Strona główna Blog Strona 27

Polska wciąż w unijnym ogonie pod względem rozwoju sektora biogazu. Nie pomogła specustawa, barierą pozostają wysokie koszty

Potencjał produkcyjny polskiego rolnictwa jest jednym z największych w Europie, ale wciąż nie przekłada się to na rozwój sektora biogazu. W rejestrze prowadzonym przez KOWR figuruje w tej chwili zaledwie 167 instalacji biogazowych o łącznej mocy zainstalowanej nieco ponad 156 MW. Pod tym względem Polsce wciąż daleko m.in. do sąsiednich Czech, a do poprawy sytuacji jak na razie nie przyczyniła się nawet wprowadzona w ubiegłym roku specustawa. Barierą pozostają m.in. wysokie koszty. Eksperci wskazują na pilną potrzebę stworzenia impulsów dla rozwoju tego sektora, ponieważ biogazownie odpowiadają na cały szereg problemów związanych nie tylko z transformacją energetyczną.

– W Niemczech funkcjonuje ok. 20 tys. instalacji biogazowych. Realnym punktem odniesienia są też Czechy, które są krajem sąsiadującym i w podobnej kondycji jak my, bo też są krajem postkomunistycznym ze wszystkimi zaległościami z tego wynikającymi. Czechom rozwój biogazu udał się lepiej niż w Polsce, bo tam mamy powyżej 50 biogazowni na milion mieszkańców, w Polsce poniżej 10 biogazowni na milion mieszkańców. A biorąc pod uwagę, że w naszym kraju mamy rocznie ok. 150 mln t bioodpadów, to niestety te bioodpady się marnotrawią, zamiast być użytkowane na produkcję energii – mówi agencji Newseria Biznes Artur Zawisza, prezes zarządu Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego i Biometanowego.

Polska dysponuje bardzo dużym potencjałem surowcowym w zakresie produkcji biogazu i ma warunki, żeby stać się potentatem w tej branży. Według szacunków MRiRW potencjał samego sektora rolno-spożywczego w zakresie produkcji biogazu rolniczego w Polsce szacuje się na 7–8 mld m3 rocznie (2 GW). Przy uwzględnieniu surowców pochodzących również z przetwórstwa rolno-spożywczego ten potencjał może być nawet dwukrotnie wyższy. Jednak wciąż nie przekłada się on na rozwój sektora biogazu – pod tym względem Polskę wyprzedzają nie tylko Niemcy czy Czechy, ale też m.in. Słowacja i Ukraina.

W rejestrze prowadzonym przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa figuruje w tej chwili zaledwie 167 instalacji, o łącznej mocy zainstalowanej nieco ponad 156 MW. Dodatkowo instalacje wykorzystujące biogaz składowiskowy i biogaz z oczyszczalni ścieków mają również łączną moc zainstalowaną w wysokości około 150 MW. Tymczasem w Polsce jest około 2,5 tys. gmin i gdyby w każdej z nich powstała biogazownia rolnicza o mocy 1 MW, to w skali całego kraju zapewniłoby to moc porównywalną do dużej elektrowni systemowej.

– Nie jesteśmy najbogatszym narodem Europy, stąd potrzebne jest wsparcie finansowe – zarówno na etapie inwestycyjnym, bo 1 MW inwestycji to są w tej chwili nakłady rzędu ok. 30 mln zł, jak i na etapie systemów wsparcia operacyjnego, które funkcjonują na podstawie ustawy o odnawialnych źródłach energii, ale w sposób niedoskonały. W ramach tych systemów wsparcia tzw. taryfa gwarantowana, dopłata do ceny stałej powinna być na odpowiednio wysokim poziomie, który odzwierciedla rzeczywisty, uśredniony koszt wyprodukowania energii elektrycznej. Nie powinno być – jak to obecnie ma miejsce – odcinane 5 czy 10 proc. od tej ceny, ponieważ dzieje się z krzywdą dla biogazowników, czyli producentów energii z biogazu – mówi Artur Zawisza.

Obecne systemy wsparcia dla biogazowni związane ze sprzedażą energii elektrycznej opierają się na systemach feed in tariff (FIT) oraz feed in premium (FIP). Ten pierwszy jest przeznaczony dla najmniejszych jednostek, o mocy zainstalowanej do 500 kW i obejmuje piętnastoletnie gwarancje odkupienia energii elektrycznej przez lokalny podmiot zobowiązany, po cenie określonej w rozporządzeniu ministra właściwego ds. klimatu (cena jest corocznie waloryzowana). Natomiast system FIP jest przeznaczony dla większych biogazowni, o mocy nie mniejszej niż 500 kW i nieprzekraczającej 1 MW. Nie uwzględnia jednak podmiotu zobowiązanego do zakupu energii, co oznacza, że wytwórca musi sprzedać niewykorzystaną przez siebie energię na warunkach rynkowych.

Barierę dla mniejszych rolników i przedsiębiorstw, które chcą zainwestować w biogazownie, mogą w tej chwili stanowić też koszty takich instalacji, ponieważ na skutek inflacji i wzrostu cen materiałów w ostatnich dwóch–trzech latach średni koszt za 1 MW wzrósł z kilkunastu milionów złotych do poziomu ok. 30 mln zł, a do tej kwoty trzeba doliczyć też koszty operacyjne.

– Naszemu krajowi potrzebna jest transformacja energetyczna obszarów wiejskich, a wręcz można by dążyć ku samowystarczalności energetycznej gmin wiejskich. Wszelkie odnawialne źródła energii mogą być lokalizowane tam, gdzie ta energia jest użytkowana. A biogazownia ma to do siebie, że jest stabilnym producentem energii elektrycznej, nie jest pogodozależna, a więc nie ma przerw w działaniu i może pracować ok. 8 tys. godz. rocznie, czyli w trybie ciągłym – mówi prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego i Biometanowego.

Biogazownie odpowiadają na cały szereg problemów związanych z transformacją, w tym m.in. pilną potrzebę zwiększenia liczby niezależnych od pogody, stabilnych źródeł OZE w polskim miksie energetycznym. Mogą bowiem produkować energię nawet przez 90 proc. czasu, w przeciwieństwie do innych, pogodozależnych instalacji OZE, których sprawność energetyczna waha się od 10 do 30 proc. Produkują zieloną energię i zielone ciepło, które można wykorzystać na potrzeby ogrzewania zarówno obiektów produkcyjnych i usługowych, jak i okolicznych gospodarstw domowych i budynków użyteczności publicznej. Ponadto zagospodarowują wartościowe odpady, co wpisuje się w gospodarkę obiegu zamkniętego, a powstały w biogazowniach poferment to naturalny i tani nawóz. Rozwój biogazowni może też przynieść dodatkowe wpływy do budżetów gmin i przyczynić się do aktywizacji lokalnej przedsiębiorczości na obszarach wiejskich, które są obecnie w największym stopniu zagrożone ubóstwem energetycznym. Stąd konieczny jest rozwój energetyki odnawialnej na tych terenach.

Impuls do większego rozwoju sektora biogazu miała zapewnić specustawa o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji w zakresie biogazowni rolniczych, która weszła w życie we wrześniu 2023 roku. Jej celem było wprowadzenie rozwiązań ułatwiających procesy budowy i zarządzania takimi instalacjami (m.in. uproszczenia w wydawaniu decyzji dotyczących warunków zabudowy, pozwoleń na budowę oraz przyłączania do sieci). Jak na razie nie wywołała ona jednak boomu inwestycyjnego w sektorze biogazu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wciaz-w-unijnym,p911607707

Branża chemiczna w Europie na zakręcie. Konkurencja z Azji i Europejski Zielony Ład wymuszają inwestycje w innowacje

Sektor chemiczny w Polsce i Europie stoi przed szeregiem wyzwań, z których największym jest obecnie konkurencja ze strony rynku azjatyckiego, przede wszystkim tańszych produktów z Chin. Na to nakłada się też znaczący wzrost kosztów produkcji, spowodowany wyższymi cenami energii i surowców, oraz obciążenia wynikające z regulacji UE nastawionych na neutralność klimatyczną w 2050 roku. Kluczem do utrzymania konkurencyjności branży są inwestycje w badania, innowacje i nowe technologie, które pozwalają jej z większą elastycznością reagować na trudne warunki, a przy tym lepiej odpowiadają na wyzwania związane ze zrównoważonym rozwojem.

– Branża chemiczna w Europie przez lata była największa na świecie. Teraz wyprzedzają nas Chiny i Azja, jednak – patrząc na to, jak przez lata ta branża przystosowywała się do panujących warunków – wierzę, że jesteśmy w stanie przezwyciężyć wyzwania i dalej się rozwijać tak, żeby to Europa nadawała tempo rozwoju branży chemicznej – mówi agencji Newseria Biznes Kamil Majczak, prezes zarządu Qemetica. – Jesteśmy w sytuacji geopolitycznej, kiedy Europa musi się stać bardziej konkurencyjna – i dotyczy to w szczególności naszej branży – ale patrząc na dynamikę rozwoju przedsiębiorstw, to jak inwestujemy w innowacje, w zielone, zrównoważone projekty, wierzę, że – i jako spółka Qemetica, i jako cała branża – jesteśmy w stanie odnaleźć się w tych warunkach i przezwyciężyć te wyzwania.

Według Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego światowa sprzedaż chemikaliów w 2022 roku wyniosła 5434 mld euro, co stanowiło wzrost o 23 proc. r/r. Pierwszą pozycję na tym rynku zajmują obecnie Chiny, generując sprzedaż na poziomie 2390 mld euro. Kolejne miejsca zajmują państwa EU27 (760 mld euro) oraz USA (606 mld euro). PIPC zauważa, że – pomimo rozwoju europejskiej branży chemicznej, o którym świadczy rosnąca wartość sprzedaży chemikaliów przez państwa UE – jej udział w światowym rynku chemicznym sukcesywnie się zmniejsza. Jeszcze ok. 20 lat temu Europa zajmowała na nim czołową pozycję, wyprzedzając USA i zostawiając Chiny daleko w tyle, ale na przełomie ostatniej dekady udział krajów EU27 w światowej sprzedaży chemikaliów zmniejszył się prawie o połowę, osiągając w 2022 roku wartość 14 proc. Mimo utrzymania pozycji drugiego największego gracza na świecie dystans między Europą i Chinami wciąż się powiększa.

