Strona główna Blog Strona 28

Rozwój zielonego transportu wciąż zablokowany. Główna przyczyna to brak odpowiedniej infrastruktury energetycznej

Ponad połowa sieci napowietrznych i stacji elektroenergetycznych ma powyżej 40 lat. Brak modernizacji infrastruktury energetycznej przekłada się na słabe moce przesyłowe i blokuje rozwój zielonego transportu. Tymczasem według nowych przepisów w 2034 roku 90 proc. wszystkich nowych pojazdów ciężkich rejestrowanych w UE miałyby stanowić te bezemisyjne. – Bez odpowiedniej infrastruktury, zwłaszcza przy transporcie na duże odległości, zielona transformacja w transporcie będzie utrudniona – ocenia Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce.

Jako kraj jesteśmy na początkowym etapie zielonej transformacji w transporcie. Nie mamy właściwej infrastruktury energetycznej, o której Europa wspomina od kilkunastu lat.  Przez ostatnich kilka lat dużo się mówiło o transformacji systemu przesyłowego w energetyce, a dziś powtarzamy te same argumenty, że nie mamy właściwej infrastruktury przesyłowej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Buczek.

Z opracowania Uniwersytetu Wrocławskiego „Krajowa sieciowa infrastruktura elektroenergetyczna – zagrożenia i wyzwania” wynika, że 54 proc. stacji elektroenergetycznych i linii napowietrznych oraz co piąty transformator i autotransformator mają ponad 40 lat. Zły stan polskich sieci powoduje problemy w przyłączaniu nowych jednostek wytwórczych. Fundacja ClientEarth obliczyła, że w ostatnich latach lawinowo rosła w Polsce liczba odmów przyłączenia do sieci elektroenergetycznej nowych instalacji. Pomiędzy 2015 a 2021 rokiem krajowi operatorzy sieci wydali łącznie ponad 6 tys. odmów przyłączenia.

Trzeba sobie zadać pytanie, co się wydarzyło przez te ostatnie osiem lat, że za energię płaciłem dużo więcej, a nie mogę dzisiaj skorzystać z możliwości zasilania samochodu elektrycznego na moim podwórku. W takiej sytuacji są miliony Polaków. Chcielibyśmy jeździć czystym środkiem transportu i powszechnie z niego korzystać, a nie możemy, bo nasze państwo nie zadbało o energetykę, nie zadbało o infrastrukturę linii przesyłowych – ocenia prezes ZMPD.

Jak podkreśla ekspert, mimo wprowadzania nowych przepisów, które mają pomóc w neutralności klimatycznej w transporcie, będzie ona trudna do osiągnięcia. W kwietniu weszło w życie rozporządzenie AFIR  (Regulation for the Deployment of Alternative Fuels Infrastructure) dotyczące rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych. Przewiduje ono m.in. wybudowanie wzdłuż najważniejszych unijnych korytarzy transportowych (tzw. transeuropejskiej sieci transportowej TEN-T) całej sieci stacji do szybkiego ładowania pojazdów osobowych i ciężarowych, a także stacji tankowania wodoru. Do 2025 roku wzdłuż sieci bazowej TEN-T maksymalnie co 60 km będą musiały powstać strefy ładowania, każda o łącznej mocy co najmniej 400 kW, a do 2027 roku – co najmniej 600 kW.

Obecnie jednak stacji ładowania jest zdecydowanie zbyt mało – pod koniec kwietnia 2024 roku w Polsce funkcjonowało 6691 ogólnodostępnych punktów ładowania pojazdów elektrycznych (3686 stacji). Blisko 30 proc. z nich stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 72 proc. – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. 

Nawet gdybyśmy sobie kupili te wspaniałe samochody elektryczne, i tak nimi daleko nie zajedziemy, bo nie ma infrastruktury energetycznej, nie ma gdzie naładować takiego samochodu, a zasięg samochodu to maksymalnie 600 km. Dla polskich przewoźników, którzy wykonują przewozy po całej Europie, taki realny zasięg to musi być 1200–1500 km, wówczas możemy mówić o tym, że po trzech dniach eksploatacji samochodu możemy się zgodzić na jeden dzień pauzy, żeby go naładować – tłumaczy Jan Buczek.

Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła na koniec kwietnia w Polsce nieco ponad 6,5 tys. To niewiele, zwłaszcza w świetle przyjętych przez Radę Unii Europejskiej nowych standardów dla pojazdów ciężkich. Tym samym obecnie istniejące rozporządzenie o normach emisji CO2 dla pojazdów ciężkich będzie zaostrzone i rozszerzone. W 2040 roku 90 proc. wszystkich nowych pojazdów ciężkich rejestrowanych w UE miałyby stanowić te bezemisyjne.

Jeżeli pojawią się jakieś nowe technologiczne możliwości, to zwiększą ten zasięg o jakieś 10, może 15 proc., natomiast nie mówimy tu o wzroście 300 proc. Czas tankowania pojazdu na przygodnej stacji paliw to jest 15 min, a czas ładowania takiego pojazdu to kilka godzin, pod warunkiem że dojedziemy do stacji ładowania i nie będzie tam kolejki. Jeżeli będzie, to ten czas oczekiwania może się wydłużyć do kilkunastu godzin, a samochód i kierowca nie mogą sobie też pozwolić na to, żeby jeździć i szukać stacji, w której nie będzie takiej kolejki, bo może tam nie dojechać – przekonuje prezes ZMPD.

Udział pojazdów niskoemisyjnych mogą zwiększyć planowane programy wsparcia. Na początku 2024 roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej rozpoczął konsultacje programów dopłat do zakupu elektrycznych samochodów ciężarowych i budowy sieci ładowarek.

Według prognoz PSPA ujętych w raporcie „Polish EV Outlook” już w 2030 roku w Polsce może być zarejestrowanych łącznie 40,5 tys. elektrycznych samochodów ciężarowych. Aby tak się stało, w parze z subsydiami powinny iść jednak zmiany regulacyjne m.in. prowadzące do zdecydowanego usprawnienia procedur przyłączeniowych ultraszybkich stacji ładowania do sieci elektroenergetycznej.

Nie wystarczą same zachęty w postaci obniżenia ceny za zakup albo stworzenia systemu dopłat, żeby różnica między dzisiejszym samochodem napędzanym węglowodorowym paliwem a zeroemisyjnym elektrycznym była niewielka. My musimy mieć technologię zasilania czy ładowania tych pojazdów na tyle rozpowszechnioną, żeby kierowca, kiedy mu się skończy prąd w akumulatorach, mógł dojechać do jakiejś stacji ładowania, naładować i kontynuować jazdę, a takiej możliwości dzisiaj ani w Polsce, ani na Zachodzie nie ma – podkreśla Jan Buczek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rozwoj-zielonego,p1642838650

Trwają intensywne przygotowania do polskiej misji na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Siedem eksperymentów jest już w trakcie budowy

Wykorzystanie sztucznej inteligencji w kosmosie, wpływ długotrwałego pobytu w kosmosie na zdrowie psychiczne, ale też na układ odpornościowy – to niektóre z obszarów eksperymentów, które zostaną przeprowadzone w warunkach mikrograwitacji podczas pierwszej polskiej misji na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W ubiegłym tygodniu Europejska Agencja Kosmiczna podpisała siedem kontraktów na ich realizację z polskimi instytucjami i firmami. – Ta lista będzie się wydłużać i mam nadzieję, że wszystkie wybrane 18 projektów poleci na stację kosmiczną – mówi Sławosz Uznański, astronauta, który będzie przeprowadzać te eksperymenty na orbicie.

Wstępnie misja naukowo-technologiczna z udziałem polskiego astronauty i polskich eksperymentów została zaplanowana na jesień 2024 roku, choć ten termin może zostać przesunięty. Na razie nie ma w tej sprawie oficjalnej informacji. Od kilku miesięcy trwają intensywne przygotowania do misji.

– Zacząłem przygotowania do misji na Międzynarodową Stację Kosmiczną już w zeszłym roku i zmieniłem organizację, w której pracowałem – z Genewy na Kolonię, z CERN-u na Europejską Agencję Kosmiczną. Mam część szkolenia teoretycznego m.in. z tego, jak działa stacja, jak działa rakieta SpaceX, jak działa kapsuła Dragon. W ubiegłym miesiącu miałem też dużą część praktyczną przygotowania do lotów parabolicznych, czyli pierwszego doświadczenia w stanie mikrograwitacji. Trenowałem również w basenie w Europejskim Centrum Astronautów w Kolonii w Niemczech, żeby się przygotować do pewnych scenariuszy operacyjnych, które mogą mnie czekać w przestrzeni kosmicznej – mówi agencji Newseria Biznes dr Sławosz Uznański, naukowiec i astronauta Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Jak podkreśla, dużą część przygotowań stanowią szkolenia naukowe z różnych dziedzin, m.in. medycyny, fizjologii, biotechnologii, nauki o klimacie, ale też inżynierii elektronicznej, mechanicznej, informatycznej.

– Kluczowe jest budowanie wiedzy z różnych dziedzin nauki. Astronauci wykonują eksperymenty z całego wachlarza różnego rodzaju nauk – o człowieku, środowisku czy inżynierii – mówi badacz. – Na pewno istotną częścią jest możliwość asymilowania dużej ilości informacji, również oczywiście trening dosyć obciążający czasowo i fizycznie, a także z dużą ilością podróży. Jest to bardzo kompleksowa praca.

