Konflikt na Bliskim Wschodzie dotyka polskie lotniska. Może się przyczynić do podwyżek cen biletów

0

Przez konflikt na Bliskim Wschodzie drożeje ropa naftowa, a w konsekwencji paliwo lotnicze. To w połączeniu z większym popytem niż podażą na bilety lotnicze może doprowadzić do ich chwilowej podwyżki. Od wybuchu wojny odwołano już 90 lotów obsługiwanych przez warszawskie Lotnisko Chopina. Eksperci podkreślają jednak, że ruch lotniczy zostanie rozlokowany przez inne huby przesiadkowe, a gdy sytuacja geopolityczna się unormuje, siatka połączeń zostanie szybko odbudowana.

– Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest niepokojąca pod wieloma względami. Również my jako branża lotnicza przyglądamy się jej i w pewien sposób ją odczuwamy. Oczywiście dopiero w dłuższej perspektywie będziemy w stanie zobaczyć, jak ona się rozwinie i jaki będzie miała długofalowy wpływ na lotnictwo. Ale to jest taka branża, która bardzo szybko się podnosi po każdym kryzysie – mówi w rozmowie z agencją Newseria Łukasz Chaberski, prezes Polskich Portów Lotniczych.

Jednym z nich była pandemia COVID-19. Europejskie lotniska w 2024 roku przekroczyły liczbę pasażerów sprzed pandemii, obsługując ich łącznie 2,5 mld – wynika z raportu ACI Europe. W porównaniu z poziomem z 2019 roku wzrósł on o 1,8 proc. W 2025 roku odnotowano kolejny wzrost w ruchu pasażerskim w Europie, tym razem o 4,4 proc. rok do roku. W sumie obsłużono 2,6 mld podróżnych.

– W związku z obecną sytuacją Lotnisko Chopina potencjalnie może stracić 8,5 proc. ruchu, biorąc pod uwagę liczbę pasażerów związanych z destynacjami krajów z Zatoki Perskiej. Jednak w dłuższej perspektywie wydaje się, że ten ruch zostanie w jakiś sposób rozlokowany, przeniesiony chociażby przez inne huby albo inne destynacje – uważa Łukasz Chaberski.

Polskie Linie Lotnicze LOT zdecydowały o odwołaniu lotów z i do Dubaju i Tel Awiwu do końca sezonu zimowego, czyli 28 marca. Połączenia z i do Rijadu nie będą kursować do 16 marca. Pasażerowie nie polecą i nie wrócą z Bejrutu od 31 marca do 30 kwietnia.

– Jeśli zupełnie stracilibyśmy te połączenia, to byłaby to utrata korzyści na poziomie 10 mln zł miesięcznie. To nie jest jednak zero-jedynkowa sytuacja, bo nie stracimy tych pasażerów bezpowrotnie. Ci, którzy byli zdecydowani na podróż w tamten rejon, wybiorą inną destynację, jeśli chodzi o połączenie point to point, albo inny port przesiadkowy. To nie będzie chociażby Dubaj, ale może być na przykład Stambuł – podkreśla prezes PPL.

Lotnisko w Stambule (IGA Istanbul Airport) pod względem liczby pasażerów jest drugim co do wielkości w Europie. Zgodnie z danymi ACI Europe w 2025 roku zanotowało wzrost na poziomie 5,5 proc. Daje to łącznie 84,44 mln obsłużonych podróżnych. Ponadto w ciągu ostatnich pięciu lat ruch pasażerski w tureckim węźle komunikacyjnym wzrósł o prawie 25 proc.

– Sytuację związaną z konfliktem na Bliskim Wschodzie monitorujemy każdego dnia, żeby oszacować ewentualne straty, które ponieśliśmy albo poniesiemy jako Polskie Porty Lotnicze. Na to potrzeba jednak trochę więcej czasu. Wiemy chociażby, że 90 lotów, które miały się odbyć do i z tych destynacji w tamtym rejonie, do tej pory zostało odwołanych. Ale te loty już pomału wracają. Na razie głównie z pasażerami, którzy wracają do Polski. W drugą stronę jest ich bardzo mało – zaznacza Łukasz Chaberski.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych 12 marca br. za pośrednictwem mediów społecznościowych poinformowało, że łącznie już blisko 12 tys. osób wróciło z regionu Bliskiego Wschodu. 

– Lotnictwo się rozwija, a Polacy kochają latać. Jest duży apetyt na podróże i jeśli destynacja związana ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi będzie niedostępna, to wiemy, że oferta zostanie odpowiednio dostosowana do potrzeb naszych pasażerów. Będą proponowane inne połączenia – zaznacza ekspert.

2025 rok był rekordowy dla polskich portów lotniczych, które łącznie obsłużyły nieco ponad 66,2 mln pasażerów – tak wynika z podsumowania Polskich Portów Lotniczych. Tym samym polskie lotnictwo odnotowało wzrost na poziomie 14,4 proc. rok do roku, co jest znacznie lepszym wynikiem niż średnia europejska (+4,4 proc.). Kolejne lata mają być jeszcze lepsze. Zgodnie z prognozami IATA, przygotowanymi na zlecenie spółki PPL, w 2026 roku polskie lotniska obsłużą 73,3 mln pasażerów, a w 2035 roku ma zostać przekroczona bariera 100 mln.

– Wydaje się, że kiedy ta sytuacja zostanie unormowana albo przynajmniej przestrzeń powietrzna zostanie uznana za bezpieczną i odpowiednie instytucje dadzą zgodę na latanie, to ten ruch bardzo szybko się odbuduje – uważa prezes PPL.

Od 4 marca br. ruch lotniczy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich znajduje się w fazie stopniowego i ograniczonego przywracania. ZEA otworzyły specjalne bezpieczne korytarze lotnicze, co pozwala na obsługę do 48 lotów na godzinę. Wielu przewoźników, w tym Lufthansa, Air France, KLM i British Airways, czasowo zawiesiło lub mocno ograniczyło loty do ZEA.

– Kolejnym wyzwaniem, które może się wiązać z sytuacją międzynarodową, jest wzrost ceny za ropę naftową na światowych rynkach. W koszyku kosztów, które ponoszą przewoźnicy, to jest bardzo istotna kwestia. Wielu z nich zabezpiecza się jednak przed tym elementem rynkowym poprzez tak zwane opcje hedgingowe. Gwarantują sobie stałość cen paliwa lotniczego na pewien czas – wyjaśnia Łukasz Chaberski.

Firma Orlen Aviation wyliczyła, że na Lotnisku Chopina w Warszawie cena paliwa Jet A-1 10 marca 2026 roku wynosi 4470 zł za metr sześcienny. 3 marca kosztowało 3040 zł, a przed wybuchem konfliktu, tj. 24 lutego br. – 2950 zł. Jeszcze drożej jest na lotnisku Warszawa-Radom, gdzie metr sześcienny paliwa lotniczego kosztuje 5020 zł (10 marca br.).

– Zagrożenie związane ze wzrostem cen biletów lotniczych istnieje i oczywiście swoją strategię kreuje każdy z przewoźników. Jeśli chodzi o połączenia, ta marżowość teraz już nie jest duża. Oczywiście zawsze na końcu jest tak, że za to wszystko zapłaci pasażer, czyli odbiorca końcowy – tłumaczy prezes PPL.

Jego zdaniem wzrost cen biletów może nastąpić, jednak ma nadzieję, że będzie on chwilowy.

Wiemy, że jeżeli jest duży popyt, a podaż jest mniejsza, to ceny również idą w górę. To jest normalna gra rynkowa. Z drugiej strony pasażerowie, szczególnie po czasie pandemicznym, bardzo chętnie latają i nawet kosztem poniesienia większych nakładów są mniej skłonni do rezygnacji ze swoich planów, również z podróży – uważa Łukasz Chaberski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/konflikt-na-bliskim,p2132985719

Wojna w Ukrainie przyspieszyła rozwój rozwiązań o podwójnym zastosowaniu. Inwestują w nie także polskie firmy

0

Polskie przedsiębiorstwa coraz częściej rozwijają technologie, które mogą być wykorzystywane zarówno w sektorze cywilnym, jak i wojskowym. Wojna w Ukrainie przyspieszyła ten trend, pokazując znaczenie rozwiązań dual-use – od dronów i systemów antydronowych po elektronikę, optykę i logistykę. Ten kierunek rozwoju jest dziś wskazywany przez Komisję Europejską jako istotny element budowania odporności przemysłowej i bezpieczeństwa UE.

 – Dual-use to produkty o podwójnym zastosowaniu. To znaczy, że jeśli firma posiada bardzo dobry produkt, który znajdzie zastosowanie w obronności kraju czy krajów w Europie czy na świecie, jest w stanie go przekształcić w produkt stricte wojskowy dla armii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Nowotka, doradca zarządu Demarko.

Technologie dual-use są już wykorzystywane w praktyce. Satelitarny internet, który powstał jako usługa cywilna, jest dziś używany jako element łączności w warunkach wojny w Ukrainie. Technologie obserwacji i detekcji, w tym pasywne radary i sensory, rozwijane pierwotnie do monitoringu przestrzeni i ochrony obiektów, są stosowane w systemach obrony przeciwlotniczej oraz ochronie infrastruktury krytycznej. Systemy antydronowe, tworzone z myślą o zabezpieczaniu wydarzeń masowych i obiektów cywilnych, znajdują zastosowanie w działaniach wojskowych i ochronie granic. Bezzałogowce i rozwiązania z zakresu robotyki, używane w rolnictwie, geodezji i inspekcjach technicznych, są wykorzystywane do zadań rozpoznawczych i logistycznych.

Firmy w tej chwili bardzo mocno interesują się sytuacją w branży defense. To wszystko zaczęło się oczywiście od początku wojny w Ukrainie, która wyzwoliła bardzo duży impuls w przemyśle do tworzenia różnych nowych, ale i uszlachetniania, czyli dostosowywania do systemu dual-use swoich produktów. Ta sytuacja trwa do dzisiaj i z tego wynika olbrzymie zainteresowanie przedsiębiorców wejściem na ten rynek – tłumaczy Marcin Nowotka.