Największym wyzwaniem dla sektora chemicznego w Europie, w tym także w Polsce, jest w tej chwili zachowanie konkurencyjności względem podmiotów spoza UE, ponieważ europejski rynek jest atrakcyjny do sprzedaży produktów chemicznych, natomiast polscy i europejscy producenci, którzy mają tutaj infrastrukturę produkcyjną, są obciążani dodatkowymi kosztami produkcji – mówi Michał Nazarenko, dyrektor zakupów Qemetica.

Rok 2022 był wzrostowy dla europejskiego sektora chemicznego, ale już kolejny, 2023 rok przyniósł załamanie. Według danych branżowej organizacji CEFIC produkcja chemikaliów w krajach UE obniżyła się o 8 proc. r/r, natomiast sprzedaż – o 15 proc. r/r. Eksport chemikaliów z UE27 do reszty świata spadł w 2023 roku o 16 mld euro w porównaniu z poprzednim. Jednym z elementów, który na to wpłynął, była właśnie konkurencja ze strony rynku azjatyckiego, przede wszystkim tańszych produktów z Chin. Na to nałożył się również wpływ kryzysu energetycznego z ubiegłego roku i wyższe ceny energii, które spowodowały znaczący wzrost kosztów produkcji. Branża chemiczna jest jednym z najbardziej energochłonnych sektorów przemysłu, dlatego producenci muszą szukać sposobów na redukcję tych kosztów i poprawę wydajności.

Jest szereg działań, które podejmujemy, najbardziej oczywiste są inwestycje w nowe niskoemisyjne źródła energii, żeby optymalizować koszt energii, którą zużywamy. Jesteśmy przemysłem bardzo energochłonnym, więc to ma olbrzymi wpływ na koszty wytworzenia naszych produktów – podkreśla Michał Nazarenko. – Polska do tej pory była postrzegana jako kraj o niskich kosztach produkcji, co wynikało m.in. z relatywnie niskich płac. W tej chwili – biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu płac i to, na jakim one są dziś poziomie względem innych krajów europejskich – widzimy już, że musimy tę przewagę czymś zastąpić. Dlatego potrzebujemy innowacji, potrzebujemy wysokiej jakości i efektywności.

Ochrona rynku i zachowanie konkurencyjności jest w tej chwili największym wyzwaniem dla branży chemicznej w Polsce i Europie. Kluczem do jej utrzymania są inwestycje w B+R, innowacje i nowe technologie, które pozwalają jej z większą elastycznością reagować na trudne warunki, a przy tym lepiej odpowiadają na zmieniające się potrzeby rynku i wyzwania związane ze zrównoważonym rozwojem.

– Koncentrujemy się na pozyskiwaniu innowacji. Jednym z naszych zobowiązań jest 10 nowych patentów do końca 2026 roku, które będą tę konkurencyjność wspierać. Nasz wehikuł inwestycyjny w postaci spółki Qemetica Ventures pozyskuje start-upy i biznesy w początkowej fazie rozwoju, które również są dla nas źródłem innowacji. Dodatkowo staramy się też dywersyfikować rynki produkcji, bo tutaj mamy ambicje, aby posiadać aktywa poza Europą, ale także rynki sprzedaży – mówi dyrektor ds. zakupów Qemetica.

Obok wyścigu o konkurencyjność z graczami spoza Europy oraz skokowych wzrostów cen surowców i energii potężnym wyzwaniem dla branży chemicznej jest również zielona transformacja i konieczność znalezienia równowagi między ambitnymi celami klimatycznymi narzucanymi przez UE a realnymi możliwościami przedsiębiorstw. Neutralność klimatyczna staje się priorytetem, zmuszając przedsiębiorstwa do inwestowania w zielone technologie i rozwiązania ograniczające emisję CO2.

– Wyzwania związane z zielonymi inwestycjami to przede wszystkim dostępność technologii. Patrząc z perspektywy transformacji energetycznej i rozwoju polskiej chemii, dostępność zielonych źródeł wysokociśnieniowej pary jest tu kluczowa – mówi Piotr Kapuściński, wiceprezes zarządu Qemetica Soda Polska. – Drugą kwestią jest pozyskiwanie finansowania, ponieważ wymagania stawiane przez banki są bardzo rygorystyczne. Dalej mamy też społeczności lokalne i tutaj potrzebna jest szeroka edukacja, żeby móc te inwestycje realizować. Czwartym – w sumie najważniejszym wyzwaniem związanym z zielonymi inwestycjami – jest też czas, zwłaszcza czas trwania decyzji administracyjnych.

Wdrażanie zielonych produktów to jest proces, w który z jednej strony angażujemy swoich dostawców, którym musimy dobrze wyjaśnić, czego potrzebujemy, a z drugiej – naszych klientów, którzy są tak naprawdę u zarania tego procesu. Próbujemy zrozumieć, czego nasi klienci potrzebują dzisiaj, czego będą potrzebowali za dwa–trzy lata z punktu widzenia zazieleniania swoich produktów i co my możemy im dać w związku z tym – mówi Piotr Szlagowski-Budacz, dyrektor strategii Qemetica.

Zielona transformacja to jeden z kluczowych trendów kształtujących obecnie branżę chemiczną. Z jednej strony wiąże się dla niej z potężnymi kosztami, wynikającymi m.in. z unijnych regulacji, którymi są obarczeni producenci. Jednak z drugiej strony stanowi to też impuls do rozwoju, ponieważ przepisy dotyczące neutralności klimatycznej i ESG wymuszają na przedsiębiorstwach inwestycje w czyste technologie i zrównoważone praktyki.

– Jako Qemetica stawiamy przed sobą ambitne cele dotyczące zrównoważonego rozwoju i dekarbonizacji, jest to dla nas kluczowy aspekt zmieniania przedsiębiorstwa i podnoszenia konkurencyjności – mówi Kamil Majczak. – Mamy ambitną strategię ESG na kolejne lata, zintegrowaną z naszą główną strategią, gdzie dekarbonizacja jest kluczowym elementem. Stawiamy sobie za cel obniżenie emisji o 63 proc. do 2033 roku, dla którego mamy jasno określony plan dotyczący efektywności energetycznej, odchodzenia od węgla, inwestowania w fotowoltaikę, farmy wiatrowe, termiczne przetwarzanie odpadów, biomasę i gaz. Nadal utrzymujemy też ambitny cel osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2040 roku i uważamy, że to właśnie napędza nas do szybszego postępu technologicznego, do znajdowania nowych inicjatyw i wdrażania innowacji, aby móc ten cel osiągnąć.

– Nasze ambicje w zakresie transformacji energetycznej, redukcji śladu węglowego zostały potwierdzone przez Science Based Target Initiative. To jest międzynarodowa inicjatywa, która weryfikuje, czy ambicje danej firmy dają rękojmię realizacji porozumień paryskich. Innymi słowy: czy wysoko stawiamy sobie poprzeczkę i czy mamy konkretny plan zrealizowania tych ambicji. My przeszliśmy tę weryfikację pozytywnie i w ten sposób pokazujemy też ścieżkę naszym klientom – dodaje Piotr Szlagowski-Budacz.

Jak wskazuje PIPC, przemysł chemiczny w Polsce jest jednym z najważniejszych sektorów krajowej gospodarki. Tworzy ponad 340 tys. miejsc pracy, a jego produkcja sprzedana w 2023 roku kształtowała się na poziomie 442 mld zł, co daje 18 proc. udziału w całym polskim przemyśle. Polska chemia zajmuje się produkcją szerokiej gamy produktów, które mają zastosowanie w niemal każdej przestrzeni życia codziennego i w wielu innych branżach, takich jak medycyna, elektronika, rolnictwo, budownictwo i motoryzacja. Część z nich w ogóle nie mogłaby funkcjonować, gdyby nie surowce i półprodukty dostarczane przez przemysł chemiczny. Zwłaszcza ostatnie dwa lata, naznaczone wojną w Ukrainie, pokazały kluczową rolę produktów przemysłu chemicznego w zapewnieniu bezpieczeństwa państwa i obywateli. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-chemiczna-w,p506187260

Połowa Polaków nie potrafi odróżnić oryginalnego produktu od podróbki. Sklepy internetowe wdrożyły technologie blokujące nieautentyczne towary

Sprzedaż podrobionych produktów to jedno z najczęstszych oszustw w sieci. Z badań EUIPO wynika, że 14 proc. konsumentów w Polsce celowo kupiło podróbkę, a połowa miała problem z określeniem oryginalności zakupionego produktu. Klientom z pomocą idą sklepy internetowe. W ubiegłym roku technologie stosowane przez Amazon zablokowały globalnie sprzedaż 7 mln nieautentycznych towarów. Organizacje konsumenckie apelują z kolei do konsumentów o ostrożne podejście do niewiarygodnie niskich cen i zwracanie uwagi na detale.

 Skala towarów podrobionych zarówno w Polsce, w Unii Europejskiej, jak i na świecie jest bardzo duża. Praktycznie nie ma produktów, które nie mogą być podrabiane, i niestety są one podrabiane skutecznie. Najwięcej podróbek mamy w kategorii odzieży, kosmetyków oraz zabawek. To jest około 16 mld euro strat ze sprzedaży rocznie. Ale nie tylko twórcy czy oryginalni producenci ponoszą straty, to są także straty dla budżetu państwa i ogromne ryzyko dla konsumentów kupujących te podrobione towary, bo mogą one zagrażać ich bezpieczeństwu i zdrowiu – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Plencler, prezeska zarządu Fundacji Forum Konsumentów.

