Strona główna Blog Strona 31

Polscy przedsiębiorcy wiedzą, że automatyzacja to strategiczny element rozwoju. Brak specjalistów jest największą barierą

Do 2025 roku prawie połowa polskich firm planuje wdrożenie nowych technologii. Dużych przedsiębiorców interesuje zwłaszcza robotyzacja i mają na to zaplanowane budżety. Mniejsze firmy również skorzystałyby na automatyzacji procesów, ale brakuje im instrumentów wsparcia. Problemem jest też dostęp do wykwalifikowanych specjalistów. Wdrażanie zaawansowanych technologii w firmach to wyzwanie nie tylko dla samych organizacji, ale i jej pracowników. Z jednej strony wymaga od nich wysokich kompetencji, czyli ciągłego kształcenia, a z drugiej strony budzi obawy o ich przyszłość na rynku pracy.

Aby postawić rzeczywistą diagnozę poziomu zaawansowania inwestycji w robotyzację, automatyzację, rozwój sztucznej inteligencji w procesach biznesowych, przeprowadziłem na przełomie 2021 i 2022 roku badania wśród liderów przemian związanych z inwestycjami w transformację technologiczną. Okazało się, że firmy dzisiaj mają już skonkretyzowane plany inwestowania w te procesy i, co ciekawe, większość z nich deklaruje, że jednak te inwestycje pokrywane są z własnych środków. Czy to są międzynarodowe firmy globalne, które funkcjonują w Polsce, czy to są firmy krajowe, to w większym stopniu to środki własne decydują o inwestycjach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. Jacek Męcina z Uniwersytetu Warszawskiego, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Z raportu przygotowanego przez Polskie Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan, wynika, że do 2025 roku 42 proc. firm planuje wdrożenie nowych technologii. W przypadku dużych przedsiębiorstw 28 proc. deklaruje inwestycje w roboty niehumanoidalne. Z kolei z badania przeprowadzonego przez IFS Connect wynika, że prawie 93 proc. respondentów postrzega automatyzację jako strategiczny element swojego rozwoju. Ponad 64 proc. uczestników badania ma stałe pozycje budżetu z tym związane.

Z badań przeprowadzonych przez prof. Jacka Męcinę na potrzeby publikacji „Od robotyzacji i automatyzacji do sztucznej inteligencji – wpływ na gospodarkę i rynek pracy” wynika, że na drodze ku automatyzacji i robotyzacji stoi szereg barier. Główną jest brak specjalistów, którzy są w stanie wdrażać te nowoczesne technologie. Wskazało na nią 60 proc. organizacji. Również z raportu Polskiego Forum HR wynika, że wśród firm, które planują wdrożenie nowych technologii, 16 proc. przewiduje w związku z tym zwiększenie zatrudnienia, 8 proc. spodziewa się spadku, a 34 proc. widzi konieczność zmiany kompetencji zatrudnionych pracowników.

– Następnym problemem, a jednocześnie wyzwaniem dla firm, które inwestują w transformację technologiczną, są programy przekwalifikowania czy podnoszenia kwalifikacji pracowników, tak aby większość z nich znalazła zatrudnienie nawet po inwestycji w robotyzację czy automatyzację procesów. Po prostu pracownik musi nabyć nowe kompetencje związane ze współpracą czy to z robotami, czy to z obsługą procesów automatycznych, tak aby mógł efektywnie dalej pracować i zachować swoje miejsce pracy. Oczywiście część pracowników może utracić pracę, ale to jest dość złożony proces. Wiemy doskonale z doświadczeń z przeszłości, że pojawiające się nowe technologie z jednej strony redukują zatrudnienie w niektórych obszarach, ale generują także ogromne zatrudnienie w innych – podkreśla prof. Jacek Męcina.

Jego zdaniem w dyskusji na temat nowych technologii dominuje wątek ich wpływu na biznes i gospodarkę, ale za mało mówi się o wpływie na rozwój społeczny. W tym obszarze pojawia się wiele wyzwań związanych z rozwojem technologicznym. Jednym z nich jest kwestia edukacji i zmian w systemie, które pozwolą przygotowywać młode pokolenie do funkcjonowania już w nowych warunkach. Drugi ważny obszar – który w dodatku będzie istotnie zyskiwał na znaczeniu – to kształcenie ustawiczne i podnoszenie kompetencji już obecnych na rynku pracy pracowników. To z kolei oznacza wyzwanie od strony zabezpieczenia socjalnego.

Jestem zwolennikiem radykalnego przekierowania dzisiejszych środków na przeciwdziałanie bezrobociu, którego praktycznie nie mamy, właśnie na kształcenie ustawiczne. Kilka miliardów rocznie co najmniej przeznaczyć na reskilling, upskilling, czyli przekwalifikowanie i podnoszenie kwalifikacji pracownikom. Kolejny element, najtrudniejszy, ale bardzo ważny, to zbudowanie poczucia bezpieczeństwa socjalnego pracowników, którzy w przyszłości będą częściej mieć czasowe przerwy w wykonywaniu pracy po to, żeby podwyższyć kwalifikacje – postuluje ekspert UW. – Dzisiejszy model zabezpieczenia społecznego nie przystaje do nowych oczekiwań, stąd mój postulat, aby przebudować ten system. Na pewno metodą byłoby utworzenie powszechnego systemu ubezpieczenia od bezrobocia i czasowej przerwy w zatrudnieniu, aby w ten sposób finansować właśnie przypadki podnoszenia kwalifikacji i przerwy w zatrudnieniu.

Jednym ze wskaźników, które służą do określenia poziomu zaawansowania technologicznego gospodarki, jest liczba robotów używanych w przemyśle. Gęstość robotów w 2022 roku w globalnym przemyśle wytwórczym wzrosła do średnio 151 sztuk na 10 tys. pracowników. W Polsce było to 71 jednostek. W 2021 roku zainstalowano u nas 3,5 tys. nowych robotów, rok później – niecałe 3,1 tys. Dla porównania w Niemczech było to 26 tys. Z danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) wynika, że Polska jest piątym największym rynkiem robotów przemysłowych w UE – za Niemcami, Włochami, Francją i Hiszpanią. Europejski lider był w 2022 roku na czwartym miejscu w globalnym wyścigu – za Japonią, Singapurem i Republiką Korei.

Jesteśmy liderami w inwestycjach w automatyzację i cyfryzację w takich sektorach jak finanse, ubezpieczenia, dość zaawansowana jest także motoryzacja i niektóre elementy przemysłu przetwórczego, metalowego. Nieźle to wygląda, jeśli idzie o edukację, tutaj zrobiliśmy dość znaczny postęp, związany chociażby z doświadczeniami COVID-u. Wspomnieć też należy o usługach cyfrowych, które rozwijają się w przestrzeni publicznej: e-recepta, e-zwolnienie i szereg innych inwestycji w e-administrację. To też jest taki element, który sytuuje Polskę dość wysoko. Natomiast jeśli mówimy o inwestowaniu w robotyzację procesów, to jesteśmy raczej w dolnej stawce krajów Unii Europejskiej i mamy tutaj sporo do zrobienia – komentuje prof. Jacek Męcina.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-przedsiebiorcy,p252273292

Popyt na używane samochody przyspiesza. Na rynku dwukrotnie wzrosła liczba ofert elektryków

Zainteresowanie używanymi samochodami jest coraz większe, przez co na początku tego roku – po raz pierwszy od dłuższego czasu – zmniejszyła się liczba oferowanych na sprzedaż aut z drugiej ręki. Wyższa była za to ich cena – średnio o 1 tys. zł w porównaniu do grudnia ub.r. Pierwsza trójka najpopularniejszych modeli, podobnie jak typy napędów, pozostała niezmienna: prym wiodą diesle i silniki benzynowe. Sukcesywnie rośnie natomiast popularność aut hybrydowych i takich często poszukują kierowcy. Z kolei segment elektryków, choć pozostaje stosunkowo niewielki, odnotował w ubiegłym roku ponaddwukrotny wzrost liczby ofert.

– Prognozujemy, że w 2024 roku na rynku samochodów używanych utrzyma się stabilizacja, która u naszych zachodnich sąsiadów trwa już od kilku miesięcy. Spodziewamy się też, że nadal będzie postępować odmładzanie floty samochodów używanych. Mamy coraz bardziej restrykcyjne przepisy dotyczące spalin, klienci to słyszą i to między innymi może spowodować, że zainteresowanie starszymi autami będzie trochę spadać – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Molasy, business country manager AAA Auto Polska.

Według raportu „Barometr AAA Auto”, opartego na analizie danych dotyczących sprzedaży aut używanych w komisach, u dealerów i na stronach internetowych, w styczniu br. po raz pierwszy od dwóch lat zmniejszyła się liczba ofert samochodów na polskim rynku wtórnym. Łącznie na sprzedaż oferowano prawie 196 tys. aut z drugiej ręki, co stanowiło spadek o prawie 2,8 tys. względem grudnia ub.r. Powodem tego spadku jest zwiększony popyt, który wynika z korzystnych informacji płynących z rynku finansowego, dotyczących m.in. spadku inflacji oraz wzrostu siły nabywczej klientów, w tym przedsiębiorców. Podobny trend widać również na rynku pierwotnym.

