Strona główna Blog Strona 31

W okresie okołoświątecznym Polacy generują duże ilości elektroodpadów. Połowa nie wie, że nie można ich wyrzucić do śmietnika

0

Polacy mają problem z prawidłowym wskazaniem elektroodpadów i nie do końca wiedzą, gdzie oddawać takie zużyte sprzęty – pokazuje badanie agencji badawczej Zymetria na zlecenie RLG. 34 proc. badanych przyznało, że zdarzyło im się źle zutylizować wyrzucane elektroodpady. Odpady, które najczęściej trafiają w nieodpowiednie miejsce, to m.in. kable, ładowarki czy słuchawki. – Podobnie jest z różnego rodzaju golarkami, lokówkami, zabawkami na baterie i innymi małymi sprzętami, czyli tym, co niebawem będziemy kupować pod choinkę – zauważa Monika Wyciechowska z RLG w Polsce. Jak wskazuje, ponad połowa Polaków nie wie, że starych sprzętów nie wolno wyrzucać do pięciu frakcji, ale trzeba je oddać do specjalnych punktów zbiórki.

 W okresie przedświątecznym ludzie robią porządki w domach, wyrzucają duże ilości odpadów – w tym również elektroodpadów, więc dobrze by było, aby wiedzieli, gdzie mogą oddać takie zużyte sprzęty – mówi agencji Newseria Biznes Monika Wyciechowska, education marketing manager RLG w Polsce. – Potem będziemy kupować gwiazdkowe prezenty i warto się zastanowić, czy naprawdę potrzebujemy nowej elektroniki. Natomiast w momencie, kiedy będziemy wyrzucali starą, powinniśmy wiedzieć, co z nią zrobić.

Elektroodpady to wszystkie popsute, nieużywane i niepotrzebne urządzenia elektryczne i elektroniczne, działające kiedyś na prąd lub baterie. W domach Polaków zalegają najczęściej telefony komórkowe, czajniki elektryczne, telewizory, stare żelazka i odkurzacze, tostery czy suszarki do włosów, które można znaleźć w szufladach, garażach i piwnicach.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie RLG przez agencję badawczą Zymetria wynika, że niemal 80 proc. Polaków w ciągu ostatnich 12 miesięcy zakupiło nowy sprzęt elektryczny i elektroniczny, jednak tylko 40 proc. sprzętów wymienionych na nowe zostało prawidłowo zagospodarowane. Na dodatek lubimy chomikować taki sprzęt w domu. 64 proc. respondentów odpowiada, że wciąż przetrzymuje w szufladzie stary telefon bądź inny sprzęt elektroniczny – mówi ekspertka RLG w Polsce.

Elektroodpady to grupa odpadów, która – obok plastiku – stanowi ogromne zagrożenie środowiskowe. Z drugiej strony ze zużytej elektroniki można odzyskać cenne surowce i metale, takie jak złoto, srebro i miedź, które następnie można ponownie wykorzystać np. do wytwarzania czajników, plomb dentystycznych, a nawet instrumentów muzycznych. Badanie Zymetrii wskazuje, że Polacy mają tego świadomość. Prawie 90 proc. badanych wie, że elektroodpady zawierają cenne i rzadkie surowce, które można odzyskać w procesie recyklingu. Tyle samo ma świadomość, że zawierają one substancje szkodliwe dla zdrowia i życia.

W starych, zużytych sprzętach mogą się znajdować substancje niebezpieczne, m.in. rtęć, kadm, związki bromu. Jeżeli one dostaną się do środowiska, a jest to możliwe w przypadku, gdy zużyte sprzęty nie trafią do profesjonalnego zakładu przetwarzania, takie związki mogą zanieczyścić wody gruntowe, zanieczyścić glebę i powietrze, co odbije się na środowisku i na naszym zdrowiu – przestrzega Monika Wyciechowska.

Jeśli już Polacy segregują elektroodpady, to głównie ze względu na troskę o środowisko naturalne – tę motywację wskazała blisko połowa badanych. Z kolei 17 proc. ma też na uwadze wysokie koszty pozyskiwania nowych surowców. Zdaniem ekspertki te dane dobrze wyglądają tylko w teorii.

80 proc. respondentów wie, że należy segregować zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny, natomiast już tylko 66 proc. deklaruje, że to faktycznie robi – mówi Monika Wyciechowska. – Czy to jest prawda? Myślę, że nie do końca, ponieważ ponad 50 proc. badanych nie wiedziało, że takiego sprzętu nie należy wrzucać do żadnego z pojemników na pięć frakcji. Podobny odsetek nie miał pojęcia o tym, że zużyty sprzęt można oddać np. do PSZOK-u albo do sklepu w momencie zakupu nowego urządzenia.

Kolejnym problemem jest też fakt, że Polacy nie do końca potrafią właściwie zidentyfikować elektroodpady. Najbardziej problematyczne są takie gadżety jak świecące buty, grające książeczki albo kartki czy mówiące przytulanki, dość powszechnie kupowane dzieciom pod choinkę.

Między 40 a 60 proc. respondentów nie potrafi zidentyfikować zabawki na baterie albo grającego pluszaka czy książeczki jako elektroodpad – mówi ekspertka.

W przypadku prezentów dla dorosłych też nie jest dużo lepiej – dla ok. 35 proc. badanych elektroodpadem nie jest zepsuty pendrive, a 20–30 proc. respondentów nie wie, że kabel, ładowarka czy słuchawki też zaliczają się do zużytych sprzętów elektrycznych i elektronicznych.

– W momencie, kiedy przestaną działać, należy je oddać do odpowiedniego punktu zbiórki. Podobnie jest z różnego rodzaju golarkami, lokówkami i tego rodzaju małymi sprzętami, czyli tym, co niebawem będziemy kupować pod choinkę i wymieniać na nowe – tłumaczy Monika Wyciechowska. – W naszym badaniu tylko 24 proc. respondentów poprawnie zidentyfikowało wszystkie elektroodpady.

Elektroodpady można wrzucić do przeznaczonych na nie pojemników albo oddać do Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych (PSZOK) w gminie. Jednak duży odsetek Polaków nie ma świadomości, że można je też oddać w sklepie przy zakupie nowego sprzętu tego samego rodzaju (sprzedawca ma obowiązek przyjęcia sprzętu 1:1, czyli np. starą suszarkę oddamy, jeśli kupujemy nową) albo w momencie dostawy nowego sprzętu zamówionego online (sklepy internetowe nie są zwolnione z obowiązku przyjęcia starego sprzętu, ale należy to wcześniej zgłosić sprzedawcy).

