Strona główna Blog Strona 2

Hyundai notuje czterokrotny wzrost sprzedaży elektryków. Najmocniej rośnie popyt na auta miejskie

0

W ciągu 11 miesięcy 2025 roku Hyundai sprzedał 2035 samochodów elektrycznych. To czterokrotnie więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Dynamiczne wzrosty tego segmentu – które w tym roku charakteryzują cały rynek motoryzacyjny – to przede wszystkim zasługa programu dopłat do zakupu e-auta. Konstrukcja tego programu sprawia, że dużym zainteresowaniem cieszą się mniejsze miejskie elektryki – w przypadku Hyundaia liderem był model INSTER.

W 2025 roku wzrost sprzedaży na całym rynku wyniósł 140 proc. Hyundai natomiast pomnożył przez cztery swoją sprzedaż e-samochodów. W zeszłym roku po 11 miesiącach wynosiła ona niecałe 500 sztuk, a teraz ponad 2 tys. – mówi agencji Newseria Stanisław Dojs, PR manager, Hyundai Motor Poland. – Widać też, że klienci najbardziej chcą samochodów elektrycznych w niedużym formacie i tańszych. W ich przypadku dopłata stanowi dużą część wartości całego auta. 

Najpopularniejsze są mniejsze samochody.

– Naszym liderem był Hyundai INSTER – małe miejskie auto, które bardzo korzystało z rządowych dopłat. Drugie miejsce zajęła KONA, czyli samochód, który może służyć jako auto rodzinne i nadaje się w trasy – wymienia Łukasz Borak, dyrektor ds. marketingu w Hyundai Motor Poland.

Model INSTER po 11 miesiącach odpowiadał za 747 rejestracji, czyli niemal 40 proc. sprzedaży bezemisyjnych aut Hyundaia w Polsce w tym okresie. Elektryczna KONA zanotowała 669 rejestracji, a jej sprzedaż wzrosła niemal trzykrotnie. Podium zamyka IONIQ 5 z wynikiem 452 rejestracji. Czwartą pozycję zdobył IONIQ 6 (148 sztuk), a za nim IONIQ 9 (19 aut). Jak podkreślają przedstawiciele koncernu, sprzedaż tego ostatniego auta dopiero się rozkręca, statystyki objęły pierwsze egzemplarze, jakie dotarły do Polski.

Statystyki producenta wskazują, że BEV odpowiadają dziś za 8 proc. sprzedanych w tym roku samochodów. Oznacza to wzrost o 6,5 pkt proc., kosztem udziału przede wszystkim tradycyjnych silników spalinowych oraz tzw. miękkich hybryd. Prezes Hyundai Motor Europe zapowiedział niedawno, że do 2027 roku w europejskiej ofercie Hyundaia każdy model będzie miał wersję zelektryfikowaną, a do 2030 roku Hyundai na całym świecie będzie miał aż 21 elektrycznych modeli. 

Właśnie dokonaliśmy głębokiego faceliftingu technicznego i wizualnego modeli IONIQ 5 i IONIQ 6. Największą różnicą – poza wizualną – jest to, że będą one miały dużo większe akumulatory trakcyjne – 84 kWh, co wpływa na zasięg – podkreśla PR manager koncernu. – Drugą nowością, która już stoi w blokach startowych, jest zapowiedziany model Concept THREE. Ten samochód ma być kompaktowy, nieduży, o długości mniej więcej 4,2 m, z niską linią nadwozia. Będzie to też propozycja do miasta.

Concept THREE miał światową premierę na targach IAA Mobility, które odbyły się we wrześniu br. w Monachium. To pierwszy kompaktowy koncept auta elektrycznego w rodzinie IONIQ i jednocześnie zapowiedź rozszerzenia oferty o nową kategorię pojazdów, która uzupełni dotychczasową gamę średnich i dużych elektryków w ofercie Hyundaia.

– Będą także zelektryfikowane duże samochody typu van. Nasza niedawna nowość – IONIQ 9 – też się będzie rozpędzać. Pod koniec roku zobaczymy kolejne samochody, auta hybrydowe, auta w innych formatach, głównie SUV-y – zapowiada Stanisław Dojs. – Hyundai będzie rozszerzał zarówno flotę aut elektrycznych, jak i samochodów nieelektrycznych, hybrydowych.

SUV segmentu C – Hyundai TUCSON – to lider sprzedaży koncernu. Od stycznia do listopada sprzedaż wyniosła ponad 10,6 tys. egzemplarzy. Na podium znalazły się również i30 oraz i20 z wynikami odpowiednio 3,97 tys. i 3,77 tys. Łączna sprzedaż Hyundaia w tym okresie sięgnęła prawie 26 tys. aut.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/hyundai-notuje,p1402295053

Innowacje przyspieszą transformację energetyczną i walkę ze zmianą klimatu. Ich twórcy mogą liczyć na wsparcie

0

Transformacja energetyczna w Polsce to zaplanowany na wiele lat proces, który będzie wymagać nie tylko dużych nakładów, ale i innowacji. Jednym z jej kluczowych elementów jest przeciwdziałanie zmianom klimatu. To na ten aspekt nakierowane są działania start-upów z sektora climate tech. Tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR koncentrowała się na wsparciu właśnie dla innowatorów z tej branży.

Transformacja energetyczna będzie wymagała od nas nie tylko dużych nakładów, ale też szukania wśród lokalnych dostawców rozwiązań. Możemy wykorzystać wiedzę i potencjał polskich inżynierów, naukowców, innowatorów, ludzi, którzy odważnie podejmują wiele różnych prób i działań w celu zmiany bieżącej sytuacji, by udoskonalać procesy i urządzenia. To ważne, żeby otwierać drzwi i stwarzać szanse dla polskich firm i start-upów w procesie transformacji energetycznej – mówi agencji Newseria Michał Jaros, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. – Między innymi Szkoła Pionierów PFR może takim osobom dać szansę na dołączenie do wielkiego procesu transformacji energetycznej w Polsce. 

Jak wynika z szacunków Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), łączny koszt transformacji energetycznej do 2040 roku może się wahać między 1,5 a 1,7 bln zł. Tylko rozwój OZE i magazynów będzie kosztować nas około 600 mld zł, a transformacja sektora ciepłowniczego – ok. 450 mld zł. Ten proces stawia przed Polską nie tylko wyzwania finansowe, lecz również technologiczne.

W przypadku transformacji energetycznej start-upy i technologie związane z climate tech są absolutnie kluczowe dla przyszłości – po pierwsze, żeby zabezpieczyć przyszłość cywilizacji i naszego bezpiecznego życia, po drugie, żeby stymulować gospodarkę. Te rozwiązania wpływają również na rozwój innych technologii i pośrednio stymulują rozwój gospodarki. Skupienie się na tym, co jest związane ze środowiskiem, jak je zabezpieczać i jak lepiej żyć, ale też jak przez to rozwijać gospodarkę, jest naszym priorytetem – mówi Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Allegro, które od początku jest partnerem Szkoły Pionierów PFR.

Climate tech to sektor start-upów, które koncentrują się na problemach klimatycznych, zwłaszcza tych dotyczących ograniczania wysokiej emisji gazów cieplarnianych. Szczególną rolę odgrywa tu sztuczna inteligencja, która może wspierać zrównoważony rozwój i przyspieszać wdrażanie rozwiązań mających realny wpływ na środowisko. Z danych Dealroom wynika, że łączna wartość przedsiębiorstw działających na światowym rynku climate tech w 2024 roku wyniosła 3,4 bln dol., podczas gdy w 2022 roku było to 2 bln dol.

To właśnie na tym obszarze koncentrowała się tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR. Tematyka programu wpisywała się w realizację wybranych Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, m.in.: 2. (Zero głodu), 6. (Czysta woda i warunki sanitarne), 7. (Czysta i dostępna energia) czy 11. (Zrównoważone miasta i społeczności).

Program ma za zadanie znaleźć tych ludzi, którzy chcą w Polsce budować innowacje. To muszą być ludzie nie tylko kreatywni, ale też odważni, bardzo konsekwentni w swoich działaniach, którzy wiedzą, że jest początek i koniec procesu, że ważna jest determinacja i wola działania w zmienianiu rzeczywistości – podkreśla Michał Jaros. – Trzeba też ośmielić tych, którzy mają marzenia, pomysły i chęć zmian, ale nie mają możliwości finansowych, nie mają też mentorów, trenerów, którzy są w stanie im pomóc. Szkoła Pionierów PFR takie możliwości daje.

Szkoła Pionierów PFR to pierwszy krok przed akceleracją dla początkujących przedsiębiorców i wizjonerów technologicznych. Podczas trzech tygodni trwa proces generowania pomysłów, ich walidacji i prototypowania aż do prezentacji przed inwestorami i akceleratorami w trakcie finału. 

– Szkołę Pionierów PFR wyróżnia przede wszystkim to, że stawiamy tutaj na realne doświadczenie budowy start-upu. Przychodzą do nas ludzie, którzy się dopiero poznają, poznają także swoje mocne strony, szukają co-founderów i pracują nad pomysłami. Na początku te pomysły są na kartkach papieru, a po trzech miesiącach, po próbie testów, wdrożeń, rozmów z klientami, uczestnicy przychodzą z konkretnymi rozwiązaniami. Jest to prawdziwe doświadczenie, jak zbudować start-up. Część z nich odnosi sukces – mówi Paweł Huras, p.o. menedżer Zespołu Rozwoju Innowacji w Startupach i MŚP z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Gala finałowa Szkoły Pionierów PFR odbyła się 9 grudnia br. w Warszawie. Najlepszym projektem spośród ośmiu rozwijanych propozycji okazał się Baltic Jungle Lab – rozwiązanie zamieniające niewidoczne zanieczyszczenie mikroplastikiem w mierzalne dane dla branży tekstylnej. Wyróżnienie przyznano FlowIQ, czyli inteligentnej platformie do zarządzania energią w przedsiębiorstwach wodociągowych. Dzięki niej można optymalizować pracę pomp i procesy napowietrzania. Wyróżniony został również samouczący się model sztucznej inteligencji Reactive AI, który rozwiązuje problemy znane z dużych asystentów, takich jak np. ChatGPT. Nie zapomina on kontekstu rozmów, działa taniej i bezpieczniej, a do tego lepiej chroni dane użytkowników. 