Ze statystyk AAA Auto wynika również, że mediana cen samochodów z rynku wtórnego w styczniu br. wyniosła 33,9 tys. zł (wobec 32,9 tys. zł w grudniu ub.r.), a najdroższe samochody oferowano w województwie mazowieckim (mediana ceny: 41,4 tys. zł.), gdzie w ubiegłym miesiącu pojawiło się też najwięcej ofert sprzedaży samochodów używanych. Pierwsza trójka najpopularniejszych modeli oferowanych na sprzedaż pozostała niezmienna (kolejno: Opel Astra, Audi A4 i Volkswagen Golf), podobnie jak typy napędów. Pierwsze miejsce zajmują samochody z silnikami Diesla (92,57 tys. ofert), a drugie – silniki benzynowe (85,3 tys.). Dalej uplasowały się auta napędzane LPG (11,4 tys. ofert), hybrydowe (4,8 tys.) i elektryczne (1,85 tys.). W styczniu br. na polskim rynku wtórnym znalazły się też trzy oferty sprzedaży samochodów napędzanych ogniwami wodorowymi. 

Najchętniej kupowane są w tej chwili samochody z silnikiem benzynowym, ponieważ silniki Diesla nie dają już dzisiaj tak dużych oszczędności jak kiedyś. Ta różnica w cenie paliwa jest na tyle mała, że koszty serwisowania i eksploatacji takiego samochodu nie zwracają się przy tak niskich przebiegach, które klienci obecnie robią. Dlatego wśród ofert sprzedaży samochodów używanych przodują diesle: więcej klientów chce dziś sprzedać, niż kupić samochody z tymi silnikami – mówi ekspert AAA Auto Polska.

Jak wskazuje, na polskim rynku cały czas sukcesywnie rośnie za to oferta samochodów hybrydowych i elektrycznych. W tej pierwszej grupie w 2023 roku oferowano na sprzedaż 54,3 tys. aut. Liczba wystawionych na sprzedaż elektryków sięgnęła za to prawie 9,7 tys., czyli o 124 proc. więcej niż w 2022 roku. Wraz z liczbą ofert wzrosła także mediana cen – ze 109,3 tys. zł do 132,9 tys. Za taką kwotę można było kupić samochód, którego mediana wieku wynosiła 3,3 lat, a mediana przebiegu 32 tys. km. Zdaniem ekspertów AAA Auto mimo tak dynamicznego wzrostu liczba ofert elektryków wciąż jest niewielka i tak pozostanie jeszcze przez kilka lat. Ożywienie pojawi się wówczas, gdy pierwsi właściciele elektryków kupowanych w ostatnich latach wystawią je na sprzedaż. Ten segment rynku mogą pobudzić także ewentualne rządowe zachęty do zakupu lub użytkowania elektryków.

Myślę, że do elektryków nasz rynek jeszcze trochę nie dorósł. To są wciąż drogie samochody, a infrastruktura sieci ładowania nie jest tak rozwinięta, jak byśmy tego chcieli. Z drugiej strony przebiegi i odległości, które na polskim rynku robimy, są na tyle duże, że elektryczny samochód nie zawsze może być jedynym autem w rodzinie. Natomiast jeśli chodzi o auta hybrydowe, dzisiaj rynek nowych samochodów bardzo mocno idzie w właśnie w ich stronę. Ponad 50 proc. nowych samochodów sprzedaje się jako hybrydy, dlatego szacujemy, że dzięki temu również wtórny rynek w tym segmencie będzie w kolejnych latach rósł – mówi Paweł Molasy.

Z drugiej strony tradycyjne napędy będą zyskiwać wraz ze zbliżającym się 2035 rokiem i unijnym zwrotem w kierunku samochodów bezemisyjnych.

– Samochody nowe będą drożały, do sprzedaży będzie wprowadzanych coraz więcej samochodów elektrycznych, które nie są najtańsze i nie każdy może sobie pozwolić na ich posiadanie. Dlatego my szacujemy, że na nasz rynek wpłynie to pozytywnie i zainteresowanie samochodami spalinowymi, ale używanymi będzie coraz większe – ocenia ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/popyt-na-uzywane,p1340900872

Osteoporoza to problem ponad 2 mln Polaków, głównie kobiet. Może prowadzić do ciężkiego kalectwa i śmierci, ale w Polsce wciąż jest mocno lekceważona

Osteoporoza to mocno lekceważony problem: szacuje się, że w Polsce choruje na nią ok. 2,1 mln osób po 50. roku życia, z czego 1,7 mln to kobiety, jednak tylko 5 proc. z nich jest objętych leczeniem. Wykrywanie tej choroby na odpowiednio wczesnym etapie wciąż stanowi problem, mimo że każdego roku w Polsce dochodzi do ok. 120 tys. złamań, których przyczyną jest właśnie osteoporoza. Aby zmienić te statystyki, potrzebna jest edukacja społeczeństwa. Dlatego właśnie powstała Koalicja „Zmierz się z osteoporozą”, której główny cel to prowadzenie działań edukacyjnych i promowanie profilaktyki wśród osób, u których występuje ryzyko osteoporozy. 

– Osteoporoza jest chorobą, która dotyczy częściej kobiet, szczególnie w okresie pomenopauzalnym, ale też mężczyzn po 70. roku życia. Jest nazywana cichym zabójcą, ponieważ w początkowym okresie nie daje żadnych objawów. Pierwsze symptomy, które mogą na nią wskazywać, to przede wszystkim zmniejszenie wzrostu. Wtedy jest to łagodniejszy, powolny przebieg osteoporozy, polegający na zmniejszeniu wysokości trzonów międzykręgowych, które się zgniatają. Natomiast ostra manifestacja osteoporozy to są złamania niskoenergetyczne, zwykle złamania szyjki kości udowej czy złamania w obrębie nadgarstka – mówi agencji Newseria Biznes prof. Brygida Kwiatkowska, konsultantka krajowa w dziedzinie reumatologii.

Statystycznie na osteoporozę narażona jest co czwarta kobieta powyżej 60. roku życia i co druga, która ukończyła 70 lat. To przewlekła choroba, która rozwija się powoli i powoduje stopniowy, postępujący ubytek masy kostnej, co prowadzi do osłabienia i nadmiernej kruchości kości. Wymaga długotrwałego leczenia, a jej powikłania zagrażają sprawności i życiu chorego oraz mogą prowadzić do kalectwa i śmierci.

Oprócz zaawansowanego wieku czynnikiem ryzyka jest też palenie papierosów i nadużywanie alkoholu, siedzący tryb życia, niedożywienie i niedobór witaminy D. Lekarze wskazują, że najprostszym, wstępnym badaniem przesiewowym w kierunku osteoporozy jest obserwowanie własnego ciała, ponieważ każdy ubytek wzrostu może świadczyć o powolnych, kompresyjnych złamaniach trzonów kręgowych. 

Już kilka centymetrów wskazuje na to, że absolutnie trzeba zrobić badania w kierunku osteoporozy – podkreśla prof. Brygida Kwiatkowska. – Diagnozujemy ją w bardzo prosty sposób, wykonując badanie densytometryczne, czyli badanie gęstości kości, które pokazuje nam, czy mamy do czynienia tylko z osteopenią [obniżoną gęstością – red.], czy już z osteoporozą. To badanie monitoruje nam jakość kości i upoważnia do tego, żeby włączyć ewentualne leczenie. Każda kobieta po 50. roku życia powinna mieć okresowo wykonywane takie badanie.

W Polsce każdego roku dochodzi do ok. 120 tys. złamań, których przyczyną jest właśnie osteoporoza. Z szacunkowych danych wynika, że u niemal jednej na trzy kobiety i jednego na pięciu mężczyzn po 70. roku życia wystąpi złamanie osteoporotyczne. Zdarza się, że następuje ono nawet w następstwie zwykłego kichnięcia, kaszlu czy podparcia się na nadgarstku. Do najczęstszych należą złamania kręgów, złamanie bliższego końca kości udowej, kości promieniowej czy kości ramiennej. Szacuje się, że złamania kręgów występują u co czwartej kobiety po 50. roku życia i u co drugiej w wieku ponad 85 lat. Najgroźniejsze jest złamanie szyjki kości udowej, w wyniku którego ok. 80 proc. pacjentów traci samodzielność i zmaga się ze znacznym kalectwem, a 20–30 proc. umiera w ciągu roku.

Kiedy już dojdzie do jednego złamania, to ryzyko kolejnych jest bardzo duże i wtedy rzeczywiście trzeba bardzo szybko włączać intensywne leczenie – mówi prof. konsultantka krajowa w dziedzinie reumatologii.

Mimo że osteoporoza może mieć poważne konsekwencje, w Polsce wciąż jest lekceważona, a leczeniem objętych jest tylko niecałe 5 proc. spośród 2 mln chorych. W niektórych województwach między 60 a 80 proc. chorych z osteoporozą nie ma postawionego rozpoznania. Aby zmienić te statystyki, potrzebna jest edukacja społeczeństwa. Dlatego właśnie powstała Koalicja „Zmierz się z osteoporozą”, której główny cel to prowadzenie działań edukacyjnych i promowanie profilaktyki wśród osób, u których występuje ryzyko osteoporozy.

– Kampania „Zmierz się z osteoporozą” jest wspólną inicjatywą szerokiego grona ekspertów, firm i instytucji, fundacji, mamy również wsparcie konsultantów krajowych i towarzystw medycznych, Rzecznika Praw Pacjenta, liczne wsparcie mediów. Bardzo szerokie grono zdecydowało się dołączyć do tej kampanii, ponieważ problem osteoporozy jest tematem zaniedbanym. A dane statystyczne pokazują, że jest on bardzo powszechny – podkreśla Magdalena Kołodziej, prezeska Fundacji MY Pacjenci.

Kampania „Zmierz się z osteoporozą” będzie promować świadomość zdrowotną, nakierowaną na profilaktykę i wczesne rozpoznanie osteoporozy, m.in. dzięki regularnej kontroli swojego wzrostu oraz diecie zapewniającej odpowiednią podaż wapnia i witaminy D. Lekarze wskazują bowiem, że najlepszym sposobem na osteoporozę jest zmniejszenie ryzyka jej rozwoju poprzez prawidłowe żywienie – chodzi przede wszystkim o odpowiednią podaż wapnia i witaminy D. Eksperci podkreślają, że w populacji Polski niedobory tych elementów są powszechne – w przypadku witaminy D ma je 80–90 proc. Kolejne warunki to regularna aktywność fizyczna i odstawienie wszelkich używek.