W opublikowanej w 2024 roku Białej Księdze dotyczącej możliwości zwiększenia wsparcia dla badań i rozwoju technologii o potencjale podwójnego zastosowania Komisja Europejska wskazała, że obecny podział pomiędzy finansowaniem badań cywilnych a obronnych nie odpowiada realiom rozwoju technologii. Dokument opisuje dual-use jako obszar pomiędzy rynkiem cywilnym a wojskowym, w którym powstaje coraz więcej kluczowych innowacji – od oprogramowania i sztucznej inteligencji, przez systemy autonomiczne i bezzałogowe, po technologie kosmiczne i zaawansowaną elektronikę. KE wskazuje także, że obecne ramy finansowania badań cywilnych i obronnych mogą ograniczać rozwój technologii podwójnego zastosowania. Z perspektywy przedsiębiorstw oznacza to trudności z finansowaniem projektów, które nie są ani w pełni cywilne, ani stricte wojskowe, mimo że mają potencjał wdrożeniowy i rynkowy.

Małym i średnim firmom nie jest łatwo konkurować z dużymi przedsiębiorstwami w rynku defense, trzeba tu przyznać rację mniejszym, że jest to trudna, rynkowa walka, dlatego że koncerny międzynarodowe skoncentrowały w swoich rękach bardzo duży procent całego rynku zbrojeniowego. To rządy i państwa bardzo często kupują różnego rodzaju technologie. Moja rada jest taka, że jeśli nie posiadamy bardzo dobrego, superpotrzebnego produktu, a chcemy działać na rynku dual-use, możemy przystąpić do kooperacji przemysłowej właśnie w branży defense – mówi doradca zarządu Demarko.

Raport „Rethinking dual use”, przygotowany na potrzeby instytucji unijnych, wskazuje, że technologie podwójnego zastosowania powinny być projektowane z założenia, a nie traktowane jako wyjątek lub efekt uboczny badań cywilnych. Raport zwraca uwagę na potrzebę lepszego połączenia ekosystemów innowacji cywilnych i obronnych, przy jednoczesnym wzmocnieniu mechanizmów zarządzania ryzykiem, etyki i bezpieczeństwa. Jego autorzy wskazują, że w efekcie część projektów o potencjale rynkowym pozostaje na etapie badań lub jest rozwijana poza Unią Europejską. Jednym z kluczowych problemów pozostaje luka pomiędzy finansowaniem badań cywilnych w ramach programu Horyzont Europa a projektami obronnymi finansowanymi z Europejskiego Funduszu Obronnego.

Żeby korzystać z pieniędzy na innowacje, musimy zaproponować bardzo dobre rozwiązanie produktowe. Musimy zaproponować technologię, która jest innowacyjna, ma to być coś nowego, co pomoże naszej armii bronić kraju w razie zagrożenia – tłumaczy Marcin Nowotka. – Często firmy uważają, że wystarczy lekko zmienić produkt cywilny na produkt dual-use i to załatwia sprawę. Niestety tak nie jest, trzeba wykonać więcej pracy, która wymaga totalnej innowacji oraz współpracy na przykład z wojskowymi instytutami uzbrojenia czy inżynierii.

Technologie dual-use coraz szybciej przechodzą drogę od cywilnego prototypu do wdrożenia w sektorze obronnym. Systemy antydronowe, które początkowo powstawały z myślą o ochronie wydarzeń masowych i infrastruktury krytycznej, są dziś wykorzystywane w działaniach wojskowych. Bezzałogowce i robotyka rozwijane na potrzeby rolnictwa, geodezji czy inspekcji technicznych trafiają do zastosowań rozpoznawczych i logistycznych. Komisja Europejska wskazuje te obszary jako jedne z najbardziej perspektywicznych dla budowy konkurencyjności przemysłu Unii Europejskiej w warunkach napięć geopolitycznych. Dla polskich przedsiębiorstw dual-use staje się realną ścieżką rozwoju biznesowego i eksportowego.

Polska posiada bardzo wiele firm zbrojeniowych, a wszystkie z nich są zrzeszone przy Ministerstwie Rozwoju i Technologii. W tej chwili jest tworzona strategia współpracy prywatnej branży zbrojeniowej z instytucjami rządowymi i z tych firm wyłania się bardzo dobra gama produktów m.in. w logistyce, elektronice czy optyce – mówi doradca zarządu Demarko.

Polskie firmy dual-use korzystają już z dofinansowań krajowych i unijnych. Według danych Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej tradycyjne fundusze unijne zostały wykorzystane na wsparcie polskich przedsiębiorców produkujących technologie o podwójnym zastosowaniu. W ramach środków z Krajowego Planu Odbudowy uruchomiono Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności o wartości ponad 22 mld zł, przeznaczony m.in. na rozwój infrastruktury i technologii podwójnego zastosowania. Z kolei z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki zaplanowano 4 mld zł na wsparcie produkcji oraz innowacji dual-use, które mają ruszyć w tym roku.

Posiadamy już wiele firm, które mają bardzo dużo zastosowań w kwestii produkcji komponentów do różnego rodzaju elektronicznych rzeczy, a także drony. Posiadamy firmy, które mają całą infrastrukturę produkcyjną, od zera do finalnego produktu, który może być sprzedawany do innych rządów. Polskie firmy mają pierwsze kontrakty zagraniczne, nie tylko w Ukrainie, ale także w Azji czy Stanach Zjednoczonych oraz Europie. Polskie systemy antydronowe, w tej chwili przetestowane w Ukrainie, są bardzo popularne i prawdopodobnie również kupi je polski rząd – ocenia Marcin Nowotka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojna-w-ukrainie,p681558722

Nawrót szpiczaka równie trudny jak pierwsza diagnoza. Nowe terapie wydłużają czas wolny od choroby

0

Ponad 40 proc. pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym wskazuje, że nawrót choroby jest równie trudny lub nawet trudniejszy niż pierwsza diagnoza, a niemal połowa ogranicza aktywność zawodową po jej wznowie – wynika z badania „Potrzeby i oczekiwania pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym”. To choroba nieuleczalna, więc większość pacjentów musi się liczyć z jej nawrotem. Jednocześnie rozwój nowoczesnych terapii wydłużył znacząco czas wolny od progresji. Eksperci podkreślają, że dla pacjentów kluczowy jest dostęp do kolejnych terapii w pierwszym nawrocie oraz kompleksowej opieki, w tym m.in. rehabilitacji i wsparcia psychologicznego.

 Szpiczak plazmocytowy to nowotwór wywodzący się z plazmocytów, komórek układu odporności. Jest to jeden z najczęstszych nowotworów układu chłonnego. Ta choroba jest nieuleczalna, czyli możemy ją zaleczyć i mamy coraz więcej możliwości, ale jeszcze nie potrafimy jej wyleczyć. To oznacza, że nawrót będzie u każdego pacjenta. Odpowiedź na leczenie, na nowe terapie jest coraz dłuższa, więc nawrotów widzimy mniej niż kiedyś – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria prof. dr hab. n. med. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Szpiczak plazmocytowy stanowi 1–2 proc. wszystkich nowotworów oraz około 18 proc. nowotworów hematologicznych. Jest drugim co do częstości nowotworem układu limfoidalnego po przewlekłej białaczce limfocytowej. W Polsce choruje na niego około 10 tys. osób, a mediana wieku w chwili rozpoznania wynosi około 70 lat. W ciągu ostatnich 15 lat zarejestrowano 18 nowych leków stosowanych w terapii tej choroby. Postęp terapeutyczny przełożył się na istotne wydłużenie przeżycia.

Jednym z kluczowych momentów w przebiegu choroby jest jej wznowa. Może mieć ona charakter kliniczny, z nasileniem objawów takich jak bóle kości, niedokrwistość czy nawracające infekcje, albo zostać wykryta wcześniej – wyłącznie na podstawie wzrostu parametrów biochemicznych. Nowoczesne monitorowanie pozwala w części przypadków rozpocząć leczenie jeszcze przed pojawieniem się objawów klinicznych.

 Moment, kiedy choroba wraca, jest bardzo trudny. Czasami jest trudny medycznie, bo choroba może mieć agresywny przebieg w momencie wznowy, pacjenci wymagają intensywnego leczenia, ale prawie zawsze jest intensywny psychicznie, bo jest to ten moment, kiedy pacjentom podcinane są skrzydła – mówi dr n. med. Tadeusz Kubicki z Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku UM w Poznaniu.

Badanie „Potrzeby i oczekiwania pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym” organizacji Myeloma Patients Europe objęło 40 osób z nawrotem choroby. Najliczniejszą grupę stanowili pacjenci po pierwszym nawrocie (37,5 proc.). U większości remisja poprzedzająca wznowę trwała od roku do trzech lat. 45 proc. respondentów uznało nawrót za równie trudny lub trudniejszy niż pierwsza diagnoza.

 W naszym raporcie przeanalizowaliśmy cztery obszary. Po pierwsze, samopoczucie i życie codzienne, po drugie, potrzeby medyczne, a także potrzeby społeczne i potrzeby informacyjne. Pacjenci, pomimo że już otrzymali intensywne leczenie w trakcie wcześniejszych linii, deklarują dobre samopoczucie, natomiast wiemy też, że borykają się z licznymi skutkami ubocznymi, wynikającymi z natury choroby, ale też z samego leczenia. To jest neuropatia, przewlekłe zmęczenie, częste infekcje i obniżona odporność – mówi Barbara Leonardi, prezeska Myeloma Patients Europe AISBL, współautorka raportu. – Na pewno należy podkreślić znaczenie kompleksowej opieki, ponieważ jest to bardzo złożona choroba. 