W tegorocznej edycji skupialiśmy się na projektach zielonych, które mają z jednej strony generować zyski i oszczędności biznesowe, ale z drugiej  wpływać pozytywnie na zmiany klimatyczne mówi Paweł Huras. – Z bardzo ciekawych rozwiązań mamy też monitorowanie infrastruktury krytycznej rurociągów, ich utrzymania i ewentualnych uszkodzeń, przewidywania, jak długo dana infrastruktura będzie w stanie funkcjonować. Mamy także modele AI nowej generacji, które zużywają dużo mniej energii.

Nagrodę publiczności zdobył zespół tworzący aplikację Vata, która analizuje dane z inteligentnego licznika energii. 

– Łącznie w poprzednich edycjach Szkoły Pionierów PFR powstało ponad 40 rozwiązań, które zebrały łączne finansowanie z rynku venture capital o wartości 290 mln zł. W ciągu ośmiu edycji udało się stworzyć co najmniej kilkanaście start-upów, chociażby Jutro Medical, który zajmuje się branżą healthcare, jak i niedawno powstały Sales Patriot, który automatyzuje zamówienia w sektorze obronnym – wymienia przedstawiciel PFR.

Wspieramy Szkołę Pionierów PFR od ośmiu lat i zamierzamy wspierać w przyszłości, bo to jeden z najbardziej innowacyjnych i najambitniejszych projektów rozwojowych w Polsce. Jesteśmy jego integralną częścią, wspieramy w ujęciu merytorycznym i coachingowym start-upy, przedsiębiorców, żeby kreowali innowacje, żeby mieli jak największy wpływ na gospodarkę – podkreśla Marcin Kuśmierz.

Według raportu „Co blokuje polskich startupowców”, przygotowanego na podstawie doświadczeń z projektu Szkoła Pionierów PFR, stabilne otoczenie podatkowe oraz skuteczny system zachęt inwestycyjnych powinny stanowić fundament polskiego ekosystemu innowacji. Z przytaczanych tam badań Fundacji Startup Poland „Polskie Startupy 2024” wynika, że jako najtrudniejsze do pokonania bariery w ekosystemie innowacji w Polsce 55 proc. respondentów wskazuje brak źródeł finansowania, a 38 proc. – trudności w pozyskaniu finansowania w kolejnych rundach rozwoju.

Żeby rozwijać innowacje, Ministerstwo Rozwoju i Technologii utworzyło program Innovate Poland, w którym na początku będzie kilka miliardów złotych dla innowatorów. W ten program będą zaangażowani przedstawiciele administracji publicznej, także spółki Skarbu Państwa, ale jest on otwarty dla różnych, polskich i zagranicznych firm, które docelowo będą wzmacniały innowacje w Polsce i innowatorów – podkreśla przedstawiciel resortu technologii.

Innovate Poland ma pobudzić rozwój krajowych innowacji z kapitału publicznego (PFR, BGK, EFI) i prywatnego (PZU). Na pierwszą fazę programu przeznaczono 4 mld zł, które zostaną zainwestowane w około 250 przedsiębiorstw – zarówno poprzez fundusze private equity, jak i venture capital.

– Ministerstwo Rozwoju i Technologii widzi potrzebę zmian w obszarze innowacji. Zależy nam też na tym, żeby one się rozwijały w przemyśle i przedsiębiorstwach, tak jak to ma miejsce m.in. w Azji. Tam dzisiaj jest najwięcej innowacji, dużo nowych technologii. My jako Europa i Europejczycy, a przede wszystkim jako Polki i Polacy, też powinniśmy być w tym trendzie obecni – podkreśla Michał Jaros. – Jako Ministerstwo Rozwoju i Technologii musimy być w jakimś stopniu odpowiedzialni za stworzenie ekosystemu innowatorów. Stąd program Innovate Poland, Szkoła Pionierów PFR i wiele innych, które mają wzmocnić innowacyjność polskiej gospodarki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/innowacje-przyspiesza,p1882173312

Jeden zakaz może uderzyć w tysiące polskich gospodarstw. Plantatorzy tytoniu alarmują

0

Polscy plantatorzy tytoniu alarmują, że projekt UD213 – jeśli doprowadzi do zakazu aromatyzowanych saszetek nikotynowych – może zlikwidować jeden z ostatnich stabilnych rynków zbytu ich surowca. To zaś będzie oznaczało kolejne problemy dla tego sektora. Jego przedstawiciele podkreślają, że resort rolnictwa stanął w ich obronie przy poprzedniej próbie wprowadzenia podobnych przepisów, ale obecna wersja projektu nie uwzględnia większości tych zastrzeżeń. W opinii Związku Przedsiębiorców i Pracodawców stabilność krajowych regulacji jest dla plantatorów kluczowa, zwłaszcza w kontekście kurczącego się europejskiego rynku tytoniu i konkurencji ze strony Mercosuru.

– Projekt UD213, którego przedmiotem jest między innymi zakaz obrotu aromatyzowanymi saszetkami nikotynowymi, dotyczy interesów nie tylko dużych koncernów tytoniowych, które tradycyjnie kojarzymy z tymi produktami, ale także rolników, którzy dostarczają surowiec niezbędny do produkcji tej kategorii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jakub Bińkowski, członek zarządu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Branża ostrzega, że likwidacja aromatyzowanych saszetek, które odpowiadają za 90 proc. sprzedaży tej kategorii produktowej, oznacza de facto likwidację całej kategorii.

– Surowiec wykorzystywany do produkcji nikotyny nie bierze się z powietrza. To są z reguły liście tytoniu, które często pochodzą od lokalnych producentów, krajowych rolników, plantatorów, którzy już dzisiaj zwracają uwagę na to, że mogliby w większym stopniu uczestniczyć w tym procesie produkcyjnym – mówi Jakub Bińkowski.

Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że sektor uprawy tytoniu w Polsce od lat znajduje się w trendzie spadkowym. W ciągu ostatniej dekady liczba plantatorów zmniejszyła się o 67 proc., a powierzchnia upraw – o 38 proc. W 2024 roku uprawy prowadziło ok. 2,8 tys. gospodarstw na 9 tys. ha, głównie rodzinnych i położonych na ziemiach słabszej jakości, gdzie możliwości alternatywnej produkcji są ograniczone.

Polska pozostaje – obok Włoch i Hiszpanii – jednym z największych producentów surowca tytoniowego w Unii Europejskiej, wytwarzając ok. 20 tys. t rocznie, z czego większość trafia na eksport. Równocześnie jesteśmy jednym z największych importerów w Europie: tylko w 2024 roku sprowadzono 133 tys. t surowca na potrzeby fabryk czterech światowych koncernów działających w Polsce (głównie z Brazylii, ale też z Argentyny). Według najnowszych danych w całym przemyśle tytoniowym i sektorach powiązanych pracuje ok. 28,9 tys. osób w przeliczeniu na pełne etaty.

Plantatorzy wskazują, że w takim otoczeniu gospodarczym rynek saszetek nikotynowych stał się jednym z niewielu stabilnych odbiorców surowca, dając firmom przetwórczym przestrzeń do planowania długoterminowych kontraktów.

Firmy w Polsce są gotowe do tego, żeby nawiązywać wieloletnie kontrakty z plantatorami, ale potrzebują podstawowej stabilizacji regulacyjnej. Ten projekt naprzeciw tej potrzebie nie wychodzi, on idzie całkowicie w kontrze do tych oczekiwań – mówi członek zarządu ZPP.

Rynek surowca opiera się na współpracy z polskimi firmami chemicznymi, które wytwarzają nikotynę wykorzystywaną w saszetkach na bazie krajowych liści tytoniu. To właśnie ta część rynku pozwala myśleć o wieloletnich kontraktach i budowaniu łańcucha wartości z udziałem lokalnych producentów. Zdaniem branży dalsze prace nad projektem UD213 zagrażają tej współpracy, bo likwidacja kategorii saszetek odcięłaby plantatorów od możliwości uczestniczenia w segmencie, który nadal się rozwija.

Ogólnopolski Związek Plantatorów Tytoniu w Grudziądzu oraz Okręgowy Związek Plantatorów Tytoniu w Augustowie wskazują, że MRiRW już raz skutecznie ochroniło ich interesy, gdy w trakcie prac nad czerwcową nowelizacją wykreślono przepisy dotyczące ograniczenia aromatów w saszetkach nikotynowych. Dlatego też zwrócili się do resortu z prośbą o zorganizowanie konferencji uzgodnieniowej – w ich ocenie obecna wersja UD213 nie odzwierciedla ani uwag strony społecznej, ani części opinii zgłoszonych przez resort.

Zarówno plantatorzy, jak i przedsiębiorcy zwracają uwagę również na fakt, że od kwietnia br. saszetki zostały obłożone akcyzą, zatem likwidacja tej kategorii oznacza zmniejszenie wpływów budżetowych.

– Dzisiaj jesteśmy na etapie, w którym projekt już kilkukrotnie miał być przedmiotem prac Stałego Komitetu Rady Ministrów, natomiast był z tych obrad wycofywany. Liczymy na to, że jest to przejaw pewnego otwarcia na argumenty, które pojawiają się ze strony różnego rodzaju graczy, w tym ze strony rolników, plantatorów zwracających uwagę na to, w jaki sposób proponowane regulacje ograniczą popyt na ich produkcję – ocenia Jakub Bińkowski.