Z drugiej strony kampania ma również zwrócić uwagę opinii publicznej i polityków na konieczność poprawy jakości opieki nad osobami starszymi, narażonymi na złamania kości i ich konsekwencje.

Głównym celem tej kampanii jest zbudowanie społecznej świadomości tego problemu, jakim jest osteoporoza, pokazanie, jak powszechna i poważna jest to choroba, ale też jak możemy jej zapobiegać, diagnozować i ją leczyć – mówi Magdalena Kołodziej. – Aktywności przewidziane w ramach tej kampanii to przekaz poprzez media tradycyjne i społecznościowe. Po Polsce będzie też jeździł specjalny osteobus, w którym każda osoba zainteresowana będzie mogła wykonać specjalistyczne badanie w kierunku osteoporozy, porozmawiać ze specjalistą i wyjaśnić swoje wątpliwości. Z podobnym założeniem będą też organizowane spotkania dla pacjentów w regionach, żeby osoby zainteresowane – szczególnie w grupie ryzyka powyżej 50. roku życia – mogły porozmawiać i dowiedzieć się, czym jest osteoporoza. Przewidujemy również szkolenia dla środowiska medycznego, aby specjaliści mogli uzupełnić wiedzę o tej chorobie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/osteoporoza-to-problem,p1636618393

Polacy przechodzą przyspieszony kurs inwestowania, ale wciąż niewiele wiedzą o rynku kapitałowym. Wypadają pod tym względem gorzej niż Czesi i Słowacy

Blisko 40 proc. Polaków przed 45. rokiem życia ma doświadczenie związane z inwestowaniem. Nie przekłada się to jednak na wiedzę o mechanizmach rynkowych – wynika z badania Indeksu Kompetencji Inwestycyjnych, przeprowadzonego na zlecenie platformy inwestycyjnej Portu. Chociaż z powodu rekordowo wysokiej inflacji w ostatnich dwóch latach Polacy przeszli przyspieszony kurs z obszaru inwestowania, to pozostajemy z naszą wiedzą w tyle za Czechami i Słowakami.

– Polacy posiadają rosnącą wiedzę o inwestowaniu. Tak wynika z Badania Kompetencji Inwestycyjnych Portu, natomiast nadal jest kilka aspektów, gdzie tej wiedzy brakuje. Polacy poradzili sobie całkiem nieźle w obliczeniach matematycznych w porównaniu do innych krajów, bo badanie przeprowadzaliśmy również w Czechach i na Słowacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mikołaj Raczyński, prezes zarządu Portu Poland. – Tam, gdzie tej wiedzy trochę zabrakło, to były bardziej specyficzne pytania odnośnie do inwestowania na rynkach kapitałowych, na giełdzie, w akcje czy w obligacje. Tutaj ewidentnie jest jeszcze duże pole do poprawy.

Indeks Kompetencji Inwestycyjnych obejmuje ważne obszary wiedzy inwestycyjnej: wpływ inflacji, stosunek zysku do ryzyka, matematykę finansową, procent składany, regułę dywersyfikacji i wpływ kursu walut. Jest on realizowany przez Portu cyklicznie od trzech lat w Czechach i na Słowacji. W tym roku po raz pierwszy zbadano jego wartość dla Polski. Ogółem w 10 pytaniach wchodzących w skład indeksu Polacy uzyskali 42 proc. poprawnych odpowiedzi. To wyniki podobne do Słowaków (mieli oni o 7,4 proc. więcej prawidłowych odpowiedzi), ale znacznie jednak gorsze niż wśród Czechów (o 37,8 proc. więcej prawidłowych odpowiedzi).

Polacy relatywnie dobrze poradzili sobie z pytaniami o profilu matematycznym, czyli z obliczeniami na procentach, mechanizmem procentu składanego, oraz pytaniem o podatki (rozliczanie podatkowe papierów wartościowych). Znacznie gorzej na tle innych krajów wypadliśmy w pytaniach o wpływ inflacji, różnicę pomiędzy inwestowaniem w poszczególne instrumenty czy o ubezpieczenie przeciwko spadkom na rynku akcji.

 W badaniu Polacy uplasowali się na trzecim miejscu, natomiast prawie udało się doścignąć wyniki na Słowacji. To jest w miarę zbieżne z tym, co pokazują inne badania na temat tego, jak obywatele, gospodarstwa domowe alokują swoje środki, w jakie klasy aktywów, jak próbują walczyć z inflacją. Rzeczywiście w wielu badaniach wychodzi również, że Czesi więcej korzystają z dobrodziejstw rynków kapitałowych i inwestowania – wskazuje Mikołaj Raczyński. – Liczymy na to, że w kolejnych latach, kiedy będziemy również powtarzać to badanie, indeks kompetencji dla Polski będzie gonił rywali zza południowej granicy.

W grupie osób poniżej 45 lat niemal 40 proc. deklaruje się jako osoby z pewnym doświadczeniem w inwestowaniu. Największe doświadczenie mają osoby z pokolenia milenialsów (w wieku 36–45 lat), a wśród osób w wieku 18–25 lat takiej odpowiedzi udziela niemal co czwarty. Zdaniem ekspertów Portu duży odsetek młodych inwestorów to dobry prognostyk na przyszłość.

Największy odsetek respondentów uznał siebie za „raczej doświadczonych” i to ta grupa osób uzyskała najlepszy wynik (o 21,4 proc. więcej prawidłowych odpowiedzi niż średnia). Z drugiej jednak strony osoby, które określiły siebie „bardzo doświadczonymi”, uzyskały wynik tylko trochę lepszy od osób „zupełnie niedoświadczonych”, co oznacza, że za doświadczeniem nie idzie wiedza o mechanizmach działania rynku i poszczególnych instrumentów.

Eksperci podkreślają, że to wysoka inflacja, dochodząca w szczycie do blisko 20 proc., wymusiła na Polakach ekspresową edukację w zakresie inwestowania, szczególnie przeciwdziałania utracie wartości pieniądza w czasie. Za kolejnymi inwestorskimi decyzjami musi iść jednak dalszy wzrost wiedzy na ten temat, żeby doświadczenia te nie okazały się dla Polaków bolesne.

Dla ok. 30 proc. badanych remedium na brak doświadczenia inwestycyjnego może być robodoradztwo. Ten termin odnosi się do platform inwestycyjnych, gdzie zaprogramowany system algorytmów dobiera portfel i wspiera jego zarządzanie zgodnie z preferencjami inwestora.

 Polacy coraz bardziej zastanawiają się, jak można wykorzystać nowe technologie, o których coraz więcej słyszymy w różnych dziedzinach życia, również w kwestii inwestowania. Natomiast tutaj jeszcze jest dużo do zrobienia w kontekście wytłumaczenia Polakom, na czym polegają te nowe technologie w inwestowaniu – mówi dyrektor generalny Portu w Polsce.

Na czym polega robodoradztwo, wie zaledwie 12 proc. Polaków. Dla prawie 60 proc. badanych to nowe określenie. Jednocześnie jednak narzędzie cieszy się dużym zainteresowaniem – niemal połowa chce zacząć z niego korzystać, mimo braku pełnej wiedzy. Zdaniem respondentów robodoradcy mogą przełamać bariery w inwestowaniu – przede wszystkim niewystarczający poziom wiedzy o inwestowaniu oraz obawę przed stratą kapitału (po 38 proc.).

Wśród korzyści, jakie płyną z robodoradztwa, badani wskazywali przede wszystkim możliwość rozpoczęcia inwestycji bez rozległej wiedzy o tej tematyce (36 proc. odpowiedzi), oszczędność czasu inwestora (29 proc.), upraszczanie czynności związanych z obsługą konta i możliwość równoważenia portfela bez konieczności nakładu pracy inwestora (po ok. 25 proc.).

– Jeżeli wiedza i chęć inwestowania będzie rosnąć, to Polacy będą kierować swoją uwagę w kierunku nowoczesnych platform inwestycyjnych czy właśnie robodoradztwa – przewiduje Mikołaj Raczyński.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-przechodza,p852093147

Możliwość kupienia alkoholu podczas meczów może zwiększać ryzyko agresywnych zachowań kibiców. Skala takich przypadków okazuje się jednak marginalna

Zatłoczenie stadionu, rozgrywka w miejscach o wyższej stopie bezrobocia i kiepskie wyniki drużyny gospodarzy – to czynniki, które wpływają na nasilenie aspołecznych i agresywnych zachowań podczas meczów piłki nożnej w większym stopniu niż możliwość kupienia alkoholu podczas takiej imprezy. Bezpieczeństwo niekoniecznie jest więc argumentem, którym można uzasadniać wprowadzenie zakazu sprzedaży i konsumpcji napojów alkoholowych na stadionach. Zdaniem naukowców, którzy przeanalizowali zachowania kibiców w Brazylii, dużo ważniejsza niż zakazy jest dyskusja o skutkach przemocy i promowanie sportu jako pozbawionej przemocy rozrywki.

Badacze z Leeds Beckett University w Wielkiej Brytanii przeanalizowali ponad 4,5 tys. meczów pierwszej i drugiej ligi w Brazylii (nie brali pod uwagę zachowań przed meczami i po ich zakończeniu). To kraj, gdzie piłka nożna jest uważana za sport narodowy. Przez wiele lat obowiązywał tam zakaz sprzedaży alkoholu na stadionach piłkarskich, który jednak został zniesiony na czas rozgrywających się w Brazylii Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2014 roku. Spokojny przebieg rozgrywek skłonił niektóre miasta i stany do całkowitego zniesienia zakazu.