14 maja br. Europejska Agencja Kosmiczna podpisała z polskimi firmami i instytucjami naukowymi siedem kontraktów na realizację eksperymentów na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Będą one dotyczyć m.in. badania wpływu długotrwałego pobytu w kosmosie na zdrowie psychiczne człowieka, na jego mikrobiom jelitowy oraz na układ odpornościowy. Planowany jest także projekt demonstrujący działanie zaawansowanych jednostek AI w warunkach niskiej grawitacji oraz projekt monitorujący poziom hałasu na ISS. Naukowcy zbadają także wykorzystanie mikroglonów do adaptacji w warunkach kosmicznych oraz przeżywalność zmodyfikowanych genetycznie drożdży w warunkach mikrograwitacji.

– Europejska Agencja Kosmiczna otworzyła nabór na eksperymenty na ISS w ramach polskiej misji w sierpniu zeszłego roku i mieliśmy bardzo duże zainteresowanie. Z polskiego sektora naukowego i sektora prywatnego, komercyjnego napłynęło 66 propozycji, z których 18 zostało wybranych do implementacji. Właśnie zostało ogłoszonych pierwszych siedem z nich, na które podpisano kontakty i które są już przygotowane do tego, żeby polecieć na misję kosmiczną. Jednak ta lista będzie się wydłużać, tych eksperymentów będzie więcej. Mam nadzieję, że wszystkich 18 projektów zdąży się zbudować, przekwalifikować i zostać wysłanych na przylądek Canaveral, po czym polecą na stację kosmiczną i będę miał okazję zobaczyć je wszystkie na orbicie – mówi astronauta ESA.

Wśród podmiotów przygotowujących eksperymenty są: konsorcjum trzech uczelni – Uniwersytetu Szczecińskiego, Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu i Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, Wojskowa Akademia Techniczna, Politechnika Śląska, Svantek i Extremo Technologies. Podpisanie kontraktów poprzedził kilkumiesięczny proces, podczas którego ESA we współpracy z MRiT i POLSA dokonała oceny wykonalności oraz bezpieczeństwa zgłoszonych eksperymentów. Po wstępnej kwalifikacji wybrane zespoły intensywnie pracowały nad przygotowaniem pełnej dokumentacji eksperymentów, aby zagwarantować ich wykonalność w wymaganym terminie realizacji misji.

Polska misja na Międzynarodową Stację Kosmiczną jest budowana po raz pierwszy. Jak ocenia ekspert, to dla rodzimego sektora kosmicznego niespotykana dotąd szansa na udział w badaniach na orbicie okołoziemskiej.

– Misja kosmiczna przynosi wymierne korzyści w postaci zwrotu technologicznego. Polski przemysł i instytuty naukowe mogą dzięki temu nabyć doświadczenie i zdobyć technologię sprawdzoną w warunkach panujących na stacji kosmicznej. To pozwoli później polskim firmom oferować tę technologię na arenie międzynarodowej jako komercyjne rozwiązanie – mówi dr Sławosz Uznański.

Pierwsza polska misja na ISS będzie możliwa dzięki porozumieniu podpisanemu przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii z Europejską Agencją Kosmiczną. Ma ona otworzyć nowe możliwości dla rozwoju polskiej nauki i technologii kosmicznych, ponieważ realizacja eksperymentów w warunkach mikrograwitacji zwiększy konkurencyjność tych badań i przyspieszy komercjalizację ich wyników.

– Przemysł kosmiczny jest dziś bardzo intratnym biznesem. Technologia i infrastruktura kosmiczna są jednym z pięciu światowych priorytetów ekonomicznych i to właśnie w tym kierunku będą się rozwijały gospodarki przyszłości. Mam nadzieję, że Polska stanie się na tej arenie znaczącym graczem, właśnie po to, żeby nasz sektor kosmiczny wspierał krajową gospodarkę – mówi naukowiec. – Mamy w Polsce ogromny potencjał ludzki, mamy uzdolnionych młodych ludzi m.in. w automatyce, robotyce, informatyce i wyprzedzamy pod tym względem inne kraje zachodnie. Mamy też potencjał budowania technologii i nauki w różnych dziedzinach. Dziś ten potencjał nie jest jeszcze w pełni wykorzystywany. W tej chwili mamy pierwsze finansowanie, budowanie rynku i mam nadzieję, że to się przekuje na rzeczywistą polską ekspertyzę w pewnych dziedzinach technologicznych, które w przyszłości mogą być kluczowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwaja-intensywne,p1133032159

Start-upy mogą się starać o wsparcie. Trwa nabór do programu rozwoju innowacyjnych pomysłów na biznes

Trwa nabór do „Platform startowych dla nowych pomysłów” finansowany z Funduszy Europejskich dla Polski Wschodniej 20212027. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości wybrała sześć partnerskich ośrodków innowacji, które będą oferować start-upom bezpłatne programy inkubacji. Platformy pomogą rozwinąć technologicznie produkt i zapewnić mu przewagę konkurencyjną, umożliwią dostęp do najlepszych menedżerów i rynkowych praktyków, ale też finansowanie innowacyjnych przedsięwzięć. Każdy z partnerów przyjmuje zgłoszenia ze wszystkich branż, ale także specjalizuje się w konkretnej dziedzinie. Jest więc oferta m.in. dla sektora motoryzacyjnego, rolno-spożywczego, metalowo-maszynowego czy sporttech.

– Podstawowymi kryteriami wejścia do platformy są innowacyjność, przynajmniej w skali kraju, potencjał biznesowy, przewagi konkurencyjne oraz doświadczenie i kompetencje zespołu. Ponadto premiujemy również rozwiązania dotyczące zrównoważonego rozwoju. Należy wziąć pod uwagę, że inkubacja trwa jedynie sześć miesięcy, więc nie może być to projekt badawczo-rozwojowy, który wymaga dłuższego okresu ponoszenia wydatków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Godawska, kierowniczka projektu Platformy Startowe Start in…

Platformy Startowe Start in… to jeden z sześciu wybranych przez PARP ośrodków. Brał on udział zarówno w pilotażu, jak i w pierwszej edycji Platform Startowych. W ramach pilotażu 22 start-upy inkubowane w Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego dostały dofinansowanie, natomiast w projekcie Platformy Startowe Start in Podkarpackie dofinansowanie uzyskało 130 start-upów. Platformy oferują zarówno podstawowe wsparcie, związane z bieżącym funkcjonowaniem spółki, takim jak zapewnienie miejsca do prowadzenia działalności gospodarczej, usług prawnych, usług podatkowych, doradztwa księgowego czy usług bankowych, jak i pomoc specjalistyczną. Wiąże się ona z tworzeniem MVP, czyli minimalnej wersji produktu zawierającej podstawową funkcjonalność oraz usługi związanej z tworzeniem modelu biznesowego, który zostanie następnie zweryfikowany rynkowo.

 Mamy ścieżkę horyzontalną, więc można przyjść do nas z każdego rodzaju biznesem, pomysłem i wejść z nim do inkubacji. Zwracamy szczególną uwagę na branżę motoryzacyjną, bo w tym się specjalizujemy. Mamy partnerów ekosystemowych, którzy będą w stanie pomóc tego typu pomysłom rozwinąć skrzydła, dlatego zwłaszcza pomysły z tej branży serdecznie zapraszamy do naszej platformy – zachęca Agnieszka Godawska. – W ramach projektu przewidzianych mamy siedem rund inkubacji, każda trwająca po sześć miesięcy, więc łącznie planujemy wyinkubować 210 start-upów.

Każda z platform oferuje pomoc w szerokim spektrum branż w ramach tzw. inkubacji horyzontalnej, ale też każda z nich specjalizuje się w konkretnej dziedzinie. Oprócz Platformy Startowej Start in… możemy wymienić także Platformę Startową Unicorn Hub czy Wschodni Akcelerator Biznesu 2.

 Naszą główną specjalizacją jest szeroko rozumiana medycyna i zdrowie, także projekty, które są luźno związane z tą branżą, natomiast mają potencjał do zastosowania w niej w przyszłości. Zapraszamy też projekty horyzontalne, przekrojowe, które są osadzone w innych branżach, ale charakteryzują się odpowiednim potencjałem biznesowym i innowacyjnością – mówi Jacek Korzeniak, kierownik projektu Platforma Startowa Unicorn Hub.

– Poszukujemy wszystkich innowacyjnych pomysłów, ale doceniamy szczególnie te z branży ekologicznej, rolno-spożywczej, gamedev, przemysł 4.0 i sporttech. Do Wschodniego Akceleratora Biznesu zapraszamy pomysłodawców, którzy posiadają pełną zdolność do czynności prawnych, są właścicielami pomysłów, chcą założyć biznes na terenie Polski Wschodniej. W ramach trzyletniego okresu realizacji projektu wyinkubujemy 200 start-upów. To w sumie osiem rund i w każdej z nich jest 25 start-upów, które będą inkubowane w sześciomiesięcznym procesie – mówi Anna Blajerska, kierowniczka projektu Wschodni Akcelerator Biznesu 2.