W najbliższych latach także unijne regulacje będą ograniczać popyt na surowiec tytoniowy, UE pracuje bowiem nad kolejnymi elementami polityki zmierzającej do ograniczenia spożycia produktów nikotynowych i tytoniowych. Równolegle trwają negocjacje umowy z krajami Mercosuru, gdzie znajdują się jedni z największych producentów tytoniu na świecie. Otwarcie dla nich rynku europejskiego może zwiększyć presję konkurencyjną na polskich plantatorów.

 To otwiera sytuację, w której popyt na krajową produkcję będzie spadał i podaż krajowa będzie łatwo zastępowalna produkcją pochodzącą z państw Mercosuru – tłumaczy ekspert ZPP. – Jest to z punktu widzenia polskiego rolnictwa sytuacja krytycznie zła.

Jak podkreśla, w dyskusji na temat przyszłości kategorii saszetek nikotynowych pojawia się wiele mylnych informacji, a także błędne skojarzenie z innym, podobnym produktem – snusem. Są to saszetki, dopuszczone do użytku wyłącznie w Szwecji, zawierające poszatkowany i przetworzony tytoń.

– Z drugiej strony mamy saszetki nikotynowe. W ich środku fizycznie nie ma poszatkowanego tytoniu, co nie oznacza jednak, że tytoń nie jest wykorzystywany do ich produkcji – nikotyna zawarta w tych saszetkach z reguły tworzona jest z liści tytoniu, które są potem chemicznie przetwarzane, i nikotyna jest z nich ekstrahowana – wskazuje Jakub Bińkowski.

Saszetki zawierają nikotynę pozyskiwaną z liści tytoniu, a nie syntetyczną. To właśnie ta forma przetwarzania krajowego surowca jest jednym z kluczowych rynków zbytu dla plantatorów. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jeden-zakaz-moze-uderzyc,p622110375

Dezinformacja jednym z największych zagrożeń dla demokracji w UE. Komisja proponuje nowe narzędzia do walki z tym zjawiskiem

0

Prawie połowa Europejczyków uważa, że najważniejszym wyzwaniem dla demokracji w UE jest rosnąca nieufność do instytucji i procesów demokratycznych. 42 proc. wskazało na zagraniczną ingerencję i dezinformację – wynika ze specjalnego badania Eurobarometru. Coraz agresywniejsze kampanie dezinformacyjne polaryzujące społeczeństwa i próby ingerowania w procesy wyborcze skłoniły Komisję Europejską do przygotowania nowej strategii walki z tymi zjawiskami. Europejska Tarcza Demokracji ma m.in. pomóc zbudować odporność Europejczyków na dezinformację.

– Znajdujemy się w sytuacji zagrożeń wielowymiarowych. To nie są tylko bezpośrednie ataki, które dotyczą już niestety także i polskiego terytorium, bo mieliśmy przypadki ataków dronowych, ale bardzo często towarzyszą tym działaniom akty dezinformacyjne na coraz większą skalę. Ta dezinformacja niestety jest skuteczna, podważa wiarę Polaków, Europejczyków w demokrację – mówi agencji Newseria Katarzyna Smyk, dyrektorka Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, podczas debaty „Czy Europejska Tarcza Demokracji nas ochroni?”, zorganizowanej przez Biuro Parlamentu Europejskiego w Polsce oraz Przedstawicielstwo KE.

Przedstawiciele Komisji Europejskiej podkreślają, że demokracja w UE jest atakowana. Liczne kampanie, w tym również prowadzone przez Rosję, są projektowane specjalnie w taki sposób, by polaryzować społeczeństwa w państwach członkowskich i podważać zaufanie do instytucji unijnych i rządowych. Specjalne badanie Eurobarometru z maja br. („Ochrona i promowanie demokracji”) wskazało, że Europejczycy dostrzegają te zagrożenia dla demokracji w Unii. 49 proc. badanych ocenia, że najpoważniejszym wyzwaniem jest rosnąca nieufność społeczeństwa wobec instytucji i procesów demokratycznych. 42 proc. wskazało na zagraniczną ingerencję, manipulację i dezinformację, również w kontekście wyborów.

To właśnie w odpowiedzi na te wyzwania Komisja Europejska przedstawiła Europejską Tarczę Demokracji – pakiet propozycji mających usprawnić walkę z dezinformacją. Dokument zakłada działanie w trzech głównych obszarach: zabezpieczenie integralności przestrzeni informacyjnej, wzmocnienie instytucji, uczciwych i wolnych wyborów oraz wolnych i niezależnych mediów oraz zwiększenie odporności społecznej i zaangażowania obywateli. Ważnym narzędziem Europejskiej Tarczy Demokracji ma być nowe Europejskie Centrum ds. Odporności Demokratycznej, które zgromadzi wiedzę fachową i zasoby UE oraz państw członkowskich w celu zwiększenia odporności demokratycznej.

– Staramy się wspierać państwa członkowskie, bo szanujemy ich kompetencje w tym zakresie, na przykład poprzez tworzenie obserwatorium, centrum badania dezinformacji i koordynacji działań, wymiany informacji pomiędzy państwami członkowskimi, aby lepiej to zjawisko rozumieć. Odwołujemy się też do aktu o usługach cyfrowych – wskazuje Katarzyna Smyk.

Akt o usługach cyfrowych (DSA), na który powołuje się Komisja Europejska, nakłada na największe platformy internetowe obowiązek ograniczania rozpowszechniania treści manipulacyjnych, przejrzystości algorytmów oraz raportowania ryzyk systemowych. KE podkreśla, że to właśnie platformy społecznościowe pozostają kluczowym kanałem rozprzestrzeniania dezinformacji, dlatego zaproponowana tarcza ma wzmocnić egzekwowanie DSA. Pakiet uzupełniają: akt o sztucznej inteligencji, który nakazuje oznaczanie treści generowanych przez sztuczną inteligencję, w tym deepfake’ów, oraz rozporządzenie w sprawie reklamy politycznej, które ma ułatwić obywatelom rozpoznawanie przekazów o charakterze politycznym.

Badanie Eurobarometru „Social Media Survey 2025” wskazuje, że 66 proc. Europejczyków ocenia, że w ostatnich siedmiu dniach przed ankietą mieli do czynienia z dezinformacją. Mniej więcej jedna trzecia respondentów nie jest pewna, czy potrafiłaby ją rozpoznać. To dlatego KE zapowiada wdrożenie środków mających na celu wspieranie umiejętności korzystania z mediów i kompetencji cyfrowych dla wszystkich grup wiekowych.

– Wzmocnienie demokracji w Europie wymaga bardzo wielu działań zarówno na poziomie państw członkowskich, jak i na poziomie Unii Europejskiej. Mówimy np. o edukacji obywatelskiej, ponieważ Europejczycy, a młodzi ludzie w szczególności, powinni rozumieć, na czym polega demokracja, jaki jest sens wyborów, jakie kompetencje mają poszczególne organy, aby rozumieć mechanizmy demokratyczne – tłumaczy dyrektorka Przedstawicielstwa KE w Polsce.

Komisja zamierza również wspierać zaangażowanie obywateli w życie demokratyczne za pomocą narzędzi partycypacyjnych i konsultacyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem społeczności lokalnych i młodzieży. Komplementarna z Europejską Tarczą Demokracji w tym obszarze jest przedstawiona 12 listopada strategia UE na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Zakłada ona m.in. utworzenie do 2026 roku nowej platformy społeczeństwa obywatelskiego, która ma ułatwić dialog na temat ochrony i propagowania wartości Unii. Komisja planuje także utworzenie internetowego centrum wiedzy na temat społeczeństwa obywatelskiego oraz znaczne zwiększenie wsparcia finansowego dla organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

– Kolejny obszar to wspieranie niezależnych mediów, bo to oznacza wspieranie niezależnej informacji, myślenie krytyczne, czyli umiejętność rozróżniania przez ludzi tego, co jest prawdą, a co nie. To także działania związane ze współpracą międzynarodową, współpracą państw członkowskich, aby łączyć siły, wspólnie identyfikować zagrożenia i na nie odpowiadać – podkreśla Katarzyna Smyk.

Dostęp do rzetelnych informacji, umiejętność krytycznego myślenia i świadome korzystanie z mediów są – jak podkreśla Komisja Europejska – podstawą odporności demokratycznej. W niektórych regionach UE zanik lokalnych redakcji stworzył tzw. pustynie informacyjne, co zwiększa podatność mieszkańców na manipulację i dezinformację. Tarcza zakłada wspieranie mediów lokalnych i niezależnych redakcji, które mierzą się dziś z presją ekonomiczną i zanikaniem lokalnej infrastruktury informacyjnej. Zwiększone wsparcie finansowe zostanie zapewnione w ramach nowego programu na rzecz odporności mediów, który połączy obecne wsparcie z programami finansowania zaproponowanymi w nowych wieloletnich ramach finansowych.

Europejska Tarcza Demokracji zakłada również powstanie niezależnej europejskiej sieci kontrolerów informacji, która ma zwiększyć możliwości weryfikacji informacji we wszystkich językach urzędowych Unii. Europejskie Obserwatorium Mediów Cyfrowych ma opracować nowe niezależne zdolności w zakresie monitorowania i analizy sytuacji w odniesieniu do wyborów lub różnego typu kryzysów.

Próby ingerowania z zewnątrz w przebieg wyborów stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, obejmując zarówno cyberataki, jak i kampanie dezinformacyjne. Tegoroczny Eurobarometr wskazuje, że 79 proc. Europejczyków obawia się, że wyborcy będą podejmować decyzje na podstawie dezinformacji. 70 proc. boi się, że inne kraje wpłyną na wybory w ich państwie, a 67 proc. – że dojdzie do manipulowania ich wynikami. Dlatego też działania tarczy mają wzmacniać bezpieczeństwo infrastruktury wyborczej, przejrzystość debaty publicznej i odporność na manipulacje w okresach kampanii. Komisja zapowiedziała m.in., że przedstawi wytyczne dotyczące odpowiedzialnego wykorzystywania sztucznej inteligencji w procesach wyborczych.