Mieliśmy możliwość przeprowadzenia eksperymentu w naturalnych warunkach w miastach, w których spożycie alkoholu na meczach zostało dopuszczone, i w tych, w których obowiązywał zakaz, następnie porównania wyników i przekonania się, czy sprzedaż ma wpływ na poziom przemocy – mówi agencji Newseria Innowacje Thadeu Gasparetto z Leeds Beckett University. – Skategoryzowaliśmy zachowania antyspołeczne w różnych grupach, od najbardziej skrajnych do najmniej poważnych zachowań. Na przykład zamieszki czy wtargnięcie na boisko są dużo bardziej agresywne niż krzyki czy rzucanie przedmiotów na murawę.

Naukowcy zauważyli wprawdzie, że sprzedaż napojów alkoholowych jest statystycznie powiązana z aspołecznymi zachowaniami kibiców piłki nożnej w Brazylii, ale traci ona na znaczeniu, gdy do modelowania dodane zostaną inne czynniki, między innymi takie jak miejsce rozgrywania spotkania.

– Na meczach z dopuszczoną sprzedażą alkoholu zaobserwowano istotnie więcej poważnych zachowań antyspołecznych. Należy jednak pamiętać, że skala tych zdarzeń była bardzo mała. Tylko na 5 proc. meczów zaobserwowano zachowania antyspołeczne. Ustaliliśmy, że w przypadku dużego zatłoczenia stadionu i złych wyników drużyny gospodarzy prawdopodobieństwo poważniejszych zachowań antyspołecznych wzrasta. W związku z tym nie możemy tworzyć powiązań ani zakładać, że alkohol jest jedynym czynnikiem wyzwalającym przemoc, ponieważ nie jest to prawdą. Może on prowadzić do pewnych negatywnych skutków, ale ich skala jest bardzo niewielka i nie uzasadnia stwierdzenia, że nie można sprzedawać alkoholu, w tym przypadku piwa, na meczach piłki nożnej – mówi Thadeu Gasparetto.

Tylko podczas 245 z 4,5 tys. przeanalizowanych meczów doszło do co najmniej jednego aspołecznego zachowania kibiców.

Bardzo ciekawe badanie opublikowano w 2022 roku. Jego wyniki wskazywały, że dopuszczenie sprzedaży alkoholu w USA podczas uniwersyteckich zawodów futbolowych przyczyniło się do spadku określonych wykroczeń, na przykład naruszeń przepisów dotyczących spożycia alkoholu i zakłócania porządku publicznego. Wyjaśnienie zaproponowane przez autora było takie, że kibice, którzy chcieli się napić, spożywali mniejszą ilość alkoholu i rozkładali konsumpcję w czasie, zamiast wypijać naraz dużą ilość przed meczem. Dlatego niektóre zachowania antyspołeczne uległy ograniczeniu mimo dopuszczenia sprzedaży alkoholu podczas meczów. Taki wynik wydaje się nieintuicyjny, jednak jest bardzo interesujący i pouczający – zauważa badacz z Leeds Beckett University w Wielkiej Brytanii.

Jak podkreśla, wszystkie te okoliczności muszą być brane pod uwagę przez decydentów przy podejmowaniu decyzji o dopuszczeniu bądź zakazaniu sprzedaży alkoholu na stadionach piłkarskich. Ważne są też uwarunkowania właściwe dla danego kraju czy miasta.

Decydenci i twórcy strategii politycznych powinni zwiększać świadomość negatywnych aspektów spożycia alkoholu i tego, że może on prowadzić do agresywnych zachowań, w tym przypadku u kibiców sportowych, jednak musimy zrozumieć, że spożycie alkoholu ma silne uwarunkowania kulturowe w wielu społeczeństwach. W tym sensie picie alkoholu nie jest bezpośrednio związane z przemocą – może poprawić atmosferę meczu, przyczynić się do lepszej frekwencji, przynieść wyższe przychody klubom. Musimy znaleźć równowagę między pozytywnymi i negatywnymi aspektami i uświadomić ludziom, że problemem jest przemoc sama w sobie. Jest wiele innych aspektów,  o których organizatorzy rozgrywek ligowych, rządy i kluby muszą lepiej informować kibiców i podkreślać, że chodzi o odrzucenie przemocy, zamiast mówić o zaprzestaniu spożywania określonych wyrobów – postuluje Thadeu Gasparetto.

Zdaniem naukowców problem związany z agresją u kibiców sportowych nie wymaga więc ustalania polityki dotyczącej zakazywania lub dopuszczania sprzedaży alkoholu, lecz edukacji na temat przyczyn i skutków przemocy.

– Idźmy na mecz i dzielmy się sportowymi emocjami z przyjaciółmi, rodzinami, współpracownikami, kibicujmy swojej drużynie, pamiętając, że chodzi tu o sport. Myślę, że to kluczowy element, jeśli chodzi o rozwiązanie problemu przemocy wśród kibiców piłki nożnej i ogólnie w sporcie – uważa ekspert. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mozliwosc-kupienia,p1985639304

Polska Akademia Nauk wymaga reform organizacyjnych i finansowych. W ubiegłym roku 40 proc. pracowników w instytutach zarabiało poniżej płacy minimalnej

– W ubiegłym roku aż 40 proc. pensji w instytutach PAN było poniżej minimalnej pensji i trudno było nam przekonać młodych ludzi, że ścieżka rozwoju naukowego jest tym, co powinni w życiu robić – mówi prezes PAN prof. Marek Konarzewski. Wskazuje, że zapisana w budżecie na ten rok kwota 180 mln zł dotacji pozwoli zaledwie na zrekompensowanie podwyżek kosztów utrzymania potencjału badawczego instytutów. Żeby mówić o dalszym rozwoju PAN, trzeba wrócić do rozmów o finansowaniu, ale także o zmianach organizacyjnych w tej instytucji. Reformę PAN zapowiedział już minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek.

 Polska Akademia Nauk potrzebuje reform z wielu względów, a tym zasadniczym jest oczekiwanie, że jej struktury będą bliżej ze sobą współpracować. Przypomnę, że akademia składa się z dwóch zasadniczych filarów: pierwszym jest korporacja złożona z 350 uczonych, wybieranych w bardzo konkurencyjny sposób. To jest elita polskiej nauki – tylko jeden na średnio 100 profesorów dostępuje zaszczytu wyboru do akademii. Natomiast drugim jej filarem jest 70 instytutów naukowych PAN. Bardzo nam zależy, żeby reformy doprowadziły do zwiększenia widzialności akademii i jej pozycjonowania w świecie nauki – nie tylko w kraju, ale przede wszystkim za granicą – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Konarzewski.

Projekt nowej ustawy o PAN, który powstał w akademii, został złożony w Ministerstwie Edukacji i Nauki pod koniec marca 2023 roku. Nad alternatywną reformą pracował zespół byłego ministra Przemysława Czarnka, ale żaden z projektów nie został przedłożony w Sejmie. Po grudniowej zmianie rządu temat reformy PAN wrócił – ponownie poruszył go minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek, który w ubiegłym tygodniu spotkał się z Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

– Dla nas to było wydarzenie historyczne, bo po raz pierwszy od co najmniej ośmiu lat konstytucyjny minister odpowiedzialny za naukę wziął udział w posiedzeniu prezydium – podkreśla prezes PAN. – Minister zapewnił nas, że procedowanie projektu ustawy o Polskiej Akademii Nauk będzie dla niego priorytetem i że dokona się to w tym roku. Ta zapowiedź była dla nas niebywale ważna, bo oznacza, że do końca tego roku – miejmy nadzieję – będziemy mieli już nową ustawę i będziemy pod jej rządami dalej prowadzić reformy akademii.

Wcześniej mają się odbyć w tej sprawie szerokie konsultacje ze środowiskami związanymi z PAN.

– Podstawowe zmiany w ustroju Polskiej Akademii Nauk będą się sprowadzały do tego, że Zgromadzenie Akademii – czyli jej najwyższy organ – będzie się składać zarówno z korporantów, czyli z członków Polskiej Akademii Nauk, jak również z dyrektorów instytutów PAN i to poszerzone grono będzie wspólnie wybierać prezesa akademii. Do tej pory był on wybierany wyłącznie głosami korporantów, w związku z czym ten drugi filar, bardzo istotny, nie był obecny przy wyborze jej władz – mówi prof. Marek Konarzewski. – Z drugiej strony bardzo zależy nam też na poszerzeniu kompetencji części korporacyjnej akademii, członków PAN, w taki sposób, aby mogli mieć oni bezpośredni wpływ na ocenę merytoryczną, naukową instytutów i żeby to była ocena wiążąca. Obecnie jesteśmy w punkcie, gdzie formułujemy pewne rekomendacje względem instytutów i one mogą być, ale nie muszą być przyjęte przez dyrekcje tych podmiotów. Wedle naszego projektu te rekomendacje byłyby wiążące.

Reforma Polskiej Akademii Nauk ma pozwolić na uporządkowanie jej organizacji i wewnętrznych struktur, ale też umożliwić szersze pozyskiwanie funduszy – stosownie do potencjału naukowego, jakim dysponują instytuty PAN. Reforma jest także jednym z kamieni milowych, których spełnienie umożliwi akademii pozyskanie środków z Krajowego Planu Odbudowy. Pod rządami obecnej ustawy akademia i część jej jednostek nie mają możliwości aplikowania o projekty unijne i krajowe.

W kwestii finansów padły też inne deklaracje. MNiSW zapowiedziało zwiększenie finansowania instytutów PAN o 180 mln zł. Jak podkreśla prezes tej instytucji, zostaną one przeznaczone na pokrycie rosnących kosztów utrzymania potencjału badawczego instytutów.