Z kolei Platforma startowa dla nowych pomysłów – Hub of Talents 3 oprócz inkubacji horyzontalnej przewiduje specjalną ofertę inkubacji dla rozwiązań branży metalowo-maszynowej, natomiast w przypadku Platformy Startowej – Centralny Akcelerator Innowacji „Mazovian StartUPolis”– nabór będzie obejmować branże: produkcja maszyn i urządzeń, energia, ekologia, w tym budownictwo ekologiczne, oraz żywność i produkty rolno-spożywcze. Wreszcie Platforma startowa HugeTECH Revolution szczególnie zaprasza firmy chcące się specjalizować w branży produktów służących poprawie zdrowia i jakości życia.

– Przede wszystkim trzeba mieć pomysł na innowacyjny biznes, przelać ten pomysł na formularz zgłoszeniowy, który należy wysłać za pomocą generatora, a następnie ten pomysł podlega ocenie. W naszej platformie oceniamy pomysły w trzech obszarach. Pierwszy to potencjał biznesowy, czyli szukamy projektów innowacyjnych, które wyróżniają się na tle konkurencji, są skalowalne. W drugim obszarze przyglądamy się zespołowi – chcemy, aby zespoły były komplementarne, żeby miały kompetencje zarówno biznesowe, techniczne, jak i branżowe. W ostatnim etapie projektu oceniamy potencjał do inkubacji – wyjaśnia Jacek Korzeniak.

Każdy zespół otrzymuje wsparcie specjalnie do niego przypisanego menedżera inkubacji i grona ekspertów z różnych obszarów, m.in. z marketingu, analizy finansowej, analizy konkurencji, eksperymentów biznesowych, pitchowania, ale też bieżące wsparcie w prowadzeniu działalności gospodarczej, jak księgowość czy pomoc prawna.

– W pierwszej edycji projektu 134 start-upy otrzymały wsparcie z Programu Polska Wschodnia, natomiast w drugiej edycji projektu start-upy będą mogły liczyć na dotacje z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej – mówi kierownik projektu Platforma Startowa Unicorn Hub.

Platforma Startowa Unicorn Hub planuje realizację dziewięciu rund inkubacji, a w ramach każdej rundy zaprosi 30 start-upów. Każda runda inkubacji składa się z miesięcznego okresu preinkubacji oraz czterech miesięcy okresu inkubacji właściwej. W ramach preinkubacji platforma opracowuje ze start-upem indywidualny plan inkubacji, czyli mapę rozwoju projektu, według której przebiegają potem prace w okresie inkubacji właściwej.

– W poprzedniej edycji wyinkubowaliśmy 315 start-upów, z czego 137 otrzymało dofinansowanie w ramach działania 1.1.2 Rozwój start-upów w Polsce Wschodniej na łączną kwotę 137 mln zł. W ramach inkubacji we Wschodnim Akceleratorze Biznesu poszukujemy innowacyjnych pomysłów, prowadzimy ścieżkę zarówno horyzontalną, jak i wertykalną – mówi Anna Blajerska.

Do udziału w programie wszystkich „Platform startowych dla nowych pomysłów” FEPW mogą przystąpić przedsiębiorcze osoby lub zespoły z innowacyjnymi pomysłami na poziomie co najmniej krajowym. Jednym z obligatoryjnych kryteriów selekcji jest oferowanie rozwiązania o cechach innowacji produktowej. Wszyscy zakwalifikowani do programu pomysłodawcy stają się przedsiębiorcami, tzn. muszą powołać i zarejestrować spółkę kapitałową w Polsce Wschodniej (tj. w województwie: lubelskim, podkarpackim, podlaskim, świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim lub w części Mazowsza – bez Warszawy i przyległych powiatów).

Udział w programie jest bezpłatny, a najlepsze ze start-upów po jego zakończeniu będą mogły się ubiegać o bezzwrotną dotację na wdrożenie swojego modelu biznesowego. Każdy ze start-upów będzie mógł uzyskać dofinansowanie 85 proc. kosztów kwalifikowanych projektu, w wysokości do 600 tys. zł. Pierwszy z tych konkursów PARP planuje ogłosić na jesieni 2024 roku.

 

 


 

 

                                                                                               aa

 

 

 

                                                                                               

 

 


 

 

                                                                                               

 

 

 

                                                                                               

 

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/startupy-moga-sie,p1956700713

Projekt budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej nabiera tempa. Ruszają prace geologiczne w miejscu planowanej inwestycji

W maju ruszają prace geologiczne w miejscu planowanej budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej na Pomorzu. Pierwszy etap badań zakończy się w tym roku, a wyniki zostaną wykorzystane w trwającym procesie projektowania elektrowni przez konsorcjum Westinghouse i Bechtel. – Chcemy dobrze poznać strukturę gruntu, na którym posadowiona będzie elektrownia. Dzięki temu będziemy mogli dopracować sam projekt elektrowni z perspektywy bezpieczeństwa – podkreśla Leszek Hołda, prezes Bechtel Polska. 

Rozpoczęcie badań geologicznych to jeden z kamieni milowych podpisanej we wrześniu 2023 roku umowy na projektowanie elektrowni. Pozwolą uszczegółowić przeprowadzone wcześniej rozpoznanie warunków geologiczno-inżynierskich i hydrogeologicznych terenu. Za badania geologiczne odpowiada spółka Bechtel, członek amerykańskiego konsorcjum realizującego projekt. 

– Mobilizacja prac terenowych to dla nas milowy krok. Wchodzimy na plac budowy i to jest coś, co będzie można wreszcie zobaczyć, bo do tej pory prace jednak koncentrowały się głównie na pracach biurowych. Teraz będziemy mogli zobaczyć pierwszy efekt związany z pracami terenowymi – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Hołda.

Badania będą prowadzone do listopada br. na obszarze około 30 ha na terenie Lubiatowa–Kopalina w pomorskiej gminie Choczewo. W ramach prac zostanie wykonanych ok. 220 punktów badawczych o głębokości od 20 do 210 m.

 Te odwierty służą temu, aby dobrze poznać strukturę gruntu, na którym posadowiona będzie elektrownia. Między innymi dzięki temu będziemy mogli dopracować sam projekt elektrowni z perspektywy bezpieczeństwa, choćby ruchów tektonicznych, oporności elektrycznej gruntu, samej struktury tego gruntu. To są bardzo ważne informacje, które będą później użyte w samym projekcie – tłumaczy prezes Bechtel Polska.

Wykonawcą prac geologicznych będzie firma P.S.D. z siedzibą w Słupsku, z którą Bechtel podpisał umowę na początku kwietnia.

– To część naszej filozofii realizacji tego projektu, czyli zadbanie o tzw. local content, polskich przedsiębiorców, polskich wykonawców, którzy będą mogli uczestniczyć w tym projekcie – wskazuje Leszek Hołda. – Po zakończeniu tego projektu siadamy do finalizacji umowy na realizację i myślę, że to będą najbliższe miesiące, w których będziemy koncentrować się właśnie na wypracowaniu najlepszego modelu realizacji tego projektu.

Wyniki badań geologicznych zostaną wykorzystane w procesie projektowania elektrowni, który obejmuje przede wszystkim zaprojektowanie głównych obiektów budowlanych – trzech bloków jądrowych, zbiornika dopływowego, kanału wody chłodzącej i kanału zrzutowego wód pochłodniczych. Z tego badania powstanie także Raport Lokalizacyjny, który pomoże spółce Polskie Elektrownie Jądrowe uzyskać pozwolenie na budowę od Państwowej Agencji Atomistyki.

Prace inżynieryjne skupią się na dostosowaniu projektu do wymagań technicznych i regulacyjnych obowiązujących w Europie oraz w Polsce. Zapisy umowy ze spółką Polskie Elektrownie Jądrowe regulują współpracę w zakresie przeprowadzenia procesów uzyskiwania kolejnych pozwoleń, w tym opracowania specyfikacji technicznej wstępnego projektu planowanej elektrowni jądrowej.

 Mamy bardzo jasno zdefiniowaną listę produktów, które powinniśmy dostarczyć w ramach podpisanej we wrześniu ub.r. umowy na zaprojektowanie elektrowni jądrowej w Choczewie. Między innymi te prace spowodują, że będziemy mogli uaktualnić harmonogram i kosztorys całego przedsięwzięcia, właśnie dzięki temu, że będziemy mieli zrealizowany projekt. Dopiero kolejnym krokiem, co, uważam, jest bardzo mądrym rozwiązaniem z perspektywy inwestora, będzie podpisanie umowy na wykonanie prac związanych z budową pierwszej elektrowni jądrowej – tłumaczy prezes Bechtel Polska.

Polska elektrownia jądrowa będzie oparta na najnowszych doświadczeniach firm Westinghouse i Bechtel wynikających w szczególności z budowy w USA bloku jądrowego Vogtle-4, w którym wprowadzono udoskonalenia względem uruchomionego wcześniej bloku nr 3. Doświadczeni pracownicy realizujący oba projekty będą zaangażowani także w działania na rzecz planowanej siłowni na Pomorzu.

– W ramach tych prac przy bieżącej umowie konstruujemy razem z inwestorem listę najważniejszych ryzyk i ich mitygacji, wykorzystując nasze doświadczenia z ostatniego projektu zrealizowanego w Stanach Zjednoczonych, czyli projektu Vogtle-3, Vogtle-4, dwóch reaktorów, które już dzisiaj pracują komercyjnie na technologii AP 1000. Chcemy jak najwięcej lekcji wyciągniętych z tamtego projektu wykorzystać w polskiej realizacji – mówi Leszek Hołda.