– Kwestia nabywania podróbek w internecie to dosyć powszechnie występujący problem. Oczywiście temat podróbek jest bardzo wielowymiarowy. Jeżeli konsument nie ma świadomości, że kupuje towar podrobiony, to jest to klasyczny przykład nieuczciwej praktyki rynkowej i oszustwa. Trochę inna jest sytuacja, gdy klient ma świadomość, że kupuje podróbkę i zazwyczaj takie działanie wynika z pobudek osobistych, chęci pokazania się z produktem wyglądającym jak markowy, chęcią zaistnienia w towarzystwie – mówi Małgorzata Miś, prezes Stowarzyszenia Ochrony Konsumentów Aquila.

Z ogólnoeuropejskiego badania przeprowadzonego w ubiegłym roku przez Urząd UE ds. Własności Intelektualnej wynika, że połowa polskich konsumentów nie miała w trakcie zakupów pewności, czy dany produkt jest oryginalny, czy podrobiony. Podobny odsetek przyznaje, że zdarzyło im się kupić podróbkę, a 14 proc. zrobiło to z premedytacją. Wśród wszystkich badanych krajów odsetek ten jest podobny i wynosi 13 proc., ale w przypadku młodych osób (15–24 lata) jest już dwa razy wyższy. Co istotne, badania EUIPO wskazują, że jedna trzecia Europejczyków uważa kupowanie podróbek za akceptowalne, jeśli cena oryginalnego produktu jest zbyt wysoka. Wśród młodych konsumentów takiej odpowiedzi udzieliło 50 proc. badanych.

– Jako społeczeństwo mamy niestety duże przyzwolenie na zakup towarów podrobionych. Połowa z nas uważa, że jest to rodzaj sprytnych zakupów, jeśli możemy nabyć towar bardzo zbliżony do oryginału, ale po niższej cenie. Pomijam tutaj fakt, że wtedy raczej nie bierzemy pod uwagę jakości produktu, materiałów, z jakich jest wykonany, i pozostałych elementów różniących go od towaru oryginalnego. Około 60 proc. z nas twierdzi, że przecież robią to wszyscy, więc to pewnie nic złego – mówi Agnieszka Plencler.

Mimo wysokiego odsetka kupujących podróbki Polacy uważają się za świadomych konsumentów. W tegorocznym badaniu przeprowadzonym przez Fundację Forum Konsumentów i Amazon „(Nie)świadomy Konsument” 80 proc. ocenia swój stan wiedzy o prawach konsumenckich jako raczej dobry. To o 30 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie podkreślają, że są otwarci na inicjatywy edukacyjne, które zwiększą ich świadomość. W porównaniu do 2023 roku znacznie wzrosła liczba deklarujących chęć poszerzenia swojej wiedzy w tym zakresie – z 47 do 57 proc. obecnie. 94 proc. respondentów uważa, że aktywności i programy edukacyjne prowadzone przez organizacje konsumenckie i rzeczników pomagają w zdobywaniu wiedzy na temat praw konsumenckich. Taki był też cel kampanii edukacyjnej „sPRAWA dla konsumenta”, którą przeprowadził niedawno Amazon wspólnie z Forum Konsumentów, Centrum Konsumenckim, Stowarzyszeniem Ochrony Konsumentów Aquila i Stowarzyszeniem Euro-Concret.

Wiadomo, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, więc żeby nie być tym przysłowiowym mądrym Polakiem po szkodzie, bardzo ważne jest, żeby zachować ostrożność w internecie, żeby nie wierzyć wszystkim informacjom, które dostajemy, tylko dokonać ich weryfikacji, oceny. Stąd też bardzo ważna jest też edukacja konsumencka, właśnie, żeby konsumenci wiedzieli, na co zwracać uwagę, jakie przysługują im prawa – mówi Małgorzata Miś.

Tego typu inicjatywy są wciąż potrzebne, bo połowa Polaków przyznaje, że mają problem z odróżnieniem oryginałów od podróbek.

– Po pierwsze, klienci powinni zwracać uwagę na samą ofertę i cenę. Jeżeli cena znacząco odbiega od tej rynkowej, na przykład mamy 90-proc. obniżkę, to ta sytuacja powinna wzbudzić niepokój i skłonić do zastanowienia się, czy to na pewno nie jest próba oszustwa – radzi Małgorzata Miś. – Druga rzecz, o jakiej powinniśmy pamiętać, kupując w internecie, to kupowanie w pewnym źródle, zweryfikowanie strony internetowej, sprawdzenie danych kontaktowych sprzedawcy i regulaminu, a także opinie na temat danego sklepu w internecie. Kolejna rzecz to zwracanie uwagi na detale, jak wyglądają towary, czy rzeczywiście jakość ich wykonania jest dobra. Jeżeli mamy towar słabo wykonany, na przykład szwy nie są dobrej jakości, to mamy tutaj realne podejrzenie, że do oryginalnych raczej nie należy.

– Odróżnienie podróbek i oryginałów nie zawsze jest proste – podkreśla prezeska Fundacji Forum Konsumentów. – Edukacja często bywa siermiężna i ciężka, więc bardziej chcielibyśmy iść w kierunku inspirowania konsumentów i pokazywania im możliwości wynikających z tego, że głosują portfelem.

W budowanie świadomości konsumentów, ale też przedsiębiorców angażują się także sklepy internetowe. Ich rola w zwalczaniu procederu podróbek jest jednak znacznie większa – same także walczą z nieuczciwymi sprzedawcami.

W Amazon ponad 10 lat temu podjęliśmy kroki do stworzenia strategii walki z podróbkami. Łączy ona cztery aspekty. Pierwszy to technologia. Używamy technologii do tego, żeby zatrzymywać przestępców przed wejściem i zaoferowaniem jakichkolwiek podrobionych produktów w naszych sklepach. Po drugie, współpracujemy z właścicielami praw, czyli markami, przedsiębiorcami, którzy u nas sprzedają. Trzeci aspekt to jest ściganie przestępców. Jesteśmy bardzo aktywni w tym, żeby pociągać do odpowiedzialności wszelkie osoby, które łamią prawo. Czwarty aspekt to jest edukacja, tak konsumentów, jak i przedsiębiorców w tym zakresie – wymienia Cezary Sowiński, manager ds. polityki publicznej w Amazon. – Do końca 2023 roku zainwestowaliśmy ponad 1,2 mld dol. w technologię i zatrudniliśmy ponad 15 tys. osób, żeby nasze sklepy uczynić miejscami bezpiecznymi i zaufanymi dla kupujących i sprzedających.

Wśród stosowanych rozwiązań są kontrole sprzedawców, m.in. przez foto- i wideoanalizy, monitorowanie wystawianych przez nich produktów i wprowadzanych do ofert zmian w czasie rzeczywistym. Zautomatyzowane systemy weryfikują miliardy prób zmian na stronach produktowych, poszukując oznak potencjalnych nadużyć. Jak podkreśla przedstawiciel firmy, stosowane narzędzia są w stanie zablokować 99 proc. nieuczciwych ofert, zanim właściciel oryginalnej marki zdoła je zauważyć i zgłosić.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat widać wymierne efekty realizacji tej strategii. Mimo dynamicznego wzrostu liczby sprzedawanych w sklepie towarów liczba zasadnych zgłoszeń o naruszenie praw własności intelektualnej spadła o ponad 30 proc. W 2023 roku z udziałem zespołów Amazon wykryto, przejęto i odpowiednio zutylizowano ponad 7 mln podrobionych produktów. 

Dzięki stworzeniu zespołu do spraw ścigania przestępców w zeszłym roku przedstawiliśmy dowody do tego, żeby postawić zarzuty karne ponad 100 osobom na całym świecie. Innym z rezultatów, jakie przynosi nasza strategia, jest spadek liczby nieuczciwych sprzedawców, którzy próbują zarejestrować się w naszym sklepie. Trzy lata temu było ich ponad 2 mln, w tym roku – 700 tys. To oznacza, że nasza technologia działa i coraz mniej jest możliwości do tego, żeby ktoś nieuczciwy wszedł i zaczął sprzedawać w sklepach Amazon. Z drugiej strony to nie oznacza, że liczba przestępców się zmniejszyła dzięki temu, bo oni pewnie próbują sprzedawać gdzieś indziej – podkreśla Cezary Sowiński.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polowa-polakow-nie,p1299470272

Bilansowanie systemu elektroenergetycznego ma coraz większe znaczenie. W połowie czerwca zajdą w tym zakresie spore zmiany

14 czerwca w Polsce wchodzi w życie reforma rynku bilansującego i zmiana sposobu rozliczeń za energię. Jak wskazują Polskie Sieci Elektroenergetyczne, ma ona ułatwić zagospodarowanie nadwyżek energii m.in. z fotowoltaiki, a odbiorcy umiejący dostosować swoje zużycie do zmieniających się warunków pracy systemu i wynikających z tego cen energii elektrycznej będą mogli dzięki temu korzystać z tańszego prądu w okresach nadwyżek generacji. – Usługi bilansujące odgrywają coraz ważniejszą rolę, w systemie jest miejsce dla dużych i mniejszych podmiotów – ocenia Jacek Misiejuk, prezes zarządu Enel X.