– Zeszły rok pod tym względem był dramatyczny, ponieważ bardzo mocno wzrosły koszty mediów, eksploatacji aparatury naukowej i dochodziło do tego, że w wielu instytutach, szczególnie tych eksperymentalnych, trzeba było tę aparaturę wyłączać. To jest prosta droga do tego, żeby zatrzymywać badania naukowe, a wtedy samo funkcjonowanie instytutów staje pod znakiem zapytania – przestrzega prezes Polskiej Akademii Nauk. – Trzeba jednak jasno powiedzieć, że 180 mln zł to kwota ratunkowa, która sprawi tylko tyle, że oddali od nas widmo kolejnego ograniczenia aktywności. A my powinniśmy przecież mówić o rozwoju. Aby ten rozwój się dokonywał, będziemy musieli niestety wrócić do rozmowy o finansowaniu, bo kwoty, które będą to umożliwiać, są znacznie wyższe niż 180 mln zł.

Ważną zapowiedzią dla PAN i jej instytutów jest także ta dotycząca wzrostu o 30 proc. wynagrodzeń dla pracowników naukowych i o 20 proc. dla pracowników nienaukowych. Podwyżki zostały wpisane do tegorocznego budżetu i mają obowiązywać od 1 stycznia. Zdaniem prezesa PAN to dobry krok w kierunku poprawy nie najlepszej sytuacji kadrowej.

W ubiegłym roku aż 40 proc. pensji w instytutach PAN było poniżej minimalnej pensji. Wynikało to głównie z faktu, że ze względu na ograniczone finansowanie wzrost płac nie nadążał za wzrostem pensji minimalnej. Po prostu brakowało nam pieniędzy na to, żeby wyrównać różnicę między tym, co mogliśmy zaoferować, a tym, co nakładały na nas przepisy, choć wielokrotnie rozmawiałem na temat tej sytuacji z byłym już kierownictwem Ministerstwa Edukacji i Nauki – mówi prof. Marek Konarzewski. – W tej sytuacji trudno było przekonać młodych ludzi, że ścieżka rozwoju naukowego jest tym, co powinni w życiu robić. Mamy nadzieję, że regulacje i wzrost płac, którego oczekujemy w tym roku, przynajmniej na jakiś czas tę sytuację zniwelują i że młodzi ludzie ponownie będą postrzegali pracę w instytutach PAN jako atrakcyjną ścieżkę kariery, która będzie ich utrzymywać w nauce. A przez to będziemy w stanie utrzymać potencjał intelektualny i ekspercki naszego środowiska i służyć rozwojowi kraju.

W ramach PAN działa najmocniejsza w kraju sieć badawcza złożona z 70 instytutów. Prowadzą one projekty w niemal wszystkich dziedzinach naukowych, tworzą wynalazki i patenty i są wizytówką polskiej nauki. Pracuje w nich ponad 9,5 tys. osób, w tym prawie 4,3 tys. badaczek i badaczy. W ramach instytutów PAN działa też osiem Centrów Doskonałości Naukowej Dioscuri – międzynarodowych grup badawczych wspieranych przez niemieckie Towarzystwo Maxa Plancka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-akademia-nauk,p1358545110

Ochrona danych osobowych na coraz wyższym poziomie. Zarówno świadomość, jak i przepisy wymagają jednak poprawy

– Stale wzrasta wiedza o tym, że ochrona danych osobowych jest nam przynależna, że jest naszym prawem podstawowym i że administratorzy muszą to respektować – mówi Monika Krasińska z Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Jednak zarówno w kwestii świadomości na temat bezpieczeństwa naszych danych, jak i przestrzegania przepisów prawa jest w Polsce jeszcze wiele do zrobienia – przypominają eksperci z okazji obchodzonego 28 stycznia Dnia Ochrony Danych Osobowych. Część z przepisów zresztą wymaga zmian. Administratorzy i inspektorzy ochrony danych osobowych zgłaszają bowiem sprzeczności między krajową legislacją a unijnym rozporządzeniem GDPR.

– Coraz lepiej radzimy sobie z ochroną danych osobowych nas dotyczących, co wynika też z coraz większej świadomości w tej kwestii – mówi agencji Newseria Biznes Monika Krasińska, dyrektorka Departamentu Orzecznictwa i Legislacji Urzędu Ochrony Danych Osobowych. – Dużo dobrego zrobiła w tym zakresie polityka edukacyjna organów nadzorczych, w tym polskiego organu ochrony danych osobowych, jak i Europejskiej Rady Ochrony Danych Osobowych czy Europejskiego Rzecznika Ochrony Danych Osobowych. Zaczynamy też mówić jednym językiem wraz z innymi rzecznikami ochrony prywatności i tutaj istotna jest rola orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Te sądy wyznaczają kierunek właściwej interpretacji przepisów i pokazują, na jakie wartości, jakie zagadnienia powinien być kładziony większy nacisk ze strony organów nadzorczych i samych administratorów.

Wyrazem rosnącej świadomości Polaków w kwestii ochrony ich danych osobowych jest m.in. sukcesywny wzrost zapytań kierowanych do administratorów danych oraz skarg składanych do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. W 2022 roku do UODO zgłoszono ich blisko 13 tys., podczas gdy dwa lata wcześniej było ich 7,5 tys. Ta rosnąca od kilku lat, od kiedy weszły w życie przepisy unijnego rozporządzenia RODO, liczba zgłaszanych naruszeń pokazuje, że Polacy mają coraz większą wiedzę odnośnie do przysługujących im praw.

Świadomość rośnie także dzięki działaniom edukacyjnym inspektorów ochrony danych osobowych. To są lokalni rzecznicy, którzy w środowiskach przetwarzania pełnią niebagatelną rolę – są opiniodawcami pewnych procesów dla administratorów, kontrolują te procesy, są punktem kontaktowym dla osób, których te dane dotyczą. Są też tymi, którzy podpowiadają i współpracują z organem ochrony danych osobowych. Jako UODO bardzo chwalimy sobie tę współpracę, bo to właśnie dzięki wiedzy i kompetencjom inspektorów ochrony danych administratorzy coraz lepiej znają swoje obowiązki i podążają właściwymi ścieżkami przetwarzania danych osobowych – mówi Monika Krasińska.

Mimo postępów, wciąż dużo jest do zrobienia zarówno w sektorze publicznym, jak i w sektorze prywatnym, gdzie istnieje potrzeba większej przejrzystości procesu przetwarzania danych osobowych. W 2022 roku w wyniku przeprowadzonych przez UODO z urzędu 59 postępowań administracyjnych dotyczących naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych, wydano 25 decyzji administracyjnych. W 19 przypadkach urząd zdecydował się skorzystać z uprawnienia do nałożenia administracyjnych kar pieniężnych, nakładając na 20 podmiotów w sumie ponad 7,8 mln zł. Pod koniec ubiegłego roku głośną sprawą było nałożenie maksymalnej kary 100 tys. zł na Ministerstwo Zdrowia za ujawnienie danych o stanie zdrowia osoby prywatnej.

– Często dostrzegamy, że w marketingu cały czas dochodzi do nadużyć związanych z nierespektowaniem sprzeciwu osób, których dane osobowe dotyczą – mówi dyrektorka Departamentu Orzecznictwa i Legislacji Urzędu Ochrony Danych Osobowych. – Z ogromem wyzwań mierzy się też sektor bankowy, ponieważ przy stosowaniu nowych technologii dochodzi do profilowania, automatycznego przetwarzania danych osobowych, a nie zawsze osoby, których one dotyczą, mają pełną wiedzę o zakresie przetwarzania tych danych, chociażby w celu podjęcia wobec nich negatywnej decyzji kredytowej. Cały czas dochodzi też do nieuprawnionego pozyskiwania danych poprzez praktyki kopiowania różnego rodzaju dokumentów, chociażby dokumentów tożsamości – mimo że taka praktyka nie wynika z przepisów i cele, dla których te rozwiązania są stosowane, wcale nie wymagają tego rodzaju procesów.

Problemem jest też fakt, że administratorzy nie do końca rzetelnie przeprowadzają analizę ryzyka, przez co zastosowane przez nich zabezpieczenia techniczne i organizacyjne bywają nieadekwatne do faktycznych zagrożeń. Często zdarza się też, że administratorzy danych osobowych pozyskują je w zakresie szerszym, niż wynika to z realizowanej przez nich działalności.

– To też stanowi naruszenie zasad ochrony danych osobowych, chociażby zasady minimalizacji – mówi Monika Krasińska. – Bardzo często przesyłane do UODO akty do zaopiniowania nie podlegają ocenie skutków dla ochrony danych osobowych, czyli pogłębionej refleksji na temat zgodności zamysłów legislacyjnych z przepisami o ochronie danych osobowych, a wiele z aktów w ogóle nie jest konsultowanych, co także nie sprzyja budowaniu odpowiedniej jakości prawa. Ale też wiele resortów dostrzegło ten ogrom zadań i wyzwań nałożonych przez rozporządzenie o ochronie danych osobowych i konsultując z UODO różne rozwiązania przed wdrażaniem, chociażby dużych systemów informatycznych, teleinformatycznych, przed zbudowaniem gigantycznych baz.

Jak podkreśla, w polskim prawodawstwie wciąż potrzeba szeregu zmian dotyczących zasad stosowania ochrony danych osobowych. Mimo że proces dostosowywania krajowej legislacji do unijnych wymogów w tym obszarze został zainicjowany już kilka lat temu i działa sprawnie, to cały czas są przepisy, które czekają na ich poprawienie.