Na mocy umowy spółki Polskie Elektrownie Jądrowe z konsorcjum Westinghouse i Bechtel, aby w budowę elektrowni zaangażować polski przemysł, przewidziano m.in. wyjazdy do USA polskich pracowników, którzy będą mogli na miejscu doskonalić kluczowe kompetencje w zakresie projektowania i bezpiecznej eksploatacji reaktorów najnowszej generacji.

Dodatkowo, aby przygotować kadry do potrzeb rozwijania energetyki jądrowej, firma Bechtel podpisała umowy z Politechniką Warszawską i Politechniką Gdańską na opracowanie nowego programu wspierającego szkolenia specjalistów zainteresowanych budową i eksploatacją pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej.

– W ramach współpracy będziemy transferować know-how ze Stanów Zjednoczonych do Polski, w jaki sposób przygotowywać absolwentów do pracy w projektach z obiektami jądrowymi. Jesteśmy uczestnikiem projektu Centrum Treningowego Czystych Technologii, które zostało otwarte przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska wraz z Departamentem Energii Stanów Zjednoczonych. Więc jest bardzo wiele inicjatyw, które mają doprowadzić do tego, że zadbamy o kadry i w odpowiednim czasie będziemy mieli absolwentów, którzy będą mogli zasilić szeregi naszego projektu – podkreśla prezes Bechtel Polska. – Polska, to trzeba sobie otwarcie powiedzieć, nie jest krajem nuklearnym. Mamy oczywiście jeden reaktor testowy i pewien zalążek kompetencji istnieje, nie mamy jednak doświadczeń w zakresie budowy obiektów jądrowych. Stąd nasze inicjatywy wsparcia systemu edukacji w Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/projekt-budowy-pierwszej-w,p2137686302

Tylko co czwarta firma planuje inwestycje zagraniczne. Ich zapał osłabia niestabilna sytuacja geopolityczna

Wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych polskich firm w 2022 roku wyniosła 28 mld euro, co stanowiło zaledwie 5 proc. krajowego PKB, podczas gdy średnia w krajach UE to aż 88 proc. PKB. To pokazuje, że rodzime przedsiębiorstwa do tej pory stosunkowo niewiele inwestowały za granicą, głównie na rynkach Unii Europejskiej i w Stanach Zjednoczonych. Barierą wciąż pozostaje dla nich m.in. brak elastycznego finansowania i wiedzy na temat korzyści, jakie może zapewnić firmie ekspansja zagraniczna. Zapał potencjalnych inwestorów osłabia też niepewna sytuacja geopolityczna. W efekcie tylko co czwarte przedsiębiorstwo rozważa obecnie zainwestowanie na międzynarodowym rynku, co jest wynikiem dużo niższym od globalnej średniej – wynika z badania przeprowadzonego przez PFR TFI.

Wpływ napiętej sytuacji geopolitycznej na globalne przepływy bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) widać wyraźnie już od początku 2022 roku. Po silnym odbiciu w 2021 roku rok później ich poziom spadł o 12 proc. r/r, co było spowodowane przede wszystkim inwazją Rosji na Ukrainę, która wzmogła niepewność inwestorów. W 2023 roku zaostrzenie sytuacji na Bliskim Wschodzie, kolejne konflikty zbrojne i rosnące napięcia handlowe na linii USA – Chiny tylko nasiliły te obawy.

 Wojna w Ukrainie i konflikty militarne na Bliskim Wschodzie zwiększają poziom ryzyka geopolitycznego i powodują pewną niechęć firm do inwestowania za granicą – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Prusak, dyrektor Departamentu Zarządzania Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI.

To, że geopolityka i BIZ-y są ze sobą ściśle powiązane, potwierdzają wyniki badania przeprowadzonego na potrzeby raportu „Kierunek: Wschód. Aktualne trendy i atrakcyjne kierunki ekspansji zagranicznej w obliczu zawirowań geopolitycznych”, który został opracowany przez PFR TFI i PwC Polska we współpracy z KUKE. 90 proc. polskich przedsiębiorstw wskazało w nim ryzyko geopolityczne jako jeden z kluczowych czynników uwzględnianych w analizie potencjalnej lokalizacji dla inwestycji zagranicznej. Taki sam odsetek badanych firm zadeklarował, że ważna jest dla nich wielkość rynku zbytu. To oznacza, że waga czynników geopolitycznych jest dla przedsiębiorców tak samo ważna jak perspektywa rozwoju biznesu.

– Przeprowadzone przez nas badanie pokazuje, że przed wybuchem wojny odsetek firm, które myślą o inwestowaniu za granicą, wynosił prawie 40 proc., natomiast po wybuchu wojny takie plany deklaruje tylko 26 proc. badanych. To duża zmiana i widać większą ostrożność polskich firm  przed ekspansją zagraniczną w obliczu rosnących napięć – mówi Marcin Prusak.

Dla porównania w tegorocznym badaniu firmy doradczej Kearney („The FDI Confidence Index 2024”), przeprowadzonym wśród przedsiębiorców z 30 krajów, aż 88 proc. z nich zadeklarowało, że planuje zwiększyć swoje inwestycje na rynkach zagranicznych w ciągu najbliższych trzech lat. Tak duża różnica pokazuje, że rodzime firmy w dużej mierze wciąż nie dostrzegają tego, jak ważna dla ich rozwoju jest obecność na rynkach zagranicznych, także w formie inwestycji.

– Wydaje się, że polskie firmy inwestują za granicą dosyć dużo. W 2022 roku łączna wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych sięgnęła 28 mld euro. I na przestrzeni ostatnich lat zwiększała się dość dynamicznie. Natomiast jeśli zestawimy tę kwotę z wielkością naszej gospodarki, to okazuje się, że jest to raptem 5 proc. polskiego PKB, podczas gdy średnie nakłady na BIZ w krajach Unii Europejskiej przekraczają 80 proc. – mówi dyrektor Departamentu Zarządzania Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI.

Wynika to m.in. z faktu, że polskie firmy przez lata rozwijały się i akumulowały kapitał, działając głównie na rynku krajowym, który jest stosunkowo duży oraz pozwala konkurencyjnym przedsiębiorstwom uzyskiwać przychody i zyski na komfortowym poziomie. Jednak z czasem również i polski rynek staje się zbyt mały i powstają bariery, które poważnie utrudniają dalszy wzrost. Dopiero wtedy pojawia się pomysł wyjścia za granicę.

– Do tego potrzeba też pewnej odwagi biznesowej, strategicznej decyzji i wydaje się, że teraz jest bardzo duża przestrzeń na wzrost w tym obszarze – mówi Marcin Prusak. – Z naszych obserwacji wynika, że takie decyzje często są zbieżne np. z sukcesją w firmie. Nowe pokolenie jest bardziej otwarte, myśli odważniej o rynkach zagranicznych i wtedy rzeczywiście zapada strategiczna decyzja biznesowa o tym, żeby rozpocząć ekspansję. Natomiast do tego, żeby taka decyzja zapadła, potrzeba też trochę wiedzy, trzeba rozumieć, mieć świadomość, co taka ekspansja zagraniczna oferuje firmie. 

Ekspert podkreśla, że wyjście za granicę to dla polskich przedsiębiorstw szansa na poprawę wyników finansowych, ale także dywersyfikację i ograniczenie ryzyka koncentracji na jednym rynku.

 Rozwój za granicą może się przyczynić do dywersyfikacji ryzyka geograficznego i zwiększyć bezpieczeństwo łańcuchów dostaw, dostęp do unikalnego know-how, nowych pracowników i rynków zbytu, więc jest szereg korzyści, które przemawiają za tym, żeby podjąć taką strategiczną decyzję – wymienia dyrektor w PFR TFI. – Polskie firmy myślące o ekspansji zagranicznej napotykają jednak szereg barier. Pierwszą z nich jest kwestia podjęcia samej decyzji. To duży krok, potencjalnie też duże ryzyko dla firmy i trzeba się z tą świadomością oswoić, rzetelnie przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw”. Natomiast kiedy już taka decyzja zostanie podjęta, w kolejnym kroku trzeba zdiagnozować i zmitygować wszelkie ryzyka, które występują w takiej transakcji, oraz zapewnić źródła finansowania, ponieważ dostęp do kapitału jest zwykle dość ograniczony.

W pokonaniu tej bariery polskim firmom pomaga Fundusz Ekspansji Zagranicznej (PFR TFI), który dostarcza kapitał na sfinansowanie projektów na rynkach zagranicznych. Może finansować zagraniczne przejęcie, utworzenie nowej lub dalszy rozwój już istniejącej zagranicznej spółki zależnej polskiej firmy. Fundusz może również dzielić z inwestorem ryzyko biznesowe takiej transakcji. Jego oferta jest komplementarna wobec innych źródeł finansowania dostępnych na polskim rynku, które zapewniają banki, fundusze typu private equity czy venture capital.