Prawie połowa badanych ograniczyła aktywność zawodową po wznowie choroby, a 22 proc. wskazało na problemy finansowe wynikające z jej przebiegu. Respondenci zwracali uwagę na konieczność przemodelowania życia zawodowego i rodzinnego, a także na zwiększone poczucie niepewności i lęku o przyszłość. Organizacje pacjenckie zwracają uwagę, że poza leczeniem onkologicznym istotne znaczenie mają skutki uboczne terapii oraz społeczne konsekwencje choroby.

– Z raportu jasno wynika, że największą potrzebą jest nadal dostęp do rehabilitacji, również rehabilitacji uzdrowiskowej – podkreśla Dominik Romiński, prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Wyniki badania wskazują, że rehabilitacja wyprzedza inne potrzeby, w tym wsparcie psychologiczne i potrzeby informacyjne. Pacjenci podkreślają konieczność szybkiego dostępu do świadczeń rehabilitacyjnych oraz lepszej koordynacji leczenia skutków ubocznych.

– Pacjenci mają poczucie izolacji i bardzo silnie wybrzmiała potrzeba reintegracji społecznej. To jest zdecydowanie zadanie dla organizacji pacjenckich, żeby taką integrację umożliwić – podkreśla Barbara Leonardi.

W Polsce leczenie szpiczaka odbywa się w ramach programu lekowego B.54. Dostęp do nowych terapii w programie lekowym jest oceniany przez hematologów jako dobry, choć są oczekiwania, że w najbliższym czasie pojawią się nowe schematy leczenia zarówno w pierwszej linii, jak i w nawrocie choroby.

– Dwie największe niezaspokojone potrzeby w zakresie leczenia to dostęp do nowoczesnej immunoterapii komórkowej, czyli terapii CAR-T, i dostęp do koniugatów przeciwciał monoklonalnych z immunotoksyną, czyli preparatu belantamab mafodotin, które moglibyśmy zastosować przy pierwszej wznowie choroby. To, co aktualnie daje nam program lekowy, nie do końca odpowiada międzynarodowym standardom – zauważa dr Tadeusz Kubicki.

– W krajach Unii Europejskiej zarejestrowana jest terapia CAR-T, immunoterapia komórkowa, wytwarzana dla każdego pacjenta indywidualnie, zarejestrowana również w innych nowotworach układu chłonnego. Czyli pobieramy określony rodzaj komórek układu chłonnego, limfocyt T, poza organizmem pacjenta je namnażamy, aktywujemy i wprowadzamy receptor, który ma poznawać komórki nowotworowe, łączyć się i aktywować układ odpornościowy i niszczenie komórek nowotworowych. To terapia zarejestrowana dla części pacjentów od drugiej linii, a możliwa właściwie dla wszystkich od trzeciej linii – wskazuje prof. Iwona Hus.

W krajach UE rozwijane są również koniugaty przeciwciał monoklonalnych z lekiem cytotoksycznym, które pozwalają na precyzyjne dostarczenie terapii do komórki nowotworowej.

– Dzięki temu możemy zastosować chemioterapię w większej dawce, niż gdybyśmy ją podawali dożylnie. Ta terapia jest dostępna, w połączeniu z innymi lekami, już od drugiej linii leczenia. My na tę terapię również bardzo czekamy, bo są przeciwciała o podwójnej swoistości i my je mamy w programie lekowym, ale dopiero od czwartej linii – tłumaczy kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Wydłużenie czasu wolnego od progresji jest jednym z kluczowych parametrów oceny skuteczności nowych terapii w pierwszym nawrocie choroby.

– EMA w zeszłym roku zarejestrowała nową immunotoksynę, na którą bardzo liczymy. Immunotoksyna wydłuża czas wolny od progresji z 13 do 36 miesięcy, jeśli chodzi o medianę. To jest ogromna, prawie trzykrotna zmiana, dlatego jest to tak pożądane w tej grupie chorych – podkreśla Dominik Romiński.

Respondenci w badaniu zwracali uwagę, że przy rosnącej liczbie nowych terapii i dynamicznych zmianach w hematoonkologii pacjenci muszą się samodzielnie orientować w dostępnych możliwościach leczenia.

– Pacjenci z nawrotem choroby w szpiczaku często się do nas zwracają o pomoc organizacyjną, psychologiczną, ale też z potrzebą wiedzy o tym, jak mogą się zabezpieczyć przy kolejnym nawrocie. Bardzo często pytają też o to, jakie terapie są dostępne w drugiej linii, bo ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki, ale nie zawsze jest tak oczywista dla osób wiekowo dojrzałych – wskazuje prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nawrot-szpiczaka-rownie,p1786119270

Polska wciąż wypada blado pod względem innowacyjności na tle Europy. Brakuje określonej strategii i systemu wsparcia

0

W 2025 roku Polska zajęła 23. miejsce w Europejskim Rankingu Innowacyjności (EIS), a za nią uplasowały się tylko Słowacja, Łotwa, Bułgaria i Rumunia. Nie znalazła się też w czołówce Global Innovation Index (GII), w którym zajęła 39. miejsce. Zdaniem ekspertów Instytutu Sobieskiego słaba pozycja Polski w tych zestawieniach jest efektem m.in. przestarzałego modelu gospodarki i braku instytucjonalnego wsparcia dla innowacji. Rozwój utrudnia także brak odpowiedniej strategii i niewystarczający proces komercjalizacji opracowywanych technologii.

– Mapa innowacji jest kształtowana przez różnego rodzaju indeksy, które pokazują, gdzie jest dany kraj względem innych. Jednym z nich jest European Innovation Scoreboard, a drugim Global Innovation Index. W pierwszym na 27 państw Polska znalazła się na 23. miejscu, czyli na piątym od końca. W globalnym indeksie na sto dwadzieścia parę państw jesteśmy na 39. miejscu, więc daleko za liderami – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Bartłomiej Pawlak z Instytutu Sobieskiego.

Wynik Polski w Europejskim Rankingu Innowacyjności sukcesywnie poprawia się od 2015 roku, w którym wyniósł 52 proc. średniej unijnej. W ciągu dekady wzrósł do 66 proc., jednak to wciąż nie pozwala na wyjście ze strefy „wschodzącego innowatora”. Kolejnymi kategoriami są „umiarkowani innowatorzy” (od 70 do 100 proc. średniej unijnej), „silni innowatorzy” (od 100 do 125 proc.) i „liderzy innowacji” (powyżej 125 proc.).

– Jest szereg czynników, które powodują, dlaczego tak słabo wypadamy w indeksach innowacji. To przede wszystkim model naszej gospodarki, która przez trzy czy cztery dekady była oparta na założeniu 3T: taniej siły roboczej, taniej energii i taniej ziemi. W związku z tym byliśmy podwykonawcą dużych koncernów albo podwykonawcą podwykonawców. Liczyła się tania siła robocza, często bardzo niska marża i polski spryt, prężność, szybkość działania – tłumaczy Bartłomiej Pawlak.

Jak wynika z raportu Instytutu Sobieskiego „Innowacje albo dryf. Polska mapa wzrostu 2026–2035”, innowacyjność polskich przedsiębiorstw opiera się głównie na adaptacji i usprawnieniach procesowych. Jednocześnie współpraca nauki z biznesem stoi na niskim poziomie. Do tego dochodzi ograniczony dostęp do prywatnego kapitału, który mógłby wspierać rozwój innowacji.

– Brakuje również odpowiednich instytucji wsparcia dla technologii, innowacji i tzw. local contentu, czyli tego, co tutaj wytwarzamy. Przede wszystkim jednak najsilniejsze i najlepsze ekosystemy mają swoją strategię rozwoju innowacji, a my jej po prostu nie mamy – zaznacza współautor raportu.

Raport wskazuje na brak skutecznej koordynacji systemu wsparcia innowacyjności. Wśród rekomendowanych zmian znalazło się skupienie najważniejszych agend, w tym PFR, PARP, NCBR, PAIH, ABM i nowej agencji innowacji obronnych ORION w jednym pionie gospodarczym, odpowiedzialnym za politykę rozwojową państwa. Cel? Odejście od rozproszenia odpowiedzialności i dublowania instrumentów na rzecz spójnego sterowania portfelem interwencji – od wsparcia kompetencji firm, przez finansowanie wzrostu, po zamówienia publiczne i technologie o znaczeniu strategicznym. 

Strategia rozwoju innowacji to podstawowy dokument większości rozwiniętych krajów Europy i świata, bo one muszą sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcemy innowacji, jak je chcemy rozwijać, jak chcemy mierzyć efekty i co chcemy osiągnąć. Jeżeli tego nie ma, to się działa po omacku. Tak działaliśmy do tej pory, z wyjątkiem planu Morawieckiego i Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która przez pewien czas dawała namiastkę strategii w obszarze rozwoju innowacji – tłumaczy Bartłomiej Pawlak.

Mowa o Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, którą przyjęto w 2017 roku. Jednym z jej filarów był rozwój innowacyjnych przedsiębiorstw poprzez m.in. pakiet Konstytucji Biznesu, reformę instytutów naukowo-badawczych, program „Start in Poland” czy też stworzenie przyjaznego otoczenia prawnego dla przedsiębiorczości.

– Stany Zjednoczone wykształciły bardzo specyficzny model oparty na amerykańskim podejściu, otwartości na ryzyko, ogromnej skali podaży pieniądza i całej kulturze, która się ukształtowała w Dolinie Krzemowej. Na taką skalę jest to nie do powtórzenia nigdzie na świecie – uważa ekspert Instytutu Sobieskiego. – Natomiast dla nas istotne jest to, co i komu się udaje w Europie. Wszyscy działamy w europejskim otoczeniu regulacyjnym, borykamy się z podobnymi problemami i wyzwaniami, więc warto popatrzeć, kto wybił się na czołowe pozycje i dlaczego. Sięgajmy po bliższe nam przykłady, bo one są łatwiejsze do wdrożenia przez nasz polski system.