– W wielu polskich miastach pojawiają się specjalne pojemniki na elektroodpady małogabarytowe. Warto też wiedzieć, że w sklepach wielkopowierzchniowych sprzedających elektronikę – takich, których powierzchnia sprzedaży przekracza 400 mkw. – również mamy możliwość bezpłatnie oddać sprzęty do 25 cm – wymienia ekspertka RLG.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-okresie,p983475895

Technologie rewolucjonizują biznes restauracyjny. Kioski samoobsługowe, kody QR, a wkrótce sztuczna inteligencja będą standardem w branży gastronomicznej

0

Digitalizacja i nowe technologie stają się głównym motorem rozwoju branży restauracyjnej, a rozwiązania technologiczne – takie jak kody QR, kioski samoobsługowe, cyfrowe menu czy systemy AI wspierające sprzedaż – coraz powszechniej pojawiają się w stacjonarnych restauracjach, usprawniając ich funkcjonowanie i przyciągając klientów. – Niewątpliwie technologia będzie nadal zmieniać sektor gastronomiczny. Im lepsze interakcje z klientem, tym częściej korzysta on z naszych usług – mówi Luis Comas, CEO AmRestu, operatora m.in. marek: KFC, Starbucks, Pizza Hut i Burger King, który w tym roku obchodzi 30-lecie swojej działalności.

– Technologia odgrywa w sektorze gastronomicznym absolutnie kluczową rolę. Była obecna zawsze, ale dziś mamy więcej systemów, platform, sposobów, które pozwalają konsumentom na składanie zamówień i wchodzenie w interakcje z branżą gastronomiczną. Obecnie w prowadzeniu restauracji nie ograniczamy się jedynie do osobistego kontaktu z klientem – mówi agencji Newseria Biznes Luis Comas.

Te słowa potwierdza ponad połowa polskich restauratorów (51 proc., według tegorocznego raportu „Polska na talerzu” Makro), wskazując digitalizację i nowe technologie wśród najważniejszych kierunków rozwoju swojego biznesu.

– Technologia, która czasami wciąż jeszcze wydaje się czymś rodem z filmów science fiction, w tak dużym stopniu stała się częścią życia konsumentów, że nawet jej nie dostrzegamy. Zwłaszcza w branży gastronomicznej, gdzie możemy złożyć zamówienie nie tylko na swoim smartfonie czy w kiosku samoobsługowym, ale i korzystając z kodu QR umieszczonego na stoliku – mówi CEO AmRestu.

W trakcie pandemii COVID-19 to właśnie digitalizacja i nowe technologie okazały się czynnikami, który pozwoliły branży przetrwać trudny czas. Wiele biznesów gastronomicznych przeniosło się wówczas do online’u, a realizacja zamówień na dowóz uratowała dużą część lokali. Ten trend wciąż jest obecny, a według danych AmRestu już ponad 50 proc. Polaków zamawia posiłki online. Nowe technologie coraz powszechniej pojawiają się też w stacjonarnych restauracjach, nie tylko usprawniając ich funkcjonowanie, ale i wpływając na zadowolenie klientów.

– Weźmy dla przykładu kioski samoobsługowe. Tylko w Polsce postawiliśmy ich już ponad 1,3 tys., dzięki czemu możemy obsłużyć większą liczbę klientów, dając im też szersze możliwości. Kiedy samodzielnie składamy w nim zamówienie, mamy dużo czasu, żeby się zastanowić, przejrzeć dostępne opcje i zapłacić na miejscu. To duże udogodnienie – mówi Luis Comas. – Korzystanie z prostego, intuicyjnego panelu w kioskach samoobsługowych w restauracjach pomaga zredukować czas spędzony w kolejce oraz rozwiązuje jeden z najbardziej palących obecnie problemów w branży gastronomicznej, związany z brakami personelu.

Klienci sieci restauracji chętnie korzystają także z kodów QR, które oferują wiele korzyści – po zeskanowaniu w telefonie pozwalają np. złożyć zamówienie i otrzymać je do stolika albo wziąć na wynos z lady czy zamówić w dostawie. Ponadto dzięki cyfrowym tablicom menu, które zastąpiły te statyczne, goście mogą lepiej zapoznać się z menu. To nowe, dynamiczne sposoby prezentacji oferty. Zależnie od pory dnia promowane są inne produkty, na ekranie wyświetla się najpierw oferta śniadaniowa, a w późniejszych godzinach menu na lunch i obiad. To podejście wsparte jest wieloma rozwiązaniami technologicznymi, ale konsumenci odbierają je po prostu jako naturalny aspekt ich wizyty w restauracji.

Nowe technologie w gastronomii wychodzą poza obsługę klienta, zmieniając sposób zarządzania biznesem gastronomicznym.

– Dzięki digitalizacji mamy lepsze systemy planowania naszych zasobów, składania zamówień na produkty czy realizowania sprzedaży. Korzystamy z niej także w zakresie zarządzania naszymi pracownikami, którzy mają teraz dostęp do bardziej angażujących programów szkoleniowych poprzez kanały cyfrowe, w aplikacjach mobilnych, z których mogą korzystać poza miejscem pracy. To ogromna zmiana w sposobie przekazywania wiedzy i umiejętności – mówi CEO AmRestu.

Jedną z najważniejszych zalet wykorzystania technologii – i zarazem ważnym trendem w gastronomii – jest też możliwość personalizacji, czyli precyzyjnego dostosowania oferty i usług do indywidualnych preferencji klientów na podstawie danych zbieranych w różnych kanałach. To odpowiedź na coraz wyższe oczekiwania konsumentów.

– Możliwość pozyskania danych o klientach, monitorowania ich zwyczajów i zamówień pozwala nam o wiele lepiej zrozumieć ich indywidualne preferencje. To ogromny krok naprzód. Za każdym razem, kiedy klient pojawia się w naszej restauracji, korzysta np. z kiosku samoobsługowego lub aplikacji, możemy uwzględnić wiedzę o jego indywidualnych potrzebach, preferencjach i ulubionych produktach, aby lepiej dostosować do niego naszą ofertę – mówi Luis Comas. – Nie jest to już masowa promocja w mediach, tylko coś specjalnego, bo marka zwraca się bezpośrednio do nas.

W gastronomii coraz większą rolę odgrywa dziś sztuczna inteligencja. Umożliwia ona bardziej precyzyjne przewidywanie czasu dostawy czy odbioru zamówień, tworzenie spersonalizowanych rekomendacji czy zarządzanie logistyką i analizę wyników sprzedaży.

– Sztuczna inteligencja jest naturalną ewolucją technologii, polega na gromadzeniu danych i wykorzystywaniu ich do przewidywania zachowań i wzorców. Dla nas jest to sposób na skuteczniejsze zarządzanie promocjami i kampaniami sprzedażowymi – mówi ekspert. – AI będzie też jednym z kluczowych czynników, które pozwolą nam efektywniej zarządzać biznesem, bo możliwość precyzyjnego planowania pozwoli np. unikać marnowania produktów. Będzie czymś w rodzaju asystenta, który już niedługo będzie wspierał każdego kierownika restauracji, pomagając układać grafiki i realizować szkolenia.

CEO AmRestu ocenia jednak, że rozwiązania oparte na AI w gastronomii nigdy nie zastąpią pracowników. – Potrzebni są dobrzy kierownicy i pracownicy zarządzający kuchnią i produktami, żeby w każdej sytuacji klient czuł się usatysfakcjonowany – zwraca uwagę Luis Comas. 