 Zmieniają się nam warunki generacji, zwłaszcza z fotowoltaiki. Tu dobrym przykładem jest marzec, kiedy jest już słońce i generacja z PV może rosnąć, a jednocześnie wieczorami, kiedy robi się chłodno i ciemno, generacja spada, a zapotrzebowanie skacze. Nasze źródła bilansowania, oparte o energetykę konwencjonalną, słabo sobie radzą z takimi szybkimi skokami. Pojawiają się też takie sytuacje, że duża elektrownia może wypaść z systemu i trzeba to zbilansować. Mieliśmy już taki przypadek, kiedy na skutek awarii wypadła nam elektrownia Bełchatów. Na szczęście jesteśmy w systemie kontynentalnym, w którym część tego bilansowania może być uwspólniona w zakresie międzynarodowym, ale tak czy inaczej operatorzy muszą mieć rezerwy elastycznej mocy do tego, żeby zapobiegać takim sytuacjom, żeby nie doszło w tym przypadku do blackoutu. I tutaj jest też rola dla odbiorców, którzy mogą w tym systemie uczestniczyć, dostarczać rezerwy – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Misiejuk.

Ryzyko niedoborów mocy w systemie rośnie zwłaszcza latem, kiedy popyt na energię gwałtownie rośnie m.in. ze względu na dużą liczbę pracujących urządzeń klimatyzujących. Przestarzała energetyka węglowa często nie jest w stanie mu sprostać. Na dodatek susze i upały powodują problemy z zasilaniem układów chłodzenia w konwencjonalnych elektrowniach, których część pamięta jeszcze lata 70., a przy bezwietrznej pogodzie produkcja prądu z wiatraków jest ograniczona.

W takich sytuacjach Polskie Sieci Elektroenergetyczne – operator odpowiedzialny za dostosowywanie podaży energii do zmieniającego się w ciągu doby zapotrzebowania na prąd – dysponuje kilkoma narzędziami służącymi do bilansowania rynku energii. Może np. zadbać o zwiększenie podaży prądu poprzez wykorzystanie rezerwowych mocy, wspomagać się importem albo zadbać o zmniejszenie zapotrzebowania na prąd, w skrajnych sytuacjach wymuszając je poprzez podnoszenie stopni zasilania do 20. włącznie (co jest jednak kosztowne dla gospodarki i nieprzygotowanych na to przedsiębiorstw). Może też skorzystać z możliwości, jakie stwarzają usługi DSR (Demand Side Response), czyli dobrowolne i odpłatne usługi ograniczenia poboru mocy przez znaczących konsumentów energii (np. duże firmy przetwórcze, zakłady metalurgiczne czy koncerny przemysłowe) w odpowiedzi na polecenie operatora.

W Polsce usługi DSR rozwijają się od 2017 roku, czyli od czasu, kiedy PSE wprowadziły program gwarantowany z płatnością za dyspozycyjność. Od tamtej pory zainteresowanie nimi sukcesywnie rośnie, choć jak na razie ich udział w polskiej energetyce wciąż jest stosunkowo niewielki. Tym, co ogranicza ich rozwój, jest m.in. niedoskonała legislacja, niedostatecznie rozwinięty rynek energii i niepewność odnośnie do dalszego funkcjonowania rynku mocy.

Mamy w tej chwili program dla aktywnych odbiorców, który polega na udziale w rezerwach strategicznych. To jest rynek mocy, zapewniający stabilne, atrakcyjne przychody dla dużych odbiorców energii, którzy w sytuacjach krytycznych mogą zmniejszyć swoje zapotrzebowanie. I tu naszą obawą jest to, jaka będzie przyszłość tego systemu, bo w tym roku powinna nastąpić rewizja i ewentualnie myśl o jego przedłużeniu. A ten system jest bardzo dobrą podstawą dla rozwoju DSR, ponieważ tego już w tej chwili jest ponad 1,5 tys. MW. To jest bardzo istotna moc – podkreśla prezes Enel X.

Funkcjonowanie rynku mocy jest oparte na umowach z wytwórcami i odbiorcami energii elektrycznej, którzy mają za zadanie zbilansowanie jej w okresach, kiedy dochodzi do naruszenia równowagi między popytem i podażą.

W połowie grudnia ub. PSE przeprowadziły jedną z ostatnich aukcji rynku mocy na dostawy w 2028 roku. W wyniku zawartych umów (ze 159 jednostkami rynku mocy, w tym 111 jednostkami fizycznymi z Polski oraz 48 jednostkami z Czech, Słowacji i Szwecji) zakontraktowano ponad 7 GW. Natomiast w wyniku wszystkich przeprowadzonych do tej pory aukcji na dostawy w roku 2028 zawarto umowy mocowe na 21,15 GW. Łącznie w ramach tej formy pomocy publicznej zawarto dotychczas kontrakty na blisko 90 mld zł (nominalnie), które będą spłacane do 2044 roku.

Jak zauważa Forum Energii, ósma aukcja polskiego rynku mocy rozstrzygnęła się głównie za sprawą magazynów, DSR oraz modernizacji już istniejących elektrowni i nie przyniosła inwestycji w nowe jednostki wytwórcze, które byłyby w stanie w wystarczający sposób wspierać krajowy system elektroenergetyczny w dłuższej perspektywie. Ponadto odbyła się w tym samym momencie, kiedy w Brukseli finalizowano wielomiesięczne negocjacje unijnej reformy rynku energii (electricity market design). W ich wyniku Polska otrzymała dodatkowe trzy lata, do końca 2028 roku, na wykorzystywanie węgla w rynku mocy. Jednak to nie zwalnia państwa z odpowiedzialności za zabezpieczenie stabilności systemu po tym okresie, dlatego teraz konieczny jest proces oceny wystarczalności mocy wytwórczych, który ma zweryfikować, czy w latach 2025–2028 w polskim systemie wystarczy mocy do pokrycia zapotrzebowania.

– Druga ważna rzecz to jest kwestia wdrożenia elastyczności, która będzie impulsem dla dalszego rozwoju i wykorzystania OZE. Tutaj mamy pewne problemy legislacyjne, żeby stworzyć takie dodatkowe możliwości – już nie tylko w zakresie długoterminowej rezerwy na wypadek zupełnego kryzysu energetycznego, ale również po to, żeby wspierać bieżącą elastyczność i nie marnować tej energii, która jest wytwarzana przez OZE – mówi Jacek Misiejuk.

W Polsce 14 czerwca br. wejdzie w życie reforma rynku bilansującego i zmiana sposobu rozliczeń za energię. Będzie dotyczyć przede wszystkim podmiotów profesjonalnie zajmujących się jej produkcją lub obrotem. Obejmie m.in. skrócenie okresu rozliczeniowego z 1 godz. do 15 min, wdrożenie rynkowych mechanizmów pozyskiwania rezerw mocy i poprawę wyceny energii w czasie rzeczywistym, aby zachęcić uczestników rynku do zwiększenia zużycia energii elektrycznej i zmniejszenia jej produkcji w okresie nadwyżek bądź odwrotnie, w sytuacji kiedy popyt będzie przewyższać podaż.

Jak wskazują PSE, zmiany ułatwią zagospodarowanie nadwyżek energii m.in. z fotowoltaiki, a odbiorcy umiejący dostosować swoje zużycie do zmieniających się warunków pracy systemu i wynikających z tego cen energii elektrycznej będą mogli dzięki nim korzystać z tańszego prądu w okresach nadwyżek generacji.

 Wprowadzono w tym roku możliwość funkcjonowania agregatorów i odbiorców, którzy mogliby sprzedawać za pomocą agregatorów swoją elastyczność, na przykład na giełdzie. Ta uwolniona elastyczność może się znaleźć na rynku i dzięki temu w naturalny sposób system sam się bilansuje – tłumaczy prezes Enel X. – W momencie kiedy samobilansowanie nie jest wystarczające i rynek nie zadziałał, potrzebne są dodatkowe usługi bilansujące i wówczas musi interweniować operator. Wtedy w dużo krótszym czasie trzeba zareagować na sygnał od operatora, który wykorzystuje rezerwy, żeby system po prostu się utrzymał, np. w obliczu awarii dużej elektrowni czy gwałtownej zmiany wiatru. Wówczas operator potrzebuje tych usług dodatkowych, które zabezpieczą nas przed blackoutem. To wszystko jest kwestia skali i czasu – rynek mocy zabezpiecza takie rzadkie przypadki, kiedy kompletnie brakuje mocy w systemie. Natomiast krótkoterminowo, w przypadku bieżącego samobilansowania systemu te zmiany pozwalają lepiej wykorzystać moce, które już są w systemie i zapobiegać jakimś krótkotrwałym awariom. Trochę inne zasoby są potrzebne, ale często ci sami klienci mogą uczestniczyć w obu tych usługach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/bilansowanie-systemu,p1240646495

Pola elektromagnetyczne nie stwarzają ryzyka dla ludzi. Poziomy promieniowania są znacznie poniżej limitów

Emisja promieniowania elektromagnetycznego ze stacji bazowych utrzymuje się na poziomie zaledwie 2,5 proc. limitu bezpieczeństwa – wynika z badań przeprowadzonych przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Choć budowa anten nadawczych telefonii komórkowej, zapewniających dostęp do łączności w standardzie 5G, często jest przedmiotem protestów, to okazuje się, że tego typu obiekty są zupełnie neutralne dla ludzi. Wytwarzają one promieniowanie niejonizujące, które nie ma wpływu na zmiany np. w strukturze DNA. Potencjalnie szkodliwe promieniowanie jonizujące jest natomiast obecne w aparatach rentgenowskich, rezonansie magnetycznym i tomografie komputerowym, dlatego badania z ich wykorzystaniem są zlecane i przeprowadzane zgodnie ze ścisłymi procedurami.

Główny Inspektorat Ochrony Środowiska co roku prowadzi ogólnopolskie pomiary poziomu pola elektromagnetycznego. W 2023 roku objęto nimi w sumie 1151 punktów pomiarowych: 777 punktów w ramach monitoringu stałego i 374 punkty w ramach monitoringu badawczego. Nie odnotowano nawet najmniejszego przekroczenia limitów pola.

