtwórca Recyclo. – Po osiągnięciu pułapu 120 zainstalowanych i aktywnych automatów w Warszawie rozpoczniemy montaże w Łodzi, w Poznaniu, we Wrocławiu, w Krakowie i na Śląsku.

Dla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej projekt ma przede wszystkim ułatwić mieszkańcom korzystanie z systemu kaucyjnego. Pomysł pojawił się po sygnałach od lokatorów i administracji osiedli, którzy zwracali uwagę na potrzebę stworzenia punktów zwrotu bliżej miejsca zamieszkania.

– To, że automaty pojawiły się na naszych osiedlach, wynika z zaistnienia dwóch zdarzeń w tym samym czasie. Pierwsze to głosy od mieszkańców i od administracji osiedli, że jest wiele postulatów o lepsze zorganizowanie tego procesu, zwłaszcza dla osób starszych, które nie są aż tak mobilne, żeby przemieszczać się na większe odległości. Z drugiej strony w tym samym czasie pojawiła się u nas z propozycją współpracy firma Recyclo. W jednym czasie i w jednej przestrzeni spotkał się problem i rozwiązanie – tłumaczy Przemysław Prus, prezes Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Lokalizacja punktów zwrotu ma duże znaczenie dla wygody mieszkańców. Recyklomaty są montowane w pobliżu altan śmietnikowych, dzięki czemu oddanie opakowań można połączyć z wynoszeniem odpadów.

– To rozwiązanie ułatwia pozbycie się butelek blisko domu, bez konieczności noszenia i większych procesów logistycznych. W mojej ocenie jest po prostu praktyczne, a takie mają największą szansę powodzenia – ocenia prezes WSM.

Jak podkreśla, zainteresowanie takim rozwiązaniem jest duże. Do spółdzielni wpływają już kolejne wnioski dotyczące montażu urządzeń na następnych osiedlach.

– Wszyscy czekali, kiedy się pojawi pierwszy recyklomat. To jest jaskółka, która czyni wiosnę. Za chwilę kolejne wnioski również uzyskają pozytywną opinię zarządów i takie urządzenia będą się coraz częściej pojawiać na naszych osiedlach – mówi Przemysław Prus.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kaucjomaty-jak-paczkomaty,p1620439216

Jednolity rynek w Unii Europejskiej wciąż z barierami. Trwają prace nad nowymi rozwiązaniami

Zdaniem części polskich europarlamentarzystów jednolity rynek w Unii Europejskiej wymaga zmian. Potrzebuje wprowadzenia praktycznego zastosowania zasady wzajemnej uznawalności produktów i usług bądź też harmonizacji przepisów we wszystkich krajach członkowskich, co jednak może być procesem zbyt czasochłonnym. Polscy europosłowie podkreślają, że to samo prawo europejskie w różnych krajach jest stosowane w różny sposób, a ponadto brakuje współpracy międzynarodowej.

– W Unii Europejskiej jednolity rynek powinien być zasadą wynikającą z traktatów. Produkt czy usługa, które są oferowane w danym państwie, powinny bez problemu być oferowane w innym, bez żadnych ograniczeń. Niestety często widzimy, że państwa wprowadzają różnego rodzaju regulacje wewnętrzne i to powoduje, że na przykład produkt z Polski nie może wjechać do Niemiec, Francji czy innego kraju bez dodatkowej kontroli lub spełnienia dodatkowych wymogów – mówi w rozmowie z agencją Newseria Piotr Müller, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości.

Jednolity rynek Unii Europejskiej został utworzony w 1993 roku. Umożliwia swobodny przepływ towarów, usług, osób i kapitału, czyli tzw. cztery swobody we wszystkich państwach członkowskich. Ponadto napędza wzrost gospodarczy i konkurencję oraz stwarza możliwości dla unijnych firm, w tym MŚP. Zapewnia im dostęp do rynku wewnętrznego, który liczy 450 mln konsumentów.

– Jako Europejska Partia Konserwatystów i Reformatorów jesteśmy zwolennikami zasady wzajemnej uznawalności. Chcemy, aby produkt wytworzony w danym kraju mógł bez żadnych barier wjeżdżać do innego w Unii Europejskiej. Na to się właśnie umawialiśmy. Natomiast widzimy też wiele regulacji, które są wprowadzane we Wspólnocie i de facto zwiększają bariery – uważa europoseł.