– Fundusz Ekspansji Zagranicznej powstał po to, żeby wypełnić pewną lukę na rynku finansowym, która czasem zniechęca polskie firmy do inwestowania za granicą, ponieważ nie wszystkie instrumenty finansowe dostępne na rynku są skonstruowane tak, żeby tę ekspansję ułatwić. Natomiast w FEZ oferujemy takie instrumenty, które są szyte na miarę, do każdej transakcji podchodzimy w sposób indywidualny – mówi Marcin Prusak.

Co istotne, FEZ pozostaje inwestorem mniejszościowym, a operacyjne zarządzanie projektem pozostawia w rękach polskiego partnera. Typowa wielkość inwestycji funduszu w jeden projekt to od 3 do 20 mln euro, ale nie więcej niż 50 proc. wartości całej inwestycji, a okres inwestycyjny trwa zazwyczaj od pięciu do 10 lat. Istotny jest też fakt, że fundusz nie ma ograniczeń sektorowych ani geograficznych – inwestuje w różnych sektorach gospodarki zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się.

– Analizując dotychczasowe kierunki ekspansji zagranicznej polskich firm, widzimy, że polskie firmy koncentrują się przede wszystkim na Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych. To są najbardziej preferowane kierunki i wydaje się, że głównym czynnikiem jest tutaj kwestia bezpieczeństwa, kwestia odpowiedniej infrastruktury prawno-regulacyjnej, podatkowej, jak też kwestia bliskości geograficznej i kulturowej. Większość polskich firm w ogóle zainwestowała w regionie Europy Środkowej – mówi Marcin Prusak. – Z naszych analiz i badań wynika, że jest też szereg innych lokalizacji, które choć nieoczywiste, oferują dość ciekawą relację potencjalnych korzyści do skali ryzyka. Mam tu na myśli przede wszystkim rynki azjatyckie, jak np. Japonia, Daleki Wschód i Indie. Wydaje się, że to jest kierunek, o którym coraz częściej będziemy słyszeć w planach strategicznych polskich firm.

Ekspert ocenia, że – aby zwiększyć aktywność inwestycyjną polskich przedsiębiorstw na rynkach międzynarodowych – ważne jest również budowanie wśród zarządów i właścicieli firm wiedzy na temat tego, w jaki sposób podejść do ekspansji, gdzie inwestować oraz jakie narzędzia i instrumenty mogą ten proces wesprzeć. Dlatego PFR TFI – we współpracy z PwC i KUKE – opracowuje cykliczne raporty zawierające m.in. rankingi atrakcyjnych kierunków inwestycyjnych, dostarczające rzetelnych, wielowymiarowych analiz rynkowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tylko-co-czwarta-firma,p675916487

Za dwa lata w gdańskim porcie ma powstać baza instalacyjna morskich farm wiatrowych. Będzie ponad pięć razy większa od krakowskiego Rynku Głównego

21-hektarowy Terminal 5, który powstanie na wodach zewnętrznej części gdańskiego portu Baltic Hub, ma być bazą instalacyjną dla morskich elektrowni wiatrowych. To duży projekt, którego realizacja może się rozpocząć w drugiej połowie tego roku. Tego typu infrastruktura jest konieczna dla przyspieszenia inwestycji offshore w polskiej części Bałtyku. Pierwsze morskie farmy wiatrowe zaczną produkować zieloną energię w 2026 roku.

Proces inwestycyjny budowy wielkich farm wiatrowych na morzach jest złożonym logistycznie przedsięwzięciem. Aby było ono możliwe, konieczne jest przygotowanie miejsca, które będzie stanowiło bazę instalacyjną morskich elektrowni. Najczęściej są to rozległe terminale budowane przy brzegu morza lub płytkiej zatoki.

– Aby operatorzy farm wiatrowych mogli je zamontować na terenie morza w polskiej strefie ekonomicznej, to te wielkie turbiny muszą być gdzieś montowane. Do tego będzie służył Terminal 5 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Żołnowski, dyrektor finansowy Baltic Hub. – Około 100 turbin zamontowanych w pierwszym etapie będzie wytwarzało 1,5 GW energii, a to jest mniej więcej tyle, ile wytwarza duża elektrownia węglowa w Polsce. Więc to jest wejście do rewolucji energetycznej.

Jak informuje Polski Fundusz Rozwoju, udziałowiec Baltic Hub, Terminal 5 zajmie powierzchnię 21 ha. Dla porównania – to ponad pięć razy więcej, niż wynosi powierzchnia Rynku Głównego w Krakowie. Długość nabrzeża przeładunkowego wyniesie 800 m, a głębokość akwenu przy kei – 17,5 m, co pozwoli na cumowanie statków instalacyjnych oraz statków zaopatrzeniowych dla terminali offshore o długości całkowitej do 170 m. Rozpoczęcie prac budowlanych planowane jest w połowie tego roku, a zakończenie inwestycji w 2026 roku.

Proces budowy takiej infrastruktury nie należy do najłatwiejszych i wiąże się z wieloma wyzwaniami. Między innymi dlatego, że terminal powstanie wprawdzie blisko brzegu, jednak już na wodach Zatoki Gdańskiej.

– Ponieważ terminal będzie powstawał w miejscu, gdzie dzisiaj jest woda, będziemy musieli stworzyć sztuczną wyspę. Oczywiście musimy przejść przez cały proces budowlany, który polega na tym, że wyznaczamy najpierw foremkę ze stali, do której nasypiemy olbrzymie ilości materiału, piachu chociażby. W dalszej kolejności ten grunt będzie umacniany i to doprowadzi do tego, że powstanie platforma, na której montaż turbin będzie możliwy – tłumaczy przedstawiciel Baltic Hub.

Powstanie pierwszych polskich turbin wiatrowych na morzu planowane jest na 2026 rok. Do 2030 roku morska energetyka wiatrowa będzie zasilać w prąd rocznie ok. 8 mln gospodarstw domowych w Polsce. Projekty offshore będą rozwijane na wyznaczonym obszarze w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej Morza Bałtyckiego. PSEW szacuje, że na należące do Polski wody Bałtyku przypada prawie 1/3 potencjału energetycznego całego morza (ok. 28 GW). 

Terminal 5 to niejedyna duża inwestycja Baltic Hub. Od końca 2022 roku realizowany jest projekt budowy T3, nowego terminala kontenerowego. W ubiegłym roku powstała sztuczna wyspa o powierzchni 36 ha, na której zlokalizowany będzie plac manewrowo-składowy. Zakończono też prace pogłębiarskie związane z powstaniem nowego, głębokowodnego nabrzeża T3.

– Nasz najnowszy terminal będzie oddany do użytku w przyszłym roku – zapowiada Adam Żołnowski.

W marcu spółka oceniła, że łączne zaawansowanie robót budowlanych przy realizacji terminala kontenerowego T3 wynosi ponad 45 proc. Projekt ma na celu zwiększenie zdolności przeładunkowych terminala do 4,5 mln TEU rocznie. W ubiegłym roku wynik operacyjny to 2,05 mln TEU. W obszarze transportu morskiego Baltic Hub obsłużył ponad 600 statków, w tym 105 oceanicznych, jednych z największych na świecie. Z kolei na bocznicy kolejowej obsłużono łącznie ponad 6700 pociągów. Świadczy to o rosnącej roli transportu kolejowego w działalności portowej.

– Przeładunki morskie charakteryzują się dużą dynamiką, ale ona może być utrzymana wyłącznie wtedy, kiedy towary do i z portu będą mogły być w efektywny sposób wywożone. Te towary wywozi się z portu mniejszymi statkami, ciężarówkami, koleją, a najefektywniejsze z punktu widzenia środowiska, a także ekonomicznie, jest zaangażowanie do tego kolei. My w tej chwili widzimy, że za kilka lat problemem będzie po prostu przyjęcie kolejnych pociągów na bocznicę Baltic Hub, bo ona jest zbyt mała. Musimy się rozbudować, a znalezienie miejsca pod kolejną bocznicę kolejową w tej chwili staje się olbrzymim wyzwaniem – podkreśla dyrektor finansowy Baltic Hub.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/za-dwa-lata-w-gdaskim,p1706296598

Sport może wspomagać walkę z bezsennością. Osoby aktywne fizycznie mają mniej problemów ze snem

Osoby regularnie podejmujące aktywność fizyczną dużo lepiej śpią – wynika z wieloletniej analizy przeprowadzonej przez naukowców z Uniwersytetu w Reykjaviku. Typ i stopień trudności ćwiczeń nie mają takiego znaczenia jak właśnie regularność. To istotne nie tylko dla promowania higieny snu jako działania korzystnie wpływającego na nasze zdrowie, ale i w kontekście skuteczności terapii, m.in. w chorobach przewlekłych. Tymczasem problemy ze snem zgłasza około 40 proc. dorosłych Polaków.

Celem badania przeprowadzonego przez islandzkich naukowców było sprawdzenie związku pomiędzy aktywnością fizyczną w okresie 10 lat a obecnością objawów bezsenności, sennością w ciągu dnia i szacunkową długością snu u dorosłych w wieku 39–67 lat. Było to populacyjne, wieloośrodkowe badanie kohortowe, bazujące na danych z dziewięciu krajów europejskich. Próba liczyła ponad 4,3 tys. uczestników. 37 proc. badanych było stale nieaktywnych, 25 proc. było stale aktywnych, 20 proc. zaniechało w trakcie trwania badania aktywności, a 18 proc. ją rozpoczęło.