 Z raportu GIOŚ wynika, że wartość tła elektromagnetycznego utrzymuje się cały czas na stosunkowo niskim poziomie, rzędu 1,5 V na metr, co przy obowiązujących wartościach dopuszczalnych wskazuje na to, że jest to bardzo niski poziom pola elektromagnetycznego, w którym codziennie się znajdujemy – informuje w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Rafał Pawlak, kierownik Zakładu Badań Systemów i Urządzeń w Instytucie Łączności – Państwowym Instytucie Badawczym.

Pole elektromagnetyczne (PEM) jest zjawiskiem fizycznym występującym w sposób naturalny we wszechświecie i jest ono obecne wszędzie. Do naturalnych źródeł pola elektromagnetycznego zalicza się m.in. Ziemię, a konkretnie jej jądro wytwarzające pole magnetyczne, Słońce, wyładowania atmosferyczne, a nawet każdego człowieka. Sztucznymi źródłami są m.in. generatory prądotwórcze, radio i telewizja naziemna, rentgen, tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, telefonia komórkowa, Wi-Fi czy Bluetooth, a także kuchenka mikrofalowa. Dużo kontrowersji i teorii spiskowych rodzi się wokół tematu oddziaływania promieniowania elektromagnetycznego na materię.

– Istnieje wiele kryteriów, według których możemy dzielić pole elektromagnetyczne, i jedno z nich dotyczy tego, czy fala elektromagnetyczna jest w stanie wywoływać jonizację ośrodka, czyli zmieniać strukturę. Okazuje się, że częstotliwości, na których pracują systemy radiokomunikacyjne, stacje bazowe, Wi-Fi czy Bluetooth, których używamy powszechnie, nie są w stanie wywoływać jonizacji ośrodka i są to fale elektromagnetyczne niejonizujące. One nie uszkadzają DNA w przeciwieństwie do promieniowania elektromagnetycznego jonizującego, które może powodować jonizację ośrodka. Doskonałym przykładem promieniowania jonizującego są np. fale rentgena. Prześwietlając się, rzeczywiście trzeba się bardzo mocno chronić, pilnować, nie można zbyt często tego robić, dobiera się odpowiednią dawkę takiego promieniowania, inna jest np. dla kobiet w ciąży. Tego promieniowania nie można w żaden sposób mylić i łączyć z polem elektromagnetycznym, które jest wytwarzane przez anteny stacji bazowych telefonii komórkowej – wyjaśnia Rafał Pawlak.

Chociaż urządzenia telekomunikacyjne, w tym np. stacje bazowe telefonii komórkowej czy nadajniki DVB-T wykorzystujące częstotliwości radiowe, wytwarzają pole elektromagnetyczne jedynie o charakterze niejonizującym, nie mają zatem wpływu na organizm człowieka, to i tak są one objęte odpowiednimi restrykcjami. W obszarze dotyczącym pola elektromagnetycznego obowiązują ścisłe regulacje prawne i stosowane są restrykcyjne, najwyższe z przyjętych w UE, normy bezpieczeństwa, czyli dopuszczalne wartości poziomu PEM.

– Prawo zostało skonstruowane w taki sposób, że każdy obywatel jest chroniony przed oddziaływaniem pola elektromagnetycznego. Tą ochroną jest ustalenie pewnych wartości granicznych, które sprawiają, że możemy czuć się bezpieczni zawsze, w każdym miejscu i w każdym momencie, niezależnie od czasu przebywania w danym miejscu. W otoczeniu jakiejkolwiek instalacji radiokomunikacyjnej, na przykład stacji bazowej, wykonuje się pomiary pól elektromagnetycznych. Laboratorium jedzie tam ze specjalistycznym przyrządem pomiarowym, wykonuje pomiary i stwierdza, jaka jest wartość natężenia pola elektromagnetycznego i ona musi być poniżej tych limitów – mówi ekspert Instytutu Łączności.

Jak wyjaśnia Rafał Pawlak, limity zostały ustalone aż z 50-krotnym marginesem bezpieczeństwa, dotyczącym tego, by mógł być zaobserwowany efekt oddziaływania pola elektromagnetycznego na człowieka. Wciąż jednak mieszkańcy miejscowości, w których ma stanąć stacja bazowa, mają wątpliwości o bezpieczeństwo. W tym kontekście często mówi się o wpływie technologii 5G na zdrowie człowieka.

– Technologia 5G nie może być ani bezpieczna, ani niebezpieczna. To tylko technologia, natomiast ważne jest, z jakich zasobów korzysta ta technologia, w tym przypadku sieć 5G. Tymi zasobami są konkretne częstotliwości. Okazuje się, że są używane częstotliwości takie jak na przykład typowa dotychczas w pasmach telewizyjnych 700 MHz. Kolejne pasmo to 3,6–3,8 GHz, rzeczywiście nowe, jeśli chodzi o systemy telekomunikacyjne, ale nie nowe, jeśli chodzi w ogóle o wykorzystywanie częstotliwości radiowych. Kolejne jest pasmo 26 GHz, bardzo wysokie, w tej chwili nieużywane jeszcze, natomiast nadal cały czas poruszamy się w zakresach takich częstotliwości, co do których ustalone są wartości dopuszczalne. One są ustalone aż do 300 GHz. Jeżeli tylko nie przekraczamy częstotliwości 300 GHz, a do tego jeszcze daleka droga, cały czas jesteśmy chronieni przez limity – kwituje Rafał Pawlak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pola-elektromagnetyczne,p1343240950

Fala zwolnień grupowych budzi obawy o konkurencyjność polskiego rynku. Spodziewana duża reorganizacja w działaniu firm

Kolejne koncerny ogłaszają od kilku tygodni zamiar restrukturyzacji i zwolnień, co budzi obawy o kondycję polskiego rynku pracy. Ekonomiści tonują nastroje i zapewniają, że fali bezrobocia w Polsce nie będzie, a w danych makroekonomicznych nie widać na razie żadnego załamania. Zwolnienia ogłoszone w I kwartale br. wpisują się w średni trend z ostatnich lat, a stopa bezrobocia w Polsce wciąż utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie. – W dłuższym horyzoncie ta fala zwolnień rzeczywiście jest jednak powodem do niepokoju. Koszty pracy idą w górę i stąd ta obawa, że w dłuższej perspektywie one nie będą już głównym czynnikiem, który decyduje o konkurencyjności. Dlatego teraz polskie firmy powinny postawić na innowacyjność i wzrost produktywności – podkreśla Dariusz Brzeziński, dyrektor zarządzający Centrum BPO w Meritoros.

– Ten rok zaczął się od niepokojąco dużej fali zwolnień i co chwilę pojawiają się anonse, że kolejne firmy redukują zatrudnienie. To są z reguły koncerny zagraniczne, które zaczęły się zastanawiać, czy Polska jest nadal tą lokalizacją, która daje im największe korzyści kosztowe – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Brzeziński.

Od kilku miesięcy w mediach pojawiają się doniesienia o restrukturyzacji i zwolnieniach grupowych w dużych firmach, takich jak ABB, Volvo Buses, Stellantis, Scania, Infosys, PepsiCo, Carrefour, banki ING i BNP Paribas czy Nokia, która zamierza zwolnić w całej Polsce ok. 800 osób. Zamiar zlikwidowania swojej fabryki i zwolnienia 650-osobowej załogi ogłosiła też działająca w Płocku od ponad 30 lat marka Levi Strauss, która wygasza działalność w Europie i przenosi produkcję do Azji.

– Levi Strauss to jest też pewna wizytówka, firma działająca w Płocku od lat 90., więc budzi to pewien niepokój – podkreśla ekspert.

Jak wynika z kwietniowego raportu GUS („Sytuacja społeczno-gospodarcza kraju w I kwartale 2024 roku”), na koniec marca br. łącznie 159 zakładów ogłosiło zamiar zwolnienia 17 tys. pracowników (w tym 300 osób z sektora publicznego). Oznacza to wzrost w porównaniu do lutego, kiedy 137 pracodawców zadeklarowało zwolnienie 15,9 tys. pracowników. Część firm redukuje w ten sposób koszty, inne decydują się na całkowitą likwidację produkcji i wyjście z Polski. Taki krok wykonała też m.in. firma Stellantis, która do końca roku zamknie fabrykę silników spalinowych do aut osobowych w Bielsku-Białej i zwolni całą, 470-osobową załogę.

Deklaracje o planowanych zwolnieniach budzą też obawy o nadchodzące spowolnienie na rynku pracy, ale ekonomiści tonują nastroje i zapewniają, że fali bezrobocia w Polsce nie będzie, a w danych makroekonomicznych nie widać na razie żadnego załamania. Zwolnienia ogłoszone w I kwartale br. wpisują się w średni trend z ostatnich lat, a stopa bezrobocia w Polsce wciąż utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie – według GUS w kwietniu br. wyniosła 5,1 proc., co oznacza spadek o 0,2 pkt proc. w porównaniu do marca br. i kwietnia ub.r. Z kolei według Eurostatu stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 3 proc., co pomimo nieznacznego wzrostu jest nadal drugim najniższym odczytem w UE.

– Eksperci wskazują, że jeśli popatrzeć na statystyki makro, to rynek pracy nadal jest w miarę stabilny. Natomiast w dłuższym horyzoncie fala zwolnień jest powodem do niepokoju. Koszty pracy idą w górę i stąd obawa, że w dłuższej perspektywie one nie będą już głównym czynnikiem, który decyduje o konkurencyjności firm. Dlatego teraz polskie firmy powinny postawić na innowacyjność i wzrost produktywności – ocenia dyrektor zarządzający Centrum BPO w Meritoros. – Przez ostatnie 20–30 lat polskie firmy rozwijały się według prostego modelu bazującego na niższych kosztach pracy, w oparciu o nie budując swoją konkurencyjność. Natomiast patrząc na wskaźniki innowacyjności, Polska od dłuższego czasu stoi w miejscu. Z kolei wskaźnik produktywności – pokazujący, ile wartości w zakresie produktów i usług wytwarza średnio jeden polski pracownik  jest  na poziomie ok 50 proc. średniej w krajach UE, a w stosunku do liderów europejskich, takich jak np. Niemcy – na poziomie zaledwie 33 proc. A świat idzie do przodu, wchodzą nowe technologie, z których polskie firmy rzadko korzystają. Przykładowo wskaźnik cyfryzacji polskich firm plasuje nas na 23. miejscu wśród krajów UE.