Według „Raportu Gastronomicznego”, opracowanego przez Panel Gospodarstw Domowych GfK Polonia, mimo że polska gastronomia wciąż jeszcze nie do końca wyszła z zapaści po pandemii, to jej wartość rośnie – w 2022 roku przekroczyła 31 mld zł. Digitalizacja i nowe technologie były kluczowymi czynnikami wzrostu sprzedaży w branży gastronomicznej.

– Byliśmy w Polsce jedną z pierwszych firm restauracyjnych, które wprowadziły możliwość płatności Blikiem, co było w tamtym czasie wielką rewolucją – mówi CEO spółki. – W tym roku w pierwszym kwartale sprzedaż internetowa – tylko online, przez kanały cyfrowe – odpowiadała już za ponad połowę całej naszej sprzedaży. Myślę, że jest to jedno z największych osiągnięć AmRest w branży gastronomicznej: jesteśmy liderami i osiągamy prawdopodobnie najlepsze liczby w zakresie korzystania z platform cyfrowych. To duży sukces i motor napędowy naszego rozwoju.

Grupa AmRest obchodzi w tym roku 30-lecie działalności. Od 1993 roku, kiedy zaczynała od jednej restauracji we Wrocławiu, przekształciła się w wiodącego europejskiego, multibrandowego operatora, który każdego roku serwuje miliony posiłków. Obecnie firma prowadzi łącznie 2143 restauracje w 21 krajach na całym świecie i zatrudnia ponad 45 tys. pracowników, w tym 17 tys. osób w Polsce. Nasz kraj jest największym rynkiem z ponad 600 restauracjami (28,8 proc. wszystkich lokali, na co składa się prawie 350 restauracji KFC, ponad 150 lokali Pizza Hut, 70 kawiarni Starbucks i blisko 50 restauracji Burger King). AmRest stawia mocny akcent na wdrażanie technologii i wykorzystanie innowacji takich jak rzeczywistość rozszerzona, „kliknij i zjedz”, kioski, aplikacje i urządzenia mobilne.

– Rozwój będzie postępował, jeśli uda nam się pozyskać więcej zadowolonych klientów w różnych kanałach sprzedaży – w dostawach, zamówieniach na wynos, w restauracjach przy ladzie i kioskach samoobsługowych, na wielu poziomach interakcji – mówi Luis Comas. – Obecnie zmagamy się z inflacją, z kryzysami różnej natury. Przechodzimy chwile niepewności w gospodarce. Zastanawiamy się, czy spowolnienie ekonomiczne nie wpłynie na zwyczaje konsumpcyjne klientów. Zawsze tak było: mieliśmy spadki i wzrosty, różne cykle konsumpcji, jednak dla nas liczy się to, że w każdym kryzysie, w każdym wyzwaniu jednym z najlepszych sposobów na przetrwanie jest utrzymywanie bazy lojalnych klientów. Taki właśnie jest nasz główny cel. Dzięki temu nasze marki mają w Polsce ogromny udział w rynku. Ten sukces wynika z lojalności naszych klientów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/technologie,p1224560710

Ogromna zmiana w diagnostyce chorób układu pokarmowego. Mała kapsułka endoskopowa zastąpi uciążliwe badania

0

BioCam – wrocławska spółka z branży medtech – finalizuje prace nad kapsułką endoskopową, która ma umożliwić wczesne wykrywanie schorzeń w układzie pokarmowym. Zaawansowane technologicznie rozwiązanie, wsparte sztuczną inteligencją, w pierwszej połowie 2024 roku ma zostać poddane międzynarodowym badaniom klinicznym, a pod koniec przyszłego roku zadebiutuje na rynku, początkowo w sektorze prywatnym. – Równolegle z procesem komercjalizacji będziemy się również skupiać na uzyskaniu refundacji, tak aby w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat ta technologia była ogólnodostępna – mówi Maciej Wysocki, współzałożyciel i prezes zarządu BioCam. Spółka domyka obecnie rundę inwestycyjną na maksymalnie 3 mln zł, a na II–III kwartał 2024 roku zapowiada swój debiut na rynku NewConnect.

– Obecnie prace nad naszą kapsułką endoskopową skupiają się na optymalizacji finalnych komponentów całej platformy sprzętowej oraz rozwoju NBI, z angielskiego Narrow Band Imaging. Jest to technologia oświetlania tkanek różnymi długościami światła, czyli nie tylko światłem widzialnym. NBI to standard najbardziej zaawansowanych, tradycyjnych systemów endoskopowych z gastroskopii i kolonoskopii. Na razie nikt poza nami nie robi tego w endoskopii kapsułkowej – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Wysocki.

Endoskopowe kapsułki, wykrywające wczesne schorzenia układu pokarmowego, to koncepcja, która powstała ok. 20 lat temu. Mimo to ta nieinwazyjna metoda badań nadal nie jest powszechnie dostępna, m.in. dlatego że wymaga ogromnych nakładów finansowych i ogranicza się tylko do niektórych odcinków układu pokarmowego. Jednak w ostatnich kilku latach prace nad tym rozwiązaniem mocno przyspieszył rozwój sztucznej inteligencji, a rewolucji badań endoskopowych przewodzi polski BioCam. Spółka medtechowa z Wrocławia rozwija technologię do zdalnego i nieinwazyjnego monitoringu oraz diagnostyki układu pokarmowego za pomocą smartpigułki napędzanej AI. Ma ona zastąpić powodujące dyskomfort i czasochłonne badania endoskopowe.

– Nasza kapsułka ma zastosowanie w tych wszystkich schorzeniach układu pokarmowego, które możemy wykryć poprzez analizę obrazową, analogicznie do gastroskopii i kolonoskopii – wyjaśnia prezes BioCam. – Kapsułka nie odbiega wymiarami od tradycyjnych tabletek z witaminami czy suplementami diety dla sportowców. To nowoczesne, przyjazne pacjentowi rozwiązanie diagnostyczne, które zostało przystosowane do całkowicie zdalnych badań i jest alternatywą dla tych znacznie bardziej inwazyjnych, pokroju gastroskopii i kolonoskopii.

Kapsułka endoskopowa w ciągu kilku godzin przechodzi przez cały układ pokarmowy, monitorując go dzięki kamerom o wysokiej rozdzielczości i tworząc katalog ponad 70 tys. zdjęć, które następnie są weryfikowane przez zaawansowany system analizy obrazowej. Algorytmy AI, wykorzystujące uczenie maszynowe, selekcjonują zdjęcia, które następnie trafiają do aplikacji mobilnej i platformy telemedycznej udostępnionej lekarzowi. Oprogramowanie automatycznie wykrywa zmiany chorobowe, na których obejrzenie w gabinecie lekarskim wystarczy nawet 20–30 min. Tak zaprojektowane badanie mocno ułatwia i kilkukrotnie skraca czas pracy medyków.