Uczestnicy, którzy wykazywali aktywność fizyczną na początku i końcu dziesięcioletniego okresu badania, rzadziej zgłaszali objawy bezsenności. Stwierdziliśmy także, że osoby stale utrzymujące aktywność fizyczną częściej przesypiały zalecane 6–9 godzin na dobę – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje dr Erla Björnsdóttir z Wydziału Psychologii Uniwersytetu w Reykjaviku. – Wyniki te są zgodne z rezultatami poprzednich opracowań, które wskazują na pozytywny wpływ ćwiczeń fizycznych na jakość snu. Nasze badanie wyróżnia jednak nacisk na regularność aktywności fizycznej, co sugeruje, że zachowanie aktywności przez całe życie może ograniczyć ryzyko bezsenności i przyczyniać się do przesypiania odpowiedniej liczby godzin.

25-proc. grupa uczestników, którzy byli stale aktywni, rzadziej zgłaszała trudności w zasypianiu, a także czas spania poza zalecanym przedziałem 6–9 godzin. Z kolei senność w ciągu dnia i trudności w utrzymaniu snu nie miały związku z poziomem aktywności fizycznej.

Osoby aktywne zużywają więcej energii w ciągu dnia, co może prowadzić do większego zmęczenia fizycznego, a w efekcie takim osobom łatwiej zasnąć, a ich sen jest głębszy i czują się po nim bardziej wypoczęte. Wiemy również, że regularne ćwiczenia fizyczne pomagają w regulacji zegara biologicznego określanego jako rytm dobowy. Aktywność fizyczna może prowadzić do bardziej regularnego cyklu snu i czuwania, ułatwiając zasypianie wieczorem i budzenie się wypoczętym rano. Ćwiczenia przyczyniają się również do zmniejszenia stresu i niepokoju, które często przyczyniają się do problemów ze snem – wymienia dr Erla Björnsdóttir.

Nie bez znaczenia jest też fakt wpływu regularnych ćwiczeń na ogólny dobrostan zdrowotny. Lekarze najczęściej wymieniają w tym aspekcie poprawę funkcjonowania układu sercowo-naczyniowego, lepszą kontrolę masy ciała oraz redukcję ryzyka chorób przewlekłych takich jak cukrzyca i bezdech senny.

– Uzyskanie i utrzymanie optymalnego rytmu snu jest kluczowe dla ogólnego dobrostanu i ściśle związane z wieloma aspektami zdrowia fizycznego i psychicznego. Warto zwrócić uwagę na zaobserwowaną skalę wpływu – badanie wykazało 25-proc. wzrost prawdopodobieństwa uzyskania prawidłowego rytmu snu u osób regularnie podejmujących aktywność fizyczną. Badanie podkreśla istotność związku między ćwiczeniami fizycznymi a jakością snu oraz sugeruje, że priorytetowe traktowanie aktywności fizycznej jako elementu stylu życia może przynieść wymierne korzyści, jeśli chodzi o uzyskanie i utrzymanie zdrowego rytmu snu – mówi badaczka.

Wyniki badania są istotne nie tylko w ujęciu populacyjnym, ale i klinicznym. W przypadku większości chorób przewlekłych czy metabolicznych dbałość o regularny i odpowiednio długi sen jest jednym z podstawowych zaleceń terapeutycznych. Tak jest chociażby w chorobach tarczycy, takich jak Hashimoto czy choroba Gravesa-Basedowa.

– Z perspektywy klinicznej uzyskane wyniki mają istotne implikacje dla zapobiegania i leczenia bezsenności. Włączenie aktywności fizycznej do standardów higieny snu i dotychczasowo stosowanych planów leczenia bezsenności może znacznie poprawić skuteczność stosowanych terapii i dodatkowo podnieść jakość snu – zauważa dr Erla Björnsdóttir.

Jak wskazuje, nie ma tu znaczenia typ aktywności czy poziom jej zaawansowania. Znacznie ważniejsza jest kwestia regularności.

– Warto stworzyć regularny plan ćwiczeń i trzymać się go. Ilość ćwiczeń wpływająca korzystnie na sen różni się w zależności od osoby, ale generalnie dobrze jest wykonywać ćwiczenia o umiarkowanej intensywności przez co najmniej 150 minut tygodniowo. Najlepiej zaplanować ćwiczenia na wczesną porę dnia – rano lub po południu – ponieważ wykonywanie ćwiczeń niedługo przed położeniem się spać może podnieść tętno, temperaturę ciała i poziom adrenaliny, co może utrudniać zasypianie. Warto więc zakończyć ćwiczenia co najmniej kilka godzin przed porą snu i pozwolić organizmowi się wyciszyć – radzi badaczka z Uniwersytetu w Reykjaviku.

Z sondażu przeprowadzonego przez UCE RESEARCH dla platformy ePsycholodzy.pl wynika, że na trudności związane z zasypianiem, przebudzaniem się w nocy lub zbyt wczesnym wybudzaniem skarży się prawie 40 proc. Polaków.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sport-moze-wspomagac,p1273012527

Wzrost inwestycji prywatnych przesądzi o rozwoju polskiej gospodarki w najbliższych latach. Sektorami przyszłości są nowe technologie i zielona energetyka

Polska stała się gospodarką o trudno dostępnej i drogiej pracy, jest również krajem niezbyt innowacyjnym. Aby utrzymać passę wysokiego wzrostu gospodarczego, jaki notowaliśmy w ciągu ostatnich 20 lat, potrzebujemy więcej inwestycji – zarówno krajowych, jak i zagranicznych. – Odbudowa inwestycji prywatnych przesądzi o trwałości wzrostu polskiego PKB na wiele lat – wynika z raportu ING Banku Śląskiego i Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Ekonomiści oceniają, że Polska ma teraz swoje pięć minut na pobudzenie inwestycji, a sektory, na które powinna postawić, to m.in. transformacja energetyczna, cyfryzacja, automatyzacja i sztuczna inteligencja oraz transport.

– Od pewnego czasu nasza koniunktura się ustabilizowała, nie rośniemy zbyt szybko, a okres poprzedzający tę stabilizację to istotne zmniejszenie apetytu inwestycyjnego firm, dlatego przeprowadziliśmy badanie, w którym pytamy biznes o to, jakie są bariery inwestycyjne, i to, jak widzą przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Jedna z ciekawszych konkluzji jest taka, że skala szoków, z jakimi biznes musiał się mierzyć w ostatnich latach, przechodzi wszelkie miary. Okres od wejścia do Unii do pandemii był relatywnie spokojny i dynamiczny, nawet uwzględniając kryzys finansowy. Ostatnie cztery lata to nieprzerwane pasmo szoków, pandemia, wojna, szok energetyczny, inflacja, podwyżki stóp procentowych, załamanie popytu. To wszystko siedzi w głowach menedżerów i powoduje, że ostrożniej patrzą w przyszłość, chociaż wciąż planują inwestycje.

Według autorów raportu „Inwestycje w Polsce oczami biznesu. Regres i nadzieje” ożywienie inwestycji prywatnych i odwrócenie długoletniego trendu spadkowego stopy inwestycji przesądzi o trwałości wzrostu gospodarczego w naszym kraju. W ostatnich paru latach polska gospodarka rosła głównie dzięki konsumpcji, natomiast inwestycje wyhamowały za sprawą wewnętrznych utrudnień regulacyjno-podatkowych oraz erozji zaufania do instytucji gospodarki wolnorynkowej, a także wspomnianych szoków. O ile w 2015 roku inwestycje w Polsce wynosiły 20,4 proc. PKB, o tyle w 2022 roku wskaźnik ten zmalał do 16,8 proc. Rok 2023 przyniósł lekką poprawę do 17,4 proc. To mało historycznie i wyraźnie poniżej średniej dla UE.

– Nasze badanie wśród liderów biznesu potwierdza wnioski wynikające z badań Międzynarodowego Funduszu Walutowego, mówiące o tym, że sprawne instytucje, silne sądownictwo, przewidywalne podatki, jasne prawo, poszanowanie własności, to wszystko ma wpływ na odwagę firm w inwestowaniu. Percepcja kraju, ryzyko wynikające z tych instytucji, z tego, jak one są mocne i sprawne, ma również znaczenie dla decyzji inwestorów zewnętrznych, zagranicznych, na których także liczymy – mówi Rafał Benecki. – Firmy liczą na zmianę w tym zakresie, że te instytucje będą się stopniowo wzmacniać i poprawiać. Dzisiaj koniunktura nie jest najlepsza, ale się odbija i ten optymizm widać wśród przedsiębiorstw. Może trochę gorzej jest z sytuacją naszych partnerów handlowych, gdzie koniunktura poprawia się wolno, ale i tam poprawa w końcu nadejdzie. To są ważne warunki do tego, żeby inwestycje ruszyły.

Polscy przedsiębiorcy pokładają duże nadzieje w odblokowaniu środków unijnych, w tym z KPO, oraz poprawie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Postrzegają je jako przesłankę dla impulsu inwestycyjnego.

W badaniu bardzo wyraźnie wybrzmiewa przekonanie, że sektorami i obszarami na zwiększenie inwestycji w Polsce będą transformacja energetyczna, w tym OZE i energetyka jądrowa, magazyny energii, efektywność energetyczna i sieci energetyczne, cyfryzacja, automatyzacja, robotyzacja i przemysł 4.0., branża IT i zastosowania sztucznej inteligencji (AI), transport, szczególnie kolej oraz sektor budowlany.