– Sygnalizują nam to nie tylko inspektorzy ochrony danych, ale także sami administratorzy, którzy czasami znajdują się w głębokim impasie pomiędzy stosowaniem przepisów krajowych a stosowaniem rozporządzenia o ochronie danych osobowych. To nie powinny być dwa różne brzegi, tutaj musimy mówić jednym głosem, wytyczając administratorom przejrzysty, rzetelny wzorzec postępowania w zakresie ich praw i obowiązków. Tego oczekują od nas także osoby, których dane dotyczą – podkreśla ekspertka UODO.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Krajowego Rejestru Długów i serwisu ChronPESEL.pl pod patronatem UODO, większość Polaków pytana co wchodzi w skład danych osobowych, wskazuje przede wszystkim PESEL (92 proc.), a dopiero potem imię i nazwisko (90 proc.) czy adres zamieszkania (84 proc.). Tymczasem dane osobowe, które identyfikują użytkownika, to też cały ślad pozostawiony online: od numeru karty kredytowej i danych logowania do rachunków bankowych po historię przeglądarki, historię leczenia czy dokonywanych zakupów. Takie informacje mogą zostać wykorzystane np. do profilowania, które będzie działać na szkodę użytkownika, określenia osobowości, stylu życia, stanu zdrowia czy zainteresowań danej osoby. Mogą też posłużyć cyberprzestępcom np. do włamania na konto bankowe albo ukierunkowanych ataków phishingowych.

Z badań BIK wynika, że 43 proc. osób w wieku od 18 do 44 lat oraz 29 proc. powyżej 45. roku życia miało w ubiegłym roku styczność z co najmniej jedną próbą wyłudzenia danych. Drugim poważnym zagrożeniem są wycieki danych z firm i instytucji. Tymczasem średnio co piąty Polak nie wie, jakie zagrożenia wiążą się z wyciekiem danych osobowych („Cyberbezpieczeństwo Polaków 2023”). Przeprowadzone w 2022 roku badanie KRD i ChronPESEL.pl pokazało również, że ponad 80 proc. Polaków nie wie, w ilu miejscach znajdują się ich dane osobowe, a 70 proc. z uważa, że nie jest w stanie zapewnić im należytej ochrony.

W Polsce co roku 28 stycznia obchodzony jest Dzień Ochrony Danych Osobowych, który został ustanowiony w rocznicę sporządzenia Konwencji Rady Europy z 28 stycznia 1981 roku w sprawie ochrony osób w zakresie zautomatyzowanego przetwarzania danych osobowych. To najstarszy akt prawny o zasięgu międzynarodowym, który kompleksowo reguluje zagadnienia związane z ochroną danych osobowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ochrona-danych-osobowych,p458960356

Małe i średnie firmy mogą dostać unijne dofinansowanie do ochrony własności intelektualnej. Polscy przedsiębiorcy wśród najbardziej zainteresowanych tym wsparciem w UE

W poniedziałek ruszyła kolejna edycja Funduszu MŚP. Mikro-, małe i średnie firmy z UE mogą w nim uzyskać dofinansowanie do opłat urzędowych związanych z ochroną własności przemysłowej, czyli m.in. z rejestracją znaków towarowych i wynalazków. Dotyczy to zarówno ochrony na terenie Polski, jak i w całej UE. Dopłata wynosi w zależności od wybranego bonu od 1 tys. do 3,5 tys. euro. Z dofinansowania mogą skorzystać także firmy ukraińskie. Poprzednia edycja SME Fund cieszyła się dużym zainteresowaniem krajowych podmiotów – były drugą po Hiszpanach najliczniejszą grupą wśród wnioskujących o dofinansowanie.

– Ruszyła nowa edycja programu SME Fund, pozwalająca na ubieganie się o dofinansowanie kosztów ochrony własności intelektualnej. Przedsiębiorcy mogą uzyskać zwrot opłat urzędowych za rejestrację znaków towarowych, wzorów przemysłowych, wynalazków czy nowych odmian roślin. Program wystartował 22 stycznia i od tego momentu można aplikować o środki – mówi agencji Newseria Biznes Monika Chrobak z Departamentu Innowacyjności i Komunikacji w Urzędzie Patentowym RP, który prowadzi działania informacyjne i zaprasza MŚP do aplikowania o środki.

Z programu mogą korzystać przedsiębiorcy mający swą siedzibę na terytorium UE oraz Ukrainy. Ilość środków jest ograniczona – budżet przeznaczony na tegoroczną edycję wynosi 20 mln euro – więc decyduje kolejność zgłoszeń. Instytucją zapewniającą ten grant jest Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO).

– Procedura jest bardzo prosta i przyjazna dla przedsiębiorców, wystarczy się zarejestrować na stronie Urzędu Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej. Jest przygotowana specjalna podstrona w języku polskim, która prosto wyjaśnia zasady ubiegania się o tę dotację – mówi Monika Chrobak.

Wniosek może złożyć właściciel, pracownik lub upoważniony przedstawiciel działający w imieniu firmy. Dotacje przyznawane są MŚP, a zwrot kosztów jest przekazywany bezpośrednio na wskazany przez przedsiębiorcę rachunek bankowy. W związku z rosyjską agresją na Ukrainę program został również udostępniony mikro-, małym i średnim firmom z Ukrainy, które zarejestrowały działalność gospodarczą w Polsce, oraz tym, które mają taki status w Ukrainie.

Fundusz MŚP oferuje cztery różne vouchery, umożliwiające ubieganie się o zwrot kosztów działań związanych z własnością intelektualną. Wśród nich są bony na zgłoszenie nowych znaków towarowych i wzorów przemysłowych, w ramach których firma może uzyskać zwrot 75 proc. opłat za zgłoszenie w ramach procedury krajowej w państwach członkowskich UE lub do EUIPO oraz zwrot 50 proc. opłat w przypadku zgłoszenia poza obszarem UE, czyli do Światowej Organizacji Własności Intelektualnej (WIPO). W ramach tego vouchera do zdobycia jest maksymalnie 1 tys. euro. W przypadku bonu na zgłoszenie wynalazków unijni i ukraińscy przedsiębiorcy mogą uzyskać zwrot do 3,5 tys. euro, przy progach 75 i 50 proc. w zależności od miejsca zgłoszenia. Z kolei na zgłoszenie nowych odmian roślin do Wspólnotowego Urzędu Ochrony Odmian Roślin (CPVO) przedsiębiorcy przysługuje do 1,5 tys. euro zwrotu. W II kwartale br. zostanie udostępniony czwarty voucher – IP Scan.

Polska w zestawieniu krajów aplikujących o to dofinansowanie wypada bardzo dobrze. Jesteśmy na drugiej pozycji, zaraz za Hiszpanią. W zeszłym roku było ponad 4 tys. zgłoszeń z Polski, a subwencja przyznana polskim przedsiębiorstwom wynosiła ponad 1,7 mln euro – mówi ekspertka UPRP.

To świadczy o tym, że wiedza na temat ochrony własności przemysłowej i korzyści z tym związanych jest wśród polskich firm coraz większa.

To przede wszystkim oszczędność finansów i korzyści wizerunkowe. Badania pokazują, że małe i średnie przedsiębiorstwa, które posiadają ochronę przedmiotu własności intelektualnej, generują o 68 proc. wyższy dochód w przeliczeniu na pracownika od firm, które takiej ochrony nie mają. Co więcej, ich pracownicy też są lepiej wynagradzani. Potwierdzają to badania prowadzone przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej – wyjaśnia Monika Chrobak. – W erze cyfryzacji ochrona własności intelektualnej jest kluczowa. Pozwala przedsiębiorcom uniknąć kopiowania ich produktów i wykorzystania w złym celu. Mają legalne narzędzie pozwalające im chronić unikalne pomysły i rozwiązania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/male-i-srednie-firmy,p1749146974

Rosnące koszty życia powodują coraz większą presję na wzrost wynagrodzeń. Inflacja i spowolnienie gospodarcze wśród największych globalnych wyzwań na najbliższe dwa lata

W zestawieniu globalnych ryzyk na najbliższe dwa lata znalazły się dwa czynniki ekonomiczne – inflacja i spodziewane spowolnienie gospodarcze – wynika z „Global Risks Report 2024”. Z tymi wyzwaniami wiąże się szereg problemów gospodarczo-społecznych, m.in. rosnące koszty życia, presja na podwyżki czy walka o talenty na rynku pracy. Obawy z tym związane to codzienność również polskich firm. Eksperci podkreślają, że na to wszystko nakłada się poważne długoterminowe wyzwanie, czyli niekorzystne zmiany demograficzne.

– W tegorocznym raporcie „Global Risk Report 2024” wskazano 10 głównych globalnych ryzyk. Pojawiły się wśród nich zjawiska i wyzwania, które są nam świetnie znane. Po pierwsze, inflacja – myślę, że w polskiej skali ona jest nawet bardziej dotkliwa niż w wielu innych krajach. Po drugie, przepowiadany kryzys ekonomiczny i trzecia rzecz, czyli polaryzacja społeczna – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Nowak z zespołu Mercer Marsh Benefits.

Wśród największych ryzyk na kolejne dwa lata inflacja znalazła się na siódmym, a spowolnienie ekonomiczne na dziewiątym miejscu. Jednak to polaryzacja społeczna budzi większe obawy – została sklasyfikowana przez globalnych ekspertów ds. ryzyka, decydentów i liderów biznesu na trzeciej pozycji. Z kolei wśród wyzwań na następną dekadę zajmuje dziewiąte miejsce. Nieco wyżej – na siódmej pozycji – znalazła się niekontrolowana imigracja.