Samo zaaplikowanie kapsułki jest banalnie proste, ale budowa całego, inteligentnego systemu to skomplikowana i czasochłonna praca zespołu naukowców, inżynierów i specjalistów data science. Jego ważnym punktem jest m.in. inteligentny sensor obrazu, powodujący automatyczne wygaszanie się w przypadku, kiedy kapsułka endoskopowa tymczasowo utknie na pewnym odcinku układu pokarmowego. Dzięki temu czas pracy jej baterii został wydłużony nawet o kilka godzin.

Na naszą platformę sprzętową składa się kapsułka, czyli część hardware’owa. Do tego mamy naklejany na ciało odbiornik, będący niejako pomostem między kapsułką a urządzeniem mobilnym. Mamy też aplikację na telefon, która przesyła dane na platformę telemetryczną w chmurze i dostarcza pacjentowi instruktaż, jak się przygotować i przeprowadzić całe badanie. Natomiast na platformie telemedycznej, do której dostęp mają współpracujący lekarze i kliniki, dodatkowo jest też zaawansowany system sztucznej inteligencji do automatycznej detekcji zmian patologicznych i analizy zdjęć, żeby przyspieszać i wspierać proces diagnostyczny – mówi Maciej Wysocki. 

Rozwiązanie jest coraz bliżej komercjalizacji. Spółka zapowiada, że w styczniu 2024 roku będzie testowane na kolejnych 120 osobach, a w pierwszej połowie przyszłego roku zostanie poddane międzynarodowym badaniom klinicznym. Natomiast pod koniec 2024 roku ma zadebiutować na rynku.

Proces komercjalizacji planujemy rozpocząć od Europy i uzyskania certyfikacji medycznej CE pod koniec przyszłego roku. W 2025 roku będziemy się przymierzać do certyfikacji FDA na rynki Ameryki Północnej, a równolegle będziemy procedować dopuszczenie na rynkach azjatyckich i Bliskiego Wschodu oraz innych, które wymagają dedykowanej certyfikacji – mówi prezes BioCam. – Równolegle z procesem komercjalizacji będziemy się skupiać również na uzyskaniu refundacji, tak aby w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat ta technologia była ogólnodostępna.

BioCam negocjuje właśnie kolejne źródła finansowania swojej działalności. Spółka domyka rundę inwestycyjną na maksymalnie 3 mln zł, żeby przyspieszyć prace nad dopracowaniem technologii do poziomu finalnej kapsułki produkcyjnej. Następnie – w II lub III kwartale 2024 roku – BioCam zapowiada swój debiut na rynku NewConnect i dołączenie do grona wysokotechnologicznych firm na GPW.

– Liczymy, że debiut na giełdzie dedykowanej spółkom technologicznym NewConnect przyspieszy nasz dalszy rozwój. Przez ostatnie trzy lata budowaliśmy naszą markę, zaufanie społeczne i społeczność wokół spółki, dlatego wierzymy, że działając w branży medycznej i sztucznej inteligencji – czyli w branżach, które są mocno odporne na obecnie trwającą recesję – będziemy uzyskiwać wysokie wyceny i tym samym kurs dla inwestorów oraz osób, które nam zaufały – mówi współzałożyciel spółki.

Równolegle z pracami nad rozwiązaniem dla ludzi spółka otwiera się na nowy segment pacjentów – zwierzęta. Obecnie prowadzi rozmowy o współpracy komercyjnej i przygotowuje pilotaże swojego rozwiązania z potencjalnymi partnerami, w tym m.in. liderem rynku Europy Środkowo-Wschodniej w produkcji i dystrybucji leków dla zwierząt. Jednocześnie stara się o grant w wysokości ok. 20 mln zł na dopasowanie technologii do rynku weterynaryjnego i komercjalizację trzech różnych kapsułek dla dużych i małych psów, kotów oraz koni.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ogromna-zmiana-w,p2075591566

Wpływ poezji na samopoczucie zbadali naukowcy. Okazała się pomocna w walce z samotnością i radzeniu sobie z trudnymi emocjami

0

Naukowcy z Uniwersytetu w Plymouth przeprowadzili badanie na temat roli poezji w dzisiejszych, scyfryzowanych czasach. Odpowiedzi badanych, ale też popularność interaktywnej strony internetowej, która w czasie pandemii umożliwiała publikowanie i czytanie wierszy, wskazują jednoznacznie, że poezja nadal jest istotną częścią życia wielu osób. Paradoksalnie media społecznościowe mogą tę pozycję umacniać. Dobroczynny wpływ poezji miał szczególne znaczenie zwłaszcza w czasie pandemii COVID-19, czyli okresie ograniczonych spotkań towarzyskich i pogorszonego nastroju. Wyniki badania wykazały, że poezja może pomóc ludziom w wyrażaniu siebie, łączeniu się z innymi i radzeniu sobie z trudnymi emocjami, np. żałobą.

– Poezja jest teraz popularna jak nigdy, co wynika z upowszechnienia się mediów społecznościowych. Nie tylko mnóstwo osób publikuje wiersze w social mediach, na Instagramie, Facebooku czy Twitterze/X, ale wiele z nich wchodzi na te portale także po to, aby czytać poezję. W ostatnim dziesięcioleciu mamy do czynienia z dość znaczącym wzrostem popularności poezji. Dostęp do niej jest bardzo ułatwiony i można czytać ją codziennie. Wystarczy chwila, żeby przeczytać wiersz. Ludzie mogą też publikować swoje wiersze o wiele łatwiej niż w przypadku periodyków drukowanych – mówi agencji Newseria Biznes Anthony Caleshu, wykładowca poezji i kreatywnego pisania na Uniwersytecie w Plymouth.

Naukowcy zaczęli badać popularność i rolę poezji już w czasie pandemii koronawirusa. Uruchomili projekt, który miał być odpowiedzią poetów na COVID-19. Uruchomiona w czerwcu 2020 roku platforma internetowa umożliwiała publikowanie, czytanie i omawianie wierszy. W ciągu roku opublikowano wiersze ponad 600 poetów z całego świata, a strona zyskała bardzo dużą popularność – łączna liczba odsłon przekroczyła 100 tys.

– Osoby odwiedzające stronę pochodziły z ponad 125 krajów, więc stała się ona swego rodzaju międzynarodowym fenomenem, co było dla nas bardzo satysfakcjonujące – podkreśla Anthony Caleshu. – Okazało się, i jest to niezwykle budujące, że poezja wciąż ma wartość i liczy się na światowej scenie. Nadal jest czymś, ku czemu zwracają się ludzie w potrzebie, w trudnych czasach, ale i w chwilach radości. Spójrzmy na sytuacje, w których poezja wychodzi na pierwszy plan – na ślubach, pogrzebach, podczas ważnych życiowych wydarzeń. Ustaliliśmy, że poezja faktycznie odgrywała ważną rolę podczas pandemii COVID-19. Ludzie zwracali się ku niej, aby poczuć ulgę, szukali w niej sposobów na wyrażenie siebie, odbudowanie się, komunikację z innymi na temat tego, jak czuli się w tym konkretnym czasie.