– Wybory to święto demokracji i uniemożliwienie wpływania na nie, w szczególności przez państwa trzecie, to jest absolutny priorytet, bo wybory muszą być wolne. Ochrona procesów wyborczych jest zadaniem państw członkowskich, ale Unia Europejska też chce je wspierać – podkreśla dyrektorka Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dezinformacja-jednym-z,p912545872

Europejska branża chemiczna przegrywa konkurencję z Chinami. W instytucjach UE trwają prace nad planem wsparcia

0

W instytucjach unijnych trwają prace nad uproszczeniami dla branży chemicznej i planem wsparcia jej konkurencyjności, zwłaszcza w relacjach z Chinami. Komisja Europejska w lipcu przedstawiła projekt tego typu działań i deregulacji. Niedawno Parlament Europejski przyjął pakiet „Jedna substancja, jedna ocena”, który ma z kolei usprawnić ocenę bezpieczeństwa chemicznego substancji i wzmocnić bazę wiedzy na ich temat. Jednym z założeń zmian jest wzmocnienie innowacyjności sektora.

– Jesteśmy dzisiaj takim miejscem na świecie, gdzie chemikalia są sprawdzane w bardzo drobiazgowy sposób. Nigdzie na świecie nie są tak sprawdzane. Chodzi o klimat i o to, żeby produkcja chemii odbywała się w jak najbardziej transparentny sposób, żeby nie zatruwać środowiska – mówi agencji Newseria Dariusz Joński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej. – Natomiast z drugiej strony to nie może powodować wydłużania procesu produkcji i sprzedaży, więc apelujemy o uproszczenie tych procedur i wykorzystanie danych, które są zbierane, żeby ona była jeszcze bardziej konkurencyjna.

Na mocy nowych przepisów ma nastąpić zacieśnienie współpracy i konsolidacja prac naukowych i technicznych dotyczących chemikaliów w ramach czterech agencji unijnych. Wiedza uzyskana w wyniku ocen na podstawie jednego aktu prawnego (na przykład na temat produktów biobójczych) może zostać ponownie wykorzystana w odniesieniu do innego (np. w zabawkach). Jak podkreśliła Komisja Europejska, obywatele, przedsiębiorstwa i organy skorzystają z uproszczonego i przejrzystego dostępu do informacji dotyczących chemikaliów i większej pewności ocen.

Przepisy zakładają również powstanie wspólnej platformy danych na temat zagrożeń związanych z chemikaliami, ich właściwości fizykochemicznych, obecności w środowisku, emisji, zastosowań i zrównoważonego rozwoju. Systematycznie mają być także gromadzone dane o poziomach substancji chemicznych wykrywanych m.in. w próbkach krwi czy mleka matki. Do tego dochodzi również obowiązek zgłaszania badań nad substancjami chemicznymi. 

Pakiet legislacyjny został zatwierdzony przez Radę Unii Europejskiej 13 listopada br. i wejdzie w życie po 20 dniach od publikacji w Dzienniku Urzędowym UE. Wspólna platforma danych ma powstać w ciągu kolejnych trzech lat.

Przyjęta regulacja OSOA (One Substance One Assessment) to część szerszej inicjatywy „Chemicals Strategy for Sustainability”, czyli strategii na rzecz zrównoważonego rozwoju w dziedzinie chemikaliów z 2020 roku. Ma ona nie tylko poprawić ochronę obywateli i środowiska, ale również pobudzić innowacyjność w tym sektorze gospodarki. Tym bardziej że zgodnie z przytaczanymi w strategii danymi do 2030 roku światowa produkcja chemikaliów podwoi się względem 2018 roku. To sprawia, że unijne przepisy dotyczące chemikaliów będą zyskiwać na znaczeniu.

W lipcu br. Komisja Europejska przedstawiła długo wyczekiwany przez branżę chemiczną European Chemicals Industry Action Plan, czyli plan działania na rzecz europejskiego przemysłu chemicznego, oraz pakiet Omnibus VI upraszczający przepisy dotyczące chemikaliów. Ma to być odpowiedź na pogarszającą się sytuację konkurencyjną sektora. Europejski przemysł chemiczny jest drugim co do wielkości rynkiem chemikaliów na świecie. W 2023 roku był wart ponad 850 mld euro: kraje UE wygenerowały 655 mld euro obrotów, podczas gdy reszta Starego Kontynentu – 207 mld euro. Liderem globalnego rynku były Chiny ze sprzedażą chemikaliów na poziomie 2,237 bln euro – wynika z raportu Deloitte’a „Przyszłość europejskiego przemysłu chemicznego: pozytywne perspektywy”. Udział Europy w globalnym rynku od dekady utrzymuje się na poziomie 13–14 proc., a w 2008 roku był on dwukrotnie wyższy.

– Mówiąc wprost, tę branżę trzeba uprościć i dodatkowo w nią zainwestować, tak jak to zrobiły m.in. Chiny – podkreśla Dariusz Joński. – Dwadzieścia lat temu europejska branża chemiczna była silniejsza od chińskiej mniej więcej w proporcjach 3:1. Dzisiaj to europejska goni Chiny, między innymi z uwagi na zbyt duże biurokratyczne obostrzenia, a z drugiej strony z uwagi na ceny prądu, bo bez prądu tej branży nie ma. To są dwie rzeczy, którymi musimy się zająć.

Cefic (Europejska Rada Przemysłu Chemicznego) w raporcie „Chemical Trends Report Q2 2025” wskazuje, że konkurencyjność europejskiego sektora chemicznego utrzymuje się znacznie poniżej średniej z lat 2014–2019. Wynika to ze słabnącego popytu i niekonkurencyjnych cen energii. Jest to szczególnie istotne w przypadku produktów surowcowych i petrochemicznych, gdzie Chiny mają przewagę konkurencyjną dzięki produkcji na dużą skalę i niskim kosztom produkcji.

Cefic podaje, że między styczniem a czerwcem br. produkcja w przemyśle chemicznym w krajach członkowskich UE spadła o 2,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Chiny natomiast odnotowały 8-proc. wzrost. Pozostają one najważniejszym źródłem importu chemikaliów do państw członkowskich (17,1 mld euro).

Cieszę się, że na sali plenarnej PE usłyszeliśmy między innymi o ochronie kilku gałęzi przemysłu, uproszczeniu i przyjęciu na 2026 rok programu wsparcia przedsiębiorstw, między innymi kluczowych sektorów, wśród których jest chemia. Na dobrą sprawę bez przemysłu chemicznego nie ma żadnego innego przemysłu, ani motoryzacyjnego, ani ceramicznego, ani metalowego. To jest fundament europejskiej gospodarki – mówi Dariusz Joński.

W zaproponowanym przez KE planie na rzecz przemysłu chemicznego postawiono nacisk na modernizację sektora, ze szczególnym uwzględnieniem wsparcia dla transformacji energetycznej i dekarbonizacji, tworzenia rynku dla zielonych produktów i innowacji oraz uproszczenia ram regulacyjnych, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa substancji. Komisja ma niezwłocznie wdrożyć plan działania na rzecz przystępnej cenowo energii poprzez stosowanie ulg podatkowych i obniżek taryf sieciowych. Planowana jest także aktualizacja wytycznych dotyczących rekompensat kosztów pośrednich w systemie EU ETS w branży. Jednym z założeń planu jest również utworzenie Sojuszu na rzecz Krytycznych Chemikaliów.

Z kolei w ramach pakietu Omnibus VI dla branży chemicznej zaproponowano m.in. zmiany w zakresie etykietowania substancji chemicznych, zgód na stosowanie określonych substancji w produktach kosmetycznych czy rejestracji produktów nawozowych. Wdrożenie proponowanych środków ma pozwolić branży zaoszczędzić co najmniej 363 mln euro rocznie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejska-branza,p1767210598

Do 2029 roku łącznie 32 śmigłowce AW149 zasilą polską armię. Od teraz są produkowane w Polsce

0

W PZL-Świdnik znajduje się pełna linia produkcyjna śmigłowca AW149. Tu też integrowane są wszystkie systemy i podsystemy, w tym uzbrojenia, oraz odbywają się loty testowe. Pierwsza maszyna w całości wyprodukowana w świdnickich zakładach w ubiegłym tygodniu zasiliła flotę 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Nowym Glinniku. Obecnie brygada posiada 11 śmigłowców AW149, do końca 2029 roku przybędzie ich jeszcze 21. Eksperci podkreślają, że krajowa produkcja pozwoli utrzymać ciągłą zdolność operacyjną na wypadek m.in. konfliktów zbrojnych. PZL-Świdnik stanowi znaczące zaplecze techniczne polskiego wojska w domenie śmigłowcowej. 

– PZL-Świdnik właśnie dostarczył pierwszy śmigłowiec AW149 zbudowany w polskich zakładach. W tym celu rozwinięte zostały nowe kompetencje, aby już po 20 miesiącach od daty podpisania kontraktu utworzyć ciągi technologiczne, które pozwalają na budowę całego kompletnego śmigłowca, wraz z jego testowaniem i próbami w locie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Bartosz Mateusz Śliwa, prezes PZL-Świdnik.

Wielozadaniowe śmigłowce AW149 służą do realizacji zadań z obszaru m.in. wsparcia pola walki (Combat Air Support), ratowania i ewakuacji poszkodowanych z pola walki (CASEVAC – Casualty Evacuation), działań desantowo-szturmowych, jak również transportu żołnierzy, towarów i zaopatrzenia. Śmigłowce dostarczane polskim Siłom Zbrojnym ponadto są wyposażone w systemy obserwacyjne, uzbrojenie strzeleckie, jak również pociski rakietowe – kierowane i niekierowane. Śmigłowiec można szybko rekonfigurować, dostosowując go do wymagań różnych zadań i warunków operacyjnych.