W kwietniu br. przy okazji nieformalnego szczytu szefów państw i rządów na Cyprze prezydent tego kraju jako przedstawiciel rotacyjnej prezydencji Rady Unii Europejskiej oraz przewodniczące Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej podpisali plan działania „Jedna Europa, jeden rynek”. Przedstawia on cele i metody ich realizacji najpóźniej do końca 2027 roku. Ma to pobudzić wzrost gospodarczy w Europie i przewiduje cele dotyczące wniosków ustawodawczych i porozumienia między prawodawcami, a także kwartalne przeglądy umożliwiające monitorowanie postępów.

– Przykładem barier jest dyrektywa transportowa sprzed wielu lat, która uniemożliwiła zdrową konkurencję naszych firm transportowych na terenie Unii Europejskiej. Są też inne metody ograniczania tego typu usług czy produktów, jak wprowadzanie dodatkowych kryteriów społecznych, środowiskowych, ale które nie obowiązują w całej Unii, tylko w niektórych krajach. To powoduje realne bariery – tłumaczy Piotr Müller. – W Parlamencie Europejskim rozmawiamy więc o tym, w jaki sposób je ograniczyć – albo z jednej strony harmonizując przepisy, albo wprowadzając zasadę wzajemnej uznawalności usług i produktów – dodaje.

Instytucje europejskie chcą osiągnąć znaczące postępy w 2026 roku, a najpóźniej do końca 2027 roku we wszystkich pięciu strategicznych elementach składowych planu działania, takich jak uproszczenie przepisów, bardziej zintegrowany jednolity rynek, w tym poprzez usunięcie 10 najbardziej szkodliwych barier, wspieranie trwałych stosunków handlowych, działania na rzecz obniżenia cen energii, dekarbonizację oraz stymulowanie transformacji cyfrowej i transformacji AI.

– My jesteśmy zwolennikami zasady wzajemnej uznawalności usług i produktów. Uważamy, że harmonizowanie wszystkich przepisów w Unii Europejskiej jest procesem długotrwałym. Z drugiej strony powoduje on, że często pojawia się kolejna warstwa biurokratyczna, tylko tym razem nie w jednym czy dwóch krajach, tylko w 27 naraz – podkreśla europoseł.

Przywódcy Unii Europejskiej podkreślili, że do marca 2027 roku należy osiągnąć konkretne i wymierne postępy w zakresie zapobiegania powstawaniu barier dla czterech swobód i w zakresie usuwania takich barier. Wskazali sześć priorytetowych środków, w tym m.in. 28. system prawny dla spółek – „EU Inc.”, wzmocnienie zabezpieczeń dotyczących wprowadzania produktów do obrotu czy też rozwiązanie kwestii rozdrobnionych wymogów dotyczących etykietowania i opakowań produktów.

– Obserwujemy mechanizm, że to samo prawo europejskie jest stosowane w różny sposób w różnych krajach Unii Europejskiej. To wynika na przykład z z implementacji prawa w inny sposób w danym kraju, na przykład nadgorliwego. Czasami urzędnicy implementując prawo europejskie, dodają coś od siebie na wszelki wypadek, co jest oczywiście kuriozalne – zaznacza Piotr Müller.

Dodaje, że problemem jest brak chęci państw do realizowania między sobą egzekwowania przepisów.

– Państwo ma prawo do pozwania drugiego za to, że nie przestrzega przepisów, które samo przecież egzekwuje. Mamy do czynienia z taką sytuacją w wielu obszarach, że jedno państwo uczciwie się zachowuje, a drugie tych przepisów nie przestrzega. Teoretycznie Komisja Europejska powinna takie państwo ścigać przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, ale często tego nie robi ze względów politycznych. To jest pewnego rodzaju przewaga konkurencyjna, że to państwo akurat tych przepisów nie stosuje – uważa europoseł.

W 2018 roku weszło w życie ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO), które reguluje sposób przetwarzania i przekazywania danych osobowych osób fizycznych w Unii Europejskiej. 

– Państwa pomiędzy sobą powinny się mobilizować i zachęcać do tego, żeby przestrzegać tych norm, które same uchwaliły. RODO jest dobrym przykładem. Ktoś, kto mieszka w Belgii, na przykład często widzi, że na skrzynkach pocztowych jest napisane imię, nazwisko osoby, która mieszka w danym mieszkaniu. To są przepisy, które wynikają z prawa belgijskiego. W Polsce w tej chwili coś takiego jest nie do pomyślenia – podkreśla Piotr Müller.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jednolity-rynek-w-unii,p742885770