W raporcie analitycy biorą na tapet lidera innowacyjności w Europie i na świecie – Szwajcarię, ale również m.in. Finlandię, Francję czy Danię, które są najbliższe polskim realiom, a jednocześnie odniosły sukces w rozwijaniu innowacji, mimo że jeszcze 15–20 lat temu żadne z tych trzech państw nie było liderem innowacyjności.

Eksperci wskazali kilka cech wspólnych analizowanych ekosystemów, które mogą decydować o ich skuteczności. We wszystkich państwach polityka innowacyjna ma charakter długofalowy i strategiczny, spisana jest najczęściej w jednym, nadrzędnym dokumencie. Za jej realizację odpowiada ograniczona liczba instytucji o jasno określonych kompetencjach. Skuteczne ekosystemy innowacji opierają się na współpracy kilku‒kilkunastu strategicznych instytucji o uzupełniających się rolach. Większość instytucji odpowiedzialnych za rozwój innowacji powstała w Europie w ostatnich 10‒15 latach i zachowuje ciągłość działania. Dodatkowo istotną rolę odgrywa prywatny kapitał, który jest jednak aktywizowany przez środki publiczne. Uniwersytety i politechniki pełnią funkcję aktywnych uczestników ekosystemu innowacji, a nie tylko ośrodków wiedzy i edukacji.

Komercjalizacja technologii i innowacji, zamiana nauki na efekt komercyjny jest niezwykle istotnym elementem całego ekosystemu innowacji i edukacji, który nas odróżnia od najlepszych systemów Europy Zachodniej. U nas uczelnie cały czas są mekką nauki i edukacji, a w Europie Zachodniej jest jeszcze trzeci element – komercjalizacja – podkreśla Bartłomiej Pawlak. – Bez tego elementu nie będziemy mieli w wielkiej skali transferu technologii z uczelni do biznesu. Musimy go rozwijać, bo na razie uczelnie są naszą piętą achillesową, mimo bardzo wysokiego poziomu wiedzy.

Działalność badawcza ośrodków naukowych jest u liderów innowacyjności ściśle powiązana z efektami gospodarczymi – identyfikacją i ochroną własności intelektualnej, komercjalizacją bezpośrednią przez sprzedaż licencji i pośrednią przez tworzenie firm spin-off. Są to niezależne spółki wyłonione z większej organizacji, np. uczelni,  której celem jest komercjalizacja innowacyjnych technologii, wiedzy lub produktów opracowanych w ramach macierzystej instytucji.

– Dzisiaj mniej więcej 10 proc. start-upów to są tak zwane spin-offy. Czyli start-upy powstają raczej poza systemem uczelnianym. Ale żebyśmy mogli zwiększyć skalę spin-offów, powinniśmy stworzyć narzędzia, które będą motywowały kadrę uczelnianą do tego, żeby myśleć o komercjalizacji – uważa przedstawiciel Instytutu Sobieskiego.

Na wielu polskich uczelniach działają już centra transferu technologii (CTT), czyli jednostki powołane w celu sprzedaży lub przekazywania do gospodarki wyników badań i prac rozwojowych prowadzonych wewnątrz instytucji. Ponadto od grudnia 2015 roku funkcjonuje Porozumienie Akademickich Centrów Transferu Technologii (PACTT), które jest dobrowolnym zrzeszeniem ponad 100 przedstawicieli z jednostek odpowiedzialnych za zarządzanie i komercjalizację własności intelektualnej polskich uczelni, instytutów badawczych oraz PAN.

Powinniśmy tworzyć centra transferu technologii i łączyć sieci uczelniane między sobą, bo młodzi start-upowcy chcieliby wiedzieć, co się dzieje na innej uczelni, w innym kraju, mieć dostęp do wiedzy i do inwestorów. Powinniśmy otaczać uczelnie różnego rodzaju podmiotami, centrami badań i rozwoju, podmiotami komercyjnymi, żeby była bliskość między wiedzą a miejscem, gdzie się tę wiedzę wykorzystuje, czyli w biznesie – uważa Bartłomiej Pawlak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wciaz-wypada,p188823014

Reforma PIP wraca po poprawkach. Przedsiębiorcy mówią o iluzorycznych zabezpieczeniach i obawiają się chaosu

0

W Sejmie rozpoczęły się prace nad rządowym projektem reformy Państwowej Inspekcji Pracy, która ma dać inspektorom narzędzia do skuteczniejszej walki z nadużywaniem umów cywilnoprawnych – w tym „pozornych” zleceń i kontraktów B2B. Zgodnie z przekazem rządu kluczowa w tej reformie jest możliwość narzucenia zmiany takich umów na umowę o pracę, przy jednoczesnym utrzymaniu kontroli sądu pracy nad decyzjami inspekcji.

– W znowelizowanej ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy, niestety wbrew temu, co mówią przedstawiciele rządu, nie widzimy nic, co by się zmieniło na korzyść przedsiębiorców. Ustawa jest skomplikowana, trudna do realizacji i jeżeli komukolwiek przyniesie korzyści, to kancelariom prawnym – wskazuje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich i członek Prezydium Rady Dialogu Społecznego, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Źródłowa ustawa miała sześć stron, ktoś zaczął ją poprawiać i urosła do 30 stron. Ustawa jest skomplikowana.

Reforma jest elementem zobowiązań wpisanych do Krajowego Planu Odbudowy. W komunikatach rządowych podkreślano, że realizacja „kamienia milowego” w obszarze wzmocnienia PIP ma znaczenie dla wypłaty środków z KPO, a Polska ma czas na wdrożenie odpowiednich rozwiązań do końca czerwca. Pierwsza wersja projektu, która budziła duże kontrowersje wśród przedsiębiorców, została zastopowana decyzją premiera Donalda Tuska.

W nowej wersji projektu, przyjętej 17 lutego przez rząd, utrzymano przyznanie Państwowej Inspekcji Pracy uprawnienia do zamiany pozornych umów cywilnoprawnych i B2B w umowy o pracę w drodze decyzji administracyjnej. Doprecyzowano jednak proces odwoławczy. Pracodawca ma mieć 30 dni na odwołanie się od decyzji inspektora do sądu pracy. Rząd przewiduje także szybszą ścieżkę na jego rozpatrzenie przez sąd w ciągu 30 dni. Jak podkreśla resort pracy, na etapie odwołania od decyzji PIP będzie możliwość udzielenia przez sąd pracy zabezpieczenia, aby w toku postępowania odwoławczego umowa mogła być zmieniona, wypowiedziana lub rozwiązana wyłącznie na zasadach prawa pracy.

– Proponowane bezpieczniki w tej ustawie są iluzoryczne. Dzisiaj w sądach się czeka trzy–cztery lata na rozstrzygnięcie. Przy mnogości spraw, które się pojawią, będzie się czekało pewnie pięć lat. Przedsiębiorca do tego momentu nie będzie wiedział, czy robi dobrze, czy robi źle, i za pięć lat może się okazać, że robił źle. Tyle pieniędzy zostanie za to naliczonych, że przedsiębiorca tego nie przetrwa – argumentuje przewodniczący FPP.

Projekt zakłada, że inspektor będzie mógł nie tylko przekwalifikować umowę, ale także określić jej warunki – w tym rodzaj pracy, miejsce jej wykonywania czy wysokość wynagrodzenia. Organ administracji nie powinien samodzielnie kreować treści nowego stosunku zobowiązaniowego między podmiotami i ingeruje nieproporcjonalnie w sferę dotychczas zastrzeżoną dla sądów powszechnych – wskazuje w komunikacie Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy Konfederacji Lewiatan.

Jednym z najbardziej spornych elementów jest kwestia relacji B2B: przedsiębiorcy obawiają się, że przy braku jasnych kryteriów i definicji decyzje o „przekwalifikowaniu” umów mogą rodzić niepewność prawną i finansową, szczególnie tam, gdzie działalność gospodarcza wiąże się z inwestycjami, zakupami sprzętu czy rozliczaniem VAT.

– Jak przekształcić umowę B2B w umowę o pracę? Prowadząc B2B, odprowadzamy VAT, mamy środki trwałe – co mamy z nimi zrobić? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi – podkreśla Marek Kowalski.

Jak ocenia, skutki wprowadzenia ustawy w proponowanym kształcie dla gospodarki mogą być wyłącznie negatywne: od ryzyka paraliżu sądów po zachwianie konkurencji, jeśli kontrole i decyzje obejmą firmy nierównomiernie.

Wprowadza ona duży element niepewności. Zachwieje też konkurencyjnością na rynku, dlatego że ci, którzy będą skontrolowani, znajdą się w dużo gorszej sytuacji niż ci, którzy nie będą skontrolowani – wskazuje przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Jeżeli mielibyśmy uznać reformę za sukces, to mielibyśmy 4 mln spraw, bo mamy 1,8 mln zatrudnionych na umowach-zleceniach i 2,2 mln zatrudnionych w formie B2B. Jeżeli chcielibyśmy te wszystkie umowy zmienić na umowę o pracę, to po pierwsze, potrzebujemy na to 87 lat, to dokładnie policzyliśmy, a po drugie, polskie sądownictwo tego nie wytrzyma.

Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawia alternatywę: stopniowe dochodzenie do pełnego oskładkowania umów-zlecenia – z dłuższym okresem dostosowawczym, aby uniknąć „szoku” regulacyjnego i jednocześnie ograniczyć nierówności konkurencyjne na rynku.

– Rynek nie lubi szoku. Już w 2018 roku powiedzieliśmy, że można do tej zmiany dochodzić w ciągu czterech lat i rynek się doskonale dostosuje – przypomina Marek Kowalski.