– Jeśli chodzi o nowe zdolności, jakie wprowadza AW149 do brygady, można na ten temat bardzo dużo mówić. Po pierwsze, to jest wsparcie ogniowe. Ten śmigłowiec, oprócz tego, że dostarcza żołnierzy na pole walki w sposób bezpieczny, pokonując pewne wyzwania, które stawia przed nami przeciwnik, jest w stanie w trakcie walki tych żołnierzy wspierać. Śmigłowiec ma na wyposażeniu pociski przeciwpancerne, pociski niekierowane i kierowane, karabin wielkokalibrowy oraz broń pokładową. Patrząc z perspektywy żołnierza lądowego, na przykład batalionu kawalerii powietrznej, nie będzie on sam na polu walki. Będzie miał nad głową takiego „anioła stróża”, który będzie go cały czas wspierał – mówi gen. bryg. Tomasz Białas, dowódca 25. Brygady Kawalerii Powietrznej, do której trafił pierwszy wyprodukowany w całości w Polsce AW149.

Polskie, wielozadaniowe AW149 to śmigłowce najnowszej generacji; zostały uzbrojone w pociski przeciwpancerne AGM-114R2 Hellfire, rakiety kierowane laserowo 70 mm oraz niekierowane tego samego kalibru, jak również gun pod 12,7 mm. Do tego dochodzą pokładowe karabiny maszynowe 7,62 mm po obu stronach kadłuba śmigłowca.

Drugi główny aspekt to – nazwijmy to – zdolności do budowania pewnej sieciocentryczności. W tej chwili wiedza o przeciwniku jest kluczowa na polu walki. Ten śmigłowiec przez to, że jest wpięty w system wsparcia dowodzenia, taką wiedzę dostarcza zarówno pilotom, jak i żołnierzom lądowym – podkreśla gen. bryg. Tomasz Białas.

Polskie śmigłowce mają systemy łączności wielu rodzajów i do różnych zastosowań, w tym kryptograficzne. Wyposażone są w taktyczny datalink służący do wymiany danych. Systemy te gwarantują sieciocentryczność, bezpieczną komunikację i wymianę danych.

Kluczowe wyposażenie śmigłowca daje zdolności rażenia wrogich środków opancerzonych, czyli krótko mówiąc, pociski przeciwpancerne, natomiast bardzo ważne od początku było również wyposażenie, które dotyczy środków telekomunikacyjnych i systemów wsparcia dowodzenia. I to na tym śmigłowcu się znajduje – podkreśla dowódca 25. Brygady Kawalerii Powietrznej.

Należący do włoskiej Grupy Leonardo PZL-Świdnik w lipcu 2022 roku podpisał z Ministerstwem Obrony Narodowej umowę na dostawy śmigłowców AW149 dla Sił Zbrojnych RP, opiewającą na 8,25 mld zł brutto. Na jej mocy spółka ma do 2029 roku dostarczyć 32 maszyny. Dziesięć wyprodukowanych we Włoszech i jedna z polskich zakładów w Świdniku już trafiły do wojska. Przed końcem tego roku do 7. Dywizjonu Lotniczego 25. Brygady Kawalerii Powietrznej PZL-Świdnik dostarczy kolejne trzy, co będzie stanowić flotę 14 śmigłowców. Kolejne będą przekazywane zgodnie z harmonogramem dostaw i teraz będą powstawać w Polsce dzięki nowej linii produkcyjnej. 

– Stworzyliśmy wiele nowych miejsc pracy, zatrudniliśmy nowych pracowników, których wysłaliśmy na wielomiesięczne szkolenia do zakładu Leonardo w Vergiate we Włoszech. Nie możemy zapominać o współpracujących z nami 500 dostawcach. Oni również czerpią z nowoczesnych technologii, jakie PZL-Świdnik posiada, wzmacniając i rozwijając polski przemysł – podkreśla Bartosz M. Śliwa.

– Produkcja krajowa daje nam pewność, że jeżeli doszłoby do jakiegoś konfliktu zbrojnego – oby nie, to jesteśmy pewni, że sprzęt będzie odtwarzany w zakładach w kraju, będzie dostarczany nowy i przywracany na pole walki, nikogo nie będziemy musieli się prosić za granicą o to, żeby nam własny sprzęt usprawnił. Ważne jest to, że mamy tutaj zakład produkcyjny – dodaje gen. bryg. Tomasz Białas. – Moi technicy są w ciągłym kontakcie z technikami z zakładu produkcyjnego, żeby z jednej strony utrzymywać wysoką sprawność śmigłowców, wysoką gotowość do działania, a z drugiej strony bez zakłóceń przekazywany jest też feedback z użytkowania tego śmigłowca na temat tego, co można by zmienić i co wprowadzić w kolejnych wersjach. Ta komunikacja jest bezcenna.

– Rozwój PZL-Świdnik wyobrażałbym sobie dwukierunkowo. Przede wszystkim widzę dalszy rozwój platformy AW149 w obszarach nie tylko stricte militarnych, ale także w obszarach operacji SAR (poszukiwawczo-ratowniczych) oraz w transporcie VIP. Natomiast wersja cywilna śmigłowca AW149, która się nazywa AW189, oprócz tych dwóch typów operacji może również wykonywać operacje medyczne (EMS) czy operacje offshore – podkreśla Bartosz M. Śliwa.

AW189 jest wykorzystywany przez m.in. Wielką Brytanię czy Norwegię na Morzu Północnym właśnie do operacji offshore.

– Na Bałtyku realizowane są inwestycje związane z rozwojem energii wiatrowej, jest rozwijany też jachting. Dlatego to byłby wielki obszar, dla którego rozwijana byłaby dalsza produkcja śmigłowców, które później służyłyby na Morzu Bałtyckim – dodaje prezes świdnickiej spółki.

PZL-Świdnik oferuje polskiemu wojsku także śmigłowiec szkolno-bojowy AW109 TrekkerM, który mógłby zostać wykorzystany do celów szkoleniowych w polskiej armii.

– To drugi możliwy kierunek rozwoju. Jest to śmigłowiec, do którego kabinę bazową i wszystkie komponenty płatowca produkujemy już w PZL-Świdnik, a gdyby Wojsko Polskie zdecydowało się na zakup tego śmigłowca dla Szkoły Orląt w Dęblinie, możemy szybko utworzyć pełne zdolności produkcyjne w PZL-Świdnik. Te zdolności byłyby tożsame ze zdolnościami, jakie posiadamy dzisiaj na śmigłowce Sokół. Śmigłowiec AW109 TrekkerM byłby od A do Z całkowicie produkowany w Polsce – mówi Bartosz M. Śliwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/do-2029-roku-lacznie-32,p917357455

Pierwszy śmigłowiec AW149 wyprodukowany w Polsce trafił do wojska. To element szerszej strategii budowania kompetencji krajowego przemysłu obronnego

0

– Stworzenie bazy produkcyjnej, serwisowej i naprawczej w Polsce przygotowuje nas na ewentualne zaburzenia w łańcuchach dostaw – powiedział wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podczas przekazania armii pierwszego śmigłowca AW149 wyprodukowanego w całości w zakładach PZL-Świdnik. Jak podkreślił, to powinna być nieodłączna część wyboru dostawców w ramach działań na rzecz modernizacji wojska. Zdaniem wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka, jeśli sprzęt jest nowoczesny i spełnia wymogi Sił Zbrojnych, powinien być dostarczany przez polski przemysł obronny albo przynajmniej z udziałem polskiej produkcji.

 W zmieniającej się rzeczywistości, w świecie, w którym zaburzenie łańcucha dostaw powoduje, że stajemy się niewydolni nie tylko ekonomicznie, gospodarczo, ale i społecznie, stworzenie bazy produkcyjnej, serwisowej, naprawczej w Polsce jest pełną niezależnością od trudnych sytuacji związanych z zaburzeniami łańcucha dostaw. Wybór producentów w różnych działaniach modernizacji, transformacji wojska, w zakupach nowego sprzętu zawsze powinien zawierać element niezależności – podkreślił podczas spotkania z dziennikarzami Władysław Kosiniak-Kamysz.

Taki komponent zawiera również kontrakt o wartości 8,25 mld zł brutto, podpisany w lipcu 2022 roku przez Ministerstwo Obrony Narodowej (MON) z PZL-Świdnik, który jest częścią włoskiej Grupy Leonardo. Kontrakt obejmuje dostawy 32 wielozadaniowych śmigłowców AW149 wraz z pakietem logistycznym, szkoleniowo-symulatorowym oraz uruchomieniem kompletnej linii produkcji i montażu w Świdniku.

Wicepremier i szef MON podkreśla, że kluczowa w zamówieniach sprzętu zbrojeniowego jest współpraca przemysłowa i transfer technologii. Podobne rozwiązania zastosowano w programie Orka, którego rozstrzygnięcie ogłoszono w tym tygodniu. Polska kupi trzy okręty A26 od Szwecji, z pełnym transferem technologii i udziałem polskich stoczni.

– W programie Orka wybraliśmy naszych partnerów ze Szwecji z transferem technologii do Polski – pełna naprawa, pełny serwis, również koprodukcja polskich i szwedzkich stoczni. To było dla nas bardzo ważne. Tak samo AW149: 32 maszyny zamówione, 10 wyprodukowanych we Włoszech, ale już kolejne 22 wyprodukowane w PZL-Świdnik w kooperacji polsko-włoskiej – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz podczas wydarzenia w 7. Dywizjonie Lotniczym 25. Brygady Kawalerii Powietrznej, gdzie odbyło się przekazanie pierwszego wyprodukowanego w całości w Polsce śmigłowca AW149. – Mamy więc różnych partnerów ze Szwecji, z Włoch, Korei, ze Stanów Zjednoczonych, z Francji, Wielkiej Brytanii, Norwegii i bardzo dużo w polskim przemyśle.