– Z lokalnej perspektywy te wszystkie polskie, unikalne ryzyka znajdują swój wyraz w tych globalnych – mówi ekspert Mercer Marsh Benefits. – Pomijając Węgry, Polska jest państwem UE, które ciągle ma bardzo wysoką inflację – przez długi czas byliśmy w pierwszej trójce, teraz ta sytuacja nieco się polepszyła. Trzeba jednak pamiętać, że w 2024 roku inflacja na poziomie 6-proc. czy niższa wcale nie musi być nam dana, ponieważ nadal mamy strefę, w której to rząd administruje cenami i wpływa na ich wysokość. Mam tu na myśli przede wszystkim VAT na żywność i ceny energii. Dlatego tutaj cały czas możemy mówić o dużym zagrożeniu – mówi Krzysztof Nowak.

W Polsce szczyt inflacji przypadł na luty 2023 roku, kiedy przyspieszyła do 18,4 proc. (najwyższy odczyt od grudnia 1996 roku). Według prognoz banku centralnego w tym roku ma ona wynieść 4,6 proc. (NBP, „Raport o inflacji – listopad 2023”), jednak wielu ekonomistów sceptycznie podchodzi do tego scenariusza, prognozując na ten rok inflację zbliżoną do 6 proc.

Ryzykiem ściśle powiązanym z inflacją jest sytuacja na rynku pracy, wzrost kosztów życia i presja na wzrost wynagrodzeń. Według prognozy opublikowanej pod koniec grudnia przez Polski Instytut Ekonomiczny w 2024 roku tempo wzrostu wynagrodzeń utrzyma się na dwucyfrowym poziomie i wyniesie średnio 10,3 proc.

– Ostatnie dwa lata to była ogromna presja na poziom zarobków – oczywista ze względu na inflację, czyli rosnące koszty życia. Dzisiaj ta inflacja jest relatywnie niska, ale to nie znaczy, że presja wynagrodzeniowa maleje. W tym kontekście pojawia się element konkurencyjności gospodarki, ponieważ nasi sąsiedzi – przede wszystkim Niemcy, gdzie głównie eksportujemy – też przeżywają trudności. W związku z tym być może ich skłonność do importowania coraz droższych produktów z Polski będzie mniejsza, bo spowolnienie gospodarcze, które będzie dotykać naszych sąsiadów, przełoży się na mniejszy popyt – mówi ekspert Mercer Marsh Benefits.

W kontekście biznesu jednym z większych wyzwań w 2024 roku będzie też wdrażanie przyjętej niedawno, unijnej dyrektywy (UE) 2023/970 dotyczącej transparentności wynagrodzeń. Zakłada ona, że firmy będą zobowiązane do ujawniania pracownikom informacji, które ułatwią im porównywanie obowiązujących zarobków i identyfikację ewentualnych różnic.

 O ile oswoiliśmy się już z zamiarem ujawniania wysokości wynagrodzeń w ogłoszeniach o pracę, o tyle wciąż niewiele mówi się o tym, jakie obowiązki dla pracodawców wprowadzi ta dyrektywa. Najbardziej istotny to właśnie zapewnienie pracownikom dostępu do informacji o wynagrodzeniach osób zatrudnionych, wykonujących podobną lub taką samą pracę – mówi Krzysztof Nowak. – Wyzwaniem dla polskich firm będzie też zmierzenie się z problemem różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Trzeba pamiętać, że ta dyrektywa wymaga, aby te różnice były nie wyższe niż 5 proc. Wszyscy pracodawcy będą musieli się do tego dostosować, wdrożyć procedury zarządzania tym zjawiskiem, przygotować sposoby liczenia i negocjacji ze związkami, informowania pracowników o poziomie tej luki płacowej. To z pewnością będzie istotne i duże zjawisko.

Ekspert wskazuje, że wśród głównych ryzyk dla rynku pracy i gospodarki w ogóle – szczególnie w perspektywie długoterminowej – jest demografia, czyli starzejące się społeczeństwo i związane z tym zagrożenia dla systemu emerytalnego. Według danych GUS w Polsce udział seniorów w wieku 60+ w ogóle ludności na koniec 2020 roku wynosił 25,6 proc. (o 10 pkt proc. więcej niż w 1989 roku). W liczbach bezwzględnych to 9,8 mln osób. Zgodnie z prognozą na koniec tej dekady ta liczba ma wzrosnąć do 10,8 mln, a w 2050 roku – do 13,7 mln. Oznacza to, że w połowie obecnej dekady osoby w wieku 60+ będą stanowić już 40 proc. polskiego społeczeństwa (GUS, „Sytuacja osób starszych w Polsce w 2020 roku”).

– Demografia jest dziś tłem właściwie każdego zagrożenia, o którym się na świecie rozmawia. W Polsce też społeczeństwo się starzeje, zresztą najszybciej w Europie. Tymczasem system emerytalny już dziś walczy z wyzwaniami demograficznymi, bo na rynku pracy wcale nie pojawia się więcej pracowników, za to z każdym rokiem przybywa osób pobierających świadczenia – wskazuje ekspert Mercer Marsh Benefits.

Te niekorzystne trendy demograficzne będą mieć wpływ na wysokość przyszłych emerytur i stopniowe zubożenie polskiego społeczeństwa, które w dodatku w większym stopniu będzie dotyczyć kobiet.

Mamy sytuację, która jest wyjątkowa – jako jeden z nielicznych krajów w Europie utrzymujemy różny wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn. Różny wiek emerytalny najczęściej oznacza, że kobiety otrzymują niższe emerytury, bo pracują odpowiednio krócej. W Polsce dochodzi do tego jeszcze drugi element – kobiety nie tylko pracują krócej, ale i żyją dłużej. A jak na to nałożymy niższe zarobki kobiet, to mamy pełnię zjawisk negatywnych społecznie, bo jest to, po pierwsze, kwestia biedy, która w dużo większym stopniu dotyka kobiet, i to biedy zarówno w momencie, kiedy pracują, bo zarabiają mniej, jak i na emeryturze. Jest też zjawisko różnic społecznych, które nigdy albo rzadko jest zjawiskiem pozytywnym – mówi Krzysztof Nowak.

Szacuje się, że do 2060 roku na każdą setkę pracujących Polaków będzie przypadać już średnio 68 seniorów. W efekcie tzw. stopa zastąpienia – czyli procent przeciętnego wynagrodzenia, jakie otrzymuje świeżo upieczony emeryt – spadnie do 24 proc. Dla porównania jeszcze w 2016 roku wynosiła ona ok. 60 proc. (dane za Instytutem Badań Strukturalnych).

– Polskie społeczeństwo starzeje się, jego struktura się zmienia. Na szczęście rynek pracy do tej pory sobie z tym radził, angażując osoby bezrobotne. Ale przy bezrobociu, które wynosi około 2 proc., w zależności od metodologii, za chwilę to źródło pokrywania niedoboru na rynku pracy będzie niewielkie – ostrzega ekspert.

Według Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej na koniec grudnia 2023 roku stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wyniosła 5,1 proc. i rok do roku obniżyła się o 0,1 pkt proc. Wciąż utrzymuje się na jednym z najniższych poziomów w całej UE, zajmując drugie miejsce za Maltą. Liczona metodologią Eurostatu stopa bezrobocia w październiku br. wyniosła w Polsce 2,8 proc. wobec 6 proc. w całej Unii Europejskiej i 6,5 proc. w strefie euro.

 Niskie bezrobocie jest fajną daną statystyczną, ale najczęściej oznacza, że rynek pracy przeżywa swoje problemy – mówi Krzysztof Nowak. – W Polsce bezpośrednio przekłada się to na fakt, że w wielu sektorach mamy niedobór pracowników. W branży IT czy sektorze usług wspólnych jest ciągły popyt, a trzeba też pamiętać, że to są sektory, które ciągną gospodarkę i są ważne w skali makro.

Tegoroczny „Global Risks Report”, opracowany przez Światowe Forum Ekonomiczne we współpracy z Zurich Insurance Group i Marsh McLennan, opiera się na opiniach ponad 1,4 tys. globalnych ekspertów ds. ryzyka, decydentów i kilku tysięcy liderów biznesu. Jest przeglądem krótko- i długoterminowych globalnych zagrożeń i przeszkód na drodze postępu w rozwoju ludzkości, który ma umożliwić ich lepsze zrozumienie i budowanie odporności na te ryzyka.

Z publikacji wynika, że prognozy na najbliższą przyszłość się pogarszają, a obawy na 2024 rok zostały zdominowane przez zagrożenia związane z dezinformacją, ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi i polaryzacją społeczną. Eksperci zwrócili uwagę, że bieżący rok będzie rokiem wyborów, które mogą zachwiać sytuacją polityczną w wielu krajach na świecie. Dostrzegają także rosnące zagrożenie wynikające z konfliktów zbrojnych – w ich ocenie będzie to jeden z pięciu największych problemów dla świata w perspektywie kolejnych dwóch lat. Przewidują też, że będą się one charakteryzować utrzymującą się niepewnością gospodarczą i rosnącymi podziałami. W kontekście gospodarki i biznesu za najważniejsze zostały uznane zagrożenia związane z cyberbezpieczeństwem, w tym z rozwojem AI, w połączeniu z inflacją, wymuszoną migracją i perturbacjami w łańcuchach dostaw. Długoterminowe prognozy dla świata po raz kolejny zostały zaś zdominowane przez klimat i środowisko. Z tegorocznego „Global Risks Report” wynika, że ekstremalne zjawiska pogodowe, utrata różnorodności biologicznej i załamanie ekosystemów, niedobory zasobów naturalnych i zanieczyszczenie środowiska stanowią 5 z 10 najpoważniejszych zagrożeń dla ludzkości w ciągu następnej dekady.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnace-koszty-zycia,p845382949

Global Risks Report: Dezinformacja największym zagrożeniem w 2024 roku. Długoterminowym wyzwaniem wciąż pozostają zmiany klimatu

Inflacja, pogorszenie koniunktury gospodarczej, konflikt zbrojny, przypadkowe lub zamierzone użycie broni biologicznej, chemicznej lub nuklearnej oraz dług publiczny – to pięć głównych ryzyk dla Polski wymienionych w tegorocznym „Global Risks Report” Światowego Forum Ekonomicznego. W globalnej skali obawy na 2024 rok zdominowały z kolei zagrożenia związane z dezinformacją opartą na sztucznej inteligencji i polaryzacją społeczeństwa. Natomiast w długoterminowej perspektywie największym wyzwaniem dla świata wciąż pozostają zmiany klimatyczne i środowiskowe.