Resort pracy zaproponował wprowadzenie instytucji interpretacji indywidualnej wydawanej przez Głównego Inspektora Pracy na wniosek pracodawcy, której celem jest wyjaśnienie sposobu stosowania przepisów prawa pracy w zakresie ustalenia, czy określony stosunek prawny spełnia przesłanki umowy o pracę. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/reforma-pip-wraca-po,p686821

Dziesięć zespołów naukowców rozpoczyna badania o globalnym potencjale. 300 mln zł trafi na rozwój medycyny, kwantów i AI

0

300 mln zł dofinansowania z Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG). To kwota, którą otrzyma 10 centrów doskonałości wybranych w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze (MAB). Ich działalność oficjalnie zainaugurowała Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, która realizuje program MAB. Środki unijne będą wspierać przełomowe badania naukowe w obszarze m.in. biotechnologii, technologii kwantowych, sztucznej inteligencji czy badań kosmosu. Jeden z projektów dotyczy wysokoczułych detektorów, które mogą znaleźć zastosowanie m.in. w medycynie, monitorowaniu klimatu czy systemach wczesnego ostrzegania.

Międzynarodowe Agendy Badawcze to program finansowany z Funduszy Europejskich na rzecz Nowoczesnej Gospodarki. Wpisuje się w strategiczne obszary rozwoju naszego państwa ze względu na to, że wspiera polskich naukowców, którzy testują, ale także kreują nowe technologie związane z półprzewodnikami, sztuczną inteligencją czy badaniami genetycznymi człowieka – mówi agencji Newseria prof. dr hab. inż. Maria Mrówczyńska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Program MAB wspiera wyspecjalizowane, niezależne jednostki badawcze w Polsce, które realizują projekty we współpracy strategicznej z renomowanymi instytucjami naukowymi z innych krajów. Projekty, które zainaugurowano 24 lutego br., koncentrują się na priorytetowych sektorach nowoczesnej gospodarki. Technologie rozwijane w centrach mają się przyczynić m.in. do optymalizacji zużycia energii w procesach przemysłowych, wzrostu wydajności transmisji danych, zaawansowanej integracji systemów sztucznej inteligencji, zwiększenia precyzji prognoz środowiskowych czy też opracowania nowej generacji narzędzi diagnostycznych dla medycyny.

– Międzynarodowe Agendy Badawcze to program, który jest wyjątkowy z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że są to największe granty indywidualne, które można otrzymać w Polsce na badania naukowe – mówi prof. dr hab. Krzysztof Pyrć, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

– Inwestowanie w centra doskonałości łączące ze sobą naukowców z kraju i zagranicy jest kluczową działalnością zarówno nauki, jak i pracy na rzecz Polski. Dlatego że wyniki badań, które w takich miejscach są wypracowane, są transferowane do gospodarki – podkreśla prof. Maria Mrówczyńska.

Strategicznym partnerem zagranicznym projektu MAB może być ośrodek naukowy, zarówno publiczny, jak i prywatny, który prowadzi badania naukowe na światowym poziomie i spełnia najwyższe standardy merytoryczne i organizacyjne.

– Głównym celem, który przyświeca projektom, jest nie tylko przeprowadzenie badań, ale również zgromadzenie wybitnych ludzi w jednym miejscu: osiągnięcie masy krytycznej talentów, stworzenie pewnej kultury, wysokiej jakości pracy naukowej, która sprawia, że takie centra zaczynają tworzyć dookoła jakość, kształtują nowe kadry i nową przyszłość – ocenia prof. Krzysztof Pyrć. – Chodzi o to, by te technologie były rozwijane nie w skali Polski, ale całego świata, żeby te innowacje mogły sprawić, że zarówno polska nauka, jak i technologia będą mieć globalny zasięg.

Każde z nowo otwartych centrów doskonałości otrzyma około 30 mln zł. W dotychczasowych naborach w działaniu MAB Fundacja na rzecz Nauki Polskiej przyznała 19 projektom łącznie 580 mln zł. Celem działań wyłonionych ośrodków jest skrócenie ścieżki od odkrycia naukowego do wdrożenia. Ma się to odbywać poprzez opracowanie prototypów i demonstratorów gotowych do bezpośredniego transferu do przemysłu.

– Badania naukowe, które są realizowane w ramach tych projektów, mają na celu poprawę nie tylko stanu nauki, ale również naszej gospodarki i społeczeństwa. Są nakierowane na realne efekty, które mogą być przydatne dla społeczeństwa – podkreśla prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. 

Jednym z projektów, który otrzymał dofinansowanie w ramach programu MAB, jest Astrocent, działający w strukturze Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN. Projekt dotyczy obszaru astrofizyki cząstek i koncentruje się na opracowaniu wysoko skalowalnych, wielokanałowych systemów detekcji zdolnych do rejestrowania bardzo słabych sygnałów fizycznych.

Projekt Astrocent jest drugim projektem MAB, który otrzymaliśmy od Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Pierwszy projekt rozpoczął się w 2018 roku, a skończył dwa lata temu. W jego ramach rozwinęliśmy szereg technologii, które wywodzą się z astrofizyki cząstek, służą do badań podstawowych, ale mają również zastosowania rynkowe – wyjaśnia dr hab. Marcin Kuźniak, lider projektu, fizyk cząstek, profesor Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN.

W ciągu kilku lat utworzono sześć grup naukowców, które opracowały przełomowe technologie, w tym autonomiczne czujniki sejsmiczne i infradźwiękowe, nowatorskie materiały zmieniające długość fali czy też koncepcje PET z ciekłym argonem do obrazowania medycznego. To z kolei prowadzi do opracowania m.in. nowoczesnych technologii diagnostycznych.

W nowym projekcie będziemy te zastosowania rozwijać i przybliżać do rynku. Jednym z przykładów technologii, nad którą będziemy pracować i ją docelowo komercjalizować, jest nowa metoda pozytonowej tomografii emisyjnej. Jest to technika obrazowania medycznego z zastosowaniem w onkologii. Nowe podejście, które proponujemy i które opiera się na technologiach używanych do eksperymentów z dziedziny astrofizyki cząstek, pozwala stukrotnie zmniejszyć dawkę otrzymywaną przez pacjenta, co pozwoli otworzyć tę metodę diagnostyki dla dużo szerszej populacji. Na przykład dla dzieci czy kobiet w ciąży – wyjaśnia dr hab. Marcin Kuźniak. 

Zespół Astrocent chce przekroczyć ograniczenia obecnych rozwiązań, zwiększając czułość detektorów na przykład na światło, jonizację, czyli powstawanie ładunków elektrycznych w materiale, jak również na dźwięk, drgania czy fale sejsmiczne. Rezultaty projektu MAB Astrocent mogą znaleźć zastosowanie nie tylko w medycynie, lecz również w fizyce fundamentalnej, systemach bezpieczeństwa, monitoringu środowiska, energetyce odnawialnej czy sejsmologii.

Nasz kraj wspiera transfer wiedzy do gospodarki zarówno z takich ośrodków jak centra doskonałości, które mają w swoim DNA wpisaną konieczność komercjalizacji wyników badań, jak i z uczelni, instytutów badawczych czy instytutów Polskiej Akademii Nauk. To obowiązek wszystkich podmiotów systemu szkolnictwa wyższego, aby wiedza w nich wypracowana była komercjalizowana w sposób bezpośredni czy pośredni – przypomina prof. Maria Mrówczyńska.


a

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dziesiec-zespolow,p480447017

Cyberprzemoc coraz większym zagrożeniem dla dzieci. UE ogłosiła plan działania

0

Hejt, szantaż i nękanie w internecie coraz mocniej odbijają się na zdrowiu psychicznym dzieci i młodzieży, prowadząc do wzrostu liczby samookaleczeń i prób samobójczych. Z danych Policji wynika, że w 2025 roku nastąpił wzrost liczby samobójstw w tej grupie o niemal 27 proc. rok do roku. Komisja Europejska uruchamia plan działania przeciwko cyberprzemocy, zakładający m.in. stworzenie unijnej aplikacji wsparcia dla ofiar oraz większą odpowiedzialność platform internetowych za treści. Kluczowe jest uznanie cyberprzemocy za przestępstwo.

Nękanie, wszechobecny hejt, szantaż w internecie – to wszystko bardzo źle wpływa na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży. Stąd taki gwałtowny wzrost nie tylko samookaleczeń, ale niestety również samobójstw. Niewątpliwie potrzebna jest prewencja, uświadamianie i kampanie informacyjne, które dotrą nie tylko do dzieci, ale również do nauczycieli, którzy spędzają z dziećmi dużo czasu w szkole, oraz do rodziców – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Ewa Kopacz, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, koordynatorka PE ds. praw dziecka.

Z danych podawanych przez Komisję Europejską (na podstawie raportu Światowej Organizacji Zdrowia) wynika, że mniej więcej jedno na sześcioro dzieci w wieku 11–15 lat zgłasza, że padło ofiarą cyberprzemocy, a około jednego na osiem przyznaje się do cyberprzemocy wobec innych.

– Dzisiaj dzieci nie potrafią sobie same poradzić ze swoimi problemami, ale tylko 40 proc. z nich zwraca się o pomoc do rodziców, a 25 proc. do nauczycieli. Poraża mnie, że 11 proc. dzieci, z którymi przedstawiciele Komisji Europejskiej konsultowali nowe przepisy, przyznało, że nie mówi o tym nikomu, czyli w swoim nieszczęściu zostają zupełnie same – mówi Ewa Kopacz.

Raport Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, na podstawie danych Komendy Głównej Policji, podaje, że w grupie wiekowej poniżej 19 lat liczba zgonów w wyniku samobójstwa wzrosła ze 127 w 2024 roku do 161 w 2025 roku. To wzrost o niemal 27 proc., w dodatku nieoczekiwany, ponieważ przez poprzednie dwa lata (2023–2024) obserwowany był trend spadkowy.

Komisja Europejska poinformowała na początku lutego, że uruchamia unijny plan działania przeciwko cyberprzemocy, który ma na celu ochronę zdrowia psychicznego dzieci i nastolatków w internecie. Podstawą planu ma być wprowadzenie unijnej aplikacji, w której ofiary nękania w internecie będą mogły łatwo uzyskać pomoc. W ocenie KE niezbędna będzie też koordynacja krajowych strategii zwalczania szkodliwych zachowań w internecie oraz zapobieganie cyberprzemocy poprzez zachęcanie do lepszych i bezpieczniejszych praktyk cyfrowych.