Naukowcy z Uniwersytetu w Plymouth przygotowali również ankietę na temat roli poezji, w której wzięło udział ponad 400 osób. Badania przeprowadzone na tej uczelni oraz Nottingham Trent University wykazały, że wiele osób, które zaczęły się dzielić poezją i o niej dyskutować, aby poradzić sobie z pandemią COVID-19, doświadczyło „wyraźnego pozytywnego wpływu na swój dobrostan”.

– Aż 82 proc. osób uznało, że poezja pomogła im w aktywnym wyrażaniu siebie, a 80 proc. czerpało inspirację z pisania i czytania poezji na naszej stronie internetowej. Zdaniem prawie 70 proc. respondentów poezja łączyła ludzi i pomagała im być bliżej innych osób – komentuje naukowiec. – Takie wyniki są czymś wspaniałym, bo potwierdzają tezę, że poezja w dzisiejszych czasach ma znaczącą rolę do odegrania w podtrzymywaniu zdrowia i dobrego samopoczucia ludzi.

Jak wynika z badania, poezja pomagała także radzić sobie z poczuciem odizolowania. Odpowiedziała tak połowa respondentów.

– Ponad 65 proc. respondentów stwierdziło, że zbliżyli się do innych ludzi i czuli się lepiej przygotowani do radzenia sobie ze swoimi emocjami na temat pandemii – podkreśla Anthony Caleshu. – Pozytywne efekty były widoczne także w mniejszych grupach, na przykład wśród osób, które przechodziły żałobę. Prawie 20 proc. respondentów odpowiedziało, że platforma pomogła im poradzić sobie ze stratą i doświadczanymi objawami psychicznymi, a nawet fizycznymi.

Ten aspekt jest szczególnie cenny, zważywszy na to, że samotność staje się coraz poważniejszym problemem społecznym.

– Ludzie popadają w depresję, czują coraz większy niepokój, coraz gorzej radzą sobie z życiem. Są to typowe objawy problemów psychicznych, a samotność jest jednym ze związanych z nimi markerów. Poezja i społeczności skupione wokół poezji mają bardzo ważną rolę do odegrania jako sposób na pokonanie samotności poprzez spotkanie z innymi ludźmi, innymi czytelnikami, poetami. Pozwalają nam też lepiej radzić sobie z własnymi emocjami, z poczuciem własnego ja – komentuje naukowiec. – Często samotność postrzega się jako stan, który sam w sobie nie jest kliniczny, ale ma kliniczny wpływ na tryb życia ludzi. Może ona niekorzystnie wpływać na zdolność do pozytywnego i zdrowego życia. Dowiadujemy się więc, że poezja odpowiada na tę potrzebę i faktycznie pomogła ludziom czuć się mniej samotnie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wplyw-poezji-na,p201470091

Samorządy aktywnie inwestują w zielone ciepłownictwo. Na takie projekty jest coraz więcej środków publicznych

0

 Ciepłownictwo jest jednym z największych majątków, jakie ostatnie pokolenia Polaków zakopały w ziemię poprzez rury, kolektory, instalacje ciepła systemowego. Jednak przez te lata zaniedbań, braku inwestycji w obszarze ciepłownictwa w tej chwili wymaga ono szybkich działań. Musimy jak najszybciej zacząć tę transformację – mówi Tomasz Gackowski, dyrektor zarządzający ARP. Aby promować gminy, które są najbardziej zaangażowane w tę transformację sektora ciepłownictwa, ARP i BGK we współpracy z partnerami rozstrzygnęły właśnie konkurs na Najbardziej Innowacyjne Energetycznie Samorządy. Wśród laureatów są Gliwice oraz Lidzbark Warmiński, które wdrażają zielone projekty w ciepłownictwie na szeroką skalę.

Polska ma drugi, po Niemczech, największy rynek ciepła systemowego w Europie. Do sieci ciepłowniczej jest przyłączonych ponad 40 proc. spośród 13,5 mln gospodarstw domowych – to jeden z najwyższych wskaźników w UE. Łącznie w polskich systemach ciepłowniczych zainstalowanych jest ok. 53,5 GW.

 Polska ma jeden z największych systemów ciepłowniczych w Unii Europejskiej i warto, by ten potencjał wykorzystać. Jednak w tym celu musimy dekarbonizować nasze ciepłownictwo, bo w tej chwili ponad 70 proc. ciepła wytwarzanego w lokalnych systemach ciepłowniczych pochodzi z węgla. Stąd pilna potrzeba transformacji – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Smolik, dyrektorka Departamentu Relacji Strategicznych w Banku Gospodarstwa Krajowego.

Ciepłownie systemowe spalają co roku ok. 14,5 mln t węgla (raport Polityka Insight, „Ciepło do zmiany. Jak zmodernizować sektor ciepłownictwa systemowego w Polsce”). W nadchodzących latach sektor czeka więc nieuchronna transformacja w kierunku rozwiązań nisko- i zeroemisyjnych. Zwłaszcza że dziś jest to mocno zaniedbany sektor, w którym niezbędne zmiany i modernizacje przez lata były odkładane na później. W rezultacie przestarzała infrastruktura ciepłownicza osiąga kres swojej użyteczności, a jej eksploatacja jest droga i powoduje duże szkody środowiskowe w postaci zanieczyszczenia powietrza (raport „Czyste ciepło jako motor polskiej gospodarki”, Forum Energii 2022). Bez inwestycji polskie ciepłownictwo będzie więc ponosić coraz wyższe koszty paliw kopalnych i zanieczyszczenia środowiska, jak i konsekwencje związane z niewypełnieniem unijnych wymogów klimatycznych. 

– Nasze przewagi, które mamy schowane w systemie ciepłowniczym – podobnie zresztą jak w Danii – warto byłoby wykorzystywać. Jednak przez te lata zaniedbań, braku inwestycji w obszarze ciepłownictwa w tej chwili wymaga ono szybkich działań. Musimy założyć siedmiomilowe buty i rzeczywiście zacząć tę dekarbonizację, te inwestycje tu i teraz – mówi Tomasz Gackowski, dyrektor zarządzający Agencji Rozwoju Przemysłu. – W regionie, w którym jesteśmy, ciepło jest dobrem krytycznym, kluczowym. Dlatego ten typ usług komunalnych powinien być wysoko w agendzie każdego rządu i każdej jednostki samorządu terytorialnego.

Transformacja energetyczna systemów ciepłowniczych to działania bardziej lokalne aniżeli centralne – dodaje Joanna Smolik. – Samorządy bardzo aktywnie angażują się w te działania transformacyjne, choć pewnym ograniczeniem są dostępne technologie, trendy wyznaczane przez rynek oraz finansowanie.