Do końca roku wojsko ma dysponować 14 śmigłowcami AW149, w tym również tymi wyprodukowanymi całkowicie w Polsce. Dzięki nowej linii produkcyjnej do 2029 roku kolejne 21 maszyn ze Świdnika zasili szeregi armii. AW149 są przygotowane do realizacji zadań z obszaru wsparcia pola walki (Combat Air Support), ratowania i ewakuacji poszkodowanych z pola walki (CASEVAC – Casualty Evacuation), działań desantowo-szturmowych (Fast Roping, FRIES, SPIES) oraz transportu towarów i zaopatrzenia. Jak podkreśla MON, zamówione śmigłowce, w konfiguracji odpowiadającej potrzebom Sił Zbrojnych RP, są wyposażone w wiele różnych specjalistycznych systemów, które w zależności od wariantu wykorzystania śmigłowca mogą być instalowane w kabinie lub na zewnętrznych punktach podwieszeń.

– PZL-Świdnik, polski przemysł, jest w pełni gotowy na dalszy rozwój, wspieranie polskiej armii, czy to rozwijając projekt AW149, czy rozwijając inne platformy śmigłowcowe, które znalazłyby się w polu zainteresowania polskiej armii – powiedział podczas uroczystości Bartosz M. Śliwa, prezes zarządu PZL-Świdnik.

– Nasze największe zapotrzebowanie dotyczy śmigłowców szkoleniowych i dużych śmigłowców transportowych. O tym mówią wojskowi, więc te potrzeby też będziemy chcieli monitorować. Najpierw wybierać dobrych dostawców i realizować kontrakty – podkreśla Władysław Kosiniak-Kamysz.

Produkcja w Polsce pozwala na szybsze reagowanie na potrzeby operacyjne armii i dostosowywanie maszyn do nowych wymagań.

– Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że jeżeli możemy, to powinniśmy realizować zakupy uzbrojenia w polskim przemyśle obronnym. A jeżeli bezpośrednio w firmach polskich nie jest to możliwe, to przynajmniej w przemyśle, gdzie jest udział albo polskiej produkcji, albo polskiego kapitału – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Bosak, wicemarszałek Sejmu, poseł Konfederacji, który brał udział w wydarzeniu w jednostce. – Za mną stoi śmigłowiec, który został w całości wyprodukowany w Polsce. Firma niestety nie jest własnością polskiego kapitału, ale współczesne warunki życia gospodarczego w wielu sprawach wymuszają kooperację międzynarodową. Jeżeli ta kooperacja jest oparta na podziale pracy także w Polsce, jest rozwijana myśl techniczna, jest produkcja, jesteśmy wpięci w globalne łańcuchy dostaw, to nic, tylko się z tego cieszyć.

Jak dodaje, należy zabiegać o to, żeby taką produkcję utrzymać w kraju. Priorytetem jest jednak dochowanie starań o to, żeby spełnione były wszystkie wymagania Sił Zbrojnych. Zdaniem polityka w procesie dalszej modernizacji armii potrzebne jest długookresowe planowanie zakupów, czego do tej pory brakowało.

 Jeżeli da się na wiele lat do przodu, a w wojsku jest to możliwe, określić, co się chce kupić, w jakiej ilości i jakie będą wymagania techniczne, wówczas każdej firmie – niezależnie, czy krajowej, czy zagranicznej – łatwiej jest dostosować swoją ofertę i moce produkcyjne pod tego rodzaju zamówienie. Kiedy się tego nie robi, finalnie podnosi się koszty tego, co się kupuje, dlatego że improwizowanie czy skokowe zwiększanie mocy produkcyjnych zawsze kosztuje więcej niż zaplanowanie czegoś na spokojnie, na wiele lat do przodu – ocenia Krzysztof Bosak.

Kwestia zakupów wojskowych może teraz przyspieszyć wraz z uruchomieniem unijnego programu SAFE, który ma wzmocnić europejski przemysł i przyspieszyć inwestycje państw członkowskich w kluczowe zdolności obronne. Polska ma być największym beneficjentem tego instrumentu finansowego. Rząd wystąpił o możliwość skorzystania z prawie 44 mld euro z puli 150 mld euro, deklarując wykorzystanie środków na około 140 projektów w obszarach takich jak obrona powietrzna i przeciwdronowa, cyberbezpieczeństwo, mobilność wojskowa czy infrastruktura krytyczna. Według MON nawet 89 proc. wydatków z SAFE przeznaczonych na uzbrojenie dla Wojska Polskiego może zostać zainwestowanych w krajowy przemysł zbrojeniowy i tu realizowanych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pierwszy-smiglowiec,p878497207

Pełne wykorzystanie potencjału AI może zwiększyć PKB Polski o 8 proc. do 2030 roku. Jedną z barier luka kompetencyjna u małych i średnich przedsiębiorców

0

Ponad 84 proc. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców z badanej grupy przyznaje, że ma co najmniej znaczne braki kompetencyjne w zakresie sztucznej inteligencji, z czego 46,3 proc. uważa je za krytyczne – wynika z ankiet przeprowadzonych na potrzeby raportu „Mapa kompetencji AI w Polsce” Polskiego Funduszu Rozwoju i Google Cloud Polska. MŚP często nie zdają sobie sprawy z tego, jak mogą wykorzystać narzędzia AI i jakie może im to przynieść korzyści. Wśród innych barier rozwoju tej technologii w biznesie wymieniane są m.in. ograniczenia budżetowe firm, brak odpowiedniej strategii cyfrowej czy też niechęć do zmian. 

W raporcie braliśmy pod uwagę segment małych i średnich przedsiębiorstw. Jego wyniki były dosyć smutne. Mało firm korzysta ze sztucznej inteligencji, natomiast jeśli zaczęłyby to robić, to wzrosłyby potencjał i produktywność polskiej gospodarki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Magda Gajownik de Vries z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Z przytaczanych w raporcie danych Implement Consulting Group & Google wynika, że pełne wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji może zwiększyć PKB Polski nawet o 8 proc. w dłuższej perspektywie. Wdrożenie tych narzędzi w małych i średnich przedsiębiorstwach jest o tyle kluczowe, że ten sektor firm odpowiada za niemal dwie trzecie PKB kraju i zatrudnienie ok. 7 mln osób.

Ankieta przeprowadzona wśród 95 przedstawicieli MŚP wskazuje na poważną skalę problemów kompetencyjnych w obszarze AI. Wskazało na nią 84,2 proc. badanej grupy. Jedynie 9,5 proc. respondentów z sektora MŚP nie dostrzega problemu z brakiem kompetencji AI w swoich organizacjach

Na podstawie różnych raportów rynkowych eksperci PFR i Google Cloud Polska przygotowali listę czynników hamujących wdrażanie AI w MŚP. Luka kompetencyjna jest jednym z nich. Przedsiębiorcy wskazują na niedobór pracowników z odpowiednimi umiejętnościami, problemy z rekrutacją i utrzymaniem specjalistów IT oraz na brak czasu i środków na szkolenia.

– Widzimy lukę kompetencyjną dotyczącą rozpoznania potencjału sztucznej inteligencji na poziomie motywacji i chęci spróbowania nowych technologii. Widzimy, że jeśli przedsiębiorca w firmie ma procesy, które działają, zazwyczaj nie jest chętny, żeby eksplorować nowe obszary wykorzystania technologii. To jedna z głównych barier – podkreśla Magda Gajownik de Vries.

MŚP wskazują również na bariery finansowe, czyli wysokie koszty wdrożenia technologii AI, często nieproporcjonalne do postrzeganych korzyści, bariery biurokratyczne i regulacyjne, ale także organizacyjne i kulturowe, czyli niski poziom zaufania do technologii oraz opór przed zmianą. Brakuje w nich zwykle konkretnej wizji i planu na wdrożenie rozwiązań AI.

Obawy dotyczące cyberbezpieczeństwa to także jedna z wymienianych przez firmy barier. Podkreślają one także trudności w dostępie do danych lub ich niską jakość.

Firmy często nie mają przygotowanych danych, żeby zacząć swoją przygodę z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Nie potrafią jeszcze analizować danych w spółkach, żeby wykorzystywać je na potrzeby projektów i prowadzonych prac codziennych – mówi ekspertka PFR.

Barierami są również niedostateczna liczba tzw. success stories, czyli dobrych przykładów rynkowych wdrożeń, a także ograniczony dostęp do wiarygodnych informacji o rozwiązaniach z zakresu sztucznej inteligencji

Badanie ankietowe w raporcie sugeruje jednak, że część firm z sektora MŚP eksperymentuje z rozwiązaniami AI, w tym narzędziami konwersacyjnymi takimi jak np. ChatGPT, Claude czy też Gemini. Są one ogólnodostępne i proste w obsłudze, dlatego stanowią dla nich naturalny punkt wejścia do świata sztucznej inteligencji. Wykorzystują je głównie do tworzenia treści reklamowych, analizy danych biznesowych, obsługi klienta czy też jako wsparcie procesów HR i automatyzacji zadań administracyjnych.

– W wywiadach podczas tworzenia raportu zauważyliśmy, że przedsiębiorcy, a zazwyczaj ich pracownicy, korzystają z AI. Widzieliśmy, że najczęściej pełnią funkcje „ogarniaczy” w firmie: muszą załatwić wiele spraw, przygotować prezentacje, umówić spotkanie. Takie osoby wspomagają się sztuczną inteligencją – uważa Magda Gajownik de Vries. – Natomiast zauważyliśmy też, że wiele osób robi to z własnych kont prywatnych, zaburzając tutaj wszelkie aspekty cyberbezpieczeństwa, co wymaga jak najbardziej zaadresowania i podniesienia świadomości w sektorze przedsiębiorstw wykorzystania sztucznej inteligencji.

Jak podkreśla, korzystanie w ten sposób z narzędzi AI może spowodować, że do sieci trafią poufne informacje dotyczące przedsiębiorstwa lub dane wrażliwe jego klientów, co może mieć poważne konsekwencje dla firmy.