„Global Risks Report” – opracowywany przez Światowe Forum Ekonomiczne we współpracy z Marsh McLennan i Zurich Insurance Group – jest przeglądem krótko- i długoterminowych globalnych zagrożeń, który ma umożliwić ich zrozumienie i budowanie odporności na te ryzyka. Analizuje najpoważniejsze wyzwania, jakie mogą się pojawić w ciągu następnej dekady w kontekście szybkich zmian technologicznych, niepewności gospodarczej, demografii, konfliktów i zmian klimatycznych. Tegoroczna edycja raportu powstała na podstawie opinii ponad 1,4 tys. światowych ekspertów ds. ryzyka, decydentów i liderów z wielu różnych branż. Wynika z niej, że na czele globalnych zagrożeń w 2024 roku będzie dezinformacja i nasilanie się problemów środowiskowych.

– Ryzyka związane ze zmianami klimatycznymi towarzyszą nam niezmiennie od ponad dekady. Zjawiska takie jak nagłe zmiany klimatu, zagrożenia bioróżnorodności czy zagrożenia dla ekosystemów to są ryzyka, które w ujęciu długoterminowym na pewno będą zajmowały czołowe pozycje i zdominują globalny krajobraz zagrożeń – mówi agencji Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu McLennan w Polsce i w Regionie CEE (Europy Środkowo-Wschodniej).

O ile dezinformacja została uznana za największe globalne zagrożenie w krótkim terminie, o tyle ekstremalne zjawiska pogodowe i krytyczne zmiany w ekosystemach są kluczowym wyzwaniem długoterminowym. Równocześnie aż 2/3 światowych ekspertów spodziewa się nasilenia ekstremalnych zjawisk pogodowych w 2024 roku (drugie miejsce wśród krótkoterminowych zagrożeń dla świata).

Analizując najnowszy raport, mogłoby się wydawać, że ryzyka związane ze środowiskiem naturalnym zostały niejako przykryte przez niebezpieczeństwa wynikające z rozwoju nowoczesnych technologii, takich jak chociażby AI, czy sytuacji geopolitycznej i ekonomicznej na świecie. Teza o tym, że ryzyka środowiskowe straciły na znaczeniu, wydaje się postawiona nieco na wyrost – mówi Marcin Zimowski, dyrektor w Pionie Klienta Strategicznego Marsh.

Według ankietowanych ekspertów ekstremalne zjawiska pogodowe, krytyczne zmiany w systemach ziemskich, utrata różnorodności biologicznej i załamanie ekosystemów, niedobory zasobów naturalnych i zanieczyszczenie środowiska stanowią aż 5 z 10 najpoważniejszych zagrożeń, z którymi świat będzie musiał się zmierzyć w ciągu nadchodzącej dekady.

 Eksperci w coraz większym stopniu dostrzegają problem w ograniczeniu dostępu do zasobów naturalnych, który może powodować wykluczenie niektórych krajów czy słabszych części społeczeństw – wskazuje Marcin Zimowski. – Raport pokazuje też, że większe środki powinny być przeznaczone na badania i rozwój w dziedzinie modelowania zmian klimatycznych i zielonej transformacji. Jednak nie uda nam się zrealizować celów w tym obszarze, jeśli sektor prywatny i publiczny nie będą ze sobą współpracować. Na tym tle dość ciekawie jawi się niejako pewien konflikt między ekspertami z obu tych sektorów. 

Jak podkreśla, przedstawiciele sektora prywatnego uważają, że mamy jeszcze trochę czasu na reakcję na zmiany klimatyczne, a na agendzie są ważniejsze problemy do załatwienia w pierwszej kolejności. Z kolei sektor rządowy i organizacje non-profit wskazują, że prawdopodobnie przekroczyliśmy już punkt krytyczny, co oznacza, że szkody wyrządzone środowisku naturalnemu są raczej nieodwracalne.

Ekspert dodaje, że ryzyka związane ze środowiskiem i klimatem już w tej chwili mają coraz większe przełożenie na rynek ubezpieczeniowy.

– Rynek ubezpieczeniowy to system naczyń połączonych: problem i straty w jednym regionie świata prędzej czy później przełożą się na problemy w innych regionach, chociażby poprzez wzrost stawek na rynku reasekuracyjnym, co pociąga za sobą wzrost kosztów działalności ubezpieczycieli – mówi dyrektor w Pionie Klienta Strategicznego Marsh.

Nie ma jeszcze dokładnych danych na temat wartości globalnych szkód spowodowanych przez siły przyrody w ubiegłym roku. Chociaż prawdopodobnie nie był to rekordowy pod tym względem rok, i tak liczby mogą się okazać zatrważające.

– Osiągnęliśmy wartość szkód zbliżoną do średniej wieloletniej, co przełożyło się na wypłaty odszkodowań na poziomie ok. 95 mld dol. w skali świata. Patrząc na rynek niemiecki, wypłaty z tytułu szkód spowodowanych przez siły przyrody były wyższe o 20 proc. w porównaniu z 2022 rokiem i wyniosły ok. 5 mld euro. Lwią część spowodowały burze i gradobicia, które na całym świecie wywołały szkody rzędu 60 mld dol. – wymienia Marcin Zimowski. – Z kolei Polska – na tle globalnych doniesień o powodziach, pożarach czy trzęsieniach ziemi – jawi się jako kraj bezpieczny i stabilny, ale i u nas coraz częściej pojawiają się zjawiska o charakterze ekstremalnym. Najczęściej mają formę zdarzeń hydrologicznych,  takich jak susze, błyskawiczne powodzie po ulewnych deszczach i coraz częściej notowane silne wiatry.

W czołówce „Global Risks Report” niezmiennie utrzymują się wyzwania związane z cyberbezpieczeństwem, które nasilił szybki rozwój systemów sztucznej inteligencji (AI).

W ostatnich latach obserwujemy nieprawdopodobny rozwój technologiczny, związany głównie ze sztuczną inteligencją, która pomaga rozwijać się wielu dziedzinom naszego życia i wielu branżom, takim jak choćby medycyna i farmacja. Ale ten rozwój niesie ze sobą też określone ryzyka, które dotyczą m.in. cyberzagrożeń. Ponadto w ostatnim czasie obserwujemy – i to wynika też z „Global Risks Report” – że rozwój technologii i sztucznej inteligencji może wpływać również na większą skalę dezinformacji i zakłóceń w dostępie do informacji – mówi Artur Grześkowiak.

Obawy na 2024 rok zdominowały zagrożenia związane z dezinformacją opartą na sztucznej inteligencji i polaryzacją społeczeństwa. Według ekspertów fałszywe informacje, w połączeniu z niepokojami społecznymi, będą w centrum uwagi w związku ze zbliżającymi się wyborami w kilku głównych gospodarkach świata.

– Coraz bardziej powszechne staje się wykorzystanie sztucznej inteligencji w życiu codziennym i biznesie. Podążają za tym również zmiany w prawie lokalnym i europejskim. Patrząc na rynek ubezpieczeniowy, wielu ubezpieczycieli już od lat wykorzystuje systemy sztucznej inteligencji w swojej działalności, na przykład prognozując sprzedaż, analizując szkodowość czy wykorzystując chatboty do rozmów z klientem masowym – mówi Małgorzata Splett, FINPRO & Cyber Leader w Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Wiadomo jednak, że wykorzystanie sztucznej inteligencji rodzi zarówno szanse, jak i zagrożenia. Może wspierać cyberbezpieczeństwo, ale z drugiej strony, w przypadku dostania się w ręce hakerów, może też stanowić istotne zagrożenie.

Jak wskazuje, rosnąca popularność AI i związane z tym cyberzagrożenia mają jednak pozytywne przełożenie na rynek ubezpieczeń cybernetycznych, których rozwój już teraz jest bardzo dynamiczny.

–  Powszechne wykorzystanie AI w biznesie spowoduje jedynie rosnący popyt na tego typu ubezpieczenia. Tym, co dodatkowo wesprze ich popularność, będą bardziej konkurencyjne ceny i częściej oferowane przez ubezpieczycieli rozszerzenia ochrony – przewiduje Małgorzata Splett.

Tegoroczny „Global Risks Report” wskazuje również na rosnące zagrożenie wynikające z konfliktów zbrojnych – w ocenie ekspertów to jeden z pięciu największych problemów w perspektywie kolejnych dwóch lat, a obecne napięcia geopolityczne będą powodować dalsze rozprzestrzenianie się konfliktów. Około 2/3 światowych ekspertów przewiduje, że w ciągu następnej dekady ukształtuje się wielobiegunowy, rozdrobniony porządek świata, w którym średnie i wielkie mocarstwa będą rywalizować i ustalać, a także egzekwować nowe zasady i normy.

Nadchodzące lata będą też naznaczone utrzymującą się niepewnością gospodarczą i ograniczonymi możliwościami ekonomicznymi, które zajęły szóste miejsce w rankingu zagrożeń w perspektywie dwuletniej. Raport zwraca uwagę, że globalna współpraca w celu rozwiązania tych pilnych wyzwań może się okazać niewystarczająca, dlatego potrzebna jest zmiana podejścia do kwestii zagrożeń i wypracowanie nowych rozwiązań.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/global-risks-report,p809866058