Te obszary są potrzebne i kluczowe w sytuacji międzynarodowej, w której Polska znalazła się po wybuchu rosyjskiej wojny w Ukrainie. Ten konflikt i ryzyka w innych częściach świata tworzą motywację dla firm międzynarodowych, amerykańskich, europejskich, żeby przenosić produkcję bliżej rynków zbytu i obniżać ryzyka związane z dostawami na długie dystanse czy polegać na krajach mniej przyjaznych. Mamy więc trend nearshoringu oraz trend friendshoringu, czyli przenoszenie produkcji do krajów przyjaznych, które rokują na długoletnią współpracę. Polska w szczególności może korzystać z sojuszu z Ameryką w ramach NATO i współpracy energetycznej oraz z Unią Europejską w ramach umacniania jednolitego rynku – mówi Leszek Kąsek, ekonomista ING Banku Śląskiego.

Przykładem jest Intel, który przenosi produkcję półprzewodników z Azji do Polski, inwestując w to 5 mld dol. Wzmocnienie innowacyjności polskiej gospodarki, inwestycje w nowe technologie energetyczne czy automatyzację procesów mogą przyspieszyć awans Polski w łańcuchach dostaw i spowodować, że polski dochód narodowy będzie ponownie rósł bardzo dynamicznie. 

 Warto zarazić się optymizmem niektórych zagranicznych inwestorów. Decyzję o uruchomieniu w Polsce najważniejszej części europejskiej produkcji podjął światowy gigant w produkcji półprzewodników. Zapadła ona rok po wybuchu wojny na Ukrainie. Do Polski przyciągnęły tę inwestycję różne powody, ale jeden jest taki, że mamy 300 tys. deweloperów IT, cała Europa Środkowa około miliona, a w Kalifornii pracuje ich 600 tys. To pokazuje, że nasz kraj ma ogromny potencjał rozwojowy i warto wykorzystać nowe przetasowania w handlu międzynarodowym, aby znaleźć paliwo do dynamicznego wzrostu przez kolejne 20 lat – mówi Rafał Benecki.

– Znaleźliśmy się w takim momencie, że inwestycje przesądzą o tym, jak będzie się rozwijać polska gospodarka w najbliższych latach i jak będzie wyglądać struktura naszej gospodarki w najbliższych dekadach. Mamy świetny moment na przyspieszenie inwestycji związanych z transformacją cyfrową i energetyczną. To są bardzo duże przedsięwzięcia infrastrukturalne: rozbudowę mocy w dużych programach inwestycyjnych i inwestycje w sieci elektroenergetyczne. Ale chodzi też o inwestycje związane z energią na poziomie firm: w lepsze wykorzystanie energii, efektywność energetyczną, w nowe technologie energetyczne, np. własne OZE, i inne usprawnienia, np. elektryfikacja procesów produkcyjnych, magazyny energii. Mamy swoje pięć minut, które warto wykorzystać – ocenia Leszek Kąsek. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wzrost-inwestycji,p1735954355

T-Mobile startuje w Polsce z nowym konceptem. Pozwoli klientom przetestować i doświadczyć najnowocześniejszych technologii

T-Mobile już od kilku lat realizuje strategię, która mocno skupia się na innowacjach i doświadczeniach klienta związanych z nowymi technologiami. Połączeniem obu tych elementów jest Magenta Experience Center – nowoczesny koncept, który ma zapewnić klientom możliwość samodzielnego przetestowania najnowszych technologii. Format, z sukcesem działający już na innych rynkach zachodnioeuropejskich, właśnie zadebiutował w Warszawie. Będą z niego mogli korzystać zarówno klienci indywidualni, jak i biznesowi.

– Magenta Experience Center jest strategią globalną. Mamy już takie punkty w innych lokalizacjach na obszarze działania Deutsche Telekom. Punkt w Warszawie jest pierwszym w Polsce, ale planujemy kolejne, w innych dużych miastach – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes zarządu T-Mobile Polska.

Magenta Experience Center (MEC) to koncept, który sprawdził się już wcześniej w Niemczech i Czechach. W Polsce, gdzie T-Mobile ma sieć ponad 700 salonów, pierwszy taki punkt wystartował właśnie w warszawskiej galerii handlowej Westfield Mokotów. Nie jest to standardowy salon sprzedaży – na powierzchni 240 mkw. operator stworzył przestrzeń spotkań i edukacji oraz miejsce, w którym klienci mogą doświadczyć i zapoznać się z najnowszymi technologiami.

– Przede wszystkim znajdą się tu wszystkie innowacje, które już wprowadziliśmy na rynek – mówi Andreas Maierhofer. – Tradycją T-Mobile Polska stało się już wprowadzanie kolejnych innowacji raz lub dwa razy w roku.

W Magenta Experience Center klienci będą mogli – z pomocą specjalnie przeszkolonych konsultantów – załatwić wszystkie sprawy, zapoznać się z pełną ofertą oraz obejrzeć i samodzielnie przetestować przed zakupem wszystkie urządzenia technologiczne dostępne w ofercie operatora, w tym m.in. smartfony, tablety, laptopy i całych wachlarz rozwiązań dla domu czy propozycje dla graczy, ale też np. drony i kamery, których nie ma w standardowych salonach. W MEC znalazło się także miejsce na centrum rozrywki z konsolami do gier Sony i Microsoft, drukarką 3D oraz goglami do wirtualnej rzeczywistości (VR), które pozwalają się poruszać po salonie z interaktywnym przewodnikiem. Przyjazne wnętrze i wszechobecna zieleń mają zachęcić klientów do tego, aby spędzili tu więcej czasu.

T-Mobile planuje również udostępniać Magenta Experience Center jako ogólnodostępną przestrzeń coworkingową dla klientów. Na końcu salonu znajduje się odpowiednio wytłumione studio do nagrywania podcastów, z którego każdy będzie mógł skorzystać po wcześniejszym umówieniu. Jest również kawiarnia i przestrzeń edukacyjna, w której operator będzie w nadchodzących miesiącach organizować szereg wydarzeń, w tym m.in. spotkania z ekspertami z obszaru cyberbezpieczeństwa, hackatony, dyskusje czy premiery nowych urządzeń. Ich harmonogram ma się wkrótce pojawić w mediach społecznościowych i na stronie internetowej MEC. 

– Różnica między standardowym salonem a Magenta Experience Center polega m.in. na tym, że znajdziemy tutaj pełną ofertę produktów T-Mobile Polska, w tym chociażby specjalny dział poświęcony ofercie b2b. Mamy również część, w której pokazujemy na żywo nasze propozycje rozrywki domowej – i nie chodzi tylko o zwykłą telewizję, ponieważ nasza oferta jest znacznie bogatsza i w pełni elastyczna. Można tu również poznać przyszłość, zapoznać się z najnowszymi trendami i dowiedzieć się np., co można osiągnąć z zastosowaniem sieci 5G i jaki wpływ na życie polskiego społeczeństwa będzie miała ta technologia – mówi prezes T-Mobile Polska.

Jak wskazuje, nowy koncept wpisuje się w globalną strategię operatora, mocno skupioną na customer experience. Ma na nowo zdefiniować relacje marki z klientami, zapewniając im jak najlepsze doświadczenia i obsługę na najwyższym poziomie.

– Ideą stojącą za Magenta Experience Center jest kontynuacja naszej strategii realizowanej od lat, która sprowadza się do bycia bliżej klientów. Wprowadziliśmy wiele elementów, dzięki którym jesteśmy dziś inaczej postrzegani na rynku – nie tylko jako typowy operator telekomunikacyjny, ale jako podmiot, który oferuje dużo więcej usług niż tylko telefonię komórkową i stacjonarną. Wprowadziliśmy również m.in. usługi rozrywkowe – ostatnio uruchomiliśmy program Magenta Moments. A ponieważ lubimy zaskakiwać naszych klientów, teraz otwieramy drzwi Magenta Experience Center. Chcemy podkreślić, że osobiste podejście do klientów jest dla nas bardzo ważne i odzwierciedla całość naszej strategii. Dlatego w naszym centrum stawiamy na doświadczenia, które chcemy przybliżyć naszym klientom – podkreśla Andreas Maierhofer.

Nowy format w warszawskiej galerii Westfield Mokotów będzie ogólnodostępny dla wszystkich, nie tylko dla klientów T-Mobile. Jeśli koncept się sprawdzi, kolejne tego typu punkty powstaną w innych miastach Polski. Na nadchodzące miesiące operator zaplanował również kolejne nowości dla klientów i innowacje, które zamierza wprowadzić na rynek.