– Warto też mieć świadomość praw autorskich tworzonych z wykorzystaniem narzędzi. To jest wiedza i kompetencje, które na poziomie podstawowym powinni posiadać pracownicy – wskazuje ekspertka z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Z punktu widzenia MŚP istnieje potrzeba systemowego podejścia do budowania kompetencji AI, które uwzględni specyfikę i ograniczone zasoby tego sektora. Badani przedstawiciele firm jako kluczowe działania wspierające rozwój kompetencji AI wskazują rozszerzenie oferty szkoleń praktycznych, wzmocnienie współpracy z uczelniami i instytutami badawczymi oraz ułatwienie dostępu do materiałów edukacyjnych. Postulują również wprowadzenie programów mentoringowych i coachingowych, włączenie tematyki AI do programów nauczania oraz prowadzenie kampanii informacyjnych skierowanych do biznesu.

Z raportu wynika, że kwestie przywództwa są bardzo istotne w firmach. To właśnie osoba zarządzająca, kierująca firmą musi mieć świadomość, jakie korzyści może przynieść sztuczna inteligencja i jej zastosowanie – mówi Magda Gajownik de Vries. – Polski Fundusz Rozwoju aktywnie działa na rzecz przedsiębiorców, prowadząc działania edukacyjne i doradcze w zakresie ich transformacji cyfrowej i podnoszenia kompetencji w zakresie AI. Przedsiębiorcy mogą korzystać z darmowych kursów online, chociażby takich jak podstawy AI, i uczestniczyć w warsztatach, gdzie poznają narzędzia sztucznej inteligencji, ich praktyczne wykorzystanie. Są także warsztaty z przywództwa związanego z wdrożeniem sztucznej inteligencji. To wszystko jest oferowane podczas warsztatów AI dla liderek i dla liderów – wymienia ekspertka.

Jak wynika z danych Eurostatu, 13,48 proc. firm w Unii Europejskiej zatrudniających co najmniej 10 pracowników wykorzystywało w 2024 roku przynajmniej jedno narzędzie sztucznej inteligencji. W zestawieniu widać duże różnice w implementacji AI w różnej wielkości firmach. Odsetek dużych przedsiębiorstw korzystających z tej technologii przekraczał 41 proc. W przypadku średnich firm było to prawie 21 proc., a wśród małych  – 11,2 proc.

Ogólny odsetek jest o 5,45 pp. wyższy w porównaniu do 2023 roku. Liderem unijnego zestawienia jest Dania, w której 27,58 proc. firm wykorzystywało sztuczną inteligencję. Na drugim miejscu znalazła się Szwecja (25,09 proc.), a na trzecim – Belgia (24,71 proc.). Polska została sklasyfikowana na przedostatnim miejscu z wynikiem 5,9 proc. (przed Rumunią), co i tak oznacza wzrost w stosunku do 2023 roku, kiedy było to 3,67 proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pelne-wykorzystanie,p1453413609

Polskie innowacyjne firmy otrzymają dofinansowanie. Wartość programu Innovate Poland może sięgnąć nawet kilkunastu miliardów złotych

0

Najbardziej perspektywiczne i innowacyjne firmy zyskają nowe źródło finansowania. Zainaugurowany właśnie program Innovate Poland to pierwsza w Polsce inicjatywa na taką skalę, która łączy kapitał publiczny – Polski Fundusz Rozwoju (PFR), Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) i Europejski Fundusz Inwestycyjny (EFI) – z kapitałem prywatnym, reprezentowanym na starcie przez PZU jako pierwszego partnera komercyjnego. Na początek na ten cel trafią 4 mld zł, ale docelowa wartość finansowania może sięgnąć nawet kilkunastu miliardów złotych.

Polska to dziś 20. największa gospodarka świata, ale rząd patrzy przede wszystkim na trwałe podstawy przyszłego wzrostu. Potrzebujemy więcej innowacyjnych spółek w Polsce i efektywnych mechanizmów ich finansowania – od fazy samego pomysłu aż do etapu ekspansji zagranicznej. Dlatego Innovate Poland, dlatego niezbędny jest kapitał rozwojowy, który będzie efektywnie finansował polskie spółki – podkreśla minister finansów i gospodarki Andrzej Domański w rozmowie z agencją informacyjną Newseria

Budżet pierwszej fazy programu to 4 mld zł, które mają zostać zainwestowane – poprzez fundusze private equity (PE), venture capital (VC) i private debt (PD) – w około 250 innowacyjnych przedsiębiorstw na różnych etapach rozwoju: od wczesnych start-upów po spółki o ugruntowanej pozycji na rynku, ale potrzebujące finansowania na dalszy rozwój i ekspansję. W następnych fazach kwoty zainwestowane w kolejne perspektywiczne biznesy mogą sięgnąć nawet kilkunastu miliardów złotych – dzięki mobilizacji dodatkowego kapitału prywatnego i dołączaniu kolejnych inwestorów do Innovate Poland.

Koncepcja Innovate Poland nawiązuje do francuskiego „planu Tibiego”, który w ostatnich latach znacząco wzmocnił finansowanie innowacyjnych firm technologicznych we Francji. Polski program jest jednak dostosowany do lokalnych realiów rynku kapitałowego oraz roli instytucji rozwojowych w gospodarce. – Innovate Poland to inwestycja w przyszłość polskiej gospodarki – w jej siłę, odporność i zdolność do konkurowania na globalnych rynkach – podkreśla Andrzej Domański, zaznaczając, że zadaniem państwa jest tworzenie warunków, w których kapitał, talent i technologia mogą się rozwijać szybciej niż dotychczas.

Model programu zakłada dwie ścieżki: zarządzany przez PFR Ventures fundusz funduszy Innovate PL, który będzie dokonywał nowych inwestycji w fundusze PE/VC/PD (dysponując na początek 2,4 mld zł), oraz zarządzany przez EFI Future Tech Poland, który zwiększy skalę dokonanych już wcześniej inwestycji w fundusze VC (1,5 mld zł). Fundusze PE/VC/PD, które otrzymają finansowanie w ramach Innovate Poland, mają z kolei lokować środki w najbardziej perspektywiczne, innowacyjne krajowe spółki z różnych sektorów – od nowych technologii, przez rozwiązania dla przemysłu, po innowacje usługowe.

Istotnym elementem projektu jest Akredytacja Innovate PL FoF – nowy standard jakości dla funduszy, który ma zwiększyć wiarygodność zarządzających i przejrzystość rynku oraz ograniczyć ryzyko po stronie inwestorów. Dla funduszy oznacza to łatwiejszy dostęp do kapitału, dla inwestorów większe bezpieczeństwo i czytelne kryteria inwestycyjne, a dla rynku spójniejszy ekosystem finansowania innowacji.

W ten sposób od fazy samego pomysłu start-upy i młode, innowacyjne firmy będą miały dostęp do kapitału, który pozwoli im przeskalować działalność, a w dalszej perspektywie może nawet dołączyć do grona tzw. jednorożców, czyli firm wycenianych na co najmniej miliard dolarów.

PZU, największy polski ubezpieczyciel, jest pierwszym komercyjnym inwestorem w fundusz funduszy Innovate PL. Jak tłumaczy Bogdan Benczak, p.o. prezes PZU, zaangażowanie to ma kilka wymiarów – biznesowy, strategiczny i rozwojowy.

Po pierwsze, zawsze szukamy okazji do dobrego biznesu, a jesteśmy przekonani, że inwestycja w ramach programu Innovate Poland przyniesie nam atrakcyjne stopy zwrotu – zaznacza. – Po drugie, aktywnie wspieramy i wcielamy w życie ideę local content, czyli wzmacniania krajowego kapitału i przedsiębiorców w obrocie gospodarczym. Możliwość poszerzenia naszego portfela inwestycyjnego o polskie fundusze pivate equity, venture capital czy private debt, które następnie zainwestują w polskie innowacyjne firmy, doskonale się w to wpisuje – dodaje.

Bogdan Benczak podkreśla też, że inwestycja w Innovate PL FoF jest zgodna ze strategią Grupy PZU, wskazującą jako jeden z celów wspieranie innowacyjnych firm, których rozwiązania następnie mogą zostać wykorzystane w działalności grupy. Ubezpieczyciel już od kilku lat bardzo intensywnie współpracuje z młodymi firmami technologicznymi w ramach swojego autorskiego programu PZU Ready for Startups.

Dotąd w ramach partnerskiej współpracy ze startupami  Polski i świata przeanalizowaliśmy ponad 8 tys. ich pomysłów, 80 skierowaliśmy do fazy pilotażu, a 50 zakończyło się wdrożeniem rozwiązania do naszego biznesu. Teraz, dzięki Innovate Poland, będziemy też inwestorem w innowacyjnych przedsięwzięciach i jestem przekonany, że znajdziemy synergię między tymi dwoma naszymi zaangażowaniami – mówi p.o. prezes PZU.

Twórcy programu podkreślają, że Innovate Poland ma nie tylko dostarczać kapitału, lecz także budować nowy ekosystem współpracy między sektorem publicznym i prywatnym, a także podnosić kompetencje inwestorów instytucjonalnych i prywatnych w obszarze finansowania innowacji. Dzięki wspólnym standardom i transparentnym zasadom do programu mają dołączać nowe grupy inwestorów, np. fundusze emerytalne, pozostali ubezpieczyciele, fundusze inwestycyjne, którzy będą mogli się angażować w innowacyjne spółki w sposób uporządkowany i bardziej przewidywalny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-innowacyjne-firmy,p281801230

Rolnicy coraz częściej tracą plony przez ekstremalne zjawiska pogodowe. Dobrowolne ubezpieczenia majątkowe zyskują na znaczeniu

0

Ekstremalne zjawiska pogodowe coraz mocniej uderzają w rolnictwo. Choć wichury, nawalne opady i przymrozki powodują milionowe straty w uprawach i infrastrukturze, wielu rolników decyduje się tylko na obowiązkowe ubezpieczenia, które zapewniają ochronę, ale w ograniczonym – ustalonym w przepisach – zakresie. Eksperci podkreślają, że rosnąca liczba szkód wymaga jednak nowego podejścia do zarządzania ryzykiem, w czym pomocne mogą być dobrowolne ubezpieczenia majątku, plonów i zwierząt gospodarskich. Coraz większego znaczenia nabierają rozszerzenia w formule „all risk”.