Eksperci wskazują, że jednym z powodów tej trwającej fali redukcji etatów jest skokowy wzrost płacy minimalnej (od stycznia br. minimalne wynagrodzenie wynosi 4242 zł, od lipca po raz kolejny wzrośnie do 4300 zł), który znacząco podwyższył  koszty pracy. Kolejny czynnik to m.in. wysokie ceny energii i coraz większe problemy z pozyskiwaniem pracowników. Wszystko to powoduje, że produkcja w Polsce i Europie jest dziś dużo droższa niż w Indiach czy na rynkach azjatyckich. W poszukiwaniu niższych kosztów firmy zaczynają więc przenosić produkcję do tańszych krajów lub przeprowadzają restrukturyzację, czego zobrazowaniem jest trwająca właśnie fala zwolnień.

– Aby zatrzymać tę falę, musimy działać szybko, reorientując modele biznesowe – uważa Dariusz Brzeziński. – W długim okresie to musi być zmiana całego modelu działania i przejście z obecnego modelu niskich kosztów na taki, w którym ważne są innowacje i wysoka efektywność – nie tylko w sensie produktu, ale też w sensie organizacji procesów i systemów zarządczych firmy. Tutaj jest bardzo dużo do zrobienia w kwestii nowych technologii i wewnętrznej organizacji przedsiębiorstw. I to trzeba robić natychmiast, bo ten model niskich kosztów eroduje. W perspektywie dwóch–trzech lat czeka nas naprawdę bardzo duża reorganizacja sposobu myślenia i sposobu działania polskich firm. Kto tego nie zrobi, będzie po prostu w tyle i tutaj już niskie koszty nie pomogą.

Z raportu „Przyszłość konkurencyjności polskich firm” Polskiego Towarzystwa Gospodarczego wynika, że niski poziom innowacyjności jest jednym ze strukturalnych problemów polskiej gospodarki. To powoduje, że rodzimym firmom coraz trudniej jest konkurować na międzynarodowych rynkach. Dlatego potrzebna jest zmiana sposobu działania, a wzorcem mogą być dla nich globalni liderzy, którzy już z sukcesami wdrożyli nowe metody zarządzania i rozwoju.

– Jesteśmy dobrzy jako przedsiębiorcy w wychwytywaniu okazji, elastyczności, szybkości działania. To jest zdecydowanie silna strona polskich firm, natomiast w zakresie modelu zarządzania niestety nie ma się aż tak czym chwalić. Wszelkie indeksy innowacyjności czy efektywności wskazują, że polskie firmy są niestety mało efektywne. Trzech pracowników polskich to jest jeden pracownik niemiecki – takie są proporcje i to naprawdę trzeba zmienić – ocenia ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/fala-zwolnie-grupowych,p1259920541

WiseEuropa: reforma unijnego rynku energii ma chronić odbiorców przed skokami cen. Dla Polski nie będzie rewolucyjną zmianą [DEPESZA]

Unijna reforma EMD, która ma zmienić strukturę unijnego rynku energii elektrycznej, to długofalowa odpowiedź UE na kryzys energetyczny z 2022 roku. Ma zabezpieczyć rynek energii przed kolejnymi kryzysami w przyszłości. Ostateczny kształt reformy EMD został jednak istotnie ograniczony względem wcześniejszych zapowiedzi Komisji Europejskiej. W efekcie, z powodu wąskiego zakresu zmian, nie będzie ona stanowić rewolucji dla polskiego systemu elektroenergetycznego, choć powinna się przyczynić do jego rozwoju i decentralizacji – oceniają analitycy think tanku WiseEuropa w nowym raporcie „Nowe rozdanie. Reforma EMD a rynek polski”.

Pakiet reform zmieniających strukturę unijnego rynku energii elektrycznej (EMD – Energy Market Design) został przedstawiony przez Komisję Europejską w marcu 2023 roku. To odpowiedź na potrzebę przyspieszenia transformacji rynku energii elektrycznej, którą uwypukliły w ostatnich kilku latach zakłócenia wywołane pandemią COVID-19, napięcia geopolityczne wpływające na dostawy energii, a przede wszystkim wybuch wojny w Ukrainie.

– Głównym celem reformy EMD jest budowa nowoczesnego systemu elektroenergetycznego opartego na odnawialnych źródłach energii, a jednocześnie stabilnego, przewidywalnego cenowo, transparentnego rynku energii, w którym konsument ma zapewnioną odpowiednią ochronę i szeroki wachlarz możliwości. Ten model jest odpowiedzią na niedoskonałości obecnej struktury rynku i pilną potrzebę opracowania przyszłościowej wizji rozwoju – mówi agencji Newseria Biznes dr Krzysztof Fal, dyrektor rozwoju programów w WiseEuropa.

Główne założenia unijnej reformy to m.in. stabilizacja cen energii w długoterminowym horyzoncie i uniezależnienie ich od zmiennych cen paliw kopalnych, wsparcie rozwoju OZE czy przyspieszenie rozwoju usług elastyczności.

– Oczekuje się, że uchroni ona konsumentów przed skokami cen i spowoduje, że ceny energii będą mniej zależne od zmiennych cen paliw kopalnych – mówi dr Krzysztof Fal. – Reforma ma też na celu zwiększenie wykorzystania OZE w ramach trwającej transformacji. W ten sposób wpisuje się w szersze wysiłki UE na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym i promowania przyjaznych dla środowiska rozwiązań energetycznych.

Pod koniec ubiegłego roku zakończono negocjacje i osiągnięto wstępne porozumienie w sprawie kształtu nowych przepisów między Radą Unii Europejskiej i Parlamentem Europejskim. PE formalnie zatwierdził reformę unijnego rynku energii elektrycznej w połowie kwietnia br., natomiast w końcówce maja br. przyjęła ją Rada UE. Państwa członkowskie UE będą mieć teraz sześć miesięcy na dostosowanie swojego ustawodawstwa krajowego do tych zapisów.

Reforma EMD to jedna z najbardziej wyczekiwanych w ostatnim czasie unijnych propozycji legislacyjnych. Jej kształt od początku budził duże emocje zarówno wśród ekspertów, jak i państw członkowskich, które podzieliły się na dwa stronnictwa – państw wnioskujących o dokonanie bardzo głębokiej reformy rynku oraz tych, które postulowały mniej dogłębne zmiany. Ostateczny kształt reformy sprowadza się głównie do wyposażenia krajów członkowskich UE w dodatkowe instrumenty wspierające inwestycje w nowe źródła energii elektrycznej.

W ramach harmonizacji zasad udzielania wsparcia publicznego dla inwestycji w nowe źródła energii odnawialnej preferowaną formą mają się stać kontrakty różnicowe jako domyślna forma wsparcia dla nowych mocy wytwórczych – wyjaśnia dyrektor rozwoju programów w WiseEuropa.

Kwestia systemów wsparcia dla nowych mocy wytwórczych była jednym z głównych przedmiotów negocjacji dotyczących reformy EMD. Zgodnie z przyjętymi regulacjami wsparcie wszystkich nowych niskoemisyjnych źródeł energii elektrycznej ma być oparte na formule kontraktów różnicowych. To mechanizm polegający na zagwarantowaniu danemu producentowi określonej ceny energii elektrycznej w horyzoncie średnio- lub długoterminowym.

W nowym raporcie pt. „Nowe rozdanie. Reforma EMD a rynek polski” analitycy WiseEuropa wskazują, że z perspektywy Polski nie jest to istotna zmiana, bo polski system wspierania rozwoju energetyki odnawialnej już od 2016 roku jest oparty na kontraktach różnicowych. Nowe przepisy pakietu energetycznego mogły mieć jednak wpływ na ostateczną decyzję rządu w sprawie systemu wsparcia dla energetyki jądrowej w Polsce. O ile wcześniej trwała dyskusja nad kilkoma możliwymi modelami, o tyle brzmienie przepisów jednoznacznie przesądziło o konieczności zastosowania systemu wsparcia opartego na kontraktach różnicowych.

Reforma zawiera też szereg propozycji promujących stosowanie umów PPA dla energii z odnawialnych źródeł energii. W ostatnich latach kontrakty PPA stawały się realną alternatywą dla publicznego systemu wsparcia dla OZE, a nowe regulacje unijne będą wspierały ten trend – ocenia dr Krzysztof Fal.

Rynek kontraktów PPA (Power Purchase Agreement) w Polsce, podobnie jak w całej UE, szybko się rozwija. To długoterminowe umowy na dostawy energii elektrycznej zawierane między producentem energii elektrycznej z konsumentem energii. Są zawierane w szczególności przez dużych odbiorców energii elektrycznej oraz w przypadku planowanych większych inwestycji w budowę OZE. Popularność tego rozwiązania wzrosła po kryzysie energetycznym, kiedy ceny energii elektrycznej na rynku publicznym zwiększyły się wielokrotnie i podlegały częstym wahaniom.

Jak wskazują analitycy WiseEuropa, część uregulowań wprowadzonych w reformie EMD, która ma na celu m.in. zlikwidowanie niepewności na rynku PPA, będzie sprzyjać dalszemu rozwojowi tego rynku. W związku z wyrażeniem wprost możliwości „dzielenia” generowanej energii pomiędzy publiczne systemy wsparcia a rynek kontraktowy producenci energii elektrycznej z OZE uzyskali dodatkową zachętę do minimalizowania ryzyk związanych z ich funkcjonowaniem na rynku energii elektrycznej.