Jak wskazuje, ten ostatni element dzięki środkom publicznym i instytucjom finansowym, które uzupełniają je długoterminowym finansowaniem dłużnym, staje się jednak coraz mniejszą przeszkodą w transformacji sektora.

Usługa dostawy ciepła jest usługą publiczną i wrażliwą cenowo, a odbiorcy oczekują, że to ciepło będzie dostarczane stabilnie i relatywnie tanio. Dlatego takie inwestycje są w dużym stopniu finansowane środkami dotacyjnymi, preferencyjnymi. Uzupełniająco są one finansowane także ze środków własnych samorządów i przedsiębiorstw ciepłowniczych oraz instrumentów dłużnych – mówi dyrektorka Departamentu Relacji Strategicznych w BGK.

Aby promować samorządy, które są najbardziej zaangażowane w transformację sektora ciepłownictwa, Instytut Polityki Energetycznej im. Ignacego Łukasiewicza – we współpracy z BGK, ARP, Polską Spółką Gazownictwa, spółką Metrolog i Grupą PGE – po raz trzeci ogłosił w tym roku Ogólnopolski Konkurs dla Jednostek Samorządu Terytorialnego na Najbardziej Innowacyjny Energetycznie Samorząd. Jego celem jest m.in. promowanie innowacyjnych, rentownych przedsięwzięć inwestycyjnych w sektorze ciepłownictwa oraz nagrodzenie tych gmin, które aktywnie przyczyniają się do realizacji założeń polityki energetyczno-klimatycznej.

Jedna z głównych nagród w tegorocznym konkursie trafiła do Lidzbarka Warmińskiego. Tamtejszy samorząd – we współpracy z Euros Energy i spółką Veolia Północ, przy udziale grantu z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – zrealizował innowacyjny w skali Polski projekt Ciepłowni Przyszłości, czyli demonstratora technologii, który w praktyce pokazuje, jak może wyglądać nowoczesne i zdekarbonizowane ciepłownictwo. Zastosowano w nim cały szereg technologii, w tym m.in. pompy ciepła, trójstopniowy system magazynowania ciepła złożony m.in. z sezonowych magazynów ciepła typu PTES i BTES, hybrydowe kolektory słoneczne oraz innowacyjny system zarządzania. Inwestycja warta 38 mln zł zapewni ciepło dla ok. 3,5 tys. mieszkańców Lidzbarka Warmińskiego i będzie ogrzewać budynki o łącznej powierzchni ponad 28 tys. mkw.

Ten projekt jest demonstratorem, który ma pokazać, że system OZE w ciepłownictwie jest możliwy. Będzie skalowany, budowany w naszych innych lokalizacjach, ponieważ Veolia jest obecna w 66 miastach i miejscowościach – mówi Daniel Domeracki, dyrektor ds. technicznych w firmie Veolia. – Korzyścią, jaką ten projekt przyniesie mieszkańcom Lidzbarka Warmińskiego, jest na pewno brak emisji, bo OZE nie generuje żadnych emisji gazów cieplarnianych. Natomiast Veolia założyła sobie, że do 2030 roku wychodzimy całkowicie z węgla, a w 2050 roku chcemy uzyskać neutralność klimatyczną i ten projekt Ciepłowni Przyszłości pokazuje, że w ciepłownictwie jest to możliwe do wykonania.

W jednej z tegorocznych kategorii konkursowych – „Aspirujący Innowator Roku w dziedzinie ciepłownictwa” – nagrodą główną było przygotowanie planu dekarbonizacji gminnej ciepłowni z wykorzystaniem instrumentu ELENA (European Local Energy Assistance), czyli inicjatywy Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Komisji Europejskiej, która zapewnia granty na przygotowanie projektów w zakresie zrównoważonej energii. Zwycięska gmina nie musi więc ponosić m.in. kosztów przygotowania dokumentacji inwestycyjnej do transformacji energetycznej ciepłowni (SIWZ, studium wykonalności, doradztwo inwestycyjne).

Ten konkurs miał za zadanie wyłonić gminy, które mają nie tylko wizję, ale też plan, i mają do sfinansowania określone studium inżynieryjno-technologiczne, które było nagrodą w tegorocznej edycji konkursu – mówi dyrektor zarządzający ARP. – Laureatem zostały w tym roku Gliwice, które pokazały kapitalny, szeroki, horyzontalny plan Zielonego Parku Energii, hołdujący zasadzie zamkniętego obiegu energii w mieście. Ma tam powstać m.in. jedno z największych pól kolektorów słonecznych wraz z magazynem energii, który pozwoli gliwiczanom uniezależnić się od paliw kopalnych.

 Gmina Gliwice przeprowadziła w ostatnich latach cały szereg inwestycji związanych z transformacją energetyczną – mówi Grzegorz Zawierucha, dyrektor techniczny Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Gliwicach. – Projektami, które promujemy w tej chwili, jest m.in. budowa instalacji termicznego przekształcenia odpadów na terenie Gliwic. W ramach dekarbonizacji chcemy też pozyskać ciepło ze ścieków, które w tej chwili są bezpowrotnie tracone do rzeki Kłodnicy. Naszym oczkiem w głowie jest również farma solarna o mocy 13,5 MW – będzie to jak dotąd jedyny w Polsce obiekt, który będzie pozyskiwał energię odnawialną ze słońca i transformował ją do miejskiej sieci ciepłowniczej.

Jak wskazuje, wszystkie te projekty inwestycyjne są przewidziane do realizacji w ciągu około pięciu najbliższych lat i przyniosą gminie szereg korzyści, w tym m.in. mniejszą emisję zanieczyszczeń, niższe ceny ciepła dla mieszkańców i możliwość bezkosztowego zagospodarowania odpadów komunalnych.

– W tej chwili płacimy za wysypiska, a składowanie pewnych odpadów jest zakazane. Natomiast instalacja termicznego przekształcania tych odpadów pozwoli na ich bezkosztową utylizację – mówi Grzegorz Zawierucha.

Dla wszystkich gmin, które zgłosiły swój udział w kategorii „Aspirujący Innowator Roku w dziedzinie ciepłownictwa”, zostanie zorganizowany specjalny warsztat na temat możliwości pozyskania środków na inwestycje energetyczne i modernizację źródeł ciepła w gminnych przedsiębiorstwach energetyki cieplnej, który przeprowadzi Krajowa Agencja Poszanowania Energii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/samorzady-aktywnie,p27704423

Rośnie liczba użytkowników aplikacji walczących z marnowaniem żywności. Na zainteresowanie mocno wpłynął wzrost cen

0

W Polsce wciąż na śmietnik trafia niemal 5 mln t jedzenia rocznie. Ponad połowa Polaków źle gospodaruje produktami spożywczymi, ale wraz z dynamicznym wzrostem cen żywności rośnie też potrzeba ograniczenia tego zjawiska. Za tym idzie rosnąca popularność aplikacji, które z tym walczą. Jedną z nich jest Foodsi, która pozwala kupić po niższej cenie produkty spożywcze i gotowe dania, które niesprzedane w danym dniu trafiłyby na śmietnik. Twórcy tego rozwiązania rozszerzają funkcjonalność o dostawy do domu.