– Huragany czy silne wiatry w naszej długości i szerokości geograficznej występują coraz częściej, szczególnie w okresie późnego lata i jesieni. Dotykają szczególnie rolników, ponieważ jednocześnie wyrządzają szkody w infrastrukturze gospodarczej i w uprawach. W infrastrukturze gospodarczej to szkody budynków mieszkalnych, linii energetycznych czy sprzętu rolniczego. W uprawach szkody mogą sięgać nawet do kilkuset tysięcy złotych, a nawet milionów, szczególnie że takie zjawiska jak huragan czy silny wiatr nie zatrzymują się tylko na jednej miejscowości, a obejmują zwykle bardzo duże regiony – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Rafał Czerski, regionalny dyrektor sprzedaży AGRO Ubezpieczeń w Lubelskiem.

Według danych Copernicus Climate Change Service i World Meteorological Organization ekstremalne zjawiska pogodowe stanowią coraz większe zagrożenie dla Europy. Rok 2024 był najcieplejszym w historii Europy. W Polsce tegoroczne lato pod względem opadów IMGW-PIB ocenia jako przeciętne – obszarowa suma opadów była na poziomie 211,1 mm, co stanowiło 94,7 proc. normy z lat 1991–2020. Jednak lokalne gwałtowne wichury i burze, które np. na początku czerwca przeszły przez Dolny Śląsk, a pod koniec lipca przez województwa opolskie, śląskie, świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie czy lubelskie, powodowały ogromne szkody w uprawach. Coraz częściej są to zjawiska o charakterze punktowym, niewpisujące się w sztywne definicje huraganu, co utrudnia dochodzenie odszkodowań.

– Najczęściej na szkody związane z huraganem czy silnym wiatrem narażone są takie elementy jak dachy, poszycia, drzwi i okna, czyli elementy, które przyjmują pierwszą siłę wiatru. Zakres ubezpieczenia podstawowego obejmuje ryzyka nazwane, które mają jasną definicję – żeby był huragan, jego prędkość musi przekroczyć 24 m/s. Kiedy rozmawiamy już o dużo niższej prędkości, np. 16 m/s, wtedy takie szkody mogą być likwidowane, ale tylko w rozszerzeniu ubezpieczenia – wskazuje Rafał Czerski.

Ekspert AGRO Ubezpieczeń podkreśla, że to właśnie ta różnica w definicjach często decyduje o tym, czy rolnik otrzyma odszkodowanie. Dodatkowo kupując polisę, rolnicy zapominają o wielu elementach infrastruktury rolniczej, jak np. instalacje fotowoltaiczne, pompy ciepła, silosy, altany, budowle rolnicze, suszarnie. Kompleksowa ochrona wymaga rozszerzenia o formułę „all risk”, która zabezpiecza przed wszystkimi ryzykami poza wyraźnie wyłączonymi w OWU.

Zgodnie z obowiązującym prawem każdy rolnik musi posiadać ubezpieczenie OC, które chroni przed skutkami finansowymi szkód spowodowanych w związku z posiadaniem przez rolnika gospodarstwa rolnego. Ubezpieczenie budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych (np. powodzi, gradu, uderzenia pioruna) jest również obowiązkowe i stanowi podstawową ochronę przed skutkami zdarzeń losowych. Obowiązek zawarcia umowy ubezpieczenia dotyczy budynków o powierzchni powyżej 20 mkw., a nowe budynki należy ubezpieczyć z dniem pokrycia ich dachem. Rolnicy, którzy uzyskali płatności bezpośrednie, mają obowiązek ubezpieczenia upraw od przynajmniej jednego ryzyka wystąpienia szkód spowodowanych przez powódź, suszę, grad, ujemne skutki przezimowania lub przymrozki wiosenne. Ubezpieczenie musi objąć co najmniej 50 proc. powierzchni upraw rolnych.

Obowiązkowe ubezpieczenie obejmuje jednak tylko podstawowy zakres ochrony, a dane branżowe wskazują, że wielu rolników nie sięga po rozszerzone, dobrowolne formy zabezpieczenia finansowego, mimo że to właśnie one pozwalają objąć ochroną np. maszyny czy instalacje energetyczne. Eksperci zauważają wzrost zainteresowania rozszerzonym zakresem ubezpieczeń, szczególnie po kolejnych sezonach burzowych. Liczba zawieranych umów ubezpieczenia upraw i majątku rolniczego w ostatnich latach rośnie, choć wciąż znaczna część gospodarstw ogranicza się do polis obowiązkowych.

 Współcześnie ubezpieczenia obowiązkowe stają się niewystarczające, ponieważ nie pokrywają wszystkich potrzeb rolnika w kontekście zarówno ochrony majątku, jak i upraw. Ryzyka pogodowe są tak różnorodne w dzisiejszych czasach i wyrządzają tak wiele szkód, że rolnik, aby mieć dobrze ubezpieczony majątek, infrastrukturę gospodarczą, maszyny, ale również uprawy, musi sięgać do jak największych i jak najszerszych rozwiązań ubezpieczeniowych – podkreśla regionalny dyrektor sprzedaży AGRO Ubezpieczeń w Lubelskiem.

 Obowiązkowe ubezpieczenie rolnika jest w swoim zakresie podstawowym ubezpieczeniem, najczęściej od ognia i wyładowań atmosferycznych, natomiast my zachęcamy – i posiadamy takie produkty – do ubezpieczenia dodatkowego. Wtedy w zakresie ubezpieczenia jest właściwie wszystko, i to we wszystkich ewentualnych zdarzeniach i katastrofach chroni rolnika – dodaje Marek Szczepanik, członek zarządu AGRO Ubezpieczeń.

Z danych MRiRW wynika, że w 2024 roku zawarto ponad 209 tys. umów ubezpieczenia upraw rolnych o łącznej sumie ubezpieczenia 32 mld zł. Powierzchnia ubezpieczonych upraw wyniosła ponad 3,8 mln ha. W pierwszej połowie br. liczba nowych polis przekroczyła 144 tys., a powierzchnia ubezpieczonych upraw wyniosła ponad 2,3 mln ha. Na 2025 rok minister rolnictwa podpisał umowy o dopłaty do ubezpieczeń na kwotę 920 mln zł z dziewięcioma zakładami ubezpieczeń, w tym m.in. AGRO Ubezpieczenia.

 Dużym problemem przy ubezpieczeniu majątków rolników ma ich nieaktualna wycena wartości. O ile przy zawieraniu polisy jest to korzystne dla rolnika, bo im niższa wycena majątku, tym niższa składka ubezpieczeniowa, o tyle jeśli wydarzy się nieszczęście i trzeba likwidować szkodę, rolnik chciałby, żeby w całości towarzystwo ubezpieczeniowe pokryło koszty odbudowy czy odnowienia majątku. To może być trudne, jeśli suma ubezpieczenia była o wiele niższa niż rzeczywista wartość majątku – wskazuje Marek Szczepanik.

Wielu rolników nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku szkód całkowitych różnica między realną wartością majątku a sumą ubezpieczenia może oznaczać poważne straty finansowe. Dlatego eksperci zwracają uwagę, że aktualizacja wartości majątku oraz zakup rozszerzonego pakietu ochrony są kluczowe dla uzyskania pełnego odszkodowania.

– Dobrze ubezpieczony majątek rolny to nie tylko posiadanie polisy, lecz przede wszystkim jej dopasowanie do potrzeb i sytuacji. W chwili kiedy wystąpi szkoda, rolnik nie będzie musiał pokrywać strat z własnej kieszeni. Polisa powinna być adekwatna do zagrożeń, które mogą wystąpić w gospodarstwie rolnym, a składka powinna być rozsądna i dopasowana proporcjonalnie do wartości majątku – zaznacza Monika Duzdowska, doradca klienta w Poczta Polska Finanse.

Przy wyborze polisy należy dokładnie przeanalizować strukturę majątku, kierunek produkcji i lokalizację gospodarstwa. Inne ryzyka występują w gospodarstwach położonych na terenach zalewowych, inne na obszarach górzystych czy przy lasach, gdzie może wystąpić ryzyko przeniesienia pożaru, albo mogą powstać szkody związane z występowaniem dzikich zwierząt.

– Jeśli w gospodarstwie występują zwierzęta gospodarskie, to warto określić ich rodzaj i wartość, jeśli jest to gospodarstwo prowadzące produkcję roślinną, warto zabezpieczyć je przed ryzykami występującymi w zapasach, materiałach – mówi Marek Szczepanik.

 Koszty ubezpieczenia majątku rolnego są bardzo zróżnicowane, zależne przede wszystkim od tego, jakie są składniki majątku rolnika, od sumy ubezpieczenia, ochrony, którą rolnik wybierze, jak również od towarzystwa ubezpieczeniowego. Koszt ubezpieczenia wynosi od kilkuset złotych do kilku tysięcy złotych, niemniej roczny koszt nie jest adekwatny do tego, jakie mogą być straty w gospodarstwie rolnym. Mogą one doprowadzić do zachwiania płynności finansowej, zerwania ciągłości produkcji rolnej albo do utraty dochodu, a nawet doprowadzić do bankructwa – podkreśla Monika Duzdowska.

Ekspertka dodaje, że warto wybierać polisy z dodatkowymi usługami assistance, np. holowaniem maszyn w razie awarii, pomocą techniczną czy IT. Ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, zwłaszcza w branży o tak wysokim poziomie ryzyka jak rolnictwo, staje się dziś standardem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rolnicy-coraz-czesciej,p207219329