– Warto też zwrócić uwagę na wprowadzenie niektórych obowiązków z zakresu długoterminowego zabezpieczenia cen kontraktów. Prawdopodobnie nie będzie mieć to istotnego wpływu na funkcjonowanie rynku, ale część przedsiębiorstw – posiadająca zbyt małą liczbę kontraktów koniecznych dla zabezpieczenia swoich długoterminowych pozycji – będzie musiała przeanalizować i niejednokrotnie zmienić swoją strategię – przewiduje ekspert WiseEuropa.

Zdaniem specjalistów unijna reforma powinna się także przyczynić do rozwoju zdecentralizowanych form takich jak klastry czy spółdzielnie energetyczne. W Polsce wciąż są one na początkowym etapie rozwoju, do czego przyczyniły się opóźnienia w implementacji poprzednich regulacji dotyczących energetyki rozproszonej.

– Jak większość zmian w otoczeniu regulacyjnym na poziomie UE, tak i ta najnowsza reforma stanowi szansę na zlikwidowanie niektórych ograniczeń w rozwoju rynku energii elektrycznej w Polsce. W tym kontekście kluczowe będzie przeprowadzenie odpowiednich analiz, a przede wszystkim sprawne wdrażanie nowych przepisów i jak najszybsze umożliwienie wszystkim adresatom korzystanie z tych nowych możliwości. Poprzednie doświadczenia w zakresie wdrażania europejskich regulacji do krajowego porządku prawnego pokazują, że administracja publiczna powinna jak najszybciej przystąpić do opracowywania analiz i wdrażania tych przepisów, żeby czas dany na ich implementację nie był zagrożony – mówi dr Krzysztof Fal.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wiseeuropa-reforma,p1689564546

Po wyborach wiele tematów w Komisji Europejskiej będzie kontynuowanych. Wśród nich Zielony Ład czy działania na rzecz solidarności z Ukrainą

Jest mało prawdopodobne, by po czerwcowych wyborach do europarlamentu nowa Komisja Europejska radykalnie zmieniła kierunek w wielu kluczowych tematach. Dotyczy to głównie Europejskiego Zielonego Ładu. Wśród priorytetów Brukseli, które w nowej kadencji będą z pewnością kontynuowane, wymienia się także kwestie związane z cyberbezpieczeństwem i digitalizacją na terenie Wspólnoty. W Polsce wybory do europarlamentu odbędą się w niedzielę, 9 czerwca. 

W czerwcu obywatele UE wybiorą swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego (PE). W Polsce wybory odbędą się w niedzielę, 9 czerwca. Konsekwencją nowej kadencji PE jest m.in. powołanie nowego składu Komisji Europejskiej (KE), czyli organu wykonawczego Unii Europejskiej. Jest on odpowiedzialny za bieżącą politykę UE i nadzoruje prace wszystkich jej agencji. Zarządza także jej funduszami. Po wyborach jej członkowie będą musieli wyznaczyć wyzwania oraz priorytety, które będą realizowane przez Brukselę w kolejnych latach. W ocenie specjalistów od tematyki europejskiej dużych zmian nie należy się spodziewać. Wiele sztandarowych haseł i działań znajdzie swoją kontynuację w nowej kadencji. 

– Z mojej perspektywy wiele tematów, które obecnie realizuje Komisja, będzie kontynuowanych przez nadchodzącą nową Komisję. Jedną z nich jest oczywiście kontynuacja działań na rzecz solidarności z Ukrainą, ale też kwestie związane z energią i uniezależnieniem się od dostaw surowców energetycznych z państw, które niekoniecznie są warte zaufania. Odejście od paliw kopalnych w Europie, kwestia cyberbezpieczeństwa i digitalizacji w Europie i Europejski Zielony Ład to są tematy, które zakładam, że będą kontynuowane również przez następną Komisję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Balcerzyk, p.o. dyrektora przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

To oznacza, że budzący w ostatnich miesiącach ogromne emocje Europejski Zielony Ład będzie nadal przedmiotem prac Komisji Europejskiej, a nadchodzące wybory niewiele w tym zakresie zmienią. Eksperci nie wykluczają jednak pewnych korekt w konsekwencji rolniczych protestów oraz niezadowolenia części opinii publicznej. 

– Nie zakładam z mojej wiedzy, żeby doszło do radykalnych zmian w Europejskim Zielonym Ładzie, natomiast Komisja słuchając postulatów rolniczych, dąży do tego, żeby ułatwić rolnikom realizację tych wymagań Europejskiego Zielonego Ładu, a to dlatego że widzimy, że docelowo będzie to z korzyścią dla rolników. Wymienię tu na przykład kwestię suszy – mówi ekspert.

Bruksela już wycofała się z części pomysłów dotyczących używania pestycydów. Wiele wskazuje również na to, że obniżone będą wymagania, które mogą wpłynąć na wzrost biurokracji. Mimo tych zmian trudno jednak się spodziewać jakiegoś nagłego odwrotu europejskiej polityki w kwestiach klimatycznych. 

– Docelowo te podstawowe wyzwania, które próbuje adresować Europejski Zielony Ład, pozostają – dodał Bartłomiej Balcerzyk.

Innym tematem, który często jest dyskutowany przez opinię publiczną, jest tzw. dyrektywa budynkowa oraz kwestie związane z energooszczędnością. Tu również nie należy się spodziewać wyraźnego odwrotu.

– W ramach uniezależnienia się od paliw kopalnych jednym z takich działań unijnych w ramach Europejskiego Zielonego Ładu jest niemarnowanie energii, w związku z tym ogromne pieniądze, również w polskim KPO, będą przeznaczone na to, co można nazwać termomodernizacją budynków – zaznacza p.o. dyrektora przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Eksperci nie mają wątpliwości co do dalszych działań Brukseli wobec pogrążonej w wojnie Ukrainy. Odmieniana przez wszystkie przypadki solidarność UE z tym państwem to jeden z priorytetów obecnej Komisji Europejskiej i trudno się spodziewać, że coś się w tym zakresie zmieni. 

– To, żeby utrzymać to pozytywne podejście do pomocy Ukrainie, jest wyzwaniem nie tylko dla Komisji, ale też dla całej klasy politycznej i państw członkowskich w Unii Europejskiej. Oczywiście rozumiemy w Komisji, że państwa, które niebezpośrednio są dotknięte tą kwestią, mogą mieć trochę inne podejście czy mogą inaczej patrzeć na kwestie solidarności z Ukrainą niż państwa bałtyckie, Polska czy Szwecja na przykład, ale poprzez budowanie silnych koalicji i przekonywanie tych, których powinniśmy jeszcze przekonywać, liczymy na to, że ta ogromna solidarność, która przez ostatnie lata jest pokazywana przez państwa członkowskie, przez instytucje unijne, będzie utrzymana – ocenia Bartłomiej Balcerzyk.

Jak informuje Komisja Europejska, od 24 lutego 2022 roku, czyli od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej agresji rosyjskiej na Ukrainę, UE udzieliła temu państwu łącznie 98,5 mld euro wsparcia. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/po-wyborach-wiele-tematow,p1972797208

Prezes PGE: Energetyka węglowa nie jest w stanie funkcjonować zgodnie z zasadami rynkowymi. Konieczne jest wydzielenie tego segmentu ze spółki

Grupa PGE opublikowała zgodne z wcześniejszymi szacunkami wyniki finansowe za I kwartał 2024 roku. Znacząco wzrosły w tym czasie nakłady inwestycyjne, których wysokość przekroczyła 2 mld zł. Dalszy rozwój i możliwości finansowania kolejnych projektów OZE mocno ogranicza jednak segment energetyki konwencjonalnej, który stanowi dla grupy coraz większe obciążenie. – To potwierdza konieczność wydzielania tego segmentu i zmiany jego struktury właścicielskiejpodkreśla prezes Grupy PGE Dariusz Marzec.

Inwestycje w Grupie PGE mocno przyspieszyły od początku 2024 roku. Tylko w I kwartale br. nakłady inwestycyjne były wyższe o ok. 1/3 w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego. Przed nami realizacja kolejnych, strategicznych dla polskiej gospodarki i energetyki projektów mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Marzec, prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Największy w Polsce producent energii opublikował właśnie wyniki finansowe i operacyjne za I kwartał br., które są zgodne z podanymi wcześniej szacunkami. Wynik EBITDA powtarzalnej, bez wpływu zdarzeń jednorazowych, wyniósł 2,53 mld zł, zysk netto dla akcjonariuszy 893 mln zł, a przychody grupy nieco ponad 16,8 mld zł. Natomiast finalna wysokość nakładów inwestycyjnych sięgnęła blisko 2,07 mld zł, co stanowi znaczący wzrost względem analogicznego okresu rok wcześniej, w którym na inwestycje spółka przeznaczyła prawie 1,6 mld zł.

– Kluczowe inwestycje, które realizujemy, to budowa farm wiatrowych na Bałtyku – przede wszystkim MFW Baltica 2, dekarbonizacja – w tym dekarbonizacja segmentu ciepłowniczego oraz inwestycje w sieć dystrybucyjną. W poprawę jakości i stanu technicznego sieci dystrybucyjnej inwestujemy ponad 4 mld zł rocznie. To są trzy główne kierunki naszego działania, których dotyczą nasze dalsze plany. W najbliższych latach zamierzamy również mocno rozwijać segment magazynowania energii – zapowiada Dariusz Marzec.

Jak wskazuje, w I kwartale br. duży wpływ na wyniki finansowe Grupy PGE miała sytuacja w segmencie energetyki konwencjonalnej, której wynik EBITDA wyniósł -498 mln zł (strata) wobec 909 mln zł osiągniętych w tym samym okresie rok wcześniej. Spółka podała, że ten spadek jest głównie efektem spadku marży na wytwarzaniu energii elektrycznej w wyniku niższych cen energii.