W październiku, jak wynika z danych GUS, inflacja spadła do poziomu 6,6 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Jeśli weźmiemy całe 10 miesięcy tego roku, ceny rosły w tempie 12,5 proc. w ujęciu rocznym. W tym czasie żywność zdrożała jeszcze mocniej – o 17 proc., a takie kategorie jak mleko i produkty mleczne, jaja czy warzywa – nawet o ponad 20 proc. w ujęciu rocznym. Z raportu „Agromapa 2023”, przygotowanego przez analityków Credit Agricole, wynika, że w okresie styczeń 2020 – czerwiec 2023 roku ceny żywności wzrosły w Polsce o 38,9 proc., co było ósmym wynikiem w UE.

– W obecnych czasach oszczędzanie jest bardzo ważnym tematem. To coś, z czym w zasadzie każdy człowiek musi się spotkać w swoim codziennym gospodarowaniu. To, jakie robimy zakupy i w jaki sposób one wpływają na nasz budżet, jest sprawą podstawową. Podczas kupowania produktów codziennego użytku, a przede wszystkim jedzenia, musimy bardzo uważać na to, w jaki sposób gospodarujemy naszym budżetem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Ewa Pawella, szefowa marketingu w Foodsi.

Jak zapewniają twórcy aplikacji, jest ona odpowiedzią na potrzebę walki z problemem marnowania żywności, a z tym wiąże się też oszczędność pieniędzy. Zasada działania jest prosta – właściciele restauracji, piekarni czy sklepów mogą wystawić na sprzedaż pełnowartościowe produkty, które prawdopodobnie zmarnowałyby się, gdyby dłużej pozostały niesprzedane, a użytkownicy mogą je zakupić po atrakcyjnej cenie, nawet o 70 proc. taniej.

– Aplikacja Foodsi działa w bardzo prosty sposób. Wystarczy ją pobrać na swój telefon, zarejestrować się i później można ustalić takie parametry jak szukanie paczek w naszej okolicy. To jest pierwszy element. Drugi element jest taki, że możemy tam też znaleźć różnego rodzaju kategorie, na przykład będą to pobliskie lokale gastronomiczne, ale także kwiaciarnie czy punkty, w których możemy uratować kosmetyki z krótką datą ważności – wyjaśnia Ewa Pawella.

Do tej pory model ten działał w taki sposób, że kupujący sam odbierał zarezerwowaną przez siebie paczkę. Teraz twórcy Foodsi wprowadzają możliwość dostaw.  

Zainteresowanie współpracą z aplikacją Foodsi rośnie z miesiąca na miesiąc. W tym momencie mamy już ponad 5 tys. stałych partnerów. Nie jest to już tylko branża gastronomiczna, ale również punkty typu kwiaciarnie, drogerie, różnego typu małe lokalne marki, ale także sieci – wymienia ekspertka Foodsi. – Wzrosła nam bardzo znacząco liczba użytkowników. W tym momencie mamy ich już około 1,5 mln, którzy uratowali blisko 2 mln paczek.

Z danych zebranych przez Federację Polskich Banków Żywności w raporcie „Nie Marnuj Jedzenia 2023” wynika, że w Polsce rocznie marnuje się 4,8 mln t żywności. Konsumenci odpowiadają za ok. 60 proc. tej ilości. Jednocześnie 1,6 mln osób żyje poniżej poziomu skrajnego ubóstwa. Do marnowania pożywienia przyznaje się 56 proc. Polaków – to niechlubny rekord w 14-letniej historii badania. Najczęściej w koszach lądują pieczywo (52 proc.), owoce (38 proc.), warzywa (36 proc.) oraz wędliny (32 proc.). Co czwarty Polak przyznaje, że marnuje żywność raz w tygodniu lub częściej. Jednocześnie aż 76 proc. podkreśla, że ograniczyło marnowanie żywności z uwagi na rosnące koszty życia.

W skali globalnej, zgodnie z danymi FAO i UNEP, co roku 14 proc. światowej żywności (wartej 400 mld dol.) jest marnowane na etapie produkcji, kolejne 17 proc. w handlu i gospodarstwach domowych. Wyliczenia tych organizacji wskazują, że marnowana co roku żywność wystarczyłaby dla 1,26 mld głodujących. W 2021 roku z problemem głodu zmagało się ok. 800 mln ludzi, a 3,1 mld nie było w stanie zapewnić sobie zdrowej diety.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-liczba,p1343579182

Pogorszenie koniunktury w mleczarstwie. W tych warunkach trudno planować inwestycje w cele środowiskowe

0

Wzrost kosztów surowców, pracy i produkcji przy jednoczesnym spadku cen na światowych rynkach spowodował istotne pogorszenie koniunktury w europejskim mleczarstwie. Odczuwają to także polscy producenci. Dla wielu z nich przy obecnych cenach i kosztach już podstawowa produkcja stanowi wyzwanie, a dodatkowo czeka ich jeszcze dostosowywanie się do nowych wymogów środowiskowych, np. wprowadzenie systemu kaucyjnego, ograniczanie emisji CO2 i metanu. To pociągnie za sobą konieczność znaczących inwestycji.

– Ten rok był bardzo trudny dla branży przede wszystkim ze względu na rosnącą inflację, osłabienie gospodarcze, ale też perturbacje na rynkach zagranicznych, więc eksport był słabszy wartościowo, co również odbiło się na kondycji polskich przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Cebelińska, wiceprezeska zarządu Spółdzielni Mleczarskiej Mlekpol.

Październikowy raport Departamentu Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA („Branża mleczarska. Przedsiębiorstwa wobec krótko- i długookresowych wyzwań”) pokazuje, że wyzwaniem dla firm z branży mleczarskiej był już koniec 2022 roku, kiedy światowe notowania produktów mlecznych spadały (do czego przyczynił się m.in. spadek importu w Chinach, jednym z najważniejszych światowych importerów produktów mleczarskich). W I półroczu 2023 roku ten trend był kontynuowany, a w sierpniu br. wartość indeksu FAO była niższa aż o 22 proc. r/r.

Jednocześnie towarzyszyły temu rekordowe wzrosty kosztów – w 2022 roku dynamika całkowitych kosztów działalności branży wyniosła 47 proc. r/r. Największym wyzwaniem dla krajowych producentów okazał się silny, 53-proc. wzrost kosztów materiałów, głównie surowca, który jednocześnie jest głównym komponentem kosztowym w przetwórstwie mleka. Pierwsze półrocze 2023 roku przyniosło dalszy wzrost kosztów, choć już w mniejszej skali – w tym okresie wprawdzie nieco obniżyły się koszty materiałowo-surowcowe, ale równolegle wzrosły m.in. koszty pracy. Efektem była silna redukcja zysku netto i rentowności, a I półrocze br. okazało się pierwszym od 2008 roku, kiedy sektor odnotował zagregowaną stratę netto.