– Platformy ponoszą szczególną odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci w internecie. Tylko że one od tego umywają ręce i mówią: to nie jest nasza sprawa. Wolą się bogacić, nawet kosztem utraty zdrowia psychicznego dzieci, niż zająć się realnym naprawieniem tego, co jest w zasięgu ich ręki. Chociażby kwestią niebezpiecznych informacji, treści, które namawiają do przemocy, które sugerują, jak się okaleczyć, jak dokonać samobójstwa. Tego rodzaju niebezpieczne treści często nie są usuwane mimo zgłoszeń. Zdarza się, że pozostają dostępne nawet przez dwa–trzy miesiące, przez co tysiące dzieci mogą być wystawione na ich działanie – podkreśla wiceprzewodnicząca PE.

Z ubiegłorocznego badania Eurobarometru wynika, że ponad 90 proc. Europejczyków uważa, że działania na rzecz ochrony dzieci w internecie są sprawą pilną, zwłaszcza w odniesieniu do negatywnego wpływu mediów społecznościowych na zdrowie psychiczne (93 proc.), cyberprzemocy (92 proc.) oraz potrzeby skutecznych sposobów ograniczania dostępu do treści nieodpowiednich dla wieku (92 proc.).

– Na dorosłych, zarówno rodzicach, nauczycielach, jak i politykach, którzy tworzą prawo unijne czy krajowe, spoczywa obowiązek opieki nad dziećmi. Pamiętajmy, że prawa dziecka nie dotyczą dzieci tylko w życiu realnym, ale również w sieci. Dzisiaj dorośli muszą skonstruować prawo i przepisy, które będą proste, przejrzyste, ale też skuteczne. Oczywiście nie mogą działać w odosobnieniu, czyli zarówno prawo europejskie, jak i prawo krajowe muszą ze sobą współpracować – uważa Ewa Kopacz.

Narzędzia do walki z nielegalnymi treściami daje unijny akt o usługach cyfrowych. W Polsce ustawa wdrażająca te przepisy nadal jest procedowana po tym, gdy jej poprzednią wersję zawetował na początku stycznia prezydent Karol Nawrocki. Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, nowe przepisy przewidywały mechanizm odwoływania się od decyzji platform internetowych dotyczących blokowania treści, a dzięki temu większą przejrzystość moderacji treści. Prezydent swoje weto argumentował tym, że założenia ustawy oddają kontrolę nad treściami w internecie urzędnikom podległym rządowi, a nie niezależnym sądom. W jego ocenie proponowane przepisy godziły w wolność słowa.

Mówimy „tak” dla ograniczania treści, które mają charakter przestępczy, takich jak pedofilia czy próby zabójstwa. Natomiast jesteśmy zdecydowanie przeciw ograniczaniu wolności słowa – deklaruje Piotr Müller, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości.

Jak podkreśla, kontrowersje wśród niektórych frakcji w PE budzi poszerzanie kompetencji Komisji Europejskiej i państw członkowskich w zakresie zwalczania treści uznanych za nielegalne lub za mowę nienawiści. Definicja takich treści rodzi bowiem pole do nadużyć.

– Kasowanie treści przez portale społecznościowe powinno być możliwe wyłącznie w najbardziej skrajnych przypadkach, a nie w takim przypadku, w którym ktoś wyraża inne zdanie na przykład na temat migracji czy środowisk związanych z lewicą, bo to jest po prostu ograniczanie wolności słowa – mówi Piotr Müller.

Z taką argumentacją nie zgadza się Bogdan Zdrojewski, europoseł z Koalicji Obywatelskiej. Jak mówi, Parlament nie jest za cenzurą treści, lecz za wyznaczeniem jasnych zasad dotyczących tego, co publikować można, a co jest zwyczajnie szkodliwe.

Co by było, gdybyśmy nagle wyrzucili do kosza kodeks drogowy, zlikwidowali przejścia dla pieszych, światła, sygnalizatory świetlne. Mielibyśmy do czynienia z pełnym chaosem. Chodzi więc o zasady, a nie brak dostępności. Chodzi o regulacje, które powodują unikanie zagrożeń, a nie redukowanie możliwości dostępu do tych treści, które mają charakter ewidentnie edukacyjny, naukowy, poznawczy. Ważne jest także, aby otwarta dyskusja nie była zamykana w stopniu niepozwalającym na walkę ze zjawiskami wręcz patologicznymi – podkreśla Bogdan Zdrojewski.

Europejski plan działania w zakresie cyberprzemocy został opracowany po konsultacjach przeprowadzonych z udziałem ponad 6 tys. dzieci. Ważnym jego elementem jest wspomniany już wcześniej i niewdrożony w Polsce akt o usługach cyfrowych, który zobowiązuje platformy internetowe do zapewnienia wysokiego poziomu prywatności, bezpieczeństwa i ochrony małoletnich w sieci. W wytycznych zaleca się środki dla platform, które umożliwią dzieciom blokowanie lub wyciszanie każdego użytkownika oraz uniemożliwią dodawanie dzieci do grup bez ich zgody.

– To, co możemy zrobić w kraju, to przede wszystkim skutecznie implementować prawo unijne, a potem je egzekwować, bo to nie jest takie proste – przekonuje Ewa Kopacz.

 Jesteśmy mocno spóźnieni z regulacjami. Na rynek wchodzi sztuczna inteligencja, więc młodzi ludzie, jeszcze niewystarczająco wykształceni, zwłaszcza dzieci, muszą być chronieni. To nie jest zadanie dzieci, tylko rodziców, nauczycieli, krótko mówiąc dorosłych. Musimy doprowadzić do sytuacji, że dzieci będą chronione przed treściami, które dewastują ich osobowość, ich potencjał. Musimy doprowadzić do takiej sytuacji, aby te regulacje były efektywne – mówi europoseł KO.

Komisja Europejska zapowiedziała kolejne inicjatywy w tym obszarze, m.in. pilotaż unijnego narzędzia do weryfikacji wieku w internecie, z zachowaniem prywatności, oraz prace nad aktem w sprawie sprawiedliwości cyfrowej. Panel ekspertów ma pomóc Komisji w opracowaniu strategii na rzecz ochrony dzieci w internecie oraz w badaniu wpływu kwestii społecznych na zdrowie psychiczne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyberprzemoc-coraz,p665411409

Parlament Europejski chce szybkiego utworzenia tzw. militarnej strefy Schengen. Ma to przyspieszyć transfer wojska i sprzętu

0

Trzy dni w czasach pokoju i 24 godziny w sytuacjach kryzysowych – tyle ma trwać przemieszczanie się żołnierzy i sprzętu wojskowego na terenie Unii Europejskiej po utworzeniu tzw. militarnej strefy Schengen. Parlament Europejski wskazuje na pilną potrzebę zwiększenia mobilności wojskowej UE w obliczu potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. Dąży również do zwiększenia finansowania tego obszaru i ścisłej współpracy z NATO. Europarlamentarzyści zaznaczają, że jeszcze w tym roku chcą doprowadzić sprawę militarnego Schengen do końca. 

To, co jest najważniejsze, jeżeli chodzi o szybkość reakcji na zagrożenia, to mobilność sił zbrojnych państw członkowskich NATO. Niestety jest ona ograniczona ze względu na procedury na poszczególnych granicach. W 2024 roku doszło jednak do podpisania porozumienia pomiędzy Niemcami, Niderlandami a Polską, aby udrożnić kanał transportowy dla sprzętu i sił wojskowych – mówi agencji Newseria Andrzej Grzyb, poseł na Sejm z PSL, przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Mowa o liście intencyjnym podpisanym w styczniu 2024 roku przez ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, a także szefów niemieckiego i holenderskiego resortu obrony. Celem trójstronnego porozumienia było ujednolicenie procedur podczas planowania i realizacji przemieszczeń wojsk w ramach planów sojuszniczych.

– Sprawa mobilności wojskowej, nazywana „wojskowym Schengen”, musi być doprowadzona do finału. Ona gwarantuje szybkość reakcji zarówno przy transporcie wojsk, jak również sprzętu. Wiemy, że on też ma swoje wymagania, w szczególności jeżeli chodzi o przeprawy, gdzie musi być odpowiednia nośność. Nie mówiąc już o wąskich gardłach pojawiających się na granicach – tłumaczy Andrzej Grzyb.

Parlament Europejski w rezolucji przyjętej w grudniu 2025 roku przyznał, że w zakresie mobilności wojskowej poczyniono już duże postępy, jednak wciąż dostrzega bariery administracyjne, finansowe oraz infrastrukturalne. Apeluje więc o utworzenie tzw. militarnej strefy Schengen, która ułatwi przemieszczanie wojsk i sprzętu w całej UE.

W tej chwili transport wiąże się z bardzo dużą biurokracją, wymaga zezwoleń w każdym kraju członkowskim. Według naszych obliczeń średnio zajmuje to około 40 dni. Nam zależy na tym, by zajmowało to kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt godzin, w związku z tym chcemy ujednolicić zasady i formularze na poziomie europejskim – tłumaczy Michał Szczerba, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony (SEDE) w Parlamencie Europejskim.

Europarlamentarzyści chcą, aby siły szybkiego reagowania mogły przekraczać granice wewnętrzne w ciągu trzech dni w czasie pokoju, a w sytuacji kryzysowej – do 24 godzin. 