– Miejsce energetyki węglowej w systemie jest bardzo istotne, natomiast ona nie jest w stanie funkcjonować w oparciu o zasady rynkowe, co tylko potwierdza konieczność wydzielania tego segmentu i zmiany jego struktury właścicielskiej – mówi prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Jak podkreśla, w celu stworzenia Grupie PGE możliwości rozwoju i finansowania kolejnych inwestycji konieczne jest stworzenie stabilnych ram funkcjonowania energetyki oraz wydzielenie ze spółki aktywów konwencjonalnych.

– Aktywa węglowe są dużym obciążeniem, które blokuje w tej chwili możliwości rozwojowe i inwestycyjne grupy. W obecnej strukturze aktywów wytwórczych nie będziemy w stanie finansować rozwoju energetyki odnawialnej, a w szczególności wielkoskalowych farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim – przyznaje Dariusz Marzec. – Wydzielenie aktywów konwencjonalnych uwolni potencjał rozwojowy oraz umożliwi nam pozyskiwanie finansowania na rynkach europejskich amerykańskich, które w tej chwili są dla nas niedostępne z racji struktury aktywów wytwórczych.

Według opublikowanego przez spółkę raportu za I kwartał br. największy udział w wyniku EBITDA powtarzalnej miał w tym okresie segment dystrybucja, który odnotował 992 mln zł wobec 1,27 mld zł rok wcześniej. Na ten wynik wpłynęły przede wszystkim wyższe koszty zakupu energii elektrycznej na pokrycie różnicy bilansowej, będące efektem doszacowania różnicy bilansowej w wyniku zmiany cen energii elektrycznej. EBITDA powtarzalna segmentu energetyka odnawialna w I kwartale br. wyniosła 379 mln zł, nieznacznie spadając z poziomu 436 mln zł w tym samym okresie rok wcześniej. Natomiast segment ciepłownictwo odnotował wynik EBITDA powtarzalnej na poziomie 510 mln zł wobec 916 mln zł osiągniętych w I kwartale 2023 roku.

W nowym raporcie Grupa PGE po raz pierwszy zaraportowała też wyniki segmentu energetyka gazowa, uwzględniając przychody wynikające z rozpoczęcia produkcji energii z gazu w marcu tego roku. Wynik EBITDA tego segmentu odnotował w I kwartale br. stratę na poziomie 22 mln zł.

Produkcja energii elektrycznej netto w I kwartale br. w jednostkach wytwórczych Grupy PGE wyniosła 14,6 TWh i była o 7 proc. niższa r/r. Produkcja z węgla brunatnego wyniosła 7,63 TWh (o 7 proc. mniej r/r), z węgla kamiennego 4,32 TWh (o 12 proc. mniej r/r), a z gazu ziemnego 1,44 TWh (o 3 proc. mniej r/r). Natomiast łączna produkcja ze źródeł odnawialnych Grupy PGE osiągnęła 0,89 TWh, a dodatkowo produkcja w elektrowniach szczytowo-pompowych wyniosła 0,32 TWh, wzrastając o 10 proc. względem analogicznego okresu rok wcześniej.

Inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła to jeden z głównych filarów strategii Grupy PGE. We współpracy z duńską firmą Ørsted spółka realizuje obecnie projekt MFW Baltica, składający się z dwóch etapów o łącznej mocy ok. 2,5 GW. Dla zobrazowania – to połowa mocy zainstalowanej w największej elektrowni konwencjonalnej w Europie, czyli Elektrowni Bełchatów, która w tej chwili pokrywa ok. 20 proc. całego zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce. Pierwszy etap – czyli Baltica 2, o mocy ok. 1,5 GW – ma zostać uruchomiony do końca 2027 roku i będzie produkować zieloną energię, która pozwoli zaspokoić potrzeby ok. 2,4 mln polskich gospodarstw domowych. Drugi etap – Baltica 3 – ma zacząć działać trzy lata później. Ważnym obszarem są też inwestycje w sieci, którymi spółka dostarcza energię do ok. 5,5 mln polskich odbiorców.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prezes-pge-energetyka,p1817681233

Coraz bliżej powstania świadomej sztucznej inteligencji. Potrzebne są działania zapobiegające niewłaściwemu jej wykorzystaniu

O sztucznej inteligencji mówi się już coraz częściej w kontekście możliwości i zagrożeń, jakie przyniesie powstanie globalnej sztucznej inteligencji. To model, który byłby zdolny do myślenia takiego, jakim cechuje się człowiek, ale jego możliwości obliczeniowe przewyższałyby możliwości ludzkiego mózgu kilka milionów razy. Rodzi to uzasadnione obawy o bezpieczeństwo, stąd postulat, by uczestnicy rynku składali przysięgę na wzór przysięgi Hipokratesa. Zgodnie z nią mieliby dbać o to, by zastosowania technologii miały wymiar etyczny. Zdaniem ekspertów potrzebnych jest też więcej szczegółowych regulacji.

– Coraz więcej mówi się dziś o tak zwanej conscious AI, czyli świadomej AI. Mamy dwugłos, bo z jednej strony mówi się o tym, że sztuczna inteligencja nie jest i nigdy nie będzie świadoma, a z drugiej strony idziemy w kierunku właśnie budowania ogólnej sztucznej inteligencji czy supersztucznej inteligencji, która w ogóle ma przekraczać inteligencję człowieka. Trudno mi jest powiedzieć, czy sztuczna inteligencja jest albo może być świadoma, bo jedyną świadomością, jaką znamy, pewnie i tak nie do końca, jest ta nasza, ludzka – ocenia w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Natalia Hatalska, CEO i założycielka infuture.institute.

Dzisiejsza sztuczna inteligencja może wykonywać określone zadania, ale nie umie myśleć i postępować jak człowiek, który jest zdolny do kojarzenia teoretycznie niepowiązanych ze sobą elementów rzeczywistości. Ogólna sztuczna inteligencja to wciąż hipotetyczny, ale możliwy do zrealizowania w niedalekiej, nawet kilkuletniej perspektywie model, który będzie w stanie myśleć jak ludzie, ale co najmniej kilka milionów razy szybciej, i to bazując na zasobie danych równym całej wiedzy zgromadzonej na świecie, aktualizowanej w czasie rzeczywistym. Wyzwaniem, jakie stoi przed osobami i organizacjami zaangażowanymi w rynek SI, jest stworzenie takich warunków rozwoju tego typu technologii, by były one dobrodziejstwem ludzkości, a nie narzędziem zdobycia większej władzy dla wąskiej grupy ludzi.

– Coraz głośniej wybrzmiewa koncepcja tzw. przysięgi technokratycznej, która jest analogią do przysięgi Hipokratesa. Chodzi w niej o to, by każda osoba pracująca przy technologiach związanych ze sztuczną inteligencją, neurotechnologiami czy biotechnologiami składała taką przysięgę, która mówiłaby o etycznej pracy i etycznym wykorzystaniu tego typu technologii. Jeżeli chodzi o zabezpieczenie rozwoju sztucznej inteligencji, to ja widzę tutaj dwa obszary, pierwszy to jest obszar regulacyjny. Drugi to edukacja społeczeństwa, bo same regulacje nigdy nie są wystarczające. Ludzie muszą mieć też świadomość tego, czym ta technologia jest, jak jej używać, jakie są zagrożenia, jakie są ograniczenia i jaki ona daje potencjał – wymienia Natalia Hatalska.

Pierwszym krokiem w kwestii regulacji prawnych, poczynionym na gruncie europejskim, jest AI Act. Celem tej regulacji jest zbudowanie środowiska prawnego, które pozwoli na rozwój tej technologii, ale jednocześnie na poszanowanie praw podstawowych oraz ochronę demokracji czy praworządności przed systemami wysokiego ryzyka. Miną jednak jeszcze co najmniej dwa lata, nim ta dyrektywa zostanie wdrożona.

– Technologie oparte o sztuczną inteligencję wpływają na przykład na procesy demokratyczne w różny sposób, mówię tutaj zarówno o deepfake’ach, jak i w ogóle o fake newsach, które pojawiają się w sieci i dezinformacji, mających wpływ na nasze decyzje. Wraz z upowszechnianiem się sztucznej inteligencji widzimy po stronie ludzi z kolei taki trend, który my określamy jako analfabetyzm funkcjonalny. Ludzie tracą umiejętność krytycznego myślenia, jasnego formułowania myśli, czytania ze zrozumieniem. I to też przez to, że ludzie nie umieją krytycznie myśleć, nie umieją odróżniać informacji prawdziwych od nieprawdziwych, co wpływa na procesy demokratyczne, na udział bądź nie w wyborach, w referendach, podejmowanie decyzji – wskazuje ekspertka.

Rozwój sztucznej inteligencji budzi też w społeczeństwie inne obawy. Pierwsza z nich dotyczy automatyzacji pracy i możliwości zabrania ludziom pracy przez roboty. Eksperci rynku pracy uspokajają jednak, że wraz ze starzeniem się społeczeństwa zapotrzebowanie na pracowników w wieku produkcyjnym będzie rosło, a SI może się przyczynić raczej do przemodelowania zatrudnienia. Druga obawa to futurystyczna wizja buntu maszyn, które mogłyby doprowadzić do zagłady ludzkości.

– Na razie te technologie to są tak zwane pewne prawa, które mówią o tym, jak roboty powinny być budowane. Nawet jeżeli one by pomyślały o tym, że mają zgładzić człowieka, to zanim ta myśl do nich przyjdzie, mają się wyłączyć. Teoretycznie jesteśmy więc przed tym chronieni. Największym zagrożeniem jest według mnie to, jak my na co dzień korzystamy z technologii i jak ona wpływa na nas jako ludzi – kwituje CEO i założycielka infuture.institute.

Według Cognitive Market Research światowy rynek sztucznej inteligencji w 2030 roku przekroczy wartość 400 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie w latach 2024–2030 ponad 31 proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-blizej-powstania,p1904599517