– Mniejsze było również zapotrzebowanie z dalekich rynków azjatyckich. To są przede wszystkim Chiny, które mają swoje kłopoty i w tej chwili mniej zasobów przeznaczają na import, w tym m.in. produktów mleczarskich – mówi Małgorzata Cebelińska.

Około 1/3 wyprodukowanego w Polsce mleka po przetworzeniu trafia na rynki zagraniczne. W 2022 roku łączny wolumen eksportu z Polski spadł o 5 proc. r/r, do 1,7 mln t, jednak jego wartość wzrosła aż o 41 proc., sięgając 3,3 mld euro, co było efektem silnej zwyżki cen transakcyjnych. Natomiast w I półroczu 2023 roku otoczenie rynkowe nie było już tak sprzyjające – wprawdzie łączny wolumen eksportu był wyższy o 0,5 proc. r/r, ale spadek cen na rynku mleka spowodował, że wartość eksportu była niższa o 7 proc. r/r (o 115 mln euro).

– Polska wciąż jest konkurencyjna na arenie międzynarodowej, ponieważ produkujemy bardzo wysokiej jakości, bezpieczne produkty mleczarskie, mamy bardzo dobrą renomę na rynkach światowych. Koszty pracy rosną i widać, że to będzie się zrównywało z krajami Europy Zachodniej, natomiast dzisiaj wciąż jesteśmy atrakcyjni pod względem stosunku ceny do jakości – mówi wiceprezeska SM Mlekpol.

Przemysł mleczarski to drugi po mięsnym największy segment w polskiej branży spożywczej. W 2022 roku wartość produkcji wyrobów mlecznych wyniosła 49,7 mld zł, co przełożyło się na 16-proc. udział w krajowym przemyśle spożywczym. Na rodzimym rynku działa prawie 350 przetwórców mleka, którzy łącznie zatrudniają 34 tys. osób, co oznacza, że co 10. zatrudniony w unijnym przemyśle mleczarskim pracuje w Polsce (czwarte miejsce w UE). Potwierdza to fakt, że Polska należy do ścisłej czołówki producentów w UE, a w latach 2010–2021 była jednym z dwóch krajów, które odnotowały wzrost produkcji we wszystkich głównych kategoriach.

W tej chwili w dużych krajach Europy, takich jak Niemcy czy Francja, zmniejsza się pogłowie krów, a tym samym produkcja mleka ulega pewnej redukcji. Powody są liczne, m.in. cena za surowiec niestety nie jest atrakcyjna dla rolników, przez co nie są w stanie realizować inwestycji i rozwijać produkcji. Kolejnym problemem jest brak sukcesji w gospodarstwach, młodym ludziom nie chce się pracować w tych trudnych warunkach. Jest to proces nieodwracalny, który obserwujemy już także w Polsce – mówi Małgorzata Cebelińska.

Jak podają analitycy Banku Pekao SA, między 2010 a 2022 rokiem pogłowie krów mlecznych w Polsce zmniejszyło się o 19 proc. Zostało to jednak zrekompensowane wzrostem wydajności. W 2022 roku polscy rolnicy zwiększyli dostawy mleka do zakładów przetwórczych o 2 proc. r/r. Jednocześnie był to poziom wyższy aż o 42 proc. w relacji do osiągniętego w 2010 roku.

– Bariery, z którymi się spotykamy, to przede wszystkim rosnące koszty i wymagania, które stawia przed nami zrównoważony rozwój i Europejski Zielony Ład, czyli to, co realizujemy w ramach strategii „Od pola do stołu”, a także gospodarka obiegu zamkniętego. To są bardzo kosztochłonne procesy, które trochę spowalniają naszą działalność i rozwój producentów – mówi przedstawicielka SM Mlekpol. – Rosną też potrzeby konsumentów, którzy są coraz bardziej wymagający i oczekują, że producenci będą dbać o planetę, więc staramy się realizować te potrzeby i dostarczać im zdrowe, zrównoważone produkty.

Cele środowiskowe stawiane przed branżą obejmują wiele obszarów: kwestie emisji gazów cieplarnianych, wykorzystania gruntów rolnych na uprawy paszowe czy stosowania środków weterynaryjnych. Produkcja mleka będzie musiała się stać bardziej zrównoważona, do czego będą potrzebne inwestycje. Analizy wskazują, że na skutek Europejskiego Zielonego Ładu unijne pogłowie krów do 2030 roku może spaść o 5 proc. Równolegle ma nastąpić poprawa wydajności oraz wyraźny wzrost produkcji mleka ekologicznego. Nie wszystkie gospodarstwa rolne będą jednak miały zasoby, aby przejść tę transformację.

 Branża potrzebuje wsparcia rządu, przede wszystkim w programach dla rolników, które pomogą im w rozwoju, w dostosowywaniu gospodarstw do unijnych wymogów zrównoważonego rozwoju, redukcji dwutlenku węgla i metanu. Przetwórcy sami nie dokonają tych zmian i potrzebne są duże zasoby, budżety, które wesprą ten proces w gospodarstwach – ocenia Małgorzata Cebelińska. – Jeżeli nie będzie pomocy rządu, zakłady będą musiały realizować to własnym sumptem, co odbędzie się kosztem ceny za surowiec. A to jest bardzo niepożądane zjawisko.

W przetwórstwie mleka ważnym tematem w nadchodzącym roku będzie również wdrożenie zapisów ustawy o systemie kaucyjnym. Z jednej strony ma to wspierać firmy w realizacji celów gospodarki obiegu zamkniętego w zakresie realizacji poziomów zbiórki opakowań i użycia surowców wtórnych. Jednak z drugiej strony nakłada na przedsiębiorstwa obowiązek zorganizowania w pełni działającego systemu kaucyjnego w dość krótkim okresie (do początku 2025 roku), a niedostosowanie się do nowych przepisów będzie zagrożone karami finansowymi.

System kaucyjny to jest złożony proces, a ustawa jest raczej mało precyzyjna i potrzebujemy jeszcze wielu informacji na temat tego, jak ją właściwie wdrażać. Wsparcie ze strony rządu związane z interpretacją przepisów jest tu bardzo istotne. Mamy mało czasu na wdrożenie tego systemu i dobrze, gdyby był on dostosowany do tej pracy, którą musimy wykonać – mówi ekspertka. – Polski rząd musi przede wszystkim stworzyć warunki stabilności i przewidywalności dla działalności zarówno przetwórców, jak i rolników, którzy potrzebują tego, aby inwestować, móc rozwijać swoje gospodarstwa, planować rozwój długoterminowo. Dlatego ważne jest to wsparcie legislacyjne i budżetowe w realizacji programów związanych z ochroną klimatu czy systemem kaucyjnym, żebyśmy czuli, że wiemy, co mamy robić, i że robimy to właściwie. Pieniądze i właściwe rozporządzanie budżetami jest tutaj kluczowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pogorszenie-koniunktury-w,p1332304386