Żeby zbudować „wojskowe Schengen”, potrzebne są nowe regulacje. Nie chodzi jednak o to, żeby było więcej przepisów, wręcz przeciwnie – żeby było ich mniej. Dlatego te wszystkie zezwolenia zostaną ujednolicone na poziomie europejskim – zaznacza europoseł z Koalicji Obywatelskiej. Dla nas najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej zlikwidować biurokrację w zakresie transportu wojska i sprzętu. Co istotne, w całym projekcie mamy też kanały strategiczne, tak zwane korytarze. Służą one do tego, żeby wskazać kluczowe drogi, mosty, linie kolejowe, które mogą zapewnić szybki transport np. sprzętu wojskowego w sytuacji zagrożenia.

Jak podkreślali członkowie komisji SEDE, którzy w ubiegłym tygodniu wizytowali polskie zakłady przemysłu obronnego i sprawdzali ich gotowość na inwestycje w ramach programu SAFE, potrzebne jest także wzmocnienie i modernizacja infrastruktury, aby możliwy był transport ciężkiego sprzętu.

– Uważam, że możemy to osiągnąć dość szybko. Wskazaliśmy już ponad 100 punktów ryzyka i pięć priorytetowych osi działania. Jedna z nich jest w Polsce i planujemy szybki rozwój w tym kierunku – mówi Nicolás Pascual de la Parte, poseł do Parlamentu Europejskiego z Partii Ludowej w Hiszpanii, członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony w Parlamencie Europejskim.

W listopadzie 2025 roku Komisja Europejska przedstawiła pakiet dotyczący mobilności wojskowej. Jednym z jego priorytetów jest wzmocnienie infrastruktury transportowej. Mowa m.in. o modernizacji czterech najważniejszych korytarzy mobilności wojskowej, tj. północnego, środkowo-północnego, środkowo-południowego i wschodniego. KE podkreśla także potrzebę usunięcia głównych wąskich gardeł wzdłuż korytarzy dzięki inwestycjom w 500 zidentyfikowanych już punktów newralgicznych infrastruktury. Europarlamentarzyści w grudniowej rezolucji zaznaczyli, że wymagałoby to co najmniej 100 mld euro.

Pakiet mobilności wojskowej przewiduje wspólne zasady i procedury dotyczące transportu wojskowego dla wszystkich państw członkowskich. Do tego dochodzi Europejski System Wzmocnionej Reakcji w zakresie Mobilności Wojskowej (EMERS), który będzie aktywowany w czasach kryzysu i umożliwi szybkie ustalanie priorytetów w zakresie ruchów wojskowych w całej Unii Europejskiej. Mowa również o uproszczeniu formalności celnych.

Mamy nową regulację unijną zaproponowaną przez Komisję, którą teraz będzie się zajmował Parlament. Do końca roku nowe regulacje prawne dotyczące mobilności wojskowej będą gotowe – uważa Michał Szczerba. – Wszystko to będziemy chcieli robić we współpracy z NATO, bo przecież sojusz militarny na wypadek zagrożenia, uruchomienia artykułu 5, będzie odpowiedzialny za kwestie dowodzenia i wdrażanie planów ewentualnościowych w celu zatrzymania wroga. 

Komisja Europejska chce przeznaczyć 17,65 mld euro na mobilność wojskową w następnym budżecie długoterminowym. To dziesięciokrotnie więcej, niż zaplanowano na ten cel w latach 2021–2027 (1,69 mld euro). W międzyczasie państwa członkowskie mogą również wykorzystać realokowane środki polityki spójności oraz instrument SAFE do wspierania projektów infrastrukturalnych dual-use.

To będą gigantyczne pieniądze, które zobaczymy w nowym Funduszu Konkurencyjności, w nowym starym instrumencie „Łącząc Europę”, gdzie będzie finansowana również infrastruktura podwójnego zastosowania. Ale również Fundusz Spójności będzie mógł być przeorientowany – wyjaśnia Michał Szczerba.

Komisja Europejska w pakiecie na rzecz mobilności wojskowej zwraca również uwagę na zapewnienie dostaw energii na potrzeby transportu wojskowego i potrzeby obronne w przyszłych przepisach UE w zakresie bezpieczeństwa energetycznego i w strategiach dotyczących zrównoważonych paliw. 

Na przykład rurociągi z paliwami zatrzymały się na dawnej granicy między NRD a Republiką Federalną Niemiec. Nowe państwa członkowskie będące zarówno w NATO, jak i Unii Europejskiej nie mają możliwości strategicznego zaopatrzenia. To też jest przedmiotem naszej troski i szukania rozwiązań – zauważa Andrzej Grzyb. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/parlament-europejski-chce,p1640622821

Wiceprezes Orlenu: Unijny podatek miał chronić europejski przemysł. W praktyce nowe przepisy są często omijane

0

CBAM, czyli unijny mechanizm dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2, ma być tarczą dla europejskiego przemysłu. Zdaniem przedstawicieli Grupy Orlen, choć w teorii jest to dobre narzędzie, wymaga jeszcze dopracowania. W branży nawozów widać bowiem przypadki omijania nowego mechanizmu. Jak podkreślają, o ile w niektórych sektorach trzeba uszczelnić system, o tyle w innych trzeba zupełnie zrezygnować z jego wprowadzenia.

Mechanizm CBAM, który wprowadziła Unia Europejska, może być całkiem dobrym systemem do tego, żeby chronić rynek i przemysł europejski. Wciąż jednak nie widzimy efektu działania tych regulacji. Naszym zdaniem są one mocno niedopracowane. Albo skupiamy się na ochronie, albo pozwalamy części rynku działać bez względu na wszystko i omijać regulacje CBAM – mówi agencji Newseria Witold Literacki, wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych w Orlen SA.

CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism) to unijny mechanizm dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla. Dotyczy on importu niektórych towarów do Unii Europejskiej, a jego celem jest wycena emisji gazów cieplarnianych wygenerowanych przy ich produkcji w krajach trzecich. Mechanizm został wprowadzony jako tarcza przed zjawiskiem tzw. ucieczki emisji. Dochodzi do niej wówczas, gdy przedsiębiorstwa z siedzibą w UE przenoszą produkcję wysokoemisyjną za granicę, gdzie polityka klimatyczna jest mniej rygorystyczna, a następnie eksportują swoje produkty na unijny rynek. To oznacza, że produkty z Unii Europejskiej zastępowane są tańszymi importowanymi produktami o wyższej emisji dwutlenku węgla. Poprzez CBAM importowane towary również mają ponosić koszt emisji. Ma to wyeliminować przewagę konkurencyjną opartą na taniej, ale szkodliwej dla klimatu produkcji.

– Pomysł z CBAM jest dobry, natomiast czy powinniśmy się opierać wyłącznie na nim w rozwoju gospodarki unijnej i produkcji na terenie Unii Europejskiej? Szczerze mówiąc, nie. Powinniśmy być konkurencyjni sami w sobie, a nie polegać wyłącznie na tym, że ograniczymy dopływ tańszych produktów spoza Unii – podkreśla Witold Literacki.

Wdrożenie mechanizmu CBAM ma chronić konkurencyjność gospodarki, wspierać utrzymanie istniejących oraz tworzenie nowych miejsc pracy w przemyśle w całej Unii Europejskiej. Problem w tym, że – w opinii ekspertów – nie wszystko jeszcze działa tak, jak powinno.

– Dochodzi do omijania regulacji CBAM w zakresie nawozów, które są dla nas bardzo istotne. Firma Anwil ma bardzo duże problemy związane z niewiarygodnie dużym napływem nawozów pochodzących z Rosji i Białorusi, spoza Unii, które są produkowane niezgodnie z regułami klimatycznymi, które narzuca Unia Europejska. A jednak zalewają europejski rynek i niestety niszczą nasze zakłady – tłumaczy wiceprezes Orlenu.

Jak wynika z danych Eurostatu, w III kwartale 2025 roku Rosja była drugim co do wielkości dostawcą nawozów do Unii Europejskiej, jej udział w imporcie spoza Wspólnoty wyniósł 13 proc. (choć kwartał wcześniej było to ponad 33 proc.). Niektóre rosyjskie i białoruskie nawozy, w tym na bazie azotu, fosforanów i potasu, nie podlegały ograniczeniom ani cłom importowym aż do połowy ubiegłego roku, kiedy Wspólnota nałożyła na nie cła i kontrole.

 W naszej branży chemicznej pomóc mogłoby ograniczenie napływu nawozów z Rosji. Unia Europejska, kupując nawozy ze Wschodu, tym samym własnymi pieniędzmi, wypracowanymi w Unii Europejskiej, będzie finansowała wojnę z Ukrainą – podkreśla Witold Literacki.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że import nawozów do Unii zmniejszył się z blisko 2,5 mln t w styczniu 2025 roku do 1,1 mln t w styczniu 2026 roku. Organizacje skupiające rolników, które są zaniepokojone sytuacją, alarmują, że jest to właśnie efekt wprowadzenia opłat w ramach mechanizmu CBAM. Z kolei organizacja skupiająca europejskich producentów nawozów Fertilizers Europe ocenia, że na ten spadek miało wpływ wiele czynników, m.in. prawie dwukrotnie większy niż przed rokiem napływ nawozów w grudniu 2025 roku.

Również Polska Izba Przemysłu Chemicznego zwraca uwagę na ryzyko obchodzenia mechanizmu CBAM. Mimo to jest on uważany za istotne narzędzie pełniące funkcję ochronną i wyrównującą warunki konkurencji pomiędzy producentami z UE i spoza niej. Wśród postulatów izby jest wzmocnienie środków przeciwdziałających obchodzeniu CBAM, np. wprowadzenie skuteczniejszych mechanizmów kontroli i wzmocnienie mechanizmu weryfikacji.

Są branże, w których CBAM powinien zadziałać, ale niestety tak się nie dzieje. W tym momencie jest to narzędzie, które nie jest w pełni wykorzystane. Naszym zdaniem są też pewne obszary, w których CBAM nie powinien działać. Jest ropa naftowa czy gaz, które ściągamy spoza Unii. Nałożenie podatku na te źródła energii powodowałoby wyłącznie podwyższenie cen dla konsumentów, więc to byłoby nietrafione. Tego narzędzia trzeba używać, ale mądrze i z głową – zaznacza wiceprezes zarządu Orlen ds. korporacyjnych.