– Nasza strategia wyraźnie pokazuje, że chcemy zajmować pozycję lidera technologii – podkreśla prezes spółki. – Przywództwo technologiczne stanowi ważny filar naszej strategii, dlatego jako pierwsi wprowadziliśmy 5G na podstawie nowego, dostępnego spektrum. W tej chwili mamy ponad 2 tys. stacji i jesteśmy liderem, jeśli chodzi o wprowadzanie tej technologii, dzięki czemu klienci mogą m.in. doświadczać niespotykanej jakości usług przy pobieraniu treści z internetu. Zależy nam na wszelkiego rodzaju innowacjach, jakie branża wprowadzi na rynek – naszym celem jest bycie pierwszym podmiotem, który to zrobi. Z tym też wiąże się obietnica i zobowiązanie wobec klientów, że najświeższe innowacje w Polsce zawsze będą pochodzić od T-Mobile.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tmobile-startuje-w-polsce,p720283375

Dwie duże marki chińskich samochodów w tym roku trafią do sprzedaży w Polsce. Są w stanie konkurować jakością z europejskimi producentami aut

Według danych IBRM Samar w Polsce w pierwszych dwóch miesiącach 2024 roku zarejestrowano 533 auta chińskich producentów. Jednak niedługo mogą się one pojawiać na polskich drogach znacznie częściej, ponieważ swoją obecność na tutejszym rynku zapowiedziało już kilku kolejnych producentów z Państwa Środka. Chińskich samochodów, przede wszystkim elektryków, coraz więcej sprzedaje się również w Europie. Prognozy zakładają, że ich udział w europejskim rynku do 2025 roku ma zostać niemal podwojony. – Jakość produktów dostarczanych przez chińskich producentów jest dzisiaj zdecydowanie lepsza i dlatego one z powodzeniem konkurują z producentami europejskimi – mówi Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar.

– Patrząc na to, co się dzieje w salonach dealerskich, widać wyraźnie, że sporo ludzi interesuje się chińskimi markami samochodów, jest duża zmiana podejścia. O ile w poprzednich latach chińskie marki nie były traktowane zbyt poważnie ze względu na jakość ich produktu, o tyle dzisiaj jest ona zdecydowanie lepsza. Niektóre z tych marek są na dodatek kojarzone z producentami europejskimi, więc stoi za nimi pewna tradycja, która przyciąga klientów do salonów. Widać to także w polskich salonach, gdzie zainteresowanie tymi samochodami jest duże, a na rynku europejskim część chińskich marek rozwija się już bardzo dynamicznie – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Drzewiecki.

Jak wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny, Chiny są największym producentem i konsumentem aut elektrycznych na świecie. Ich udział w globalnej sprzedaży w 2022 roku wyniósł 60 proc., podczas gdy UE – 21 proc. i USA – 8 proc. W Europie sprzedaje się coraz więcej elektryków „made in China” – w tej chwili stanowią one ok. 8 proc. sprzedaży nowych samochodów elektrycznych, a szacuje się, że do 2025 roku ich udział ma już wzrosnąć do 15 proc.

– Marki chińskie cieszą się na świecie coraz większą popularnością i na niektórych rynkach stanowi to już duży problem ze względu na konkurencję, jaką powodują dla lokalnych producentów samochodów. W Europie ich udział nie jest jeszcze tak duży, ale będzie się zwiększał i to szybko – mówi prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

W ekspansji chińskich marek – takich jak Great Wall Motor, SAIC czy BYD – na europejski rynek pomagają subsydiowane rządowe kredyty: szacuje się, że w latach 2016–2022 Pekin przekazał producentom aut wsparcie na łączną kwotę 57 mld dol. Poza tym sprzyjają im również m.in. niższe koszty pracy i tańsza energia, a duży wolumen sprzedaży pozwala chińskim producentom osiągać korzyści skali i znacząco obniżać koszty jednostkowe produkcji. Wszystko to przekłada się na znaczną przewagę konkurencyjną, która wyraża się przede wszystkim w niższej cenie. Eksperci wskazują, że ceny chińskich modeli samochodów są niższe od europejskich producentów o ok. 20 proc. Ponadto ich rosnącej popularności sprzyja też coraz lepsza jakość. Chiny stały się już doświadczonymi i innowacyjnymi producentami EV, a chińskie auta przestały być postrzegane jako „chińszczyzna”, czyli synonim taniej tandety.

– Produkt chiński jest dzisiaj produktem dobrej jakości, produktem dostosowanym do rynku, na którym jest sprzedawany. To już nie jest samochód, do którego nie chcielibyśmy wsiadać. Chińscy producenci odrobili lekcję, a połączenie chińskich rozwiązań technicznych z europejskim designem powoduje, że zainteresowanie tymi autami rośnie. Jakość produktów dostarczanych przez chińskich producentów jest dzisiaj zdecydowanie lepsza i dlatego one z powodzeniem konkurują z producentami europejskimi – ocenia Wojciech Drzewiecki. – Oferta pochodząca od producentów chińskich jest bardzo atrakcyjna i jeżeli nie zostanie ograniczona przez działania legislatora, który nałoży odpowiednio wysokie cła, to tych samochodów będzie się sprzedawało coraz więcej. To oczywiście wymusi zmiany w ofercie europejskich producentów, bo tutaj te różnice cenowe są faktycznie duże.

Ekspansja marek z Państwa Środka mocno niepokoi europejskich producentów samochodów. Szczególnie zagrożone są Niemcy i Francja – najwięksi producenci aut elektrycznych w UE, których udziały w europejskim rynku w I kwartale 2023 roku wyniosły odpowiednio 22 proc. i 16 proc.

– Stąd też działania Unii Europejskiej dotyczące ewentualnego oclenia tych pojazdów, żeby zmniejszyć konkurencyjność i dać szansę rozwoju europejskim producentom. Na rynku amerykańskim te cła już istnieją, a więc rozwój marek chińskich został tam zahamowany, ale poza Europą i poza Stanami Chińczycy trzymają się mocno i rozwijają się bardzo dynamicznie – mówi ekspert IBRM Samar.

Bruksela pracuje nad przepisami wprowadzającymi cła antysubsydiacyjne na elektryki importowane z Chin (w związku z dotowaniem ich produkcji przez rząd w Pekinie), czego skutkiem będzie wzrost ich cen. W tej chwili standardowe cło na EV wynosi 10 proc., ale mówi się, że Komisja Europejska planuje podwyższenie ich do 20 czy nawet 25 proc. (w Stanach Zjednoczonych stawka wynosi 27,5 proc.). Zgodnie z decyzją KE od 7 marca br. importowane z Chin pojazdy elektryczne muszą już być rejestrowane celnie. Jak zauważa Polski Instytut Ekonomiczny, ostra reakcja chińskich władz na działania Komisji Europejskiej sugeruje, że Europa i Chiny mogą stanąć przed perspektywą wojny handlowej.

– Te opłaty zmniejszyłyby atrakcyjność cenową tych aut, powodując tym samym, że ich konkurencyjność byłaby zdecydowanie mniejsza. Natomiast nie sądzę, aby w Europie myślano o blokadzie chińskich produktów, czyli niedopuszczeniu ich do poruszania się po europejskich drogach. Tego typu blokada mogłaby się spotkać z retorsją Chin, które ograniczyłyby możliwości producentów europejskich w zakresie sprzedaży ich produktów na terenie Chin. A chiński rynek jest dla nich bardzo atrakcyjny ze względu na swoją wielkość – zwraca uwagę Wojciech Drzewiecki.

Auta z Chin widoczne są już także na polskim rynku. W końcówce ubiegłego roku w Polsce zadebiutowały marki Omoda, Voyah, MG, Baic, które oferują nowoczesne, niedrogie i dobrze wyposażone SUV-y: zarówno elektryki, jak i samochody spalinowe. Jednak to dopiero początek ofensywy, ponieważ swoją obecność na polskim rynku zapowiedziało już kilku kolejnych producentów z Chin. To oznacza, że „chińczyki” mogą niedługo znacznie częściej pojawiać się na polskich drogach.

– Na polskim rynku jest jeszcze niewiele chińskich marek. Ich udział wynosi dzisiaj między 3 a 4 proc. Mogłoby się wydawać, że to sporo, ale 98 proc. tego udziału jest konsumowane tylko przez jedną markę, Volvo, która jest w Polsce obecna od lat. Mimo że jej właścicielem jest firma chińska, to postrzegamy ją raczej jako markę europejską, szwedzką, bo ze Szwecji ta marka się wywodzi – mówi prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar. – Dwie duże chińskie marki wejdą w połowie tego roku i myślę, że dopiero ich pojawienie się może wywołać rewolucję.

Według danych IBRM Samar w Polsce w pierwszych dwóch miesiącach tego roku zarejestrowano 533 auta chińskich marek, przy czym 3/4 stanowiły pojazdy marki MG (marka o brytyjskich korzeniach przejęta przez Chińczyków w 2007 roku), która znalazła 411 nabywców. W ogólnym rankingu marek osobowych po dwóch pierwszych miesiącach br. MG zajmowała 27. pozycję, wyprzedzając takich producentów jak Mitsubishi, Jeep czy Fiat. Najpopularniejszym modelem chińskiej marki jest mierzący ponad 4,6 m model HS (221 sprzedanych egzemplarzy), natomiast elektryczny model MG4 znalazł 46 nabywców – to wynik lepszy niż w przypadku elektryków marki Renault (43) czy Toyoty (21).

Na polskim rynku powoli rozkręca się również inna chińska marka – BAIC, która w ofercie ma dwa modele SUV, ale niebawem rozszerzy ją o kolejne nowości, w tym linię samochodów terenowych z serii BJ. W pierwszych dwóch miesiącach tego roku zarejestrowano w Polsce 88 aut marki BAIC.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dwie-duze-marki,p506498152