Mechanizmem CBAM objęte są towary m.in. z sektora nawozów, cementu, żelaza i stali, aluminium, ale też energia elektryczna czy wodór. Opłaty dotyczą jednak tylko wybranych produktów, określonych odpowiednimi kodami CN.

Obawy o szczelność systemu mają także przedstawiciele branży cementowej. Jak podkreślają, bez skutecznego CBAM tani cement z krajów spoza Unii Europejskiej nadal będzie konkurować z produkcją europejską. Stowarzyszenie Producentów Cementu szacuje, że w ubiegłym roku do Polski z importu mogło trafić rekordowe 1,7 mln t cementu, z czego prawie 1 mln t z Ukrainy.

Mechanizm CBAM i jego wpływ na europejski przemysł był jednym z tematów debaty eksperckiej „Polska 2026. Horyzont zmian”, zorganizowanej przez Komisję Europejską, Parlament Europejski i agencję Newseria. Orlen był partnerem strategicznym wydarzenia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wiceprezes-orlenu-unijny,p323321529

80 proc. środków z programu SAFE dla Polski trafi do przemysłu obronnego. To duża szansa na jego rozwój

0

Z blisko 200 mld zł, które wkrótce Polska może otrzymać z unijnego programu pożyczkowego SAFE, 80 proc. trafi na rozwój zdolności obronnych kraju i potencjału produkcyjnego przemysłu zbrojeniowego. Środki otrzymają zarówno podmioty państwowe, jak i prywatne. Eksperci podkreślają, że unijny wymóg przeprowadzania wspólnych zakupów zbrojeniowych pomoże we wzmacnianiu pozycji polskich firm na arenie międzynarodowej. To szansa także na wzmocnienie krajowego łańcucha dostaw.

Program SAFE to propozycja Komisji Europejskiej, wynegocjowana podczas polskiej prezydencji, która weszła w życie i oznacza 150 mld euro wsparcia pożyczkowego dla państw członkowskich, które chcą inwestować w swoją obronę. Dziewiętnaście krajów złożyło wniosek w tej sprawie, w tym Polska, która może być największym beneficjentem, ponieważ zaaplikowała o 43,7 mld euro z tego programu – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr Katarzyna Smyk, dyrektorka Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Komisja Europejska pod koniec stycznia 2026 roku zatwierdziła drugą falę wniosków państw członkowskich o wypłatę pieniędzy z programu SAFE. Wśród nich znalazł się również polski wniosek. Aby umowa pożyczkowa z KE mogła zostać zawarta, potrzebne są nowe przepisy tworzące ramy dla pozyskiwania, zarządzania i wydatkowania pozyskanych środków. W ubiegłym tygodniu Sejm przyjął projekt ustawy, na mocy której ma zostać utworzony Finansowy Instrument Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE (FIZB). Po przejściu ścieżki legislacyjnej wszystko będzie zależne od decyzji prezydenta.

Produkty obronne, które będą mogły być finansowane z programu SAFE, zostały podzielone na dwie kategorie. Do pierwszej zaliczono m.in. amunicję i pociski, systemy artyleryjskie, wyposażenie żołnierzy, małe drony i systemy dronowe, rozwiązania cyber czy też mobilność wojskową. Druga kategoria to m.in. systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej, morskie możliwości nawodne i podwodne, drony inne niż małe i związane z nimi systemy czy też strategiczny transport lotniczy.

– Zasady dostępu i cele określa rozporządzenie, które zostało wynegocjowane przez państwa członkowskie. Zdecydowały one, na co chcą wydawać środki – tłumaczy dr Katarzyna Smyk.

Program SAFE zakłada możliwość współpracy Unii Europejskiej z państwami trzecimi. Mowa głównie o Ukrainie i tych należących do EOG/EFTA. Będą mogły się starać o zakwalifikowanie do wspólnych zamówień. W zasadach programu SAFE podkreślono, że nie więcej niż 35 proc. komponentów z obu kategorii produktów obronnych może pochodzić spoza UE, krajów Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG), Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) lub Ukrainy.

Bardzo ważnym priorytetem było uwzględnienie Ukrainy, żebyśmy skorzystali z doświadczenia i możliwości, jakie Ukraina wypracowała w czasie wojny, i w ten sposób wzmacniali unijny system obronny. Było dla nas również ważne, aby znaczna część tych środków została w Europie, bo musimy wzmacniać i budować swój przemysł obronny. To są też miejsca pracy, dlatego w jednym z kryteriów było ustalenie, że 65 proc. kupowanego uzbrojenia czy wyposażenia powinno być wyprodukowane w Europie – wyjaśnia dyrektorka Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Co ważne, we wspólnych zamówieniach publicznych mogą uczestniczyć też kraje, które złożyły podpisy pod Partnerstwem w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony z Unią Europejską. Chodzi m.in. o Kanadę, Japonię, Wielką Brytanię, Albanię, Norwegię czy też Koreę Południową. 

– Ważne było dla nas również to, by zachęcić państwa członkowskie do wspólnych zakupów, dlatego że musimy dbać o to, aby systemy wojskowe ze sobą współpracowały. I to się udało, bo większość tych wniosków, które złożyły państwa członkowskie, a jest ich ponad 700, dotyczy wspólnych zakupów – wyjaśnia dr Katarzyna Smyk.

Jak podkreślił podczas lutowej konferencji zorganizowanej przez Portal Obronny Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i minister obrony narodowej, rzadko mówi się o tym, że zachęta do wspólnych zakupów oznacza, że również inni beneficjenci programu SAFE będą mogli składać zamówienia w polskich zakładach przemysłowych.

– Pieniądze SAFE to także środki dla innych państw europejskich, które również będą kupować w Europie, w tym w Polsce przykładowo sprzęt taki jak Pioruny, Wizjery, Borsuki, Baobaby, czyli pojazdy minowania narzutowego. SAFE ma więc dwa znaczenia: zwiększenie potencjału obronnego oraz potencjału polskiego przemysłu obronnego. Oba są Polsce potrzebne, bo w jednym i drugim potrzebujemy inwestycji i sprzętu kompatybilnego z europejskim i amerykańskim – podkreślił szef MON.

– Co znaczy SAFE dla polskiego przemysłu zbrojeniowego? To prawie 200 mld zł, które w większości zostaną wydane w polskim przemyśle obronnym i które mają stymulować poprzez zamówienia produkcję i zwiększenie naszych zdolności produkcyjnych. Do Polski trafi jedna trzecia środków całego programu, dodatkowo większość lokowana w naszym przemyśle obronnym. To bezpośredni zastrzyk możliwości stabilnych zamówień i gotówki, która ma rozwinąć nasz przemysł obronny – mówi Konrad Gołota, wiceminister aktywów państwowych.

Swoją gotowość do udziału w programie zgłosiła m.in. Grupa WB.

– Mam nadzieję, że nasz udział w finansowaniu z systemu SAFE wzmocni naszą pozycję w Europie, ale też potwierdzi naszą dominującą pozycję chociażby w segmencie systemów bezzałogowych podkreśla Marcin Kubica, dyrektor zarządzający Grupy WB. – Nasza kooperacja z europejskimi partnerami jest dzisiaj satysfakcjonująca. Mam nadzieję, że będzie tylko i wyłącznie wzrastała dzięki współpracy, którą będziemy rozwijali w ramach tego mechanizmu. Co istotne, ten mechanizm wymusza na aplikujących krajach wspólne zakupy, to jest zupełne novum w UE, do tej pory niestosowane.

Jak podkreśla, wzrost liczby zamówień to także szansa na rozwinięcie współpracy z dostawcami komponentów.

– Dostawcy naszych komponentów to ponad 50 tys. podmiotów. Dzięki tym programom udział podmiotów zaangażowanych w realizację systemów wspólnie z nami również będzie większy – ocenia Marcin Kubica.

Jak wynika z raportu za I półrocze 2025 roku WB Group, której działalność skupia się m.in. na zaawansowanych systemach bezzałogowych, łączności czy cyberbezpieczeństwa, jej przychody ze sprzedaży wyniosły nieco ponad 1,1 mld zł. To o 28 proc. więcej rok do roku. Ponadto 38 proc. skonsolidowanych przychodów stanowił eksport. Działania grupy skupiają się na tradycyjnych dla niej rynkach takich jak m.in. kraje Europy Środkowo-Wschodniej, Afryki Północnej oraz Azji Południowo-Wschodniej, a ponadto obejmują także nowe obszary: Ameryki Południowej, Afryki Środkowej i Azji Centralnej. Strategia Grupy WB zakłada, że eksport będzie odpowiadać za połowę przychodów. Systemami przeznaczonymi na eksport są m.in. stosowane w kraju rozwiązania, w tym FONET, TOPAZ, FlyEye, Warmate, FT-5, dzięki którym grupa zdobyła wiele kontraktów.

– Uważam, że dzięki programowi SAFE jest szansa na refleksję w zakresie stworzenia pewnych rozwiązań systemowych, które pomogłyby przemysłowi zapewnić stabilność dostaw zgodnych z kryterium kwalifikowalności. Horyzont 2030 roku wskazuje na zasadne rozważenie chociażby opcji budowania zapasów krytycznych komponentów pochodzenia europejskiego dla produkcji, zapasów, z których zarówno my, jak i nasi partnerzy europejscy korzystamy. Są do tego narzędzia ustawowe. W Polsce wprowadza je ustawa o obronie ojczyzny – uważa dyrektor zarządzający Grupy WB. – W ramach UE warto również rozważyć ten element, a przemysł na pewno pozytywnie odpowie na takie inicjatywy, wskazując, które komponenty są najbardziej krytyczne i które należy w ten sposób zabezpieczyć w ramach istniejących magazynów rezerw strategicznych czy magazynów przemysłu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/80-proc-srodkow-z